Listopad 2016


Czy powstanie scena środkowoeuropejska?

Czy powstanie scena środkowoeuropejska?

Takie pytanie postawili organizatorzy konferencji i festiwalu Budapest Showcase Hub, która zadebiutowała tydzień temu w stolicy Węgier. Debatowaliśmy nad tym zagadnieniem w gronach rozmaitych, czasem absurdalnie dużych i sięgających od morza do morza (patrz niżej).

Pytanie wzięło się stąd, że mimo starań i inwestycji Zachód jakoś ciągle nie chce zainteresować się muzykami z naszego regionu. Niemal każdy z krajów na swój sposób próbuje eksportować lokalne talenty. Ale wiele mówi to, że międzynarodowe osiągnięcia Brodki czy estońskiego Ewert and the Two Dragons uważa się właśnie za sukces. W niszach od metalu po awangardowy jazz radzimy sobie znakomicie, ale marzy się nam taka Björk, która odmieni los regionu.

Wśród rozważanych scenariuszy dominowały dwa:

  • Stworzyć wspólną markę, dajmy na to New East, i promować objętą tym parasolem muzykę z regionu na Zachodzie jako coś nowego, egzotycznego, modnego. Problem w tym, że byłby to twór sztuczny, wydmuszka. Bo przecież taki wspólny blok muzyczny wcale nie istnieje. Poza tym po ćwierćwieczu uciekania od „bloku postsowieckiego” mało kto chce teraz do niego wracać.
  • Stworzyć faktyczną scenę regionalną, zaciekawić się sobą nawzajem i sprawić, by młody zdolny wykonawca z Estonii czy Słowenii nie myślał od razu o Berlinie i Londynie, lecz mógł sobie pograć po sąsiedzku: od Bałtyku do Adriatyku. Jeśli taka integracja nastąpi, powstanie silny środkowoeuropejski rynek o naturalnym, a nie pompowanym potencjale eksportowym.

Mnie podoba się oczywiście bardziej wizja numer dwa. Także dlatego, że sami próbujemy ją realizować na bihajpie. Z perspektywy jakości samej muzyki regionu rozwiązanie to wydaje się wręcz oczywistością, gorzej z perspektywą marketingowo-zarobkową. Ale gwarantuję przykładem własnym i rosnącej grupy znajomych, że da się i że warto przestawić uwagę z tego, co dyktują nam centra anglosaskie – na słuchanie rozproszone.

Aby do takiej środkowoeuropejskiej integracji doszło, na poziomie regionalnym musiałoby się jednak powtórzyć to, co wydarzyło się w ostatnich latach na poziomie lokalnym.

budapest-showcase-hub-bush-meeting

Weźmy Polskę. Najpierw zaczęły pojawiać się fantastyczne kapele. Pojedyncze, potem całe zastępy. Wreszcie znokautował nas Spring Break, który co roku prezentuje nową setkę młodych zdolnych. Jest i poświęcona samym swoim „Gazeta Magnetofonowa”.

Słuchanie polskiej muzyki stało się więc możliwe, potem uzasadnione, w końcu czymś oczywistym. 10 lat temu wcale tak nie było! Tony Duckworth z oddziału PIAS na nasze okolice wspominał, że gdy przeprowadzał się do Polski, był w stanie słuchać kilku rodzimych kapel. Teraz dziesiątki dorównują konkurencji międzynarodowej. Zmianę widać nawet w ofercie mniej patriotycznych festiwali, od Open’era po Offa. Reprezentacja krajowa z roku na rok zyskuje na nich coraz większe – i coraz lepsze – miejsce.

Musi więc być muzyka. Potem rodzi się świadomość jej istnienia. Wreszcie punktowe zainteresowanie przeradza się w modę i wypada, trzeba wręcz wytwórnie krajowe śledzić. Te trzy kroki doprowadziły nas do obecnego boomu polskiego grania. Słusznie uważamy, że gra się u nas nie gorzej niż u nich. Nikt nie ma wątpliwości, że w kraju można znaleźć tyle świetnej muzyki, że można by się wręcz ograniczyć do słuchania tylko jej. I że jest ważna. Muzyka dzieje się (także) tutaj.

*

I teraz pytanie: czy uda się przeprowadzić podobny proces na poziomie regionu?

Muzyka już jest. Czeka na to, by o jej istnieniu dowiedziały się publiczności sąsiednich krajów. Sprzyjają temu regionalne festiwale w rodzaju Tallin Music Week, słoweńskiego MENT czy właśnie Budapest Showcase Hub. Ale to wciąż egzotyka, skok w bok. Rzadko traktujemy muzykę sąsiadów jako coś istotnego i/lub atrakcyjnego. Z reguły funkcjonujemy w dychotomii: scena krajowa vs. scena zachodnia. Czy „większa reszta” wciśnie się między te dwie dominujące mniejszości?

Kłopot może polegać na tym, że owa muzyka „regionalna” znajduje się gdzieś pomiędzy „tam” oraz „tutaj”. Wiadomo, że „tam” jest granie ważne i modne. Piszą o tym Pitchforki. Wiadomo, że „tutaj” też jest ważne i modne. Mówią i postują o tym znajomi. Czy za lokalną, naszą, uznamy także muzykę zza miedzy? Czy może pozostanie wciąż obcą, aczkolwiek nie tak ważną, jak ta bardziej obca – zachodnia?

*

Pewną podpowiedzią może być boom na małe browary. Popularność zyskała instytucja piwa lokalnego jako takiego. W pierwszej kolejności na tej nowej modzie skorzystali oczywiście rzemieślnicy krajowi. Ale uwaga spłynęła także na czeskich, litewskich, niemieckich czy ukraińskich browarników. Zakupy u zachodnich koncernów stały się za to obciachem.

Kibicowałbym więc temu, by promować słuchanie lokalnej muzyki jako takiej. Prosto od producenta. Craft music. Bo słuchanie młodziutkiego duetu z Krakowa, sypialnianego producenta z Bratysławy czy wschodzącej kapeli indie z Santiago de Chile to poniekąd podobne doznania. Dźwięki niefiltrowane. Tak przynajmniej podpowiada mi doświadczenie bihajpowe.

*

W Budapeszcie wystąpiło 26 wykonawców, z których dwudziestu – miło mi powiedzieć – prezentowaliśmy już na bihajpie. Stąd łatwo przyszło nam zrobić festiwalową playlistę. Ta playlista skądinąd pokazała, jak zdumiewająco przywiązani jesteśmy do przekonania, że jak śpiewać dla zagranicy, to tylko po angielsku. Spoko, rozumiem argumenty, ale trochę nuda.

brodka-budapest-showcase-hub

Bardzo dobrze wypadła w Budapeszcie polska reprezentacja. Brodka, która notabene trafiła na okładkę lokalnego periodyku muzycznego, zagrała na wieczorze otwarcia dla największej publiczności na całym festiwalu. Wyluzowany, radosny koncert, daleki od tego z The Great Escape. Mocny, ale bez patosu z występu (też świetnego) na Offie.

Wielkim zaskoczeniem był dla mnie Buslav, którego widziałem na żywo po raz pierwszy i od razu zapragnąłem powtórki. Coals zagrali w najbardziej kameralnym klubie i w tym miejscu, w swojej sennej kategorii, również byli jedni z lepszych.

Ten polski zestaw – BBC – sugerowałby swoją drogą, że przy wyborze nazwy lub pseudonimu warto ustawiać się na początku alfabetu.

lovely-quinces-croatia

Na festiwale showcase’owe jeździ się jednak po odkrycia. Dla mnie takim zdumiewającym odkryciem był kameralny, samotny, potężny występ sympatycznej studyjnie, fenomenalnej scenicznie Chorwatki Lovely Quinces. Na żywo to żywioł kalibru – tak! – PJ Harvey.

Tym większa niespodzianka, że był to pierwszy koncert tego wieczoru. Skazany niejako na porażkę. A ona wyszła tylko z gitarą i mikrofonem podpiętym do oktawera i dla tych kilku zgromadzonych osób zaczęła grać tak, jakby stało przed nią kilka tysięcy. Jeszcze sam sobie pozazdroszczę, że oglądałem ją w tak małym gronie. Które jednak z utworu na utwór rosło, bo kto przychodził, ten już zostawał, wyjść się nie dało.

Odtąd kibicuję jej więc jak swojej.

 

hungary_640


34 utwory z października

34 utwory z października

To że na blogu niewiele się dzieje, wynika z tego, że wszędzie indziej dzieje się bardzo dużo. Wkrótce kilka rozmaitych info muzycznych i niemuzycznych.

Ostatecznie dźwięki > słowa, zapraszam więc do odsłuchu naszej kolekcji październikowej.

fine4