złota polska     RSS

Za długie, nie przeczytam (Kiosk sierpień 2010)

03.09.2010 | 3 odpowiedzi

O zguglowaniu umysłów pisze Jacek Dukaj. Niby tylko nazywa to, co już wiemy, ale zawsze miło rozpoznać bratnią duszę w człowieku, który jakoś potrafił usiąść i wystukać tysiąc sto stron. (Ja byłem dumny, że zdołałem je przeczytać; duża w tym zasługa analogowego PKP). Poza tym Dukaj nie zatrzymuje się na odbiorcach, ale patrzy także na proces twórczy. Długie, przeczytałem.

W tym akapicie zareklamuję Patricka Chovaneca relację z Korei Północnej.

Pitchfork bez zbędnego patosu pisze o producenckim spadku, który pozostawił J Dilla. Nawet jeśli to nie twój interes, to polecam jako darmową lekcję słuchania analitycznego. Dorobek Pitchforka z kolei podsumowuje „Time”, a „NPR” rozprawia się z podejściem PFM do jazzu.

Dzięki „New Scientist” dowiedziałem się o istnieniu archeologii akustycznej i szczególnych właściwościach muzycznych Stonehenge, a za sprawą „Rolling Stone” odkryłem malarstwo Boba Dylana. „New York Times” przypomniał mi zaś, że sieć nie zapomina (też długie).

Cały blok poświęcony dubstepowi przygotował Drowned in Sound. Najciekawszy w zestawie wydaje się wywiad z Malą, rozbrajająco szczerym w swojej obojętności na ewolucję gatunku, którą słychać zresztą na jego nowej płycie (moim zdaniem nieudanej). Zupełnie odmienną strategię (moim zdaniem słuszną) Skream usprawiedliwia w rozmowie z „Guardianem” (audio).

Na stronie „Wired” można spędzić trzy minuty z twórcami muzyki do gier i posłuchać o zmaganiach z nieliniowym charakterem medium, w zasobach NPR znajdziecie piknikowy koncert całej rodziny Marsalisów, a Hennessy pomoże nadrobić nieobecność na Off Festivalu (koncert The Tallest Man on Earth mnie urzekł)

Z cyklu o klasyce po ludzku: zjawiskiem blokad twórczych zajęło się BBC, a Resident Advisor (Pitchfork elektroniki) porozmawiał z Krzysztofem Pendereckim, jak nikt inny przedtem. Wiemy już, czy dyrygenci są nam koniecznie potrzebni do szczęścia (są) i znamy wyniki ankiety, która miała odpowiedzieć na pytanie, co Brytyjczycy wiedzą o poważce (nic).

Znów okazało się, że Efekt Mozarta to bujda, tyle że tym razem stoi za tym 15 lat badań. The King’s Singers streścili historię klasyki w 10 minutach (znakomitość), a najgorsze nagranie w historii świata wybrał Alex Ross (już nie mogę się doczekać jego nowej książki). Alex James wspomina tymczasem, jak klasyka wyrwała go z rozpaczy po rozpadzie Blur.

Na deser adres firmy, której po śmierci można oddać prochy na winyl z własnym przesłaniem w rowkach, specyficzne Q&A z Joanną Newsom oraz lista 13 ulubionych płyt Morrisseya, której połowę zajmuje Velvet Underground i Nico. Na stronie „Der Spiegel” znalazłem prześwietne zdjęcie nigeryjskiego zespołu The Professional Seagulls Dance Band of Port Harcourt. Stamtąd też powyższa południowoafrykańska okładka z lat 70.

Calvin o zgubności samowystarczalności.

Fine.

Internet się skończył (Kiosk czerwiec/lipiec 2010)

26.07.2010 | 2 odpowiedzi

Deser:

Rentgenowskie porównanie krtani śpiewaczki operowej i beatboksera
Kolory w kulturach (doktorat w jednym obrazku)
Wagner for Relaxation (marketingu muzycznego gafy)
20 największych fiksatów muzycznych w historii kina
Szwedzka Partia Piratów chce piracić z parlamentu
Sonic branding (czyli cztery nutki Intela)
Prince ogłasza, że internet się skończył (i wydaje na bruku)
Jacka Sobczyńskiego niezbędnik Off Festivalowy
Cała prawda o Open’erze (dla pana z 43. sekundy)

Multimedia:

Bach i inni – zwizualizowani (i po co było uczyć się nut?)
Wirtualny chór Erica Whitacre
(znowu magia YouTube)
„I Don’t Remember” podrapane przez Davida Byrne’a
50 świetnych zdjęć z Glastonbury
Stare ale nowe zdjęcia Beatlesów
Zupełnie świeże zdjęcie wszechświata
Typowy rozkład publiczności pod sceną wraz z zagrożeniami
Uzupełnienie: Kid Cudi odwzajemnia uczucia fana

Ludzie:

M.I.A. – wywiad z polityką w tle oraz kolażowa recenzja
Flying Lotus – rozmowa z rodziną w tle
Simon Lynge – śpiewający łowca reniferów z Grenlandii
Z okazji rozpadu swojej grupy Aaron Turner omawia dyskografię Isis
Oneohtrix Point Never prezentuje oryginalne podejście do tworzenia i piratów
A jego sylwetkę prezentuje Simon Reynolds
Jana Błaszczaka rozmowa z Williamem Basińskim (sprzed dwóch lat, nie szkodzi)
Biznesowy wywiad z Wilco (jako że rzucili wytwórnię)

Fakty:

Brytyjskiemu MySpace liczba gości spadła w tym roku o połowę
…bo MySpace jest gettem Murzynów i Latynosów (biali wolą Facebooka)
Na scenach od kilku lat rządzą kobiety, ale za kulisami wciąż faceci
Muzyka pomaga w algebrze oraz w patrzeniu
Zła pogoda i rozwinięta sieć piwnic sprzyjają muzyce
Nawet „Dazed & Confused” było plagiatem
Pitchfork to także establishment
Progrock znów nie umarł

Pytania:

Czy linki szkodzą?
Co stało się z kwadrofonią?
Czy blondynki sprzedają się lepiej?
Czy internet zniszczył lokalne sceny?
Czy Billboard układają obecnie emeryci?
Czy Paul Simon i Vampire Weekend okradli Afrykę?
Czy pozbawiony związków z kulturą jazz jest gatunkiem zmarłych?

Polecam także obfite archiwum koncertów z Bonnaro Festival na stronach NPR. Słuchałem m.in. The Avett Brothers, the xx, Norah Jones, Isis (ostatnia trasa!) i bardzo mi się podobało. Dead Weather, The National i Tori Amos mniej.

Nasz polski Hennessy Williams dzieli się podobną robotą wykonaną na Open’erze.

Bohaterem miesiąca jest dla mnie Derek Sivers, który przez przez piętnaście lat próbował dowieść, że nauczy się śpiewać – ku rozpaczy bliskich. Jeśli twierdzisz, że słoń nadepnął ci na ucho i nigdy nie wydobędziesz z siebie czystej melodii, przeczytaj ten artykuł.

Calvin, niespodzianka, wakacyjny.

Fine.

Teoria strun w praktyce (Kiosk 4+5/2010)

08.06.2010 | 5 odpowiedzi

Ziemia drży wewnętrznie dźwiękiem G, ludzkie DNA zresztą podobnie – tak przynajmniej twierdzą naukowcy. Ludzie z White Vinyl sprawdzili, jak brzmiałby cały Układ Słoneczny, gdyby teorię strun potraktować dosłownie. Słuchając wszechświata można poczytać, jak Brian Eno zachęca do śpiewania, bo śpiew stanowi klucz do długiego życia i zgrabnej sylwetki, łagodzi temperament i ułatwia nawiązywanie nowych przyjaźni.

O życiu ze stoperem w ręku pisze „New York Times”. Artykuł długi, ale nie żałuję ani sekundy mu poświęconej. „Independent” pisze o wytwórniach zakładanych przez artystów (Jack White, Grizzly Bear) oraz o tym, że teledysk odżywa. I to w nowej formie, bo – jak to ktoś ujął w innym miejscu -  konkurencją dla nowopowstających klipów nie są już wysokobudżetowe superprodukcje z MTV, ale LOLkot z YouTube.

Jak wymyślić gatunek muzyczny – opisuje „Gawker” na przykładzie chillwave/glo-fi/sam dokończ. Dwie ciekawsze tezy tekstu „PopMatters” o tym, jak technologia zmienia słuchanie, to: 1) bezdenne zasoby iPoda ostatecznie owocują powracaniem do tych samych piosenek; 2) możliwość natychmiastowej zmiany utworu sprawia, ze zamiast skupiać się na muzyce już grającej, mózg już kombinuje, czego posłuchać później – albo czy nie zmienić od razu na coś lepszego.

„Wall Street Journal” zmontował arcyciekawy artykuł o korporacyjnych konszachtach Black Eyed Peas. Zresztą nie tylko u nich można przeczytać, że sponsoring muzyczny rośnie. KSpace zastanawia się, czy analogowe syntezatory czeka taka sama kariera, jak płyty winylowe, a nasz „Ruch Muzyczny” całkiem serio pyta: Czym jest piękno?

John Mayer streścił dzień z życia muzyka w czterech filmowych minutach, Joni Mitchell pojechała po Dylanie, „Chicago Magazine” wybrał 40 najlepszych płyt z Chicago, „New York Times” zebrał bestsellery restauracyjne, a „New Yorker” publikuje obszerną sylwetkę Duke’a Ellingtona, za motyw przewodni obierając sobie kwestię rasizmu.

Krytycy „NYT” wyręczyli Polaków i wybrali najlepsze wykonania Chopina ever, a Simon Reynolds docenił Mirę Kubasińską i Breakout (dół strony). A w temacie pisarstwa muzycznego jeszcze dwa artykuły: praktyczna wyliczanka jak pisać o muzyce w 2010 roku, znana już pewnie bywalcom ILM, oraz teoretyczny wpis muzykologa Stephena Grahama o miejscu krytyka w Web. 2.0.

Zacząłem od kosmosu, to i kosmosem skończę: w Somalii pewni ludzie odkryli, że muzyka jest sprzeczna z islamem. Dlatego postawili lokalnym stacjom ultimatum: albo przestaniecie nadawać muzykę, albo… przestaniecie nadawać. Ci odważniejsi poszli w konkret.

Calvin, jak wszyscy, walczy z deszczem.

Fine.

Indie znów nie żyje! (Kiosk 2+3/10)

01.04.2010 | 7 odpowiedzi

Temu, że w mediach więcej miejsca poświęca się dziś kapelom z demówką i paroma koncertami na koncie niż tym, którzy teoretycznie dojrzeli i wydają właśnie album numer 2 lub 3 – dziwi się na blogu Sean Adams, założyciel Drowned in Sound. I zauważa, że mediami rządzi obecnie obsesja ogarniania wszystkiego – kosztem wyróżniania wartościowego.

O zastoju na brytyjskiej liście singli mówi analiza, która wydaje się zaprzeczać intuicji – w czasach cyfrowej konkurencji przez listy przebojów powinny przewalać się dziesiątki wykonawców tygodniowo. Badanie Billboardu obala z kolei mit, jakoby ludzie porzucali radio i płyty CD na rzecz iPoda, który w rankingu „źródeł muzycznych” wylądował dopiero na czwartym miejscu.

Idąc tym tropem, The Stranger bada, dlaczego w Seattle tradycyjne sklepy muzyczne radzą sobie coraz lepiej, a Pitchfork pisze o renesansie kaset magnetofonowych, choć liczby mu przeczą: w 2004 roku w USA sprzedano 8,6 miliona kaset, w 2006 jeszcze ponad milion, a w roku ubiegłym – rekordowym dla winylu – ledwie 34 tysiące. Wśród wielu słabszych tekstów poświęconych tęsknotom za nośnikiem, najbardziej polecam esej Jeremiego Eichlera.

Indie w radiu, indie w telewizji, na liście Billboardu i na okładkach magazynów – wylicza Paste i pyta, jak pytano już bodaj o każdy gatunek,  czy indie się kończy? Stylizacja na słynny numer Time’a z 1966 roku pewnie nie przyniosła podobnego sukcesu kasowego – Time nigdy nie sprzedał już tylu egzemplarzy. Ale sam artykuł, choć rozmiarami odstrasza, zawiera kilka ciekawych obserwacji, między innymi o wpływie indie-mody na reklamę.

Na nagrodę Zdumienie Miesiąca zasłużył pierwszy akapit artykułu Slate o przesycie informacyjnym, o którym notabene mówi się tyle, że faktycznie można się przesycić. Nie wymyśliłbym też strategii grupy Devo, która przed powrotem na scenę poczyniła profesjonalne badania konsumenckie, tak aby w 100% dostosować się do oczekiwań publiczności.

W ogromie tekstów o Joannie Newsom najciekawsze informacje znalazłem w New York Timesie: choćby taką, że Joanna zbiera 50 tys. dolarów na nową harfę, bo ciągle gra na tej, na której ćwiczyła jako nastolatka. Na koncerty i nagrania musi coś wypożyczać. Independentowi mówi zaś o problemach z głosem i najwyraźniej to dlatego na nowej płycie tak konsekwentnie unika wokalnej akrobatyki. I jeszcze mała złośliwość: niezwykłe miny Joanny.

Dlaczego mózg przeciętnego człowieka nie radzi sobie z muzyką współczesną bada Telegraph, a Slate w tekście o fortepianach sprzed kilku epok wyjaśnia, czemu nigdy nie słyszeliśmy „Sonaty Księżycowej” tak, jak słyszał ją (do czasu) sam autor. Ale dzięki załączonym plikom można nadrobić zaległości. No i absolutny hit: wyciąg z Alexa Rossa wykładu o klaskaniu w filharmonii.

Kiosk bez piractwa nie może się obyć, więc tym razem wywiad z człowiekiem, który zawodowo śledzi pirackie przepływy i twierdzi, że na celownik brane jest teraz piractwo filmowe, przy którym wędrujące empetrójki to drobiazg. Zupełnie legalnie na Google Books można za to poczytać całe archiwum magazynu Spin począwszy od 1985 roku.

W dziedzinie materiałów audiowizualnych wbiła mnie w fotel 13-letnia Nikki Yanofsky, która teraz ma lat 16 i pozostaje sobie życzyć, by zagrała kiedyś z naszym Igorem Faleckim. Niejaki Dan Bull dokonał zabawnej riposty na marudzenia Lily Allen, Mia Doi Todd nakręciła bodaj najbardziej kolorowy teledysk, a Reggie Watts dołączył do ekstraklasy muzyków samowystarczalnych.

I jeszcze deser:

• Japończycy udokumentowali narodziny okładki „There Is Love In You” Four Tet
• Tradycyjne nietradycyjne nagrody Wired
• Historia człowieka, któremu muzyka uratowała życie
Okładka „Heligoland” Massive Attack zakazana w londyńskim metrze
• Wywiad z człekiem, który od 41 lat zajmuje się masteringiem
• Słuchawki Miles Davis Tribute – za drobne 399 dolarów (kanałowe!)
• Wykaz ulubionych utworów Thoma Yorke
• Spiritualized remiksuje Fuck Buttons
• Popularny dziennikarz Everett True odkrywa, jak Pitchfork kalkuluje oceny
8-bitowa wersja „Dark Side of the Moon”
• I fotografie winylu pod mikroskopem

A jako że kiosk podwójny, to Calvin jeszcze zimowy i już wiosenny. Szczęśliwie wychwyciłem też pierwszy od 1989 roku wywiad z jego Papciem Chmielem – Billem Wattersonem.

Fine.

Żywe legendy i zamaskowani bibliści (Kiosk 1/10)

01.02.2010 | 1 odpowiedź

Ramblin Jack Elliott (fot. Jamie-James Medina dla Observer Music Monthly)

W swoim ostatnim numerze – dosłownie ostatnim, po siedmiu latach działalności – Observer Music Monthly” żegna się z czytelnikami serią zdjęć żyjących amerykańskich legend wraz z komentarzami gwiazd młodego – no, przynajmniej młodszego – pokolenia. Fotki przez długi rok pstrykał Jamie-James Medina. Les Paula złapał na dwa miesiące przed śmiercią.

A skoro zaczynam od legend, to Brian Eno wraz z dziesiątkami innych myślicieli na łamach „The Edge” opowiada, jak internet zmienił jego życie. Fragment:

„I notice that the idea of ‘expert’ has changed. An expert used to be
‘somebody with access to special information’. Now, since so much
information is equally available to everyone, the idea of ‘expert’
becomes ‘somebody with a better way of interpreting’. Judgement has
replaced access”.

Temat rankingów dekady trwa, bo trafiłem na podsumowanie kobiece oraz japońskie. Notabene Japończykom zmiany w prawie zabronią wkrótce tego, co na razie wolno i polskim internautom. To z kolei powinno ucieszyć rosnącą rzeszę wkurzonych cyfrową swawolą muzyków na czele z DJ-em Shadowem. W ramach głębszej lektury polecam materiał o absurdach prawa autorskiego w USA. (Dobrze, że nie widzieli polskiego).

„Guardian” pisze o kolejnych formach symbiozy fan-artysta, BBC o następcy mp3, a „Independent” docieka, czemu indie-amerykanka śpiewa o Bogu, podczas gdy Wyspiarze wolą o sobie. Watykan odkrył, że U2 to zamaskowani bibliści, a dzięki pomocy Jacka White’a wiemy,  w co wierzy BP Fallon (sporo tego, a teledysk zabawny). „NME” wybrało 50 najgorzej zatytułowanych płyt, a lider Vampire Weekend okazał się eksrecenzentem.

„The National” terminem World Music 2.0 chrzci wykwit kapel czysto wirtualnych, a Sasha Frere-Jones  zaimponował mi artykułem o The xx, chociaż myślałem, że wszystko już o dzieciakach napisano. Teksty mniej świetne wyłapuje i, cóż, komentuje Ripfork. Kilka wyróżnień: Longest Sentence, Most Emo Phrase, Most Hyphens in One Sentence.

Jeśli kogoś interesuje kondycja przemysłu muzycznego, to dostępne są już zarówno zbiorcze, jak i szczegółowe dane za 2009 rok. Tamci jęczą, choć rośnie, a YouTube spienięża zasoby, uruchamiając projekt Disco, konkurenta dla Last.fm czy Pandory. Jako samograj imprezowy pomysł może wypalić, bo co druga posiadówa tak czy siak kończy się na Tubie.

Przygotowując dla „Przekroju” tekst o gitarach (z filmem „Będzie głośno” w tle), natrafiłem na galerie tychże w wydaniu z flagami oraz z odchyłami (Frankenstein Pata Metheny’ego wygrywa). Aczkolwiek wzrok najbardziej zachwyciły ostatnio Beatlesowskie wykresy – już nie tylko tym, „jak”, ale „co” można zwizualizować – oraz festiwal form prostych, czyli dwie animowane minuty o współpracy dwóch wymiarów z trzema.

Udał się wariatom z OK Go nowy teledysk, aczkolwiek tytuł Ubawu Miesiąca wędruje do Blackout Crew – dotrwajcie do 30 sekundy! – i Wayne’a Coyne’a z The Flaming Lips za pozowanie Google. A na deser także wyjaśnienie…

• do czego służy instrument Tenori-on
• czemu nie trzeba opłakiwać pisma ręcznego (dłuższe)
• w którym mieście zmontowano największą kulę dyskotekową na świecie
• dlaczego w Chinach ścigają za playback
• …i cenzurują karaoke
• czemu lider Magnetic Fields przerobił Petera Gabriela na disco-hymn
•i dlaczego wymyślono fotografię cyfrową – w minach Calvina.

Fine.

Chamski Chopin i 40 hardkorowców (Kiosk 12/09)

06.01.2010 | 10 odpowiedzi

I weź uderz taką o scenę...

Minioną dekadę świetnymi zdjęciami podsumował „Guardian”, a Pitchfork zrobił to samo z 2009 rokiem. Przy okazji wybrał najgorsze okładki minionego roku (część była i w moim zestawieniu półrocza). Ciekawych wrażeń dostarcza też galeria gitar dla dziewczyn firmy Daisy Rock, ale moim grudniowym hitem wizualnym są koncertowe wizualizacje Nosaj Thing.

„The Nation” wszechstronnie podsumowuje wiek dźwięku nagrywanego, ale szczytem wszystkich podsumowań jest opublikowane przez RocksBackPages zestawienie zestawień dekady autorstwa 100 krytyków. Zastanów się, zanim klikniesz.

NPR ubolewa, że studia nagraniowe bankrutują, bo wszyscy nagrywają we własnych sypialniach. Dla równowagi obalmy 5 mitów o upadku przemysłu muzycznego. Problemy finansowe ma za to bez wątpienia Public Enemy, któremu zbieranie kasy na nową płytę za pośrednictwem Sellaband zdecydowanie nie idzie.

Wspominałem w komentarzach, ale warto powtórzyć, że wg PopMatters Kapela ze Wsi Warszawa nagrała płytę roku w kategorii world music. Lady GaGa wygrała zaś w rocznych statystykach Last.fm i jak widać nie przeszkodził jej wstyd słuchaczy. Karierze Led Zeppelin nie przeszkodziło zaś BBC, chociaż 40 lat temu uznało, że są marną imitacją Muddy’ego Watersa.

Zbyt mało jazzową okazała się grupa Larry’ego Ochsa, co skończyło się interwencją hiszpańskiej policji.  Jeden z fanów otrzymał od lekarza zakaz słuchania muzyki współczesnej, do której Ochs niebezpiecznie się zbliżył. A że miejscem zdarzeń był festiwal jazzowy, to poczuł się oszukany. Przy nim będąc, „New York Times” dowodzi, że jazz to rewniak metalu, a w innym miejscu wspomina profesorskie rozważania o black metalu.

„NME” w niezbyt ekscytującym tekście o schedzie po The Strokes wychodzi z dość ciekawą tezą, że po wydaniu „Merriweather Post Pavilion” znajdujemy się w tym samym miejscu, co na początku dekady po ukazaniu się „Kid A”. Z kolei na blogu „Guardiana” w cyklu długaśnych artykułów Simon Reynolds podsumowuje dekadę. Połowę warto przeczytać, w tym linkowany już w komentarzach esej o ogólnej fragmentacji społeczności fanowskiej.

Music Think Tank w totalnym rozdrobnieniu widzi zaczątek ostatecznego pożegnania z „niedzielnymi fanami” (to ci, którzy kupują 2-3 płyty rocznie i chodzą na koncerty U2). Zostaną tylko hardkorowcy – garstka, która nie utrzyma muzyków przy życiu. Sporo czytania i tyleż pesymistycznych wniosków. Nie do końca się zgadzam, ale czarny scenariusz wypada uwzględniać.

Artyście wystarczy 40 wiernych fanów – przekonuje tymczasem Matthew Ebel. To kontynuacja długiej i owocnej dyskusji, którą wpisem „1000 True Fans” w 2008 roku zapoczątkował Kevin Kelly. W sześciu punktach Ebel radzi, jak przestać jęczeć i zacząć zarabiać w nowych realiach. Dosadniej rzecz ujmuje Dave Allen, który mówi muzykom: bądźcie świetni albo spadajcie.

Najwytrwalszym i niewyżytym czytelniczo polecam zaś biologiczne wyjaśnienie podobieństw skal muzycznych spotykanych w odległych geograficznie i historycznie kulturach. A na deser po ciężkich analizach:

• płyta Moldovera, która faktycznie gra
• do posłuchania nowe albumy Laury Veirs (zacny) i Vampire Weekend (jeszcze nie wiem też)
• do ściągnięcia z NPR parę fajnych koncertów: m.in. K’Naana, Dana Deacona i St. Vincent
• bezdenna baza miniwystępów rozgłośni KCRW
Phoenix muzykujące na paryskich ulicach
• wyjaśnienie, dlaczego Chopin był chamem
• oraz kompletnie niemuzyczne, ale fascynujące zdjęcia prądu Hiroshiego Sugimoto

Uff, stary rok zamknięty. A na nową dekadę narzeka Calvin - czy raczej starą, bo tym razem obrazek sprzed równo dwudziestu lat.

o1Więcej Kiosków

Fine.

Zła muzyka i głupi muzycy (Kiosk 11/09)

01.12.2009 | 13 odpowiedzi

The Beatles a.d. 3026

Basista Duran Duran John Taylor wyewoluował w wykładowcę i głosi, że klasyka szkodzi nowej muzyce – a raczej tak łatwy do niej dostęp. Starocie odwracają uwagę od nowości i aktywni muzycy nie czują presji, by porywać się na kolejne rewolucje. A uchodzi im to na sucho, bo brak innowacji muzycznych skutecznie maskują nowinki technologiczne.

Muzyce brakuje też… pomyłek. Że błędy są niezbędne muzyce rockowej (przykład Beatlesowskiego „Rain” bardzo trafiony), przekonuje NPR. T+L pisze o złej muzyce w miejscach publicznych, a Beatportal zebrał 20 breakbeatowych hitów, które warto znać. Największą pracę wykonali ludzie z Clashmusic, spisując 100 najgłupszych rzeczy wypowiedzianych przez muzyków.

Nie nękam was kolejnymi podsumowaniami dekad i nie wspominam o pięćdziesiątce Observera, za to polecam tyczące się rankingów rozmowy: z Kieranem Hebdenem z Four Tet oraz Matthew Herbertem. Musicie tylko znieść cykliczne „yeah” i „uhm” Paula Morleya. Ale skoro przez lata pracy wyrobił w sobie taki nawyk, to może wypada brać przykład z weterana?

Nawet jeśli wolność i braterstwo pozostają utopią, to internet przynajmniej wprowadził równość i nawet gwiazdom można odpyskować. „Guardian” prorokuje niespodziewany koniec piractwa, co nie spodobało się wokaliście Gang of Four – szukajcie nicka „jonking” w komentarzach. To z kolei nie przypadło do gustu czytelnikom. Z reguły komentarzy nie czytam, ale Macio przekonał mnie magicznym słowem „flame”.

Będąc przy temacie, Jarosław Lipczyc zastosował na łamach „Wyborczej” takie porównanie:

„Biznes nie chce też przyjąć do wiadomości, że do internetu ludzie przenieśli swoje naturalne aktywności kulturowe. Kiedy internauci masowo kopiują zdjęcia i zamieszczają na Naszej-klasie, to z punktu widzenia społecznego nie robią nic innego, jak my kilkanaście lat temu, wycinając fotosy z kolorowych czasopism i wklejając do pamiętnika. Umieszczając piosenkę na  YouTube czy na Facebooku, wtykamy słuchawki do walkmana i mówimy znajomemu: posłuchaj”.

Pierwszego od kilkunastu lat wywiadu udzieliła Elizabeth Frazer. Niewiele w nim o muzyce, za to można zrozumieć to i owo i posłuchać fragmentu jej nowego singla. Piosenką roku „Moses” nie będzie, ale Frazer niespecjalnie garnie się do mikrofonu, więc innych dźwięków możemy już nie doczekać.

A na deser:

Gibson szmugował palisander do produkcji gitar (tyle po sekrecie brzmienia)
• a HennWill nagrał teatralny koncert Julii Marcell (legalne bootlegi – co za czasy!)
oburzenie Australijczyków na playback Britney (wyszła z tego ogólnonarodowa dyskusja)
pierwszy Twitterowy album (fragment: play{x=SinOsc;y=LFNoise0;a=y.ar(8);(x.)
Nine Inch Nails wyprzedaje sprzęt na eBayu (czyli jednak bye bye)
Bohemian Rhapsody w wykonaniu Muppetów
wspomnienie Beatlesów z XXXI wieku
objawienie Michaela Jacksona w brzuchu jednej z przyszłych matek
Calvin objawia smykałkę.

o1Więcej Kiosków

Fine.

Mówiące pianino, grające schody (Kiosk 9-10/09)

03.11.2009 | 5 odpowiedzi

Mówiące pianino Petera Ablingera

Zacznijmy od absurdu roku: nowojorski sąd federalny uznał, że jeśli zadzwoni wam komórka, to jeszcze nie znaczy, że urządzacie koncert. Uznał oczywiście mądrze, chodzi o sam pomysł. ASCAP (Amerykańskie Stowarzyszenie Kompozytorów, Autorów i Wydawców), które najwyraźniej ściga się z RIAA o tytuł najbardziej upierdliwej organizacji na świecie, chciało pobierać tantiemy za każde „publiczne wykonanie” telefonicznego dzwonka. Wow.

Sasha Frere-Jones podpytał Jonny’ego Greenwooda o jego zdanie na temat formatu mp3. Na stronie „New Yorkera” znajdziecie też zabawną dyskusję w temacie rozpadów grup muzycznych (przesłanki) i modnych ostatnio reaktywacji (po ilu latach reunion się liczy).

Ile kasy generują dla swych regionów niezależne festiwale zbadało „NME”, a przy okazji przyznania chłopakom z Fucked Up tegorocznej Polar Prize „Village Voice” podsumował zmagania z nazwą grupy poprawnego politycznie „New York Timesa”. No i mamy kolejne badanie, które pokazuje, że tzw. piraci wydają najwięcej na muzykę. I znów nie wiadomo, czy okradają artystów, czy jednak ich utrzymują.

Miłośnikom dłuższych analiz polecam esej Music & Theory Simona Reynoldsa. Rzecz dotyczy świętej wojny pomiędzy krytyką muzyczną nieco wydumaną i żurnalizmem typu „kawa na ławę”. Nie dość, że ciekawe to i – jak przystało na Reynoldsa – lekkim piórem pisane, to jeszcze podrzuca kilka nazwisk wartych sprawdzenia (niezależnie od tego, po której stronie barykady się stoi). Potem możecie odreagować przy generatorze nazw metalowych.

Pewnie już wiecie, że Sufjan Stevens się załamał i stracił wiarę w sens nagrywania albumów, a nawet piosenek. Mam nadzieję, że mu się odwidzi, bo wydane niedawno quasi-orkiestralne „BQE” nie jest dziełem szczególnie fascynującym. Przeprowadził za to wywiad z Nedelle Torrisi, kumpelą z wytwórni, jakiego nie zrobiłby żaden dziennikarz.

„Najfajniejszy jest ten kompozytor. Jest taki na maksa kompozytorowy!!! Lekko rozwichrzony włos, trochę jak Chopin, znak szczególny w postaci tajemniczego uzębienia i ten cudowny zblaz w mówieniu” – skomentowała moja znajoma (kompozytorka), kiedy pokazałem jej gadające pianino imitujące mowę ludzką bez żadnych wspomagaczy. A skoro jesteśmy przy klawiszach, to polecam też grające schody (i całą serię The Fun Theory).

Kończę najciekawszym wykonaniem „Always the Sun” The Stranglers, jakie słyszałem (wczujcie się), sympatyczną fotką i kolejnym rozczarowaniem Calvina.

o1Więcej Kiosków

Fine.

Agresja na scenie, hip-hop na biurku (Kiosk 8/09)

02.09.2009 | 1 odpowiedź

Poznaj nowe oblicze Dana Deacona

Rok szkolny zacząłem od solidnej lektury, czyli dziennikarskiej pisaniny na temat dziennikarskiej pisaniny. John Harris na łamach „Guardiana” wspomina początki krytyki muzycznej. Zacznijcie od akapitu „The history of rock writing begins around 1966 when…”

Wspominany tam Lester Bangs, publicysta tyleż legendarny, co enigmatyczny (w tle rockowe przedawkowanie valium w wieku 33 lat), tak radził jednemu ze swoich podopiecznych, że niejeden writer rzucający w „Machinie” hurtem czwórkami i piątkami mógłby się zawstydzić:

It’s not enough just to like the chord progression on a couple of tracks and the cowbell sound. You got to get beneath the surface: if these people turned up on your doorstep, would you invite them in? And if not, why are you listening to their music?

Długością z tym tekstem rywalizuje Pitchforkowe podsumowanie dekady w popie, ale okazuje się kluczeniem w poszukiwaniu dowodów na prawdziwość tez dowodzenia niewartych. Honor PFM trzeba jednak oddać za społeczną historię mp3, którą Licealistom 2.0 wypadało by wpisać na listę lektur obowiązkowych z WOS-u.

Sceniczną sensacją sezonu jest Patrick Wolf, który na niemieckim C/O Pop Festival urządził niezły cyrk. Potem tłumaczył się, że tylko wyrażał ogólną irytację światem. Równie nerwowy okazał się Calvin Harris – na Twitterze tak podsumował nieprzychylnych mu recenzentów:

THIS ENTIRE INDUSTRY IS FULL OF RICH PEOPLE’S KIDS, EVERYWHERE, FUCKING RICH PEOPLE’S KIDS RICH PEOPLE’S KIDS (…)

To ja nie będę ryzykował i jego koncert na Orange Warsaw ominę.

Dlaczego Spotify nie jest fajne dla artystów, wbrew wszelkim pozorom? Bo nie dość, że nawet ci w miarę popularni dostają grosze, to spore udziały w firmie mają koncerny muzyczne: Sony BMG 5,8%, Universal 4,8%, Warner 3,8%, EMI 1,9%,  Merlin 1,0%. Całe 18% akcji otrzymali oni za… 10 tysięcy euro.

Pociechą dla strapionych po rozpadzie jego ansamblu niech będzie nowy teledysk Dana Deacona, a na deser polecam dwie zabawne japońskie reklamówki z Adrianem Belew z King Crimson w roli błazna: ze słoniem oraz małpą.

„Independent” pisze o złotej erze okładek, a NPR wyprzedzając wszystkich o pół roku zmontował głosami internautów listę najlepszych utworów 2009 roku. Zestaw o tyle przydatny, że większości typów słucha się na miejscu.

Jak blogi wszystko zmieniły – bada Scott Rosenberg i dochodzi do dwóch wniosków: blogów nie wolno porównywać do kanałów telewizyjnych, których ilość musi być ograniczona. Nieprawda, że „blogów jest zbyt wiele!” bo więcej mają one wspólnego z telefonowaniem niż telewizją: poprzez oba media przekazuje się podobne treści. Stąd wniosek drugi: blogowanie to także, a może przede wszystkim, czytanie, tak jak słuchanie jest składową rozmowy.

Jeśli ktoś lubi fantastykę, to polecam opowiadanie „Exhalation” Teda Chianga, które wygrało w tym roku Hugo Awards. A żeby skończyć szkolnym akcentem, poznajcie pioniera hip-hopu biurkowego (można też poćwiczyć samemu). Calvin? Odleciał.

o1Więcej Kiosków

Fine.

Na pohybel internetowi (Kiosk 7/09)

27.07.2009 | 4 odpowiedzi

Loops Magazine #1
Czytam sobie o zmierzchu prasy muzycznej w Wielkiej Brytanii: upadkach maluchów, migracji średniaków do internetu i smutniejących oczach szefów niedawnych gigantów. Czytam sobie o tym w nowym, na wskroś papierowym 220-stronicowym półroczniku „Loops„, w którym teksty mają po kilkanaście stron, a reklam naliczyłem niewiele więcej niż na własnym blogu. Ilustracjami ich miażdżę.

Ciekaw jestem bardzo, czy śmietanka wyspiarskiego żurnalizmu zdoła jeśli nie odwrócić bieg rzeki, to choć iść pod prąd. Za Simona Reynoldsa summę kinowych wyobrażeń o muzyce przyszłości (solidna rzecz o soundtrackach sci-fi), zjadliwie feministyczną analizę archetypu beatlesowskiej „nastoletniej fanki” (pisk i amok) czy znakomitą sylwetkę Nicka Drake’a pióra Nicka Kenta, pisaną w 1978 roku, teraz wygrzebaną – jestem skłonny w to uwierzyć.

Hitem numeru jest Amandy Petrusich opowieść o zbzikowanych kolekcjonerach płyt 78 rpm, które w całych Stanach na poważnie zbiera ledwie paru wariatów. Bywa, że chodzą od domu do domu i proszą ludzi, by wpuścili ich na strych i pozwolili przejrzeć stare graty. Przez ich pryzmat Petrusich odkopuje kawał historii muzyki wyrwany z powszechnej pamięci przez winylowy boom. Co zabawne, owym zbieraczom kultowe dla naszej młodzieży winylowe longplaye jawią się jako masowy, pozbawiony duszy nośnik. (O mp3 nie chcą słyszeć).

Nawet omijając co drugi materiał – bo niezbyt interesują mnie fragmenty książki Nicka Cave’a czy kolejny elaborat poświęcony narkotykowo-muzycznej symbiozie – jest to lektura godna wyłożenia Ł6,6. Czekaj, nie trać zainteresowania! Pierwsze siedem artykułów, czyli dobre 100 stron (w tym teksty o Drake’u i 78rpm-owcach) znajdziesz na www.exacteditions.com/loops.

Wspomniana na początku kronika dziennikarskich wzlotów i upadków znad Tamizy jest z kolei dostępna w serwisie Guardiana, a „Loops” tylko ją przedrukowało, za co jestem im dozgonnie wdzięczny. Po lekturze wszystkiego od początku 2008 roku – bo to najlepszy „przegląd prasy”, na jaki się dotąd natknąłem – rozwiały się moje wątpliwości co do sensowności takich przedsięwzięć. Warunek: krytyk krytyków musi lepiej od swych ofiar – a przynajmniej większości z nich – ogarniać muzykę. I być piekielnie elokwentnym.

Maggoty Lamb to ma i redakcje „NME”, „Mojo” czy „Uncut” muszą być bliskie odszyfrowania jego tożsamości  („Uncut” ma największą motywację). Lektura raczej wymagająca, ale nagrodą są tony brytolskiej złośliwości pierwszego gatunku i takie smaczki, jak ten cytat z magazynu „Terrorizer”, z wywiadu z Philuciferem z grupy Thunder Unit Savrog:

Black Metal is not a community. Black metal is like a forest with many fierce wolf packs, and ours is the fiercest. Let them come, we will eat from their throats.

Zacząłem rzeczą takiego kalibru, że wypada mi już pozostać przy solidniejszych czytadłach: nad przyszłością gazet rozmyśla „Wired”, a obok wylicza 10 dziwnych metod dystrybucji muzyki. „Independent” zastanawia się, abbey road cover imitationsczy praca ze słuchawkami na uszach jest wydajniejsza niż bez (niestety nie potwierdzam, ale nie wyrzeknę się), a „Guardian” cieszy, że młodzi rezygnują z p2p i przestawiają się na legalny streaming. Zapewne wzmocni to jeszcze uruchomienie przez Microsoft konkurencji dla Spotify – to już lada dzień.

Jeśli od lat zastanawiacie się nad tajemniczym skrótem TR-808 albo po prostu 808, przeczytajcie krótką historię Rolanda TR-808 z załączonymi, bardzo trafnymi, samplami. A odliczającym dni do 40 rocznicy wydania najlepszego albumu The Beatles polecam galerię 40 imitacji okładki Abbey Road (moje typy obok).

Przywoływany już Simon Reynolds oddał hołd muzycznym międzyczasom (na przykładzie post-punku, post-disco i post-psychodelii), które swym bogactwem „rzucają wyzwanie historycznej fiksacji na wydarzeniu, punkcie przełomowym i rewolucyjnych momentach”. Zawsze to ciekawe poczytać, jak sensowność określenia post-rock poddaje w wątpliwość człowiek, który ów termin ukuł.

Na koniec dwa fajne, chociaż mocno chałupnicze teledyski: Ombarrops! naszego The Car Is On Fire oraz Stillness is the Move Dirty Projectors (ta choreografia – toż to leśne R’n'B!). I jeden wizualnie wybitny: Orena Laviego Her Moring Elegance. Żegnam się Calvinem metafizycznym.

o1Więcej Kiosków

Fine.