RSS

Tinariwen – Tassili, Bombino – Agadez

18.10.2011 | Skomentuj

Tinariwen – Tassili (Universal)
Bombino – Agadez (Cumbancha)

 

Podczas powstania Tuaregów na początku lat 90. przez ten sam obóz dla uchodźców na południu Algierii przewinęli się założyciel grupy Tinariwen Ibrahim Ag Alhabib oraz Omara „Bombino” Moctar. Ten pierwszy uchodził z północnego Mali, ten drugi z przedmieść Agadezu, stolicy Nigru. Czy 10-letni malec Bombino miał okazję posłuchać starszego o pokolenie i jeden zryw etniczny Ag Alhabiba?

Tego nie wiemy, ale przedziwnym zbiegiem okoliczności – a może to świadectwo siły naszego rynku koncertowego – Bombino i Tinariwen w tych samych dniach odwiedzają Polskę. Tinariwen z akustycznym „Tassili”, przepełnioną słynną już pustynną mistyką i najbardziej stonowaną płytą w swojej karierze. Tyleż ciekawości co obaw budziła obecność gości zza Atlantyku: gitarzysty grupy Wilco Nelsa Cline’a, nowoorleańskiej grupy dętej Dirty Dozen Brass Band oraz Tundego Adebimpe z TV on the Radio. Wnieśli oni odpowiednio: nic, niezbyt szkodliwe tło w „Ya Messinagh” oraz niepotrzebną angielszczyznę w „Tenere Taqhim Tossam”. Pozostawieni sami sobie Tinariwen zdają się siedzieć przy ognisku gdzieś na owym algierskim południu i opowiadać śpiewem o swoim życiu – co rzeczywiście miało miejsce, bo grupa przygotowała i zarejestrowała „Tassili” w obozie namiotowym nieopodal dawnego miejsca wygnania.

Z taśm zawierających własne występy pośród piasków Sahelu Bombino zmontował dwa lata temu swój międzynarodowy debiut „Guitars From Agadez, Vol. 2”. Tegoroczny „Agadez” to już owoc profesjonalnych sesji nagraniowych w amerykańskim Cambridge (na zaproszenie amerykańskiego filmowca Rona Wymana) oraz w tytułowej stolicy Nigru. 31-letni gitarzysta gra równie miękko i transowo co starzy mistrzowie z Tinariwen, a zarazem bardziej lekko, przejrzyście, melodyjnie i elektrycznie, co zresztą zapowiada już okładkowym portretem z Fenderem Stratocasterem.

Na który koncert się wybrać? Kto może, niech nie wybiera.

.

Fine.

Björk – Biophilia

18.10.2011 | 7 odpowiedzi

Björk – Biophilia (Universal)

 

Björk obudowała swój ósmy album multimedialną infrastrukturą, w skład której wchodzą aplikacje przygotowane wespół z Apple, nowatorskie instrumenty, rozbudowana strona internetowa, teledyski, edukacyjna scenografia koncertowa, wreszcie 10 kamertonów, każdy dostrojony do jednej z 10 piosenek. Te ostatnie inspirują się fazami księżyca („Moon”), grawitacją („Solistice”), rozwojem kryształów („Crystalline”) czy wirusów („Virus”). Hasło: „Natura, muzyka, technologia”. Odzew: „Słuchaj, ucz się, twórz”.

Słuchać Björk każe nam przede harfy, organów czy gamelanu, czyli instrumentów, które potrafiła skłonić do współpracy z komputerem. Oszczędne aranżacje z ogromnymi przestrzeniami ciszy pomiędzy dźwiękami mają reprezentować kosmos wraz z niedostępną zmysłom ciemną materią. „Biophilia” bazuje na tego rodzaju makropomysłach i w tym względzie, jak przyznaje sama artystka, przypomina „Homogenic”. Podczas gdy „Vespertine” dotyczyło „małych rzeczy”, a na „Volcie” Björk chaotycznie miotała się pomiędzy stylistykami, tym razem wybiera przejrzystość. Dlatego więcej uwagi poświęciła strukturom utworów niż ich brzmieniu.

Szczęśliwie przyłożyła się też do melodii, dzięki czemu „Biophilia” jest jej najbardziej przystępną, piosenkową i zwyczajnie przyjemną płytą od kilkunastu lat. A przy tym niezwykle świeżą dzięki niespotykanemu wcześniej u Björk instrumentarium. Być może będzie zarzewiem jakże potrzebnej rewolucji w przemyśle muzycznym. Ale wystarczy, że jest krokiem naprzód w osobistej ewolucji Björk.

„Przekrój”

.

Fine.

Profesjonalizm – Chopin Chopin Chopin

04.10.2011 | Skomentuj

Profesjonalizm – Chopin Chopin Chopin (Lado ABC)

 

Profesjonalnie nieprofesjonalny sekstet Marcina Maseckiego

Zanim rock’n'roll odnowił Stany Zjednoczone, najbardziej punkową muzyką świata był jazz. Do tamtej epoki – amerykańskich lat 30. i 40., polskich lat 40. i 50. – odwołuje się nowy, aż w połowie dęty sekstet Marcina Maseckiego. Ducha swingujących big bandów pianista zmącił jednak wynalazkami ówczesnej filharmonicznej i późniejszej synkopowanej awangardy oraz własnym ADHD. Miesza tym samym przyjemne z, wydawałoby się, dla wielu bezużytecznym – często na przestrzeni kilkunastu sekund. Ale jak to ujął mój znajomy: „Jakoś to tak nagrali, że chociaż muzyka nie jest łatwa, to zadziwiająco przyjemnie się jej słucha. I do tego jest taka na wskroś polska”.

Nagrywali na dwa mikrofony w studiu Maćka Cieślaka „w warunkach przedwojennych”. Przedtem przeprowadzili kilka prób na oczach publiczności, a jeszcze wcześniej staranie wyćwiczyli… popełnianie błędów. Stąd też debiut Profesjonalizmu nie brzmi zbyt profesjonalnie, choć to materiał najstaranniej skomponowany, przemyślany i zrealizowany w kilkunastoletniej już karierze lidera. Nie tylko precyzyjny, 11-minutowy „Długi” i błyskotliwa aranżacyjnie „Ballada”, ale także rozchwiany „Polonez” z pijanymi wtrętami swojsko brzmiących tematów oraz humorem, który część słuchaczy przyprawia o rechot, a Maseckiemu „po prostu uśmiecha się ryj”. On sam wraz sekcją rytmiczną (2/3 zespołu Levity: perkusista Jerzy Rogiewicz i Piotr Domagalski za ledwie słyszalnym kontrabasem) chętnie wycofuje się na drugi plan, ustępując pierwszeństwa znakomitemu trio Michała Górczyńskiego (klarnet, saksofon), Tomasza Dudy (saksofon) i Kamila Szuszkiewicza (trąbka).

Radość z tej fascynującej i przepięknie wydanej płyty zaburzyć może jedynie myśl, że „Chopin Chopin Chopin” jest właśnie tylko zabawą. Mówi o tym sam pianista: „Strasznie boję się tego stwierdzenia, ale jednak bawię się muzyką i to mnie trochę smuci, w takiej szerszej perspektywie. Bo to jest muzyka o muzyce. A trochę chciałbym, żeby to było coś większego, ale nie widzę tego i nie czuję. To jedyne, co mogę robić” – przyznał Masecki w rozmowie z serwisem Jazzarium. Zaraz jednak trzeźwo dorzucił: „Ale chuj wie, ktoś może usłyszeć w tym coś zupełnie innego”.

„Przekrój”

.

Fine.

Krzysztof Herdzin Trio – Capacity

02.10.2011 | Skomentuj

Krzysztof Herdzin Trio – Capacity (Fusion Music/Polskie Radio)

 

„Wszystko w jazzie obraca się wokół pytania: czy to jest nowe? Stary, mamy 12 chrzanionych nut. Co tu może być jeszcze nowego? – pieklił się ostatnio Branford Marsalis ze słynnej synkopowanej rodziny Marsalisów. – A ja pytam: czy to jest dobre? Tak rzadko gra się dziś dobrą muzykę, że gdy na takową natrafię, jestem w szoku”.

Marsalis byłby zachwycony fonograficznym powrotem tria Krzysztofa Herdzina. W pięć lat po koncertowym „Live in Tygmont” zasłużony aranżer i kompozytor zarejestrował „Capacity” niemal równie spontanicznie: podczas jednej czerwcowej sesji nad warszawskim Jeziorem Czarniakowskim w towarzystwie kontrabasisty Roberta Kubiszyna i przodownika bębnów – usłyszycie go już na 100 płytach – Cezarego Konrada. Pomiędzy coverem „Prayer For El Salvador” z repertuaru Yellowjackets a czupurnym finałem „Children of Childs” Herdzin pokazuje swoje oblicze liryczne („Still Searching”), metodyczne („Keith and His Teeth”) i beztroskie („Sleeping Beauty”). A każdy z pięciu autorskich utworów zdobi przynajmniej parą chwytliwych tematów.

Wszystko brzmi tak dobrze, że rozczarują się jedynie ci, którym bliżej raczej do poglądów Roberta Glaspera niż braci Marsalisów. Jeden z największych współczesnych fortepianu zwykł mawiać: „Powinieneś brzmieć źle, kiedy ćwiczysz. To oznacza, że robisz coś, czego jeszcze nie znasz”.

„Przekrój”

.

Fine.

DJ Shadow – The Less You Know the Better

26.09.2011 | Skomentuj

DJ Shadow – The Less You Know the Better (Verve)

 

„Jak wyżej”.

„Z całej tej płyty prawdziwy jest tytuł”.

„Właśnie”.

Przykro mi, ale tak zniewolony sugestią artysty czułem się ostatnio przy „Y Not” Ringo Starra. Po co wam wiedzieć, że wcale nie jest bardzo źle – jest tylko nudno, wtórno i tandetno. Na RYM ktoś przytoczył taki oto dialog z „Trainspotting”:

Sick Boy: At one time you’ve got it, and then you lose it, and it’s gone forever. All walks of life. George Best, for example. Had it, lost it. Or David Bowie. Or Lou Reed.
Mark: Some of his solo stuff’s not bad.
Sick Boy: No, it’s not bad, but it’s not great either. And in your heart you kind of know that although it sounds alright, it’s actually just shite.
.

Fine.

Tamikrest – Toumastin

10.09.2011 | Skomentuj

Tamikrest – Toumastin (Glitterhouse)

 

Malijski oktet większość ubiegłego roku spędził na koncertach z dala od własnej pustyni. Podczas trasy po Europie muzycy zasłuchiwali się w dziełach Boba Dylana, Neila Younga czy Pink Floyd. Stąd też nie dziwi, że drugi album Tamikrest okazuje się mniej natchniony i bardziej uniwersalny niż nagrany w tym samym miejscu (studio Bogolan w Bamako) i pod okiem tego samego producenta (Chris Eckman z The Walkabouts) znakomity debiut „Adagh” z marca 2010 roku. Ale niemal równie udany.

W tyleż zaangażowanym (apel o walkę z korupcją) co przebojowym „Ayitma Madjam” 26-letni Ousmane Ag Mossa dzieli mikrofon z chórzystkami. Pojawiają się też organy, a w dalszej części płyty dyskretne akcenty funkowe, dubowe, jest nawet partia altówki. I o dziwo żadne nie brzmi egzotycznie w afrykańskim kontekście. Nad całym „Toumastin” – tytuł znaczy „mój lud” albo „swojaków” i chodzi zapewne o walczących o autonomię Tuaregów – góruje jednak melodyjny bębnowo-gitarowy blues. To zaś naraża Tamikrest na kolejne porównania do krewniaków ze starszego o pokolenie Tinariwen. Oby za trzecim razem spróbowali im umknąć – niekoniecznie za granicę.

„Przekrój”

.

Fine.

Ricardo Villalobos & Max Loderbauer – Re: ECM

04.09.2011 | Skomentuj

Ricardo Villalobos & Max Loderbauer – Re: ECM (ECM)

 

Re: Brak tematu

Oprócz przyczyny eksperyment powinien mieć również cel. Przyczyną była słabość Ricardo Villalobosa wobec niemieckiego ECM. Chilijski producent od lat dekorował swoje didżejskie sety jazzowymi i klasycznymi wyimkami ze skarbca wytwórni. Celu wyraźnie mu brakowało, gdy już w studiu wespół z przyjacielem Maksem Loderbauerem maltretował katalog labelu.

Materiał wyjściowy – dzieła Arvo Pärta, Christiana Wallumrøda, Miroslava Vitousa czy Louisa Sclavisa – Villalobos zmienił nie do poznania. I często nie do słuchania. Po obiecującym kwadransie (otwierające „Reblop” i fenomenalne „Recat”) pozostajemy już tylko z dwiema godzinami błądzenia z „Re-” w tytułach. Braki koncepcyjne duet maskuje gotyckim pogłosem, losowymi perkusjonaliami i pozorowaniem awangardowych poszukiwań przy jednoczesnym konserwatyzmie brzmieniowym. Prezentacja „Re: ECM” w ramach tegorocznego Unsound będzie ważnym punktem festiwalu, ale może być też najbardziej sennym.

„Przekrój”

.

Fine.

Washed Out – Within and Without

04.09.2011 | Skomentuj

Washed Out – Within and Without (Weird World)

 

Chillwave robi chillout

28-letni Ernest Greene, obywatel amerykańskiej Georgii, zaistniał w internetowej świadomości niejako wbrew swojej woli, gdy u szczytu własnej popularności począł go promować Chaz Bundick, lider Toro y Moi. „W ciągu tygodni moje piosenki rozpierzchły się po całym internecie. Z zagranicy napływały propozycje występów. A ja? Ciągle mieszkałem z rodzicami. Byłem spłukany. Za moment miałem się żenić, ale nie brakowało mi realnego pomysłu na życie. Generalnie się bałem” – wspominał Greene. Podczas gdy on zbierał się w sobie, poprzestając na minialbumach, chillwave przeżywał swój rozkwit, tymczasową sławę, wreszcie pojawiły się pierwsze oznaki zmęczenia. A pełnometrażowy debiut Washed Out pozostawał ostatnią niewiadomą sypialnianego gatunku.

Zaznajomionych z muzyką lat 80. i 90. „Within and Without” zaskoczy jedynie tym, jak swojsko brzmi. Rozmyte wokale, rytmy podsłuchane u gwiazd New Romantic, domowego disco czy trip-hopu, nieśmiałe melodie i senna produkcja Bena Allena (współpracownika Animal Collective i Deerhunter) tworzą wzorcowy podkład relaksacyjny. Nawet utrzymane w szybszym tempie „Soft” swoją chwytliwość podporządkowuje tytułowej delikatności. Uwagę młodszej publiczności Greene zwróci konsekwencją. „Within and Without” to pierwszy tak spójny i stonowany album w nurcie nastawionym na błyskotliwe single. Poza tym dźwiękowe polaroidy Washed Out utrzymane są w chłodniejszych barwach niż u kolegów. Jeśli zgodnie z mentalnością nurtu „ewokują minione wakacje”, to najpewniej Greene spędzał je w Skandynawii.

„Przekrój”

.

Fine.

Beirut – The Rip Tide

01.08.2011 | Skomentuj

Beirut – The Rip Tide (Pompeii)

 

Najpierw pisaliśmy o pielgrzymce 17-letniego Zacha Condona do Europy i konsekwentnej fascynacji młodzieńca muzyką bałkańską, z której to w 2005 roku zrodził się błyskotliwy debiut Beirut „Gulag Orkestar”. Dwa lata później pochwały dla płyty „The Flying Club Cup” ubarwialiśmy opowieściami o fizycznej i stylistycznej przeprowadzce Amerykanina do Paryża. Parę minialbumów „March of the Zapotec / Holland” przedstawialiśmy odpowiednio jako spotkanie Condona z meksykańską orkiestrą pogrzebową oraz elektroniką lat dziecięcych. A teraz? Condon przybywa zimą do Nowego Jorku, wchodzi do studia i jak miliony muzyków przed nim: po prostu nagrywa.

Uśrednieniem kilkudziesięciu poprzedniczek okazuje się dziewięć piosenek, które składają się na półgodzinne „The Rip Tide”. Ni to wesołe, ni to smutne zawodzenia otoczone ansamblem dętym wolne są tym razem od jednoznacznych skojarzeń geograficznych. Nawiązują wyłącznie do dotychczasowego dorobku Condona. Niekiedy udaje się nawet wyłowić strzępy tematów znanych chociażby z pierwszego wielkiego przeboju Beirut „Postcards from Italy”. Szansę na karierę radiową poza singlowym „East Harlem” ma utrzymane w równie pogodnym tonie „Santa Fe” i przyspieszające z taktu na takt „A Candle’s Fire”. Reszta materiału skazana jest raczej na rolę drugoplanowego towarzysza schadzek – najlepiej odnajdzie się w niej senny, jedyny uwolniony tu od perkusji „The Peacock” zwieńczony wielogłosową puentą.

Co powiedzieć tym, którym zastępy świetnych melodii oraz zwyżka wykonawcza nie zrekompensują przewidywalnych kompozycji i zbyt swojskich aranżacji? W sierpniu 2009 roku w siedmiu brazylijskich miastach zorganizowano akcję Beirutando (tzn. Beirutując). Na ulicach grano szalenie popularne w tym kraju piosenki Beirut przy użyciu lokalnych instrumentów i w duchu – czytaj: rytmie – latynoskim. Najwyraźniej i Condon zapragnął urządzić sobie takie właśnie Beirutando.

„Przekrój”

.

Fine.

Yes – Fly from Here

01.08.2011 | 7 odpowiedzi

Yes – Fly from Here (Frontiers Records)

 

Nietakt

I tak już nadwerężonej reputacji jednej z najżywotniejszych kapel rockowych świata (rocznik 1968) „Fly from Here” nie zdruzgocze z tego prostego powodu, że mimo wiernej tradycji okładki nie sposób uznać tę płytę za wydawnictwo Yes.

Schorowanego Jona Andersona koledzy bezceremonialnie zastąpili wokalistą kanadyjskiego cover-bandu własnej kapeli. Po odejściu klawiszowca Ricka Wakemana grupę opuścił również jego syn Olivier. A ledwo zatrudniony na ich miejsce Geoff Downes – i to jest kuriozum największe – wespół z producentem płyty Trevorem Hornem odpowiada za większość niniejszego materiału z tytułową suitą na czele.

Panowie sklecili wprawdzie kilka ładnych tematów, tyle że potem rozciągnęli je na trzy kwadranse. Styl skopiowali zaś pieczołowicie z klasycznego okresu zespołu z lat 70. Uznajmy, że wydanym dziesięć lat temu „Magnification” Yes bardzo godnie zamknęło swoją studyjną karierę.

„Przekrój”

.

Fine.