Listopad 2015

30 utworów z listopada

30 utworów z listopada

A nawet trochę więcej, bo zasoby Soundclouda oraz Spotify potrafią się mocno różnić.

Na Spotify niespodziewanie zaczęli trafiać na przykład Chińczycy, w czym skądinąd możemy mieć pewien udział – wcześniej namówiliśmy ich na Bandcampa. Ile to człowiek może w tych czasach zdziałać jednym mailem.

Fine.


Rock Bokki

Rock Bokki

Koncert Bokki jeszcze wyraźniej niż nowa płyta zademonstrował, czym różni się materiał pisany w studiu przy laptopie od tego dojrzewającego na trasie pomiędzy próbami, koncertami i dojazdami do nie swoich łóżek. Jako że występ w Stodole zaczęli od rzeczy nowych, by dopiero później zapowiedzieć powrót do przeszłości, jednoznacznie dał się odczuć przeskok pomiędzy sceną a klubem, akordami a loopami, energią strun a syntezatorowym transem.

W obu makrorejonach stylistycznych odnajdują się równie dobrze, ale ciągnie ich wyraźnie ku rockowi, co pokazało niebywałe wykonanie znanego już z poprzednich koncertów „What a Day”. Pewnie słusznie pominiętego na albumie „Don’t Kiss And Tell” (trafił tylko na wydanie specjalne), bo w studiu nie robi specjalnego wrażenia. Ale występ Bokki dziś bez niego trudno sobie wyobrazić. Bo to zdecydowanie najbardziej ekscytujący element programu, mimo że fajnie zabrzmiało zarówno przearażowane, odpopowione „Town of Strangers”, jak i electrokower „There Is A Light That Never Goes Out”. Przy okazji dostaliśmy dowód na to, że zamaskowani członkowie Bokki nie tylko sporo słuchają, ale i niejedno w życiu grali. Nie da się tak dociążyć brzmienia na zawołanie.

Cokolwiek zabawnie wypadło zagrane zaraz potem (na bis) singlowe „Let It”, cukierek skradziony Lykke Li, przy którym wszyscy sparowani w Stodole zgodnie wzięli się w objęcia i poczęli bujać. Zaryzykuję hipotezę, że sam zespół niezbyt się w tym bujaniu odnajduje, skoro tym największym przebojem z nowej płyty koncertu nie zakończył, lecz szybko zatarł wspomnienie (z) hukiem. Jeśli ich odwrót od Skandynawii okaże się trwałym trendem, pewnie trudniej będzie przebić się na Listę Przebojów Trójki, ale współczesnymi listami przebojów są plakaty festiwali muzycznych. A na tych Bokka bywa coraz częściej.

sister wood - stodola

Bokkę supportowało poszerzone do kwartetu angielsko-polskie trio Sister Wood. Normalnie spędziłbym cały koncert na wsłuchiwaniu się we wzorcowe solowe i w duecie wokale sióstr Wood, ale przeszkadzał mi swoim bębnieniem Łukasz Moskal. Grupa gra bez gitarzysty, środek aranżu pozostaje więc pusty. I można by się spodziewać, że lukę tę wypełnią klawisze (siostra Sarah) lub skrzypce (siostra Rachel). Tymczasem pierwszy instrumentalny plan i rolę generatora smaczków przejął perkusista – i super.

Niezalowe kapele rzadko stać na tak profesjonalnych, a co dopiero tak kreatywnych perkusistów. Już samo bębnienie czyni zatem Sister Wood ciekawym zjawiskiem w tej coraz mniej ciekawej przestrzeni muzycznej, jakkolwiek walorów mają więcej. Chociażby sympatia do pauz i grania ciszą. I limitowanie euforii, mimo że refreny mogliby rozdmuchać nie mniej niż Bokka. No i oczywiście te wokale.

Fine.


Gazeta Magnetofonowa

Gazeta Magnetofonowa

Nie pamiętam, kiedy Jarek Szubrycht po raz pierwszy wspomniał o swoim wielkim marzeniu, czyli pomyśle stworzenia papierowej gazety muzycznej. Kiedy on sam po raz pierwszy o tym pomyślał? Pewnie sam tego nie pamięta. Ale wydaje się, że warto było zaczekać do teraz. Nie tylko dlatego, że w ciągu 7 godzin można dostać od internautów 7 tysięcy złotych.

*

W ubiegłym tygodniu serwis Porcys opublikował swoje zestawienie 100 najlepszych polskich singli XX wieku. Jeszcze parę lat temu wstrząsnęłaby całą blogosferą, byłaby wszechstronnie komentowana, wyśmiana, pojawiłyby się liczne kontrpropozycje. Na pewno byśmy się jarali. Tak jak w przypadku konkurencyjnego Screenagers, może pojawiłyby się nawet artykuły w poważnej prasie.

Tamta lista doczekała się kilkuset szerów i ponad tysiąca lajków. Nowa Porcysowa na fejsbuku serwisu ma na ten moment jeden szer.

pitchfork google trends

Gdy przyglądam się słabnącej pozycji najważniejszych polskich i światowych serwisów muzycznych, gdy spotykam kolejne osoby – także na konferencjach muzycznych! – którym muszę wyjaśniać, czym jest Pitchfork, czuję potrzebę przepisania artykułu sprzed lat o upadku prasy muzycznej. Zamieniając „prasy muzycznej” na „portali muzycznych”. No i blogów. Z kilkudziesięciu, które linkowałem w prawej szpalcie poprzedniego szablonu Ziemi Niczyjej, ostało się może pięć.

Przyczyn schyłku pewnie jest wiele. Z jednej strony przyszła jeszcze nowsza nowoczesność. Agregatory ocen i fejsbukowe „się wie” – co się ogląda, co czyta, czego słucha – dają nam ogólne pojęcie o ważnych premierach bez zasięgania opinii u ekspertów. Tym bardziej że sami eksperci wsłuchują się dziś w głos ludu (np. liczniki YouTube) i adekwatnie reagują. Kiedyś wyznaczali, a przynajmniej wyprzedzali trendy.

Z drugiej strony warto przypomnieć sobie praprzyczynę mediów muzycznych: gospodarkę niedoboru. Recenzenci doradzali, na co wydać comiesięczne kieszonkowe. Dziś mogę przesłuchać wszystko. Kilkoma skipami sprawdzić, czemu warto poświęcić więcej czasu. Prościej i szybciej niż przedzierać się przez sterty recenzji, których nadprodukcja bywa równie uciążliwa, co zalew dzieł kultury.

*

Wydaje mi się – bo trudno ogarnąć całokształt rzeczy – że szeroko rozumiana „prasa muzyczna” wchodzi w kolejną fazę. Kilkadziesiąt lat temu powstała głównie po to, by informować, kto i co wydaje, kiedy i gdzie gra, o czym się mówi. No i służyła za doradę zakupowego.

Kilkanaście lat temu zaczęła się era portali. Przemądrzali młodzi zbierali się w paczki i zakładali tysiące lokalnych pitchforków. Nie chodziło o byle „warto kupić” („warto ściągnąć”), ale o nawracanie na własną narrację okołomuzyczną. Ocenianie zjawisk bieżących, przewartościowywanie przeszłości, przewidywanie czy nawet kształtowanie przyszłości. Do swej misji blogosfera podchodziła jeszcze poważniej, niż wcześniej „profesjonalni” papierowi krytycy.

Teraz obserwujemy odwilż. Nowe inicjatywy internetowe są nadzwyczaj wyluzowane, raczej podrzucają info niż opiniują – chyba że w granicach „gorąco polecam”. Niektórym młodym nie chce się nawet zakładać strony internetowej czy bloga. Wystarczy profil na fejsie, playlisty na Soundcloudzie, kanał na Spotify.

Nie są dziennikarzami ery papierowej (przede wszystkim szerzenie informacji). Nie są krytykami ery blogosfery (ferowanie wyroków). Są po nowemu rozumianymi kuratorami. Bez zadęcia, w jakim tonęliśmy u szczytu popularności pitchforków globalnych i lokalnych. Ale i bez tamtych aspiracji, przekładających się na jakość dawnych publikacji.

*

Jakie w tym miejsce dla „Gazety Magnetofonowej”? To się dopiero okaże, ale gdy dodać opisywany od wielu lat boom winylowy oraz drugie życie druku i pomnożyć sumę przez niebywałą płodność młodej polskiej sceny – to wynikiem oczywistym wydaje się właśnie stworzenie oldskulowej papierowej gazety poświęconej muzyce polskiej.

Przy czym może się okazać, że spełnia ona potrzebę innej frakcji muzycznego krwiobiegu niż poprzednie wcielenia mediów muzycznych. Te dawne papierowe służyły przede wszystkim czytelnikom. Te cyfrowe przede wszystkim samozwańczym krytykom, którzy szukali ujścia dla swoich fascynacji i ambicji. Ta „magnetofonowa” – może najpierw samym artystom, by poczuli się przez chwilę jak ich idole sprzed lat i mogli spojrzeć na siebie w kontekście całej lokalnej sceny?

Na razie jak nikt inny zachęcają do datków.

Fine.



Rosja, Czechy, Facebook i inspiracje lokalne

Rosja, Czechy, Facebook i inspiracje lokalne

99-procentowo rosyjskojęzyczny koncert dała wczoraj Naadia w warszawskiej Fabryce Trzciny, a tym pozostałym procentem było zadane na samym początku po angielsku pytanie:  „Czy wszyscy rozumieją tutaj po rosyjsku?”. Ooczątkowo żałowałem, że nie zawetowałem jednogłośnego „Daaa!”. Ale szybko zmieniłem zdanie.

Po pierwsze, generalne kierunki konferansjerki dzięki pokrewieństwu mów udało się jakoś ogarnąć. (Do szczególnie hałaśliwej grupki fanów: „Otkuda vy? O, Belorusy!”). A po drugie, właśnie dzięki rosyjskiemu śpiewaniu i mówieniu koncert miał szczególny klimat, który mogłaby rozwiać nawet jedna angielska zwrotka czy jedno Thank you! w miejsce Spasiba! Czy przesadzam? Pewnie tylko trochę.

*

Wcześniej tego samego dnia spotkałem przedstawiciela czeskiej wytwórni Indies Scope, lokalnego niezalowego hubu, którego reprezentantów – zbieg okoliczności – chwilę wcześniej polecaliśmy na bihajpie. Rozmawialiśmy trochę o tamtejszej scenie, przepływach muzycznych w regionie i rozmaitych inicjatywach, które lokalną integrację mają stymulować. Spytałem, czy widzi szansę, byśmy stworzyli rodzaj wspólnej sceny na wzór trzech krajów bałtyckich. Ku mojemu zdziwieniu odparł: na razie nie ma na to szans.

Zaskoczenie spotęgowało to, że nie chodziło mu ani o braki instytucjonalne, ani o zaślepienie naszej publiczności Zachodem. Lecz o samych muzyków. Zanim Czesi przyjadą do Polski – stwierdził – wypadałoby wcześniej trochę Polskę poznać. Doświadczyć atmosfery tutejszych koncertów. Przyjrzeć się słuchaczom. Posłuchać lokalnych artystów. Bo na razie prawie wszyscy młodzi muzycy w regionie czerpią inspiracje i instrukcje dotyczące kariery od tych samych brytyjskich i amerykańskich idoli. Trudno, byśmy byli dla siebie wzajemnie jakoś szczególnie atrakcyjni, oryginalni, regionalni.

Czy przesadzał? Pewnie tylko trochę. Przypomniał mi niedawny przypadek młodej węgierskiej grupy Puma Danger. Jej debiutancki album nasz bihajpowy korespondent w Budapeszcie reklamował jako bezprecedensową dla lokalnej sceny. I podsyłał z przekonaniem, że także w nas wzbudzi entuzjazm. Zamiast tego było wzruszenie ramionami. Od takiej muzyki nie tylko pękają w szwach Stany czy Brytania, ale i salki prób w każdym większym europejskim mieście. Po co grzebać w garażach na Węgrzech?

Takie sytuacje mamy na bihajpie co tydzień. Ktoś przysyła wielkie lokalne odkrycie, sensację roku, a korespondenci z innych krajów ziewają. Też takich mamy. Akcenty lokalne może warto więc cenić nie tylko jako takie, ale także jako źródło potencjalnej inspiracji innej niż ta, w której zasłuchuje się w tej chwili dziesięć milionów innych kapel na świecie – i pewnie z podobnym efektem.

*

Żal zatem, że na koncercie Naadii – bardzo znakomitym, zwracam uwagę selekcjonerów festiwalowych –  tak zgodnie wybrzmiało owe „Daaa!”. Może swoim występem ubogaciłaby jakoś nie tylko polskich słuchaczy, ale też orbitujące w podobnych sferach polskie laptopopieśniarki?

Tyle że sam o koncercie dowiedziałem się trafem. Po prostu dwa dni wcześniej w tym samym miejscu premierowy materiał grała Kapela ze Wsi Warszawa (łapcie, jeśli możecie). Przy wejściu wisiał plakat. I tak sobie pomyślałem: do Polski przyjeżdża jedna z ciekawszych przedstawicielek rosyjskiego indie, gra za darmo, jestem idealną grupą docelową tego koncertu, bo wsłuchuję się w ten kierunek, samą artystkę znam i wymieniliśmy nawet parę maili, a z jej gitarzystką zrobiłem krótki wywiad – a mimo to o wydarzeniu poinformował mnie przypadek.

Czy nie przesadzamy z przekonaniem, że fejs wszystko nam sam wypromuje? Wieść jakoś się rozniesie? Przecież co trzeci dorosły Polak z fejsa wciąż nie korzysta, a wśród nastoletnich już nie korzysta połowa. Twitter umiera. Snapchat i WhatsApp służą do czego innego. Może czas już poszukać nowych metod – albo wrócić do starych i rozwiesić parę plakatów na mieście? Rozesłać maile?

Tymczasem dzięki koncertowi Naadii dotarło do mnie, jak czują się polskie kapele, gdy po tygodniach szykowania się do trasy za wodą mniejszą lub większą pod zagraniczną sceną zastają samych swoich. Niby fajnie, że rodacy. Ale przecież nie do nich się jedzie, tylko by sprawdzić się na obcym terenie. Tak też Naadia wydawała mi się nieco rozczarowana, że wszyscy w Fabryce Trzciny rozumieli po rosyjsku. Może jednak należało wetować.

 

Fine.


Reeksport

Reeksport

Wspominany tu wielokrotnie estoński festiwal Tallinn Music Week skończył właśnie przyjmować zgłoszenia artystów do przyszłorocznej edycji i chwali się rekordową ich liczbą: odezwało się blisko 1300 artystów z 47 państw.

Tak wygląda początek rozpiski krajowej:

Estonia 239
Finland 192
Russia 190
Denmark 148
Belarus 90
Poland 65
Latvia 57
United Kingdom 32
Lithuania 32
Ukraine 24

Łatwo wyjaśnić popularność TMW w krajach ościennych. Finom blisko. Podobnie jak Rosjanom i Białorusinom, dla których to też okno na Zachód, bo już Unia Europejska. A dla Polaków – możliwa przepustka do Skandynawii. Zresztą z braku sukcesów w starej Europie nie pogardzimy krajami bałtyckimi.

Ale Dania?

Fenomen Danii w Estonii fantastycznie potwierdza powtarzane już tutaj tezy, że czasem warto pójść wbrew odruchowi i szukać szczęścia nie na zatłoczonych zachodnich spędach, ale właśnie na imprezach regionalnych. Bo kilka duńskich kapel – słyszałem o Motoramie i Get Your Gun, ale szefowa TMW wspomina także Mirel Wagner – opuszczało ojczyznę jako składy niszowe, a wracało jako gwiazdy. Bo w kraju rozeszła się wieść, że zachwycili zagranicę.

Znamy doskonale ten efekt sprzed 10 lat, gdy należycie doceniliśmy Kapelę ze wsi Warszawa dopiero po tym, jak doceniło ją BBC. O Behemocie też zaczęto u nas szerzej pisać, gdy objechali (parę razy) świat. Ale promocja działa w obu kierunkach: doceniającymi naszych artystów instytucjami, festiwalami, my też zaczynamy się interesować. Stąd Dania tak tłumnie reprezentowana w Estonii, a wkrótce pewnie i reszta Europy.

Poznański Spring Break ogłosił, że w przyszłym roku otwiera się na inne kraje. Mówi się o Niemczech czy Francji. Nie sądzę, by akurat publiczność z tych dwóch państw zachwyciła się ewentualnym zachwytem Polaków. Ale już czysto muzycznie: tymi krajami warto się zainteresować jak mało kim. I wzmocnić absurdalnie słabe relacje festiwalowo-koncertowe.

Wciąż kibicuję Offowi, by sukcesami na nim chwalili się wkrótce Czesi czy Słowacy, Portugalczycy czy Ukraińcy. Amerykanom wszystko jedno, jak ich przyjmą w, hm, Katowicach.

Na zdjęciu fantastyczna identyfikacja graficzna Tallinn Music Week, polecam genezę.

Fine.