Polska muzyka na eksport + wywiad z Hańbą!

Polska muzyka na eksport + wywiad z Hańbą!

W dzisiejszej „Polityce” próbuję podsumować muzyczne sukcesy eksportowe Polaków, choć w 12 tysiącach znaków dało się wymienić tylko część nazwisk zasługujących na wymienienie.

Z tekstu powinna wyłonić się jedna ogólna obserwacja: przełomu jak nie było, tak nie ma, ale zamiast wymarzonej Björk mamy rozrastający się (przepraszam) polski plankton muzyczny, który coraz liczniej poczyna sobie coraz śmielej na świecie. I gdy połączyć kropki, wyłania się pewien kształt, rosnąca obecność w obiegu międzynarodowym i świadomości influencerów.

Punktem wyjścia dla artykułu była Hańba!, która w niezwykle wdzięczny sposób organizuje sobie wyjazdy do dalszej i bliższej zagranicy. Na papierze zmieściły się tylko fragmenty naszej rozmowy, całość poniżej. Zespołowi dziękuję i – duma!

*

Skąd wziął się wyjazd na SXSW?

Hańba!: Zaproszenie na SXSW było po części jednym z owoców nieco już odległej, ale wciąż ważnej sesji dla KEXP nagranej w sierpniu 2015 roku. Co istotne, z pierwszego, ubiegłorocznego zaproszenia zrezygnowaliśmy na rzecz normalnej, trzytygodniowej trasy w maju i czerwcu. W Austin zagraliśmy łącznie na 3 koncertach: dwóch oficjalnych showcase’ach i jednej luźniejszej imprezie organizowanej przez szalonych Japończyków z Nowego Jorku– Peelander Z. Każdy z występów to osobna historia. Bez wątpienia najbardziej udany był ten ostatni, w Russian House, gdy o 1 w nocy specjalnie dla nas została grubo ponad setka ludzi.

Coś was w Teksasie zaskoczyło?

Zaskoczenia były dwa, oba niekoniecznie miłe. Po pierwsze, za wszystko, dosłownie wszystko – od wypożyczenia backline’u po opaskę dla menedżera – trzeba zapłacić. Nawet gdy jest się zaproszonym zespołem. Po drugie, na festiwalu odbywającym się w klubach w centrum miasta byliśmy po raz pierwszy i dochodzimy do wniosku, że bardziej odpowiadają nam mniejsze imprezy, takie jak słowacka Pohoda, katowicki OFF czy niewielkie Folkowisko.

W kontekście takich wyjazdów powraca pytanie: czy to się w ogóle „opłaca”, lecieć tak przez cały świat?

Zależy, co rozumiemy przez określenie „opłaca”. Zresztą w pytaniu zawarłeś niejako odpowiedź, czyli owe „przez cały świat”. Nie będąc etatowymi uczestnikami rynku muzycznego, nieco inaczej patrzymy na kwestię wyjazdów i ich dochodowości. Dla nas zawsze ważny jest właśnie czynnik krajoznawczy. Czyli jeśli tylko mamy szansę (i czas) zboczyć, objechać, spać w ciekawym miejscu – tak robimy.

Na przykład do Austin dotarliśmy przez Florydę i Nowy Orlean. Do tego dochodzi mniej lub bardziej świadomie obrana idea DIY. Sami organizujemy sobie trasy, sami prowadzimy busa, czasem jedynie korzystając z pomocy finansowej, m.in. Instytutu Adama Mickiewicza i Wydziału Kultury UM Krakowa.

A jak to było z zeszłorocznymi koncertami w USA? I tegorocznymi w Europie? Jak do nich dochodzi?

Wszystko zaczyna się od Izoldy, naszej impresario, ważnego ogniwa orkiestry zbuntowanej od samego początku jej poważnego funkcjonowania. Iza swoim uporem, odpowiednim nastawieniem i entuzjazmem łapie kontakt z kolejnymi organizatorami czy bookerami. Potem do akcji wkraczamy my i wspólnie planujemy trasy, szukamy miejsc po drodze, załatwiamy samochód, wysyłamy plakaty.

Zagraniczne koncerty były dla nas wszystkich sprawą dosyć naturalną. Od samego początku próbowaliśmy swoich sił w niedalekiej przecież Ostrawie czy związanej partnerskimi więzami z Krakowem Norymberdze.

Zeszłoroczne USA zostało „sprowokowane” sesją dla KEXP, która natchnęła organizatorów Nelsonville Music Festival w Ohio do zaproszenia nas. I co lepsze, do zapłacenia nam godziwie za występ (śmiech). Dzięki temu poza świetnym festiwalem i jeszcze lepszymi koncertami, w tym nocną imprezą dla kilkuset osób na polu namiotowym, mogliśmy zaplanować dłuższą trasę po północno-wschodnich stanach. Nieocenioną pomocą wykazała się przy tym polska organizacja – The Polish Mission w Orchard Lake.

I jaki jest cel tego zagranicznego koncertowania?

Cel jest zawsze ten sam – dotrzeć z naszą muzyczną opowieścią do jak najszerszego grona odbiorców. Mimo silnego osadzenia w polskiej historii i oczywiście bariery językowej, jest ona po prostu uniwersalna. Podejrzewamy nawet, że właśnie ten mocny kontekst jest czynnikiem uatrakcyjniającym to, co robimy w oczach zagranicznych odbiorców.

Poza celem czysto artystycznym jest też motywacja nieco bardziej przyziemna, o której już wspomnieliśmy: chęć poznawania świata, zaglądania w ciekawe miejsca. Bez Hańby! na pewno nie dotarlibyśmy tam, gdzie już byliśmy czy dopiero będziemy.

Niektórzy polscy artyści „eksportowi” po jakimś czasie rezygnują z karier zagranicznych, czasem dość obiecujących. I wracają do kraju. Chyba uznają, że gra nie warta wysiłku. Co o tym myślici?

Wracamy do pierwszych pytań: po co się gra koncerty? Jeśli dla kasy i sławy – ok, można i tak, z tym że to nie nasza droga. Dlatego między innymi z chęcią wracamy do Czech czy Słowacji. Może to nie jest tak spektakularne, jak lot za Atlantyk, i nie zostanie dostrzeżone w mediach ani poważnie potraktowane przez słuchaczy. Ale da nam i – mamy nadzieję– słuchaczom sporo radości. I z tego, co się orientujemy, nie jesteśmy osamotnieni w tym podejściu wśród polskich zespołów.

Poprzedni rok, a nawet ostatnie tygodnie, pozwoliły nam przekonać się, że niektóre festiwale i kluby u południowych sąsiadów – zarówno te duże i z bogatymi sponsorami, jak i te małe w zapomnianych miejscowościach – bywają o wiele lepiej poukładane. Zarówno pod kątem czysto organizacyjnym, jak i finansowym.

Co radzilibyście młodym polskim muzykom, którzy marzą o graniu za granicą?

Po pierwsze w graniu – nieważne, czy zagranicą, czy w Polsce – najważniejsza jest determinacja i pracowitość wszystkich członków zespołu i managera. Po prostu trzeba chcieć i próbować. Po drugie – język polski nie jest przeszkodą, wręcz przeciwnie. Vide wspomniana KZWW czy wspaniałe dziewczyny z Sutari, które ze swoją wizją słowiańszczyzny zawędrowały już chociażby do Brazylii.

Czy ktoś dla was był inspiracją w kwestii grania na eksport?

Na folkowym podwórku mamy świetny przykład płynący od Kapeli ze Wsi Warszawa. Niezmienny podziw budzi w nas również determinacja z jaką poza Polskę ruszyła kiedyś scena metalowa. Fajną historię napisała również Paprika Korps, która jest gwiazdą w Finlandii.

Niestety nie dowiemy się już, jak potoczyłaby się wizja wydającego nas Arka Marczyńskiego z Anteny Krzyku, który z mocną reprezentacją polskiej alternatywy nie dotarł do Nowego Jorku przez wydarzenia 11 września.

*

Odnośnie ostatniego wątku: według skromnych informacji, które udało mi się zdobyć, w trasę po USA mieli we wrześniu 2001 roku wspólnie ruszyć Robotobibok, Something Like Elvis oraz dwa inne zespoły (proszę o uzupełnienie). Wylecieli z Polski 10 września, ale gdy dzień później dolecieli do USA, samolot został zawrócony. Wrócili do Stanów półtora roku później, ale – jak to ktoś ujął – to były już „gorsze miejsca i gorsza chemia”.

Fot. Ondrej Koscik

Fine.




3 komentarze

  1. Marcin Małecki napisał(a):

    Bardzo ciekawy wywiad, trzymam za Hańbę mocno kciuki, bo strasznie mi się podoba połączenie punkowej energii z folkowym instrumentarium (mam nadzieję, że nic nie stanie mi na przeszkodzie, aby ich jutro złapać na Spring Breaku).

    A jednym z tych zespołów, które leciały 11 września 2001 do Stanów Zjednoczonych, było Happy Pills – zespół, któremu chyba od samego początku istnienia wiał wiatr w oczy… Antena Krzyku organizowała kilku swoim zespołom taką minitrasę – były już gotowe materiały promocyjne, porozsyłano płyty do kilku stacji radiowych itd.

  2. Mariusz Herma napisał(a):

    Tak, chodzi właśnie o trasę Anteny Krzyku. Był też projekt Kostasa Georgakopulosa?

  3. Kasia napisał(a):

    Bardzo fajny, wartościowy wywiad. Aż chce się czytać. :)
    Hańba to dość ciekawy zespół, brzmienie mają dość oryginalne na tle innych co wg. mnie działa na ich korzyść.

Dodaj komentarz