Marzec 2015

Tidal iTunesem streamingu?

Tidal iTunesem streamingu?

Alicia Keys, Beyoncé, Calvin Harris, Chris Martin of Coldplay, Daft Punk, Jack White, Jason Aldean, J. Cole, Kanye West, Deadmaus, Madonna, Nicki Minaj, Arcade Fire, Rihanna, Usher – i kapitan Jay Z.

Huczne uruchomienie, a raczej reaktywację serwisu streamingowego Tidal niektórzy okrzyknęli od razu krokiem wstecz dla branży fonograficznej. Argumentują dwojako. Po pierwsze, rezygnacja z darmowej wersji niweczy wysiłki Spotify, by wciągać do opornych strumienia. Wielu odstraszy nawet tańsza opcja za 9,99 dol. Po drugie, nie znamy zasad dzielenia zysków między wytwórniami a artystami. Trudno więc liczyć na postulowany postęp w tej kwestii. Bo gdy wytwórnie zabierały 90-95 proc. profitów ze sprzedaży płyt, od biedy dało się to uzasadnić tłoczeniem i dystrybucją. Ale trzymanie się tej proporcji przy streamach?

Jeśli chodzi o argument pierwszy, zacznijmy od odnotowania, że w Stanach przychody ze streamingu przekroczyły już przychody ze sprzedaży CD:

streaming cd sales downloads 2014

Do dominacji daleko, ale rynek już teraz jest ogromny. Jest co monetyzować. Wygląda więc na to, że Szwedzi ze Spotify i inne tuzy pierwszej fali streamingu odwalili ciężką robotę. A teraz przechwyci ich młodszy brat. O zamiarze odessania Spotify użytkowników najlepiej świadczy uderzające podobieństwo wyglądu/nawigacji obu serwisów: oczywiste ułatwienie dla korzystających już ze Spotify.

Że wyemigrują tylko ci płacący? Tym lepiej. Kupujący subskrypcje mogą wciąż być mniejszością, ale szacuje się, że na świecie jest ich już około 40 mln. I generują większość dochodów, do „darmowych” słuchaczy w zasadzie się dopłaca. Właściciele Tidal wpadli na znakomity pomysł, by na swoją stronę przyciągnąć wyłącznie tych gotowych wyłożyć gotówkę. Dokładnie to samo zrobiło Apple, zakładając iTunes. Olało napsterowców, a postawiło na tych, którzy za jakość, legalność i hajp zapłacą.

W przypadku Tidal jakością ma być odsłuch bezstratny (przy abonamencie za 19,99 dol.). Odpowiednikiem legalności – promowanie serwisu jako przedsięwzięcia oddolnego, inicjatywy artystów, którzy wreszcie będą godziwie wynagradzaniu. Elementy hajpu wyliczyłem zaś na wstępie. Spotify chciało przeciągnąć na swoją stronę pokolenie p2p. Tidalowi chodzi raczej o ludzi z wymierającymi iPodami.

Jeśli chodzi zaś o podział zysków, w tym punkcie Tidal wbrew obawom zapewne będzie się od Spotify różnić. Z powodu udziałowców. Każda z dużych wytwórni ma przynajmniej po kilka procent akcji Spotify (dopiero teraz mówi się o zmianie właściciela). Majorsi zadbali więc o korzystny dla siebie podział słynnych ułamków centów za odsłuch. Na czele Tidala zamiast labeli mamy 17 muzyków. Z których większość dawno przestała być muzykami, bo zajmuje się excelami.

Fine.


Busking

Busking

Kiedyś na deptaku wzdłuż Tamizy trafiłem na zakaz buskingu, a jako że nikt go akurat nie łamał, to dopiero słownik mi wyjaśnił, że chodzi o grajków ulicznych. Wcześniej, jakoś na początku studiów, chodził mi po głowie pomysł objechania z akustykiem Europy i finansowania podróży rzępoleniem.

Jeden z zawodowych buskingowców właśnie dokładnie rozpisał, jak to wygląda w praktyce – przynajmniej w San Francisco. Polecam cały tekst z radami dotyczącymi właściwego timingu i wyboru lokalizacji, a oto esencja:

Session 1: Friday, 3-5pm, $42

Session 2: Friday, 8-9pm, $117

Session 3: Saturday, 1-2pm, $37

Session 4: Monday, 12-2pm, $3

Session 5: Friday. 8-9pm, $63

Session 6: Sunday (Monday Holiday), 5-6pm, $61

Session 7: Sunday (Monday Holiday), 8-9pm, $57

Session 8: Friday, 8-10pm, $98

Session 9: Saturday, 6-6:30pm, $2

Session 10: Saturday, 9-10pm, $52

Fine.


Znów Islandia

Znów Islandia

Rozmawiałem z Rakel Mjöll, piękniejszą połową nowego islandzkiego duetu Halleluwah, który swoją nazwę zaczerpnął z utworu Can, ale inspiracje zewsząd – jak pokazuje ich świetny debiutancki singiel dołączony do naszego wywiadu.

Debiut pełnometrażowy, zatytułowany po prostu „Halleluwah”, wydali kilka dni temu w Islandii, wkrótce powinien jednak wyemigrować.

Fine.


Inspirowani wiosną

Inspirowani wiosną

Z całym niesionym przez siebie optymizmem w pierwszy dzień wiosny wybrzmiało „The Colour of Spring”, a za nim reszta dyskografii Talk Talk. Byle zdążyć ze wszystkim przed północą mimo 500 km wciśniętych między kruchy tenor Joy be written upon the earth a filigranowy falset Hear it in my spirit. Ostatecznie udało się nawet co nieco zarepetować.

*

Niespełna dwa tygodnie temu 33 muzyków wyznało zbiorowo miłość Radiohead, wymieniając swoje ukochane utwory grupy wraz z uzasadnieniami. Co ciekawe, nadspodziewanie często padały tytuły spoza supertandemu „OK Computer”/„Kid A”.

Ed Droste z Grizzly Bear odnalazł u Yorke’a ukojenie. Merrill Garbus z tUnE-yArDs światem własnych dźwięków zespół otworzył uszy na wszechświat dźwięków wszelakich. Robin Pecknold z Fleet Foxes zszedł w swym zachwycie do mikroskali. W skali makro o jakości piosenek, brzmieniu gitar i „niesamowitym śpiewie” krótko pisze J Mascis z Dinosaur Jr. Skrillexa zaciekawili teledyskiem. Dla Wayne’a Coyne’a z The Flaming Lips byli cool.

Jeśli wśród słuchaczy Radiohead „każdy znajdzie coś dla siebie”, bo to między innymi w recenzjach ich płyt zarzynano tę nie tak głupią przecież puentę, to w gronie grającym każdy potrafił coś innego dla siebie ukraść. A niektórych Brytyjczycy do złodziejstwa (nazywanego także muzykowaniem) w ogóle skłonili.

Nagrali osiem płyt. Ile zainspirowali?

*

Talk Talk wydali płyt pięć, w tym trzy doniosłe, więc pod względem płodności (zainspirowane a nagrane) wypadają pewnie nie gorzej niż młodsi koledzy z Oksfordu, którzy zaczynali nagrywać dokładnie wtedy, gdy londyńczycy kończyli. Zaryzykuję, że wypadają wręcz nieporównywalnie lepiej, bo i dorobek Radiohead idzie częściowo na ich konto – nawet jeśli przez pośredników.

W wydanej dwa i pół roku temu książce „Spirit of Talk Talk” hołd Hollisowi i jego kompanii składa ponad sto osób. Od Roberta Planta, Richarda Wrighta i Alana Wildera po Richarda Barbieriego z Japan i Porcupine Tree, Jamesa Lavelle’a z UNKLE, Seana Careya z Bon Iver, Steve’a Hogartha z Marillion, Guya Garveya z Elbow, Reinego Fiske z Dungen, Grahama Suttona z Bark Psychosis, Tima Bownessa z no-man i jednego z dźwiękowców Sigur Rós.

Zastanawiam się czasem, jak się żyje ze świadomością autorstwa czegoś tak niebywale pięknego, jak dyskografia Talk Talk. Odpowiedź poniekąd znamy: jest nią siedemnastoletnie już milczenie Hollisa. Tyle że na tych trzech, pięciu płytach scheda grupy dopiero się zaczyna. Led Zeppelin, Pink Floyd i Depeche Mode bez Talk Talk by sobie poradzili. Ale pozostali wymienieni?

Półtora tysiąca wyników daje wyszukiwanie samej tylko frazy inspired by talk talk.

*

Drzewa z okładek „Spirit of Eden” i „Laughing Stock”, w których koronach gnieżdżą się przedziwne ptaki i inne stworzenia, okazały się prorocze. Nawet gdy po płyty Talk Talk sięga się raz do roku, to przecież po to, by uświadomić sobie, że słucha się ich codziennie.

Tak też najstarsza tradycja Ziemi Niczyjej, rozpoczęta w 2009 roku i podtrzymywana w 2010, 2011, 2012 i 2013 roku, w ubiegłym pauzowała tylko pozornie. Może i ptaki rozpierzchły się nieco, a w ich miejsce gałęzie obsiadły pszczoły, ale drzewo to samo.

Fine.

 


Rosja

Rosja

Zacząłem się martwić. Bo najpierw zniknął nasz stały korespondent – po prostu przestał odpowiadać na maile, choć przecież mógłby powiedzieć, że jest zajęty i tyle. Ale komunikacja się urwała.

Potem umówiłem się na wywiad z Naadią (наадя) zachwycony pewną piosenką. Nie dość, że liderka zespołu zgodziła się na rozmowę, to w swym entuzjazmie chciała nam też skompilować rosyjskie podsumowanie 2014 roku. Ale nagle zamilkła.

Dlatego szalenie cieszę się z zakończonej happy endem wymiany maili z Marią Teryaewą, gitarzystką w zespole Naadia, nagrywającą też solo pod uroczym pseudonimem Dub I Prosto Derevo (Дуб и просто дерево). Kolejna scena do odkrycia, choć teraz jakby trudniej.

Fine.

 


Jak pomóc (zagranicznym) dziennikarzom

Jak pomóc (zagranicznym) dziennikarzom

W ciągu prawie roku udało nam się zaprezentować na bihajpie około 700 artystów z ponad stu krajów. Każdy wpis zawierał zazwyczaj parę zdań na temat danego wykonawcy, czasem dłuższy tekst lub wywiad. Do tego dochodzi kolejnych kilkuset wykonawców, którzy pojawili się w podsumowaniach 2014 roku – z podobnymi minikomentarzami.

Korespondenci nasi różnie radzą sobie z językiem angielskim. Wiele notek wymaga redakcji, uzupełnienia, przetłumaczenia, wręcz napisania od nowa. Normalnie cały proces zajmuje kilkanaście minut. Ale bywa, że prezentujemy postacie dosyć egzotyczne i mało znane nawet wśród lokalsów, wówczas nad kilkoma zdaniami ślęczy się nawet kilka godzin.

Swego czasu Jarek Szubrycht proponował przepis na sukces w branży muzycznej. Nieco skromniej chciałbym zasugerować, jak ułatwić życie zagranicznym pismakom, którzy a nuż zechcą napisać o twoim zespole kilka zdań. Chodzi o zupełnie podstawowe rzeczy, ale uwierzcie, nie piszę bez powodu.

1. Bio

W języku angielskim. Skąd jesteście, ilu was jest, kto na czym gra, coście razem nagrali, ewentualne ciekawostki, które każdy dziennikarz będzie chciał i wręcz musiał powtórzyć (patrz: theAngelcy). Wszystko to najlepiej umieścić i na Facebooku, i na Soundcloudzie, na stronie, wszędzie.

Jeśli dotarcie do tak podstawowych informacji zajmie dziennikarzowi godzinę – przeszukiwanie lokalnych serwisów i tłumaczenie ich notek czy wywiadów to naprawdę czasochłonne zajęcie – wówczas na ambitniejsze treści może zabraknąć mu czasu i sił.

Na pewno warto nie skazywać obcokrajowców na posługiwanie się Google Translate. Jeśli nie z litości, to żeby później nie słać sprostowań.

2. Zdjęcia

Albo choć jedno zdjęcie. Grafika. Rysunek. W ostateczności okładka w wersji bez napisów. Cokolwiek, co będzie można wstawić w obowiązkowe zazwyczaj pole pt. ilustracja i nie oszpecić przy tym swojego serwisu czy bloga.

Pisał o tym Jarek Szubrycht w ostatnim punkcie wspomnianego dekalogu. Dodam tylko, że printscreenowanie teledysków w polowaniu na nierozmazany kadr, bo zespół wciągu dwóch lat nie dorobił się sensownej fotki, to najbardziej uciążliwy element całej tej zabawy.

Zdjęcia „dla mediów” poza własną stroną najlepiej umieścić w fejsbukowej zakładce „profile photos”, tak żeby nie trzeba było się przedzierać przez cały stream komórkowych fotek z koncertów, imprez i wakacji.

3. Profile wszędzie

Na Bandcampie oraz na Soundcloudzie. Na Facebooku oraz na Twitterze. Teledyski na YouTube oraz Vimeo. Spotify i Deezer. Instagram i Pinterest też nie zaszkodzą. Prosta strona oficjalna takoż. Mówi to człowiek, który rok temu założył konto na Twitterze, a fejsbuka dalej nie używa.

Po pierwsze, ludzie mają różne preferencje i nigdy nie wiecie, którędy wieść się poniesie. Po drugie, poszczególne portale mają różne funkcjonalności. Bandcamp jest fajny i pozwala zarabiać, za to na Soundcloudzie łatwo repostować i robić playlisty. Po trzecie, dostęp. W wielu krajach latynoskich czy azjatyckich Facebook nie jest zbyt popularny, a gdzieniegdzie zakazany. Poza Chinami Twitter ma ostatnio problemy chociażby w Turcji. Powoli zamyka się Rosja. A mimo ekspansji serwisy streamingowe wciąż różnią się zasięgiem geograficznym.

Nie chodzi o podlizywanie się gawiedzi, której nie chce się wykonać dodatkowego kliknięcia, tylko fundamentalną dostępność – tak jak dawniej trzeba było zadbać, by płyta w ogóle pojawiła się na sklepowych półkach. I o pomoc tym, którzy bardzo chcą umieścić was na szczycie swojej listy najlepszych utworów roku na Soundcloudzie, ale np. wrzuciliście kawałek tylko na Bandcampa.

4. Kontakt

Czasem chcemy o coś dopytać, zrobić krótki wywiad, poprosić o zdjęcie – a artyści zazwyczaj chętnie pomagają. O ile uda się do nich dotrzeć.

Staroświecki e-mail wciąż pozostaje kanałem obowiązkowym, bo nie wszyscy – znów – mają Facebooka. Jeśli wolicie nie podawać bezpośrednich namiarów, umieśćcie na stronie i portalach społecznościowych kontakt do agenta, wytwórni, oddanego fana.

Jeśli podacie e-mail… sprawdzajcie go. W grudniu wysłałem do indonezyjskiego zespołu Matajiwa prośbę o zdjęcie, z którego moglibyśmy skorzystać. Odpisali 7 dni temu.

5. Tłumaczenia

Z miesiąca na miesiąc coraz bardziej kibicuję językom lokalnym, do śpiewania po polsku jednak zachęcać nie zamierzam – co kto lubi. Jeśli jednak już wybierzecie ojczysty język, warto przetłumaczyć chociaż tytuł płyty, może nawet również poszczególnych utworów. By uprzedzić ewentualne pomyłki wynikające z dwuznaczności (albo wciąż wątpliwej intuicji Google Translate).

Jeśli ma to znaczenie albo chociaż walor humorystyczny, warto dorzucić tłumaczenie nazwy zespołu. Piszemy dzisiaj o przyjemnym tureckim zespole Son Feci Bisiklet. I jak tu nie wspomnieć, że nazwa ta oznacza Ostatni Fatalny Rower?

Fine.


Best Youth

Best Youth

Portugalski indie/dream popowy duet, który w 2011 roku wydał obiecującą i szybko nagłośnioną EP-kę, a następnie… zamilkł.

We were supposed to release our album right after that but the truth is, we had been writing it since the first EP came out and when we got to the studio we felt the songs didn’t really reflect what we wanted anymore.

Wreszcie należycie debiutują, na bihajpie krótka rozmowa.

Fine.