RSS

Ojej (5+6)

08.09.2011 | 5 odpowiedzi

Z okazji śmierci Amy Winehouse Radio Zet uruchomiło internetowy kanał Klub27. W radiowych zajawkach jest mowa o „statystycznym nieprawdopodobieństwie” (że akurat 27 lat). Wszystko inne pomijając, przypominam:

(1) Tupac Shakur, died at age 25.
(2) Notorious B.I.G., age 24.
(3) Bradley Nowell (Sublime), 28.
(4) Keith Moon, 32.
(5) Bob Marley, 36.
(6) Mozart, 35.
(7) Hillel Slovak (Red Hot Chili Peppers), 26.
(8) Selena, 23.
(9) Karen Carpenter, 32.
(10) Aaliyah, 22.
(11) Lisa „Left Eye” Lopes, 30.
(12) Dimebag Darrell, 38.
(13) Randy Rhoads, 25.
(14) Layne Staley (Alice In Chains), 34.
(15) Jeff Buckley, 30.
(16) Sid Vicious, 21.
(17) Big Pun, 28.
(18) Ritchie Valens, 17.
(19) Buddy Holly, 23.
(20) John Lennon, 40.
(21) Stevie Ray Vaughan, 36.
(22) Cliff Burton (Metallica), 24.
(23) Otis Redding, 26.
(24) Duane Allman, 24.
(25) John Bonham, 32.
(26) Jim Croce, 30.
(27) Elvis Presley, 42

*

I jeszcze taka okładka, wytwórnia 4AD, rocznik 1980, pod nią podobno nieźle:
.

.

Fine.

Najlepsze z 2008

01.04.2011 | 15 odpowiedzi

O czym był 2008 rok? O Obamie, jak potwierdzą raperzy, o Vampire Weekend, jak potwierdzą bloggerzy, o TV on the Radio według radiowców i o M.A.I według dziennikarzy… filmowych. Choć byli tacy, którzy już wtedy pisali o Janelle Monae. Warszawa dokończyła pierwszą linię metra i przeprowadziła największą w historii polskiej demokracji akcję antyemigracyjną: zburzyła Stadion Dziesięciolecia. Z Pekinu (linii metra: 14) przyjechały trzy złote medale.

Bywało obiecująco – Kosowo zaistniało na mapie politycznej – i bywało kiepsko. Amerykanie zorientowali się, że ich mieszkania warte są trochę mniej, podobnie jak połowa światowej gospodarki. Szczegóły w zdumiewającym i zasłużenie oscarowym „Inside Job” . Rosjanie starli dwudziestoletnią rdzę z czołgów i wysłali ekspertów do Osetii Południowej. Porcys i Screenagers zgodziły się, że Gang Gang Dance nagrało płytę roku.

Poniżej lista albumów, które najsilniej wryły się w pamięć mojego odtwarzacza w roku, jak tak patrzę, bardzo barwnym. Uzupełnienia jak zawsze mile widziane, szczególnie te nieoczywiste.

Amadou & Mariam – Welcome to Mali
(Because)

„Spotkaliśmy się w chórze instytutu dla niewidomych w Bamako. Zaczęliśmy rozmawiać o muzyce i już nigdy nie przestaliśmy” – wspominał Amadou. Zanim zaistnieli poza Afryką i zanim zaczęli robić za muzyczną wizytówkę Mali – w Stanach supportowali Coldplay – prześpiewali dwadzieścia lat i odchowali trójkę dzieci. Amadou & Mariam, oboje ociemniali, to dwugłowe uosobienie pogody ducha, co na płycie słychać wcale nie gorzej, niż widać na żywo. Siłą tej prostej muzyki jest naturalnie to, co robi z nastrojem. Płyta autentyczna, ale świadoma czasów, w których powstała.

Cistercian Monks of Stift Heiligenkreuz – Chant: Music for Paradise
(Universal)

Gdy cystersi w 1133 roku zakładali w podwiedeńskich lasach Opactwo Świętego Krzyża, tak gładko chorału gregoriańskiego na pewno nie śpiewali. Ale pozostawmy ten problem purystom-archeologom. Arcymiękkie wykonanie „In Paradisum” (pierwowzór pogrzebowego hitu „Anielski orszak”) nosi tu wszelkie znamiona transcendencji, a że braciszkowie – odnalezieni przez Universal za pośrednictwem YouTube – odnieśli przy okazji komercyjny sukces, tym lepiej. Nie dla nich, bo pod taką regułą nie dostaną z tantiem ani eurocenta. Dla kilkuset tysięcy osób, które „Music for Paradise” płyta uratuje przed zawałem.

Erykah Badu – New Amerykah Part One (4th World War)
(Universal Motown)

Padłoby na „Soldier”, gdybym miał wskazać ulubiony fragment dwa tysiące ósmego. Padłoby na „New Amerykah Part One”, gdyby przyszło mi dziś wytypować ulubiony moment Badu. Pomnikowe pozycje z przełomu dekad uległy już zamęczeniu. Ubiegłoroczne „Part Two” jest z kolei przykładem płyty zbyt dobrej, by się na nią obrażać, ale z poczuciem niedosytu walczyć się nie da. Na „4th World War” Badu-odkrywczyni idealnie zrównoważyła Badu-gwiazdę, Badu-wokalistka – Badu-producentkę, a wcielenie żywego soulu – laptopową neofitkę. Brawa dla syna za przyuczenie mamy do Maca.

Esperanza Spalding – Esperanza
(Heads Up)

A to przecież krewniaczka Badu. Wystarczy podmienić instrumentarium i okaże się, że obie za cel obrały sobie wykoleić kobiece R&B – w tłumaczeniu na współczesny „Cuerpo y Alma” – z wyślizganych torów . Esperanza wykoleja przy okazji zmęczony samym sobą jazz, a po skandalicznej nagrodzie dla „Best New Artist” podczas tegorocznych Grammy może i pop skorzysta nieco z autentyzmu i wszechstronnej maestrii Spalding. „Patrzysz na nią i myślisz: tak młoda osoba, a tyle w niej pomysłów i kreatywności! Wiesz, że jej imię znaczy tyle co „nadzieja”? Trudno o większą symbolikę”. (© Vijay Iyer)

Fleet Foxes – Fleet Foxes
(Sub Pop)

Przerwany związek, nadwyrężone przyjaźnie i podkopany szacunek do samego siebie – tyle Robina Pecknolda kosztowała ponoć druga pełnometrażówka Fleet Foxes. Zgodnie z tytułem ciężkawa tyleż w aranżach co wokalach. Jedynka była lekka, zwiewna i promienista pomimo relatywnej złożoności i zawodzeń. Owoc przedziwnych inspiracji Pecknolda, wśród których Dylan sąsiadował z herosem Nintendo Yasunorim Mitsudą, a obok „Ys” Joanny Newsom mantrowały freaki z The Trees Community. Do tego Jodee Sill i Dungen, David Crosby i Panda Bear. Wszystko w głowie 21-, 22-letniego chłopaka z gitarą, głosem i naręczem melodii.

Jóhann Jóhannsson – Fordlândia
(4AD)

40-letni Islandczyk i z ciała, i z odcienia artystycznego ducha za jednym zamachem nagrał swoje prywatne magnum opus, muzyczną zapowiedź naciągającej skandynawskiej zimy i najpiękniejszą w owym roku rzecz pogranicza minimalizmu, muzyki filmowej i łagodnej elektroniki. Z kompozytorskimi ciągotami ku neoklasycznemu majestatowi, ale z szacunkiem dla pojedynczego dźwięku. Świadomy trendów, Jóhannsson okazał się jednak dostatecznie asertywny, by trzymać się własnych – emocjonalnych – priorytetów. Idealna muzyka tła, gdyby nie fakt, że ona się z tego tła uparcie wyrywa.

Jordi Savall – Jérusalem
(Alia Vox)

„To jedyny album muzyczny, którym można zabić” – stwierdził Bartek Chaciński na widok tej 440-stronicowej cegły. To także jedyna znana mi próba pisania muzyki dawnej cokolwiek po fakcie, która się udała. W karkołomnym składzie 40 muzyków z Palestyny, Izraela, Armenii, Turcji, Syrii, Maroka, Grecji, Hiszpanii, Włoch, Iraku i Afganistanu. „Kiedy rozpoczynałem pracę nad „Jérusalem”, wszyscy mówili, że oszalałem, że chrześcijan, Palestyńczyków i żydów dzieli zbyt wiele. A ja przez rok odwiedzałem kościoły, synagogi i meczety, aż znalazłem ochotników. Potem stałem nad nimi ze stoperem w ręku i sprawdzałem, czy wszyscy mają tyle samo czasu” – opowiadał Savall. Wykonanie w Operze Krakowskiej należy do moich najcenniejszych muzycznych wspomnień.

Julia Marcell – I Might Like You
(Sellaband / Galapagos)

Przejadła mi się ta płyta. Jakoś na początku 2010 roku, a więc po dwóch latach, kilkudziesięciu obrotach i trzech koncertach Marcell w trzech różnych anturażach: klubowym (Kulturalna), teatralnym ( Teatr Rozmaitości) i żadnym (Free Form). Ten ostatni zdumiał mnie najbardziej. W skrajnie niesprzyjających warunkach zerowej temperatury i zbliżonej do tego poziomu frekwencji objawiła się czystość i potencjał głosu Marcell. I świetność jej kawałków, bo siłę kompozycji najlepiej sprawdza się przecież krojąc aranżacje. Dzięki „It Might Like You” młode polskie pieśniopisarstwo wygrywało przez moment z songwritingiem i szkoda, że mimo dobrej prasy ten wybitny debiut tak szybko zapomniano. No ale przecież się nie powiesimy.

Lykke Li – Youth Novels
(LL)

Jak przystało na córkę fotografki z punkową przeszłością i muzyka world music grającego „na wszystkim z wyjątkiem bębnów”, jak przystało na osobę dorastającą w Skandynawii, Portugalii, Indiach, Nepalu, by swój debiut – zupełnie niespodziewany, bo szwedzkiej publiczności dała się poznać jako telewizyjna tancerka – nagrać w Nowym Jorku, Lykke Li od razu przyłączyła się do tej frakcji popowej alternatywy, która nie tyle unika kategoryzacji, co w ogóle takowej nie zauważa. Muzyka równie słodka jak jej rodowód („Wygłupiałam się przed lustrem i nagle zaczęły z tego powstawać piosenki”). Szkoda tylko, że zabrakło najśliczniejszej piosenki Lykke „Tonight”, dzięki której zaistniała w mediach najnowszych i mojej świadomości.

Marconi Union – A Lost Connection
(Just Music)

Ściśle wypoczynkowy album z pogranicza nietanecznego techno, klimatycznego IDM, najlepszych wyczynów Tangerine Dream i ambientu. Richard Talbot & James Crossley mieli jakoby nagrać płytę o chwilach, w których „słyszymy dotąd niesłyszane i widzimy niewidziane”. W zakresie muzyki odkrywania nieodkrytego tutaj nie ma, ale przebłyskom olśnienia – głównie książkowym – płyta może towarzyszyć w całej swej łagodnej dyskrecji. Chociaż wejścia „refrenu” w „Endless Winter” jeszcze nigdy nie zdołałem przegapić.

M83 – Saturdays = Youth
(Mute)

„To mój hołd dla jednej z najważniejszych dekad w historii muzyki” – mówił Anthony Gonzalez. Najbardziej popową płytę M83 sklecił z najlepszych brzmień przełomu lat 80. i 90., zaledwie symbolicznie nadając im połysk współczesności. „Saturdays = Youth” przekupi miłośników Elisabeth Fraser i Kate Bush („Up!”), wyznawców shoegaze’u („Highway of Endless Dreams”) i syntezatorowego popu („Skin of the Night”). O początkach M83 przypomina tylko ambientowe zakończenie – jedenastominutowy dwuakordowy monument „Midnight Souls Still Remain”. Wracam rzadko, ale potem nie żałuję.

Portishead – Third
(Universal)

Portishead powraca po 11 latach milczenia – obwieszczała sztampowo w nagłówkach wszelka prasa muzycznego świata, a przecież „powrócił” zupełnie inny zespół. Zamiast ciepła chłód, zamiast wytchnienia paranoja, nerwowa atmosfera w miejsce klubowego zaduchu. Plus matowe, przytłumione brzmienie – owoc absurdalnego konserwatyzmu Geoffa Barrowa, który przedkłada taśmę magnetyczną nad pamięć komputera. Portishead z lekkością wskoczyli w XXI wiek, nie podlizując się mu ani jedną nutą.

Q-Tip – The Renaissance
(Universal Motown)

Trzymając się z  dala od autotune’owych przepychanek i hiphopowych klepsydr Q-Tip pokłonił się tradycji. Żadnego odgrzewania mrożonek, przeciwnie: zrekompensował wszystkim cokolwiek spóźnione w roli solisty wejście w XXI wiek. Stanął po obu stronach studyjnej szyby, a przy okazji pozwolił Norze Jones zaśpiewać w kawałku, którego chce się słuchać więcej niż trzy razy. D’Angelo pomógł spotkać się z Robertem Glasperem. Wskrzesił J Dillę.  Zaangażowany – lecz nie pieniacki, osobisty – ale nie ekshibicjonistyczny, eklektyczny – nie rozkojarzony. „The people at the label say they want something to repeat/ But all my people really want something for the streets”.

Shed – Shedding the Past
(OstGut Ton)

Gdy wydawało się, że ubogacania techno nastał kres, Shed odwrócił proces i wyssał z dwudziestoletniego gatunku esencję: przez ponad dziewięć minut „That Beats Everything!” raczy nas prymitywnym 2/4 na stopkę i werbel, a o jego dystansie świadczy nie tylko tytuł, ale i zawartość przerywników. Wydawało się, że Shed zamanifestował tęsknotę za prapoczątkami gatunku, ale następny „Traveller” zaprzeczył tej teorii. Album przejrzysty w strukturze i ciepły, miękko połączył Berlin i Detroit, pomiędzy którymi Shed skądinąd regularnie kursuje.

TV On The Radio – Dear Science
(4AD)

Zasłużyli przynajmniej na 7% odebranego hype’u. Trzy lata później już bez aury futuryzmu, po ogarnięciu wszystkich melodyjek i oswojeniu ze stylistyczną żonglerką uwagę zwraca przede wszystkim wyobraźnia aranżacyjna Davida Sitka – i jego pracowitość. Upakował te 55 minut taką ilością detali, że dopiero niedawno przeszedłem z fazy poznawania do etapu wyczekiwania. Nawet perkusjonaliom narzucił imperatyw chwytliwości. W epokowość „Dear Science” od początku powątpiewałem – dziś wydaje mi się, że słusznie – za to zdecydowanie nie doceniałem jej potencjału rozrywkowego.

A także:

Actress – Hazyville (Powerbas)
The Acorn – Glory Hope Mountain (Im bliżej Hollisa, tym lepiej)
Anthony Braxton, William Parker & Milford Graves – Beyond Quantum (Beyond wszystko)
Bersarin Quartett – Bersarin Quartett (Chillout dystyngowany)
The Bug – London Zoo (Brytyjski bas inaczej. Jedynka od „Wire”)
Christina Rosenvinge – Tu Labio Superior (Sentymentalizm iberyjski)
DJ Sprinkles – Midtown 120 Blues (House ponowoczesny)
Dungen – 4 (Było lepiej, będzie gorzej)
Emilíana Torrini  – Me and Armini (Order uśmiechu)
Esbjörn Svensson Trio – Leucocyte (Odlot przed odejściem)
Ezekiel Honig – Surfaces Of A Broken Marching Band (Maszerujący ambient)
Flying Lotus – Los Angeles (Jest już brzmienie, czekamy na muzykę)
The Foreign Exchange – Leave It All Behind (Bujaj się)
• Fuck Buttons – Street Horrrsing (Strrtt Hrrssnnggkk)
Gang Gang Dance – Saint Dymphna (Mimo syndromu „The more I listen to this the less I like it”)
GAS – Nah und Fern (Ileż ambientowi ma do zaoferowania stopka)
Hanggai – Introducing Hanggai (Góra, łąka, rzeka, las)
Ital Tek – Cyclical (>2562 >Benga)
Jacaszek – Treny (W malarstwie byłoby to faktycznie trudniejsze)
James Blackshaw – Litany Of Echoes (12 strun > 6 strun)
Jenny Scheinman – Crossing the Field (Beztrosko, lirycznie, z Moranem i Frisellem)
John Butcher – Resonant Spaces (Teoria fizyki + praktyka saksofonu)
José James – The Dreamer (Aksamit synkopowany)
• Kangding Ray – Automne Fold (Francuski bas)
Keiji Haino and Tatsuya Yoshida – Uhrfasudhasdd (不羇)
Kings of Caramel – Kings of Caramel (Dobre i polskie choć Casio z Japonii)
David Lang – Pierced (W pół kroku do mistrzostwa)
Marcio Faraco – Um Rio (Bossa nova po staremu)
Meshuggah – obZen (#@!)
Mika Vainio – Oleva (Arcyinżynieria + najlepszy cover Floydów, jaki słyszałem)
Move D and Benjamin Brunn – Songs From The Beehive (Minimal > techno)
Nhhmbase – 波紋クロス (Garaże w Tokio są bardziej kolorowe)
Nico Muhly – Mothertongue (Mimo zbytku Glassa i złej okładki)
Nik Bärtsch’s Ronin – Holon (Przychodzi nowe do jazzu 1)
Paweł Mykietyn – Speechless Song (Dla samej „Sonaty (na wiolonczelę)”)
Peter Broderick – Float / Home (Ciepłe smuty)
Pivot – O Soundtrack My Heart (Transrock)
Portico Quartet – Knee-Deep In The North Sea (Przychodzi nowe do jazzu 2)
Richard Skelton  – Marking Time (Indie + szkockie wrzosowiska)
The Roots – Rising Down (Crossover jest over)
Rudresh Mahanthappa – Kinsmen (Karnameryka)
Schlippenbach Trio – Gold Is Where You Find It (Melody is where you find it)
Sigur Rós – Með suð í eyrum við spilum endalaust (Wreszcie weselej)
Silver Rocket – Tesla (Nadprodukcja)
The Streets – Everything is Borrowed (Ostatki świetności)
Toumani Diabaté – The Mandé Variations (Poważka afrykańska)
Vijay Iyer – Tragicomic (Ostatki z saksofonem)
Voo Voo – Samo (Mądre granie)
Yukari Fresh – grrrl, summer cape kid, etc (Machamy Shibuya-kei)

 

Fine.

Najlepsze z 2011

20.03.2011 | 31 odpowiedzi

Nie ma źle.

Anna Calvi – Anna Calvi (Domino)
Colin Stetson – New History Warfare Vol.2 Judges (Constellation)
Deaf Center – Owl Splinters (Type)
Desolate – The Invisible Insurrection
(Faux Pas)
Destroyer – Kaputt (Merge)
Ensemble La Sestina – Francisco Guerrero: The Angel’s Voice (HMD/Sony)
James Blake – James Blake (Atlas)
Kurt Elling – The Gate (Universal)
Lykke Li – Wounded Rhymes (LL)
Lucy – Wordplay For Working Bees (Stroboscopic Artefacts)
Malcolm & Martin – Life Doesn’t Frighten Me (Soulspazm)
Nicolas Jaar – Space Is Only Noise (Circus Company)
PJ Harvey – Let England Shake (Island)
Saigon – The Greatest Story Never Told (Suburban Noize)
Sidi Touré & Friends – Sahel Folk (Thrill Jockey)
The Joy Formidable – The Big Roar (Atlantic)
Tim Hecker – Ravedeath 1972 (Kranky)
Twilite – Quiet Giant (Isound)
Vijay Iyer with Prasanna & Nitin Mitta – Tirtha (ACT)
CunninLynguists – Oneirology (QN5)
Fleet Foxes – Helplessness Blues (Sub Pop)
Jamie Woon – Mirrorwriting (Polydor)
Katy B – On A Mission (Rinse/Columbia)
V/A – Bossa Nova and the Story of Elenco Records, Brazil (Soul Jazz)
Paul Simon – So Beautiful or So What (Universal)
Cass McCombs – Wit’s End (Domino)
SBTRKT – SBTRKT (XL)
Gang Gang Dance – Eye Contact (4AD)
Robag Wruhme – Thora Vukk (Pampa)
Peter Evans Quintet – Ghosts (More Is More)
Ambrose Akinmusire – When The Heart Emerges Glistening (Blue Note)
Coppu – Twilight (In Ditch)
Bon Iver – Bon Iver, Bon Iver (Jagjaguwar/4AD)
Avishai Cohen – Seven Seas (Blue Note)
The Weeknd – House of Balloons (XO)
Matana Roberts – Coin Coin Chapter One: Gens de couleur libres (Constellation)
Master Musicians of Bukkake – Totem 3 (Important)
Shabazz Palaces – Black Up (Sub Pop)
David S. Ware – Planetary Unknown (Aum Fidelity)
Nico Muhly – Seeing is Believing (Decca)
Tokyo Jihen – Daihakken (EMI Music Japan)
Meredith Monk – Songs of Ascension (ECM New Series)
Blanck Mass – Blanck Mass (Rock Action)
Machinedrum – Room(s) (Planet Mu)
Tamikrest – Toumastin (Glitterhouse)
Marcelo Camelo – Toque Dela (Universal)
Leessang – AsuRa BalBalTa (Loen Entertainment Korea)
Craig Taborn – Avenging Angel (ECM)
Profesjonalizm – Chopin Chopin Chopin (Lado ABC)
Criolo – Nó na Orelha (Tratore)
Björk – Biophilia (Universal)
Julia Marcell – June (Haldern Pop/Mystic)
Feist – Metals (Universal)
M83 – Hurry Up, We’re Dreaming (Mute)
Lisa Hannigan – Passenger (ATO)
Tom Waits – Bad as Me (Epitaph)
Neurasja – Neurasja (Unzipped Fly)
Jacaszek – Glimmer (Gusstaff)
The Necks – Mindset (RéR)
David Lang – This Was Written by Hand (Cantaloupe)
Oneohtrix Point Never – Replica (Software)
Kate Bush – 50 Words for Snow (Fish People/EMI)
Keith Jarrett – Rio (ECM)
Meshell Ndegeocello – Weather (Naïve)
Chris Watson – El Tren Fantasma (Touch)
Paweł Mykietyn – Pasja wg św. Marka (NInA)
The Roots – Undun (Def Jam)
Donnacha Dennehy – Grá Agus Bás (Nonesuch)

cdn.

.

Fine.

Tim Hecker „Ravedeath 1972”, Kranky

Propozycje 2010

02.01.2011 | 19 odpowiedzi

Wolno się czepiać wszystkiego prócz etykietek.

W ramach podsumowania 2010 także:
Napisy końcowe
Nagłówki roku
Najlepsze teksty – wasze
Najlepsze płyty z Japonii
Koncertów moc
Lista list

Pieśniarki

Ólöf Arnalds – Innundir Skinni (One Little Indian)
Carla Morrison – Mientras tú dormías… (Cosmica)
Anais Mitchell – Hadestown (Righteous Babe)
Joanna Newsom – Have One On Me CD1 (Drag City)
Laura Marling – I Speak Because I Can (Virgin)
Laurie Anderson – Homeland (Nonesuch)
Laura Veirs – July Flame (Bella Union)
Glasser – Ring (True Panther)
Cibelle – Las Vênus Resort Palace Hotel (Crammed)
White Hinterland – Kairos (Dead Oceans)

Pieśniarze

Sufjan Stevens – The Age of Adz (Asthmatic Kitty)
Owen Pallett – Heartland (Domino)
The Tallest Man On Earth – The Wild Hunt (Dead Oceans)
Antony and the Johnsons – Swanlights (Secretly Canadian)
Shugo Tokumaru – Port Entropy (P-Vine)
Jónsi – Go (XL)
The Irrepressibles – Mirror Mirror (V2)
Ryan Bingham & the Dead Horses – Junky Star (Lost Highway)
Alain Johannes – Spark (Ipecac)
Ed Harcourt – Lustre (Piano Wolf)

Gitary

Vampire Weekend – Contra (XL)
Beach House – Teen Dream (Sub Pop)
Junip – Fields(Mute)
Tame Impala – Innerspeaker (Modular)
Menomena – Mines (Barsuk)
Deerhunter – Halcyon Digest (4AD)
Violens – Amoral (Rough Trade)
Rökkurró – I Annan Heim (gogoyoko)
Walkmen – Lisbon (Fat Possum)
Indigo Tree – Blanik (Antena Krzyku)
Cherry Ghost – Beneath This Burning Shoreline (Heavenly)

Samplery

Toro y Moi – Causers of This (Carpark)
Caribou – Swim (Merge)
Massive Attack – Heligoland (EMI)
Darkstar – North (Hyperdub)
Yeasayer – Odd Blood (Secretly Canadian)
Bonobo – Black Sands (Ninja Tune)
Baths – Cerulean (anticon.)
Sleigh Bells – Treats (Mom + Pop)
LCD Soundsystem – This Is Happening (DFA)
Matthew Dear – Black City (Ghostly)

Hip-hop:

Kno – Death Is Silent (QN5 Music)
Freeway & Jake-One – The Stimulus Package (Rhymesayers)
Curren$y – Pilot Talk II (Def Jam)
Big Boi – Sir Lucious Left Foot The Son of Chico Dusty (Purple Ribbon/Def Jam)
Reflection Eternal – Revolutions Per Minute (Blacksmith)
Kanye West – My Beautiful Dark Twisted Fantasy (Roc-A-Fella/Def Jam)
Shad – TSOL (Black Box)
The Roots – How I Got Over (Def Jam)
E-40 – Revenue Retrievin’ Day Shift (Heavy On The Grind/Jive)
Ty – Special Kind Of Fool (BBE)
Calle 13 – Entren Los Que Quieran (Sony)
Das Racist – Sit Down, Man (Mishka/Greedhead)
Playboy Tre – The Last Call (Ga Dirt)

R&B:

Janelle Monae – The ArchAndroid (Bad Boy)
Aloe Blacc – Good Things (Stones Throw)
The Foreign Exchange – Authenticity (FE Music)
Quadron – Quadron (Plug Research)
Gil Scott-Heron – I’m New Here (XL)
Jamie Lidell – Compass (Warp)
Erykah Badu – New Amerykah Part Two (Return of the Ankh)
The Budos Band – The Budos Band III (Daptone)
Mavis Staples – You Are Not Alone (Anti)
Sharon Jones and the Dap-Kings – I Learned the Hard Way (Daptone)

Jazz

Vijay Iyer – Solo (ACT)
Chris Lightcap’s Bigmouth – Deluxe (Clean Feed)
Adam Lane’s Full Throttle Orchestra – Ashcan Rantings (Clean Feed)
William Parker Organ Quartet – Uncle Joe’s Spirit House (AUM Fidelity)
Tord Gustavsen Ensemble – Restored, Returned (ECM)
Rudresh Mahanthappa & Bunky Green – Apex (Pi)
Jason Moran – Ten (Blue Note)
Mikrokolektyw – Revisit (Delmark)
Mary Halvorson – Saturn Sings (Firehouse 12)
Guillermo Klein – Domador de Huellas (Sunnyside)
Food – Quiet Inlet (ECM)

Free / Avant

Dawn of Midi – First (Accretions)
Amir ElSaffar & Hafez Modirzadeh – Radif Suite (Pi)
Red Trio – Red Trio (Clean Feed)
Undivided (Zimpel, Few, Tokar, Kugel) – The Passion (Multikulti)
Artifact iTi – Live In St. Johann (Okka Disk)
Paul Dunmall & Chris Corsano – Identical Sunsets (ESP-Disk)
Exploding Star Orchestra – Stars Have Shapes (Delmark)
Jason Ajemian’s Daydream Full Lifestyles – Protest Heaven (482 Music)
Mural – Nectars of Emergence (Sofa Music)
Hera (Zimpel, Wójciński, Posteremczak, Szpura) – Hera (Multikulti)
Mostly Other People Do The Killing – Forty Fort (Hot Cup)

Elektronika

Flying Lotus – Cosmogramma (Warp)
Four Tet – There Is Love In You (Domino)
James Blake – CMYK EP / Klavierwerke EP (R&S)
Actress – Splazsh (Honest Jon’s Records)
Shed – The Traveller (Ostgut Ton)
Pantha du Prince – Black Noise (Rough Trade)
Mount Kimbie – Crooks & Lovers (Hotflush)
John Roberts – Glass Eights (Dial)
Take – Only Mountain (Alpha Pup)
DeepChord Presents Echospace – Liumin (Modern Love)
Teebs – Ardour (Brainfeeder)

Ambient / Drone

Alva Noto – For 2 (Line)
Yellow Swans – Going Places (Type)
Eleh – Location Momentum (Touch)
Richard A. Ingram – Consolamentum (White Box)
Demdike Stare – Voices Of Dust (Modern Love)
Catherine Christer Hennix – The Electric Harpsichord (Die Schachtel)
David Tagg – Pentecost (Install)
Kouhei Matsunaga – Self VA (Important)
Fennesz, Daniell, Buck – Knoxville (Thrill Jockey)
Morgan Packard – Moment Again Elsewhere (Anticipate)
Eluvium – Similes (Temporary Residence)

Abstrakcje:

Alessandro Bosetti – Zwölfzungen (Sedimental)
The Knife – Tomorrow, in a Year (Mute)
Tristan Perich – 1-Bit Symphony (Cantaloupe)
Shining – Blackjazz(Indie)
Niwea – …01 (Qulturap)
Keith Fullerton Whitman – Disingenuity, Disingenuousness (Pan)
Zs – New Slaves (Social Registry)
Kayo Dot – Coyote (Hydra Head)
Małe Instrumenty – Grają Chopina (Format)
Univers Zéro – Clivages (Cuneiform)
Nils Frahm & Anne Müller – 7Fingers (Hush)
Causing a Tiger – Causing a Tiger (Victo)

World:

Afrocubism – Afrocubism (World Circuit)
Tamikrest – Adagh (Glitterhouse)
Sierra Leone’s Refugee All Stars – Rise and Shine (Cumbancha)
V/A – Next Stop… Soweto (Strut)
Hanggai – He Who Travels Far (World Connection)
Deolinda – Dois Selos e Um Carimbo (World Connection)
Ana Moura – Leva-me aos fados (Universal)
Paban Das Baul – Music Of The Honey Gatherers (World Music Network)
Konono No.1 – Assume Crash Position (Crammed)
To Scratch Your Heart – Early Recordings from Istambul (Honest Jon’s)
Mayra Andrade – Studio 105 (Sony)

Partytury:

Eric Whitacre – Choral Music (Naxos)
Arvo Pärt – Symphony No. 4 – Los Angeles
(ECM New Series)
Thomas Ades – Tevot, Violin Concerto, etc (EMI Classics)
Valentin Silvestrov – Sacred Works (Kiev Chamber Choir, M. Hobdych; ECM New Series)
Brooklyn Rider – Dominant Curve (In A Circle)
Hilary Hahn – Higdon and Tchaikovsky Violin Concertos (Deutsche Grammophon)
Timothy Andres – Shy and Mighty (Nonesuch)
Imani Winds – Terra Incognita (E1 Music)
Victoire – Cathedral City (New Amsterdam)
Einojuhani Rautavaara – Before The Icons: A Tapestry of Life (Helsinki Ph., L. Segerstam; Ondine)
Daniel Bjarnason – Processions (Bedroom Community)
J.G. Thirlwell – Manorexia: The Mesopelagic Waters (Tzadik)

Ścieżki:

Afrocubism – Jarabi
Aloe Blacc – Good Things
Andreya Triana – Lost Where I Belong (Flying Lotus Remix)
Antony and the Johnsons – Fletta (feat. Björk)
Autechre – Ilanders
Balhormea – Steerage and the Lamp
Benga – Stop Watching
Big Boi – The Train Part II (Sir Lucious Left Foot Save the Day)
Blitzen Trapper – Laughing Lover
Carla Morrison – Una Salida
Chris Lightcap’s Bigmouth – Ting
Clogs – Cocodrillo

Curren$y – King Kong
Deerhunter – Helicopter
Die Antwoord – Enter the Ninja
E-40 feat. Too Short – Bitch
El Guincho – Bombay

Esperanza Spalding – Wild is the Wind
Freeway & Jake One – Throw Your Hands Up
Flying Lotus – …And the World Laughs with You (ft. Thom Yorke)
Foreign Exchange – All Roads
Four Tet – Love Cry
Giggs – Little Man And Me Ft. ML
J. Tillman – One Task
James Blake – CMYK
Jamie Lidell – Compass
Joanna Newsom – Good Intentions Paving Company
John Roberts – August
José James – Beauty
Jónsi – Go Do
Kanye West – Runaway (feat. Pusha T)
Laura Marling – Hope in the Air
Liam Singer – Winter Weeds
Los Campesinos! – The Sea Is A Good Place To Think O The Future

Los Lobos – Jupiter or the Moon
Magnetic Man – K Dance
Massive Attack – Paradise Circus (feat. Hope Sandoval)
Maurice Brown – Fly by Night
Mikrokolektyw – Lipuko
Morgan Packard – Reveal
Mose Allison – My Brain
New Boyz – Cricketz (feat. Tyga)
Niwea – Generał Hermaszewski
Oval – Ah!
Pan Sonic – Voltos Bolt
Paperplain – 1130
Quadron – Slippin’
Reflection Eternal – Back Again (feat. RES)
Robert Plant – Even This Shall Pass Away
Sam Amidon – How Come That Blood
Shad – Call Waiting (Interlude)
Shugo Tokumaru – Lahaha
Silje Nes – Crystals
Syd Matters – Hi Life
Tamikrest – Aratane N’adagh
The Flashbulb – Tomorrow Untrodden
The Tallest Man on Earth – Love Is All
Toro y Moi – Minors
Tunng – Hustle
Ty – Wait (feat. Leo Ihenacho & Soweto Kinch)
Vijay Iyer – Fleurette Africaine
Villagers – Becoming a Jackal
William Parker Organ Quartet – Let’s Go Down to the River
Yeasayer – O.N.E

Fine.

2010: Napisy końcowe

29.12.2010 | 30 odpowiedzi

Dobrze się słuchało. Życie muzyczne jeszcze przed Bachem bywało zapewne fascynujące, szczególnie dla melomanów mobilnych i nieprzywiązanych do podziałów klasowych. Oglądane na czarno-białym kineskopie narodziny Elvisa musiały być całkiem barwne. Ale teraz… Uwielbiam oglądać, czytać, smakować, ale spróbuj w ciągu jednego dnia obejrzeć dziesięć filmów z różnych bajek, przeczytać dziesięć książek z różnych półek, spróbować dziesięciu dań z różnych garów – i powtarzaj to przez tydzień, miesiąc.

A muzyka? Tylko wczoraj: wyciszone free obok indyjskiego wirtuoza dubki, strzępy dubstepu i elektroniczne piony pomiędzy islandzką minstrelką i popapraną brazylijską showmanką, japoński hip-hop na deser po duńskim soulu i klasyczny afrykański jazz na rozgrzewkę przed królem chóralnego dysonansu. Red Trio obok Paban Das Baul, Mount Kimbie i David Tagg pomiędzy Ólöf Arnalds i Cibelle, 環Roy po Quadron i trzecia część „Next Stop… Soweto” przed Erikiem Whitacre. Dobrze się słucha.

***

Dobrych, solidnych, godnych uwagi płyt – nawet jeśli życia nie zmieniających – słyszałem w tym roku mnóstwo. Świetnych niewiele. Marudzenie na „dzisiejszą muzykę” zbywam z reguły krótkim „Źle szukasz!”, bo przy podaży rzędu 150-200 tysięcy albumów rocznie brak trafień musi wynikać z kiepskiego celu. A jednak pewne uśrednianie „muzyki” daje się odczuć. Prawie nie spotkam rzeczy wybitnie dobrych, prawie nie spotykam rzeczy wybitnie złych.

Średnią w górę winduje powszechny dostęp do półprofesjonalnego sprzętu i takiegoż oprogramowania, a przede wszystkim niebywałe osłuchanie w kluczowych kategoriach wiekowych, stylistyczny i historyczny zasięg zainteresowań warstw twórczych. Potwierdzają to wywiady i wszystkie te gościnne listy roku, a w praktyce – awans muzyki-między-gatunkami do miana dominującego gatunku muzycznego.

Średnią zaniża sama liczba osób p u b l i c z n i e  parających się muzyką. Niby już w latach 50. zajmowały się nią tłumy, tylko w Londynie działały trzy tysiące klubów skiffle’owych. Ale aktywność kończyła się zazwyczaj na szkolnych murach i granicach własnej dzielnicy czy miasteczka. Dalej szli ludzie z powołaniem. Profesjonalne, przynajmniej na poziomie studyjnym, muzykowanie może być obecnie niezobowiązującym hobby, jednym z wielu. Nie wymaga ani wielkich pieniędzy (laptop do produkcji, internet do dystrybucji), ani samozaparcia (do nauki gry na instrumencie i walki o kontrakty), ani nawet przyjaciół (do założenia zespołu).

Te 150-200 tysięcy albumów rocznie nie miałyby znaczenia, gdyby z miejsca nie trafiały do globalnego obiegu. Ile trzeba było mieć hartu, żeby doczekać się międzynarodowej dystrybucji? I szczęścia, i czasu? Gdy usłyszał o tobie świat, byłeś już zaprawionym muzykiem, który dla muzyki niejedno poświęcił i traktuje sprawę serio. Teraz co drugi artysta zalicza szczyt sławy przed wydaniem debiutu. Jeśli ów debiut będzie niezły, i tak usłyszy, że EP-ka była lepsza. Ale pewnie niezły nie będzie, bo w normalnych warunkach – chodzi tu o rozwój muzyczny, a nie o dwudziestowieczny cykl wydawniczy, którego „normalnym” bym nie nazwał – w normalnych warunkach wykonawca zbierałby materiał jeszcze przez kilka miesięcy albo i lat. Teraz kuje hype.

Średnia będzie rosła. Bo my, słuchacze, optymalizujemy filtry, którymi dotąd żonglowaliśmy jak kanałami po zamontowaniu pierwszej kablówki. Bo oni, wykonawcy, dopiero uczą się korzystać z narzędzi, które ściągnęli trzy miesiące temu. Wynajdują wprawdzie mnóstwo rzeczy – rozpieszczeni różnorodnością nawet tego nie zauważamy – ale na razie nie bardzo wiedzą, do czego służą. Jednak po okresie zgłaszania patentów implementacja rusza i lada moment doczekamy pierwszych wybitnych płyt XXI wieku. Bo przecież wszystkie te cuda wyliczane w podsumowaniach dekady co do jednego tkwiły – i to obiema nogami – w elektronice i hip-hopie lat 90., w syntezatorowym popie lat 80., w rocku i czarnej muzyce lat 70. Były podsumowaniami, a nie prognozami.

***

Trzy pary głośników i tyleż par słuchawek w różnych lokalizacjach – wynalazcę pracy zdalnej należałoby z miejsca kanonizować – najczęściej wygrywały u mnie w tym roku elektronikę, jazz i hip-hop. Co z gitarami? Gitary się kończą. Współczesną gitarą jest laptop, współczesnym garażem sypialnia. Chcesz robić muzykę? Ucz się oprogramowania, a nie chwytów. Nawet tam, gdzie duch pozostaje rockowy, brzmienie i kształt utworów już nie (patrz: Jak zwizualizowaliśmy muzykę). Zmiana tego podstawowego odruchu młodego człowieka – reakcji na myśl: „Może by tak muzyka?” – to gruba sprawa, może być, że najgrubsza od 55 lat.

Dlaczego elektronika, to jasne. Sam rozpad dubstepu doprowadził do sytuacji, gdy co druga premiera z tego kręgu okazuje się nowym mikrogatunkiem. Producenci tworzą odgałęzienia, bo nie mają się po czym piąć. Co do jazzu, to pomijając dobry ostatnio klimat dla zdolnych trzydziestolatków – odwilż sięgnęła nawet nominacji do Grammy, w których Esperanzę Spalding uznaje się za „New Artist”  – satysfakcja tutaj zależy głównie od tego, gdzie się szuka. W tym roku, miło mi przyznać, szukało mi się nienadaremno. Ale hip-hop?

W czerwcu, przy okazji komplementowania The Roots i szukania dziury w Drake’u, pytałem, czy to aby nie hip-hop – obok elektroniki – wciągał ostatnio najbardziej. Kolega z redakcji próbował schładzać emocje, ale ożywienie w branży potwierdziło kilkanaście kolejnych wydawnictw i ostatecznie selekcja faworytów tutaj właśnie sprawiła mi najwięcej kłopotu. Nie pamiętam wielu równie zajmujących lat dla hip-hopu, a pamiętam ich jedenaście. Widzę dwa wyjaśnienia:

- pierwiastki białe/europejskie/taneczne, które wespół z Auto-Tune holowały raperów na wtórną muzycznie, miałką estetycznie i pozbawioną autentyzmu płyciznę, zagarnęły dla siebie już całkiem Lady Gaga, Rihanna, Ke$ha, Katy Perry i krewni. Ścigać takie – rzecz bezcelowa, więc hiphopowcy odbili w  drugą stronę. Niektórzy, jak Roc Marciano, przy okazji cofnęli się w czasie. Z większą, niezwykłą jak na swój wiek klasą, odbija szesnastoletni Earl Sweatshirt z Odd Future.

- mniej uchwytny bodziec to przenosiny raponośnych gett do sieci. Goście pokroju Das Racist czy wspomniane gremium Odd Future na internetowe skrzyżowania wychodzą dla frajdy, nie dla kasy, bo jak za dawnych lat pozwalają się słuchać za darmo – wystarczy odwiedzić ich okolicę. To nastawienie bardzo dobrze widać, słychać, a przede wszystkim czuć.

***

Kanye u mnie poza hiphopowym podium z dwóch powodów. Po pierwsze, niespecjalnie lubię tę płytę. Doceniam, szanuję, słucham z przyjemnością, choć przy tej masywności – a miejscami kiczu i muzycznym chamstwie – ciężko przetrwać całość bez pauzy. Lubię niezbyt. Po drugie, w „Fantasy” najbardziej podobają mi się elementy mało hiphopowe. Wyróżniać płytę blackmetalową za akustyczne interludia?

Awantura o Westa uzmysławia zaawansowanie procesu zastępowania recenzji płyt – recenzjami artystów. W porządku, to uzasadnione w okolicznościach rozmytego procesu wydawniczego, przedwczesnych premier i nikłej roli „albumu” w życiu społeczeństwa. Pozostają sieciowe freaki. Tych od recenzenta dzieli jednak kliknięcie, więc „opisywanie płyty” może bawić tylko opisującego. Pozostaje mówić o człowieku.

***

Luzem:

• Muzyka nie będzie dobrem publicznym – już jest. Finansowanie? Albo urzędowe – jak pisał Bartek: „Gdyby nie granty Królestwa Norwegii, nie odbyłaby się chyba z połowa festiwali w tym kraju, szczególnie tych zahaczających o kulturę alternatywną, jazz, awangardę”  – albo na zasadzie mecenatu, choćby i korporacyjnego. Czyli sytuacja wraca do normy. Bo tylko krótka pamięć każe traktować ostatnie sto lat  jako standard, a nie drobną anomalię w długiej historii muzyki.

• Polscy muzycy nisz wszelakich – od Mikrokolektywu, Wacława Zimpela i Levity po Indigo Tree i Babadag – zgodnie dogonili świat. Mam nadzieję, że w przyszłym roku włączą lewy kierunkowskaz.

• Dlaczego przy okazji debiutu Janelle Monáe nie mówi się o The Moody Blues? I zamysł ogólny, i konkretne momenty – wszystkie „Suity”, „Sir Greendown”, „57821″, „Say You’ll Go” – to wnuki „Days of Future Passed”.

• Przynajmniej kilka okładek numeru na Screenagers.pl należałoby zachować w pamięci (pierwsze z brzegu: Kanye, Talk Talk, Swans). Może jakaś galeria, żeby to nie ginęło?

• Znałem sześć z dziesięciu najlepszych płyt roku według „Wire”, co stanowi mój życiowy rekord i trochę się o siebie martwię. Inna sprawa, że Oneohtrix Point Never 20parę miejsc nad „Cosmogrammą” to kompromitacja załogi tego pisma, przynajmniej w działaniach społem.

• W wytwórni Honest Jon’s pracują kosmici: w tym samym roku wydali futurystyczne „Splazsh” Actress i trzeszczącą składankę „Early Recordings from Istambul”. Obie płyty są świetne.

***

Przyłapałem się na nieświadomym dzieleniu muzyki na dwie grupy, przypominające podział na prasę i książki. Jednych słucham tylko po to, by się orientować, być na bieżąco – patrz Taylor Swift. Drugich słucham dla przyjemności i ubogacania wnętrza. To przekłada się, naturalnie, na poświęcaną płytom uwagę i czas: złamałem w tym roku odwieczną zasadę kilku szans i zacząłem odkładać płyty – no, zazwyczaj streamingi – po jednym przesłuchaniu.

Stąd blisko do rozróżnienia: muzyka-jako-produkt oraz muzyka-jako-sztuka, której pozwalamy coś sobie zrobić, o czym znakomicie pisał cytowany już tutaj Matt LeMay:

„Music is not “art” unless we choose to engage with it as such. This is not always an easy choice, since experiencing music as art means making ourselves vulnerable to it. We grant art access to memories and emotions that might be upsetting, inconvenient or disruptive.

When we consume music as content, however, we retain complete control. We can skip, delete, share, and comment if and when we please. We can be distracted, we can multitask. We look to art for escape from our everyday routines, but we turn to content because it fits so seamlessly into our everyday routines”.

***

Gdyby podsumowanie roku zawierało kategorię „Brzmienie/produkcja”, to w czołówce byliby These New Puritans (nudnawe i zbyt przerysowane pod innymi względami), Flying Lotus, The Knife i świętej pamięci Pan Sonic. Jako że nie toleruję tanio rozlanego reverbu i udawanego lo-fi, to wiele niezłych podobno płyt pozostało w tym roku poza moim zasięgiem, od A Sunny Day in Glasgow po Warpaint, od Ariela Pinka po Rangers. Będę musiał z tym żyć.

***

Momenty:
• Esperanza Spalding odlatuje w „Wild Is The Wind” (4:25)
• Freeway & Jake One łamią rytm w „Never Gonna Change”
• deszcz akustycznych meteorytów w „Cease to Know” Eluvium
• Kanye rozładowuje napięcie wejściem bitu w „Runaway”
• dwugłos Björk i Antony’ego w „Fletta” gdy się go nie spodziewałeś
• odkrycie trzynastowiecznego tekstu „This Marriage” Erica Whitacre po odkryciu muzyki
• początek końca „Impossible Soul” Sufjana Stevensa

Tytuły lepsze od płyt:
• „God Was Like, No”
• „Music for Real Airports”
• „What Does It Mean to Be Left-Handed”

***

Najlepiej w tym roku rozmawiało mi się z Vijayem Iyerem o jazzie młodym i starym, z Janem AP Kaczmarkiem o samotności kompozytora, z Pawłem Romańczukiem o Małych Instrumentach, z Leszkiem Biolikiem o muzyce w studiu i z Web Sheriffem o muzyce w sieci, z Islandczykami o Islandii, a z profesorem Tylerem Cowenem o multitaskingu.

Niech się nam dobrze słucha.

Fine.

Lista list

23.12.2010 | 2 odpowiedzi

• Muzycy ujawniają własne albumy roku redaktorom Independent, Spin i Pitchforka
• Przepis na uniwersalną listę płyt roku (Vice)
Imprezowa playlista z jednym utworem z każdego roku począwszy od 1925 (New Yorker)
• Podaj mi swój album roku, a powiem Ci kim jesteś, czyli o stereotypach (Flavorwire)
Raperskie neologizmy roku (Flavorwire)
• Ann Powers o braku kultury w kulturze muzycznej (LA Times)
• Simon Reynolds też podsumowuje podsumowania
• Neojapanisme o zacofanym rynku muzyki cyfrowej w Japonii i starciu K-Idols z J-Idols, czyi ładnych dziewcząt z brzydkimi
najlepsze covery roku (Cover Me)
• najlepsze długie formy (niemuzyczne; polecam „Letting Go” i rzecz o Grekach)
• Rok w niesamowitych zdjęciach (Boston)

Fine.

2010: Popisali się

21.12.2010 | 3 odpowiedzi

Najlepszy tekst, jaki napisałeś w tym roku? – pytałem publicznie i prywatnie. Czy wszystkie linki podesłali mi faktyczni autorzy tekstów, tego nie wiem, ale nie szkodzi.

Pszemcio kończy przygodę z blogiem w dniu, w którym zepsuł mu się licznik
Michał Wieczorek i Przemek Karolczyk uwalniają muzykę z Samem Amidonem
Maciek Stankiewicz za kulisami Off Festivalu odpytuje Marka E. Smitha z The Fall
A Guide to My Music leczy zapalenie oskrzeli utworem „Drive” The Paradise Motel
Maciek Lisiecki doświadcza Cieślaka i Księżniczek
Jan Błaszczak streszcza black metal przy okazji nowego Twilight
Kuba Ambrożewski przypomina stary, dobry, polski zespół Wrak
Marceli Szpak nie robi wywiadu z Laurie Anderson
Piotr Wojdat wraz z Screenagersową ekipą szuka esencji Stereolab
Cezary Gumiński pochyla się nad wokalnymi akrobacjami Meredith Monk
Piotra Nowaka obezwładnia warszawski koncert Skinny Puppy
Kamil Dachnij wgryza się w siedem godzin „Hitlera, filmu z Niemiec”
Hennessy Williams wywraca hajp na Beach House
Dawrweszte włącza narkotykowy rock
Mateusz Jędras studiuje „CMYK” Jamesa Blake’a
Łukasz Konatowicz prostuje „Państwa Miasta” Much
Piotr Lewandowski rozmawia z Candelarią Valiente i Marcinem Maseckim z ParisTetris
Angelika Kucińska przepowiada życie po Michaelu Jacksonie
Filip Szałasek rozbiera nie tylko How to Dress Well
Rchtr punktuje Jamiego Lidella
Tableau! rozlicza Cheater Slicks, Pissed Jeans i feedtime
Youthless odkrywa własne skrzywienie Warpem przy okazji Gonjasufiego
Jarek Szubrycht popisał się podpisem pod zdjęciem Kukiza
Joanna „Frota” Kurkowska poszła na Lady Gagę
Jacek Sobczyński przewidział koncertowy rok 2011

Fine.

2010: Japonia

14.12.2010 | 8 odpowiedzi

Na stronie EMG znajdziecie moje 10 najciekawszych płyt z Japonii kończącego się roku. Uprzedzam, że nie ma ani „Recitation” Envy, bo straszyli już ładniej, ani „Ouroboros” Merzbowa, którego pozostałych czterech wydawnictw tegorocznych jeszcze nie słyszałem…

Nie zmieścili się też Ken Ikeda, Daisuke Tanabe, Makigami Koichi, lekcy i zwiewni Miko oraz Hiiragi Fukuda, Susumu Yokota, zakopiańska Satoko Fujii Orchestra Tokyo, czy zupełnie przyjemne – szczególnie dla nas fanów melodyki Hisaishiego i soundtracków z Final Fantasy – taneczne De De Mouse. A na Seedę pewnie i tak nikt nie liczył.

Uzupełnienia mile widziane, bo to w końcu największy rynek płytowy świata.

2010: Koncerty

13.12.2010 | 12 odpowiedzi

Gdybym mógł jeszcze raz pierwszy raz przeżyć tegoroczne koncerty – osobne i w ramach (ośmiu dla mnie) festiwali – byłyby to najchętniej:

1. Vijay Iyer Trio oraz Mostly Other People Do the Killing trzeciego i pierwszego dnia Warsaw Summer Jazz Days

2. Ladysmith Black Mambazo, Mayra Andrade i Hanggai w ramach przecudnego Skrzyżowania Kultur

3. „No. 44 (diary pieces)” Richarda Ayresa w rękach Orkest de Ereprijs podczas nierównej Warszawskiej Jesieni

4. Yeasayer w pełnym Palladium

5. Ewa Pobłocka i Dang Thai Son na cztery ręce w ramach Chopina i jego Europy (Mozart, Schubert, Chopin… Poulenc!)

6. Babadag w ramach dezorientujących Re:Wizji

7. Hypnotic Brass Ensemble w Palladium prawie tak pełnym jak na Yeasayerze

8. Jamie Lidell w półpełnej Stodole

9. Pierwsza połowa Public Enemy w Stodole wypełnionej w jednej trzeciej

10. Cibelle w Trójkowym studiu im. A. Osieckiej

Dwie największe porażki zapewnili mi starzy jazzmani: Pat Metheny i Herbie Hancock. Różniło ich od siebie to, że Hancockowi koncert załatwiła permanentna awaria sprzętu i pozostało po nim współczucie, a nie zażenowanie. Rozczarowali też Autechre na Nowej Muzyce (ta czerń w praktyce się nie sprawdza, teoretyzujcie sobie) oraz Speech Debelle na Free Form Festival, którą myślałem ujrzeć już dojrzałą scenicznie, a okazała się znacznie słabsza niż przed rokiem.

Ku pamięci załączam imprezy, które zdołałem na czas odnotować w zakładce koncertowej. Nie bywało lepiej:

Zobacz resztę wpisu →

2010: Nagłówki

10.12.2010 | 3 odpowiedzi

.