Marzec 2016

Drugi debiut Julii

Drugi debiut Julii

Tematem drugiego numeru Gazety Magnetofonowej nie powinno być DIY, ale polskie dziewczyny. Zrób-to-sam zdominowały spore wywiady – według kolejności występowania – z Justyną z Domowych Melodii, Julią Marcell, Marią Peszek, Rebeką, Anią Dąbrowską i Brodką.

I fajnie. Bo początek roku zapowiadał się dziewczęco i z tygodnia na tydzień takim właśnie okazuje. Mamy już za sobą parę mocnych premier, a tej wiosny jeszcze chociażby Xxanaxx z jednej strony, Soniamiki z drugiej, Reni Jusis z trzeciej, i najciekawsze zapewne debiuty sceniczne na Spring Breaku.

A propos debiutów:

Graliśmy kiedyś w Tallinie. Organizatorzy skupili się na promowaniu muzyki ze wschodu, lokalnych rynków, co uważam za wspaniały pomysł. Kompletnie nikogo nie znałam, wybieranie koncertów było jak ruletka.

W ulotce z line-upem przy niektórych nazwach znajdowały się takie małe gwiazdeczki, sugerujące, że warto zainteresować się tymi występami. Ogromny przekrój muzyczny, każdy z tych zespołów był naprawdę dobry, interesujący, śpiewali głównie po angielsku. Można wybrać na ślepo i zawsze trafisz na coś fajnego, to niesamowite.

I to też dało mi poczucie, że warto wspierać i promować lokalne sceny wśród lokalnej publiczności. Przy takim nawale propozycji z każdej strony, dostępnych na kliknięcie myszki, przy tej masie zespołów ze wszystkich stron świata, walczących o twoją uwagę, najbardziej interesuje mnie właśnie muzyka, która powstaje w Polsce.

To z wywiadu Anny Nicz z Julią Marcell dla „Gazety Magnetofonowej” właśnie. Fragment ten niby nie dotyczy samej płyty. Ale mnie pomógł zrozumieć przyczyny świetności „Proxy”, a konkretnie muzyczną niepolskość tej pierwszego polskiego wyczynu Julii.

Gdy rodzimy artyści, którzy śpiewają przeważnie po angielsku – automatycznie muzykę bardzo anglosaską – decydują się zrobić wyjątek i skorzystać z polszczyzny, zazwyczaj od razu polską staje się również ich muzyka. Język wydaje się tak narzucać muzyce, że inspiracje londyńskie magicznie odmieniają się w dziedzictwo polskiego songwritingu czy postodołowego punku.

I tak też było w przypadku Julii, gdy na poprzedniej płycie zaśpiewała swój pierwszy polski kawałek. Wraz z tekstem od razu zmieniło się wszystko: charakter, melodie, akcenty, brzmienie, a przede wszystkim sam wokal Julii. Inny język = inna artystka.

Z „Proxy” jest inaczej. W większości utworów można by podmienić słowa z lokalnych i aktualnych na angielskie i ogólnikowe, a pozostałyby tymi samymi utworami. Refrenowe „Zmie-ni-łeś-mi-us-trój” mogłoby być pjharveyowym „Oh-Eng-land-oh-Eng-land” albo coldplayowym „I’ll-love-you-to-mor-row”. A gdyby wokale zastąpić wokalizami, nie odgadłbym, czy to twór krajowy czy zachodni. Zresztą krótki refren „Andrew”, który mógłby być i Maleńczukowym, i Waitsowym, sama Julia w końcu wyśpiewuje na „a”, by potem oddać go smykom.

Przy fascynacji eskalacją polskiej sceny muzycznej i rosnącym jej bogactwem w tych ostatnich latach wciąż miałem poczucie, że muzycznie funkcjonują na niej dwa równoległe światy: śpiewających po polsku i śpiewających po angielsku. I nie chodzi o konkretne osoby, bo wielu z nich – od Rycerzyków po Dawida Podsiadło – bywa tu i tam. I ma jakby dwa odrębne repertuary.

„Proxy” zachwyca syntezą zachodnich inspiracji, wieloletnich doświadczeń Julii oraz jej przyzwyczajeń wykonawczych z neofickim, dziecięcym wręcz zachwytem mową ojczystą. Jest syntezą, na jaką czekałem chyba od „Lake & Flames”. Czyli gdy nasi zaczęli z coraz większą częstotliwością pokazywać, że potrafią tworzyć zachodnie piosenki na zachodnim poziomie – dziś już nikogo to nie dziwi.

Z każdą kolejną światowo brzmiącą premierą narastało jednak pytanie, czy przy okazji muszą zatracać się w oceanie genealogicznie anonimowych wykonawców i gubić pochodzenie, które przestaje być mankamentem, a staje się – patrz ostatnie zdanie z wypowiedzi Julii, patrz sukces Spring Breaku – atutem.

I choć „Proxy” nie jest zapewne pierwszym udanym przykładem polsko-anglosaskiej fuzji, wydaje mi się być pierwszym tak zauważalnym i kompletnym przykładem tego, jak nasi wykonawcy mogą światowe inspiracje i ambicje łączyć z polską genezą, a nie porzucać jedne dla drugich. I stąd ten „debiut”, którym wydaje mi się czwarta płyta Julii Marcell dla niej i dla sceny.

Fine.


W drzewach

W drzewach

Drzewo z okładki „Spirit of Eden” powstało w 1973 roku. Czekało przez kilkanaście lat na wyjątkowo krótkie spotkanie swego stwórcy z menedżerem grupy Talk Talk. „Fruit Tree”, bo tak obraz zatytułował malarz, w dwójnasób symbolizował życie poprzez jego symboliczne i faktyczne ostoje: głębinę morską i gąszcz gałęzi.

Wspomnianego menedżera Talk Talk z miejsca zachwyciła zbieżność nastrojów i tematyki obrazu z materiałem, który zarejestrowali właśnie jego podopieczni. Pokazał dzieło zespołowi, ci podzielili zachwyt, temat okładki „Spirit of Eden” był zamknięty.

Z „Laughing Stock” było zupełnie inaczej, może poza równie istotną rolą menedżera.

*

Keith Aspden zwerbował malarza, grafika i swego wieloletniego kumpla Jamesa Marsha do pracy z Talk Talk u samego początku działalności grupy. Zabawne, że współpraca ta miała przynajmniej trzykrotnie przekroczyć kalendarzowo żywot samego zespołu. Grafik okazał się poniekąd najtrwalszym członkiem Talk Talk.

Kwestie wizualne grupa od początku chętnie cedowała na menedżera i jego utalentowanego kolegę. Zadowolona była także wytwórnia, że tak drażliwy problem ma z głowy. Co ciekawe, na początku swoje wizje Marsh wykuwał na zamówienie, bo Talk Talk bardzo świadomie kreowało wizualny klimat wokół swojej muzyki. Gdy kariera przyspieszyła, coraz częściej sięgali do archiwum Marsha, bo na kreowanie brakowało czasu.

Ale na początku lat 90., po dekadzie w pędzie, grafik z menedżerem znów się na chwilę zadumali, podobnie zresztą jak sam zespół.

*

Okładka „Laughing Stock” zrodziła się we wzorcowej burzy mózgów, do której każda strona dorzuciła bliski jej element.

Zaczął Marsh. Po przesłuchaniu części nowego materiału Talk Talk uznał, że temat natury pozostaje aktualny. Tyle że metafora z mglistego życia i jego ostoi powinna przesunąć się ku konkretnej ekologii. Zaproponował więc menedżerowi ptaki.

Kumpel i pracodawca niezmiernie uradował się tą sugestią. Bo ptakami się prywatnie pasjonował, szczególnie rzadkimi gatunkami. To Aspden zauważył, że ekologia plus ptaki równa się gatunki zagrożone.

Wkrótce podrzucił koledze album z wykazem ginących uskrzydlonych. Szczęśliwy, że zaoszczędził godziny researchu, bo mówimy jeszcze o czasach przed internetem, Marsh szybko skompilował ptaka z ptaków:

after flood boxset

I do dziś ocenia jako błąd to, że powyższy obraz nie trafił ostatecznie na okładkę „Laughing Stock”, lecz jedynie do boksu „After the Flood”.

Zawinił Mark Hollis. Początkowo zaakceptował pomysł ptaka z ptaków, później zażyczył sobie jednak drzewnej kontynuacji w dyskografii. Marsh przeorganizował więc ptasią ferajnę, osadzając ją na gałęziach.

Pierwowzór otwiera niniejszy wpis, końcowy rezultat znamy. Nawet się wam nie przyznam, ile lat zajęło mi zauważenie, w jakie kształty owe ptaki poukładał.

*

Marsh robił w życiu mnóstwo ciekawych rzeczy. Od logo dla Air Canada po 25 fontów. Dobrze widzieć, że tak długotrwała i doniosła relacja raczej przysłużyła się jego karierze niż ją pożarła, że miał życie po Talk Talk. A jednocześnie nie czuł potrzeby demonstracyjnego odcinania się od pnia, wspierał ich także pośmiertnie.

Z dwóch drzew Talk Talk sam grafik wyżej ceni to starsze. Ze względów osobistych, bo uznaje je za moment przejścia z artystycznej młodości w dojrzałość. I z powodów praktycznych, bo to właśnie reprodukcji „Fruit Tree” wciąż sprzedaje najwięcej. „I to chyba wiele mówi o tym, co fani TT lubią” – mówił w jednym z wywiadów.

*

Co przypomina mi o pewnym utalentowanym duecie, który przez całą swoją karierę wykazywał silne inspiracje Talk Talk, ale jak nikt inny potrafił je przetworzyć w coś bardzo własnego i nowego.

Zespół ten zaczął karierę od koweru, którym zachwycił brytyjskie media i wschodzącą niezależną wytwórnię One Little Indian. Zwrócił także uwagę pewnego menedżera, który po intensywnej dekadzie właśnie tracił zatrudnienie. Dogadali się, pracowali razem do połowy lat 90.

Menedżerem tym był oczywiście Keith Aspden, a kolejny singiel jego nowych podopiecznych nazywał się „Days in the Trees”.

*

Wiosna w 2009, 2010, 2011,20122013, 2014, 2015.

Fine.


Sceny niedopieszczone

Sceny niedopieszczone

Lada moment wiosna, a my wciąż babrzemy się w ubiegłym roku. Trochę to absurdalne, ale co począć, skoro tyle muzyki, że życia brak. A ten nasz przegląd to i tak wąski wycinek krajobrazu. Spotkałem w Lublanie tureckiego promotora-wydawcę, weterana rynku nie tylko miejscowego, który z ciekawością obejrzał to nasze tureckie Top 40. Przy co czwartym laureacie rzucał: „O, pracowałem z nim!”. Reszty nie słyszał. Dopisałby drugą czterdziestkę.

*

Poza walorami muzycznymi te końcoworoczne maratony bihajpowe dostarczają mi frajdy innego jeszcze rodzaju, jaką jest obserwowanie reakcji lokalsów. A reagują bardzo różnie. Są przyzwyczajeni do posłuchu Szwedzi. Są trochę izolowani Francuzi, ale superlatywy z zagranicy ruszają ich niespecjalnie. Inaczej niż takich Japończyków. Mimo potężnej i samowystarczalnej sceny jakże cieszy ich każda wzmianka o lokalnej muzyce publikowana na łamach nieobrazkowych.

Wspomniana Turcja, Izrael czy nawet skandalicznie bogata muzycznie Brazylia – tylko wybiórczo obserwowana przez hiszpańskojęzyczne otoczenie – też zwykły doceniać zagraniczną uwagę, ale bez przesadnej ekscytacji. Prędzej z lekkim zdziwieniem. Z prawdziwym niedowierzaniem reagują kraje, które nazwałbym niedopieszczonymi. Czują się niedocenione, bo (słusznie) wydaje im się, że na uwagę zasługują, ale jej nie otrzymują. I te oczywiście lubię najbardziej.

*

Gdy opublikowaliśmy podsumowanie tajwańskie, prawie padł nam serwer. W statystykach okresu podsumowań obok potęg w rodzaju Japonii, Brazylii, Niemiec czy Korei Południowej wyraźnie zaznaczyła się Ukraina. I znacznie mniejsze kraje bałtyckie, Europa Środkowa czy Gruzja. A także Azja Południowo-Wschodnia, niektóre kraje Bliskiego Wschodu i ta część Afryki, której jeszcze nie zglobalizowali menedżerowie francuscy czy anglosascy.

I nie chodzi tylko o wielkie podsumowania, czasem wystarczy wzmianka. Jak umieszczenie piosenki mongolskiej wśród 149 innych, generujące setki lajków na profilu zespołu. (To skądinąd mój osobisty przebój 2015 roku). Albo spóźnione opisanie macedońskiego hitu eksportowego.

Wiele z tych scen zawsze kryło w sobie wielkie bogactwo, chociażby ze względu na położenie na skrzyżowaniu kultur. Inne nadrobiły w ostatnich latach. Przykład Islandii pokazał im, że nie liczba mieszkańców decyduje o jakości sceny. Podczas gdy nasz indyjski korespondent z trudem zebrał dziesięć piosenek, Łotwa wynotowała 20 solidnych albumów. Doskonale zdają sobie sprawę z tego, co mają do zaoferowania. I gdy świat wreszcie zauważy: Alleluja!

*

A gdzie w tym wszystkim Polska? Odnoszę wrażenie, że gdzieś w połowie drogi pomiędzy niedopieszczeniem małych a skandynawsko-francuskim przekonaniem, że się (odpowiednio) zasłużenie należy i że co oni tam wiedzą o tym, co u nas naprawdę dobre.

Na statystyki bihajpowe trudno się powoływać, bo zaburza je geneza serwisu. Przez nią rodzime kliki wciąż dzielnie konkurują z większymi tego świata. Ale zwróćmy uwagę na to, jak zareagowaliśmy na wysyp polskich akcentów w zagranicznych podsumowaniach 2015 roku. Jeszcze dziesięć, pięć, trzy lata temu ekstatycznie reagowaliśmy na każdą wzmiankę o polskim wykonawcy czy festiwalu. Na swój sposób cieszył nawet fatalny debiut Off Festivalu w NME i radosna relacja Pitchforka z Katowic. Ej no, przynajmniej nas zauważyli.

W rekordowym grudniu po raz pierwszy spotkałem się z marudzeniem. Legendarny Sasha Frere-Jones wynosi pod niebiosa Trupę Trupa? Przecież on zawsze miał zrypany gust. Cztery polskie płyty w zestawieniu The Quietus? Wiadomo, tam pracuje Polak, a nasze festiwale fundują im darmowe wakacje. Mgła i Riverside? Tanie chwyty pod niszową publiczkę.

To naturalne, że nas zauważają, i nawet przyjemne. Ale lepiej niech posłuchają Adama Struga.

***

A propos niedopieszczenia. Stały Szary Czytelnik słusznie mi zwrócił uwagę, że zaniedbuję bloga, choć niepotrzebnie. W ciągu pięciu skandalicznych tygodni od ostatniego wpisu nie było wieczoru, gdy nie chciałem przysiąść i napisać chociażby o powyższym. Ale właśnie nie było wieczoru.

I chodzi nie tyle o samego bihajpa, bo mimo czasochłonności jest on również wielką inspiracją do rozmyślań, gadania i pisania. Ale faktycznie, ostatnio w samym tylko serwisie spotkały się dwa duże przedsięwzięcia. Od września do stycznia intensywnie pracowaliśmy nad nową wersją strony, a raczej dwiema wersjami – mobilną i stacjonarną. (BTW: Jeśli ktoś szuka świetnych i niedrogich deweloperów – proszę o kontakt). A z nowym rokiem ruszył nasz best-ofowy maraton. Każdy kraj to przynajmniej kilka godzin pracy, czasem kilka dni. A to tylko hobby.

W „Polityce” od paru miesięcy pracuję nad czymś zupełnie nowym (i superowym!). Jak dawniej staram też regularnie pisać. Co miesiąc recenzuję dla „Zwierciadła”. Co kwartał nagram coś dla „Gazety Magnetofonowej” (w drugim numerze wywiad z Polakami z Australii i rozmowa o znakach muzyki). W nowym semestrze ruszą studia menedżerskie.

Strategie blogowe czy szerzej publicystyczne dzielą się dla mnie na dwa rodzaje: zajmować się tym, co interesuje czytelników albo zajmować się tym, co interesuje ciebie i spróbować zainteresować tym czytelników. Jako miłośnik tej drugiej opcji zapraszam więc do miejsc, w których jestem, gdy mnie nie ma tutaj. Jestem tam, gdzie według mnie jest teraz życie.

Ale i ja postaram się poprawić, żeby nie była taka ziemia niczyja.

Fine.