Kwiecień 2016


Kogo zobaczę na Spring Breaku

Kogo zobaczę na Spring Breaku

106 wykonawców ma wystąpić na rozpoczynającym się jutro festiwalu Spring Break. Z tego tylko – choć w kontekście poprzednich edycji imprezy może „aż” – trzynastu przyjedzie z zagranicy bliższej (wschodzące łotewskie gwiazdy Carnival Youth) lub dalszej (ktoś tam ze Stanów). Ilu uda się zobaczyć?

Kilka miesięcy temu przysłuchiwałem się dyskusji o showcase’ach, w której uczestniczyła Magda Jensen, turmenedżerka Brodki czy opiekunka Pauli & Karola. W 15 minut wyłożyła plan działań, jakie jakie każdy wykonawca powinien podjąć przed takim branżowym zlotem, żeby odczuć jakikolwiek efekt po. Od uruchamiania znajomości po rozdawanie ulotek.

Żałuję, że tego miniwykładu nie nagrałem, bo coraz wyraźniej widać, że takiej podstawowej wiedzy naszym zespołom brakuje. A przede wszystkim brakuje ludzi, którzy mogliby ich w takich działaniach wyręczyć. Uświadamianie sobie tej luki wynika zapewne z faktu, że artyści sprofesjonalizowali się nam w innych aspektach. I mają już produkty na światowym poziomie, lecz nie potrafią ich światu sprzedać. Owocują też wreszcie sponsorowane kontakty z zagranicą i przyglądanie się, jak to robią inni.

A jak to robią inni?

Drobny, ale znamienny przykład z mojej działki: przed festiwalem MENT Lublana przez cały tydzień dostawałem maile od menedżerów i zespołów z zaproszeniami na ich występy i linkami do najbardziej korzystnych youtube’ów. Z niektórymi nawet pomailowałem, potem masa pocztowa mnie przerosła. Ale kilka z kilkudziesięciu samochwał przekonało mnie do wybrania się na ich koncert, który w przeciwnym razie bym zupełnie przegapił lub niesprawiedliwie zbagatelizował.

Ilu wykonawców przed Spring Breakiem przejrzało gotowca, jakim jest lista delegatów? Jeśli mnie Gmail nie myli, osobiście otrzymałem dwa listy. Od menedżerki zespołu Bibobit oraz agencji Follow The Step, „która jest odpowiedzialna za takich artystów, jak KVBA, New Rome czy Jakub Kusior„. Żadnego z tych wykonawców dotąd nie znałem, więc tym chętniej sprawdziłem linki.

Milczenie reszty wynikać może z nieświadomości lub przekonania, że prawdziwa sztuka sprzeda się sama. Tylko dlaczego w takim razie w ogóle ciągać ową sztukę na bazar, bo tym właśnie są festiwale showcase’owe? Jeszcze pożałuję tego apelu, ale naprawdę: piszcie!

Fine.


Kultura z algorytmu

Kultura z algorytmu

Nie tylko o Netfliksie i serialu „House of Cards”, wyreżyserowanym niejako przez big data, rozmawiałem z analitykiem firmy, która Netfliksa w tych niebywałych rachunkach wspiera.

Tekst okazał się jednym z tych, które pisze się bez większego przekonania, czy mają większy sens. Bo przecież wszyscy wszystko to wiemy. A potem przychodzą maile o treści: Wstrząsające.

Co ciekawe, tę przerażającą niektórych inwigilację inni wymieniają wśród głównych powodów, dla których pokochali Netfliksa. Że uch rozpoznaje, że wie, gdzie przerwali oglądanie.

Obstawiam więc, że odważne prognozy z końca artykułu nie tylko staną się rzeczywistością szybciej, niż byśmy sądzili, ale też że uznamy te usprawnienia za naturalne – tak jak wszystkie dotychczasowe.

Fine.


Wschód niezachu

Wschód niezachu

Kilka dni temu jedna moich ulubionych młodych artystek koreańskich ogłosiła hucznie swoją pierwszą trasę europejską. Rozpiska: Warsaw, Poznan, London. Przy czym ten ostatni jeszcze nie do końca potwierdzony.

Trudno pochwalić menedżera artystki za takie osiągnięcie – bo z naszej perspektywy wygląda to raczej na żart – i powinniśmy raczej przypisać te wydarzenia stronie polskiej. Ale z Korei taka trasa wygląda inaczej. Kiedyś nasz koreański korespondent pochwalił mi się, że właśnie wraz z grupą przyjaciół spędził parę godzin na wystawie polskiej sztuki w Seulu. (Pisałem o jej chińskiej edycji). Na pytanie, co im strzeliło do głowy, odparł: bo my tu w Korei bardzo lubimy Europę Północną!

Z perspektywy azjatyckiej jesteśmy zachodem albo północą – tak czy inaczej budzimy ciekawość, kojarzymy się z jakością i nowocześnią. I to warto wykorzystywać w działaniach importowych, bo Azjaci przyjadą do nas bez poczucia, że robią łaskę. I tak naprawdę chodzi im tylko o to, by odbić się z Warszawy do Paryża.

Ale korzystne skojarzenia przede wszystkim sprzyjają działaniom eksportowym, co potwierdził chociażby odzew na polskich jazzmanów w Chinach. Po zeszłorocznej trasie Pink Freud i Jazzpospolitej na ten rok szykowana jest jeszcze większa jazzująca wyprawa. Na festiwalu Strawberry w Szanghaju i Pekinie – lokalnym odpowiedniku Glastonbury – wystąpią Tides from Nebula. I będą tam traktowani zupełnie inaczej niż na festiwalach zachodnioeuropejskich czy przereklamowanym SXSW.

*

Tymczasem niezach – jak to określił ostatnio Bartek Chaciński na wzór niezalu – będzie miał w Polsce fantastyczny rok. Przed chwilą Off Festival ogłosił swoich najważniejszych tegorocznych artystów (choć może jeszcze o tym nie wie). Czyli japońskie goat – piąte miejsce z naszego lokalnego Best of 2015 – koreańskie Jambinai, egipskie Islam Chipsy, znakomitą norweską Jenny Hval, nigeryjskiego saksofonistę Orlando Juliusa wraz z The Heliocentrics i ghańskiego Aka Kak.

Gdyby nie te ostatnie katowickie ogłoszenia, miłośników niezachu należałoby wysłać przede wszystkim do Białegostoku na Halfway Festival. Dwa niebywałe rarytasy: islandzki Mammút, których podejrzewam o jeszcze bardziej wyraziste koncerty niż to, co prezentują w studiu, oraz Eivør z Wysp Owczych, która właśnie zgarnęła lokalne nagrody fonograficzne. Poza tym z Norwegii przyjedzie Ane Brun. Będzie izraelsko-londyńskie Acollective. Białoruskie Intelligency. Estońskie Odd Hugo. I w tym fantastycznym kontekście dopiero na końcu chce się wymienić Destroyera i Wilco. Właśnie takich proporcji życzyłbym wszystkim festiwalom.

To tylko dwa mocne akcenty festiwalowe. A przecież coraz trudniej nadążyć za pojedynczymi koncertami – nawet tylko niezachowymi, nawet tylko w stolicy. Wczoraj w Progresji grali Rodrigo y Gabriela. Za chwilę to samo miejsce nawiedzi Kiasmos, czyli nowy projekt Ólafura Arnaldsa. Pod koniec miesiąca wpadnie szwajcarska Tunezyjka Soraya Ksontini. A w maju powrócą Konono n°1. Potem wspomniana Neon Bunny, a w czerwcu eksperymentujący chilijski Föllakzoid…

Mam świadomość, że moja zakładka koncertowa jest coraz bardziej dziurawa. I tylko mnie to cieszy.

*

Oczywiście największym tegorocznym świętem niezachu będzie poznański Spring Break, ale o nim napiszę jeszcze oddzielnie.

I oczywiście jestem przekonany, że o żadnym niezachu nie będzie mowy. Bo za jakiś czas to będzie po prostu „muzyka”, a wprowadzimy raczej etykietkę „zach” dla muzyków z pewnej niewielkiej anglosaskiej enklawy. Kilku krajów, dla których kiedyś zapomnieliśmy o kilkudziesięciu innych. Na szczęście właśnie sobie o nich przypominamy, a one o nas.

Fine.



Scena beehype na Off Festivalu

Scena beehype na Off Festivalu

Rozmowy trwały całe dwa lata, pierwotnie umownym warunkiem było przekroczenie 10 tysięcy lajków na fejsie, ale dostaliśmy rabat. Drugiego i trzeciego dnia Off Festivalu już oficjalnie zapraszam przed scenę beehype, ulokowaną ustronnie za eksperymentalną.

Na 99% mamy potwierdzonych następujących wykonawców:

Do tej piętnastki ktoś może jeszcze dołączyć, a ktoś z niej ubyć. Ostateczny program powinien mieć jednak kształt bliski powyższemu i z podobnymi proporcjami geograficznymi (za rok obiecujemy więcej Afryki).

Przy okazji wielkie podziękowanie dla sympatyków bihajpa, którzy pomagali w kontaktach i negocjacjach, a także dla instytucji wspierających: EEA Grants, Beirut and BeyondCool JapanKorean Wave oraz Hivos International.

Fine.