RSS

Krzysztof Herdzin Trio – Capacity

02.10.2011 | Skomentuj

Krzysztof Herdzin Trio – Capacity (Fusion Music/Polskie Radio)

 

„Wszystko w jazzie obraca się wokół pytania: czy to jest nowe? Stary, mamy 12 chrzanionych nut. Co tu może być jeszcze nowego? – pieklił się ostatnio Branford Marsalis ze słynnej synkopowanej rodziny Marsalisów. – A ja pytam: czy to jest dobre? Tak rzadko gra się dziś dobrą muzykę, że gdy na takową natrafię, jestem w szoku”.

Marsalis byłby zachwycony fonograficznym powrotem tria Krzysztofa Herdzina. W pięć lat po koncertowym „Live in Tygmont” zasłużony aranżer i kompozytor zarejestrował „Capacity” niemal równie spontanicznie: podczas jednej czerwcowej sesji nad warszawskim Jeziorem Czarniakowskim w towarzystwie kontrabasisty Roberta Kubiszyna i przodownika bębnów – usłyszycie go już na 100 płytach – Cezarego Konrada. Pomiędzy coverem „Prayer For El Salvador” z repertuaru Yellowjackets a czupurnym finałem „Children of Childs” Herdzin pokazuje swoje oblicze liryczne („Still Searching”), metodyczne („Keith and His Teeth”) i beztroskie („Sleeping Beauty”). A każdy z pięciu autorskich utworów zdobi przynajmniej parą chwytliwych tematów.

Wszystko brzmi tak dobrze, że rozczarują się jedynie ci, którym bliżej raczej do poglądów Roberta Glaspera niż braci Marsalisów. Jeden z największych współczesnych fortepianu zwykł mawiać: „Powinieneś brzmieć źle, kiedy ćwiczysz. To oznacza, że robisz coś, czego jeszcze nie znasz”.

„Przekrój”

.

Fine.

DJ Shadow – The Less You Know the Better

26.09.2011 | Skomentuj

DJ Shadow – The Less You Know the Better (Verve)

 

„Jak wyżej”.

„Z całej tej płyty prawdziwy jest tytuł”.

„Właśnie”.

Przykro mi, ale tak zniewolony sugestią artysty czułem się ostatnio przy „Y Not” Ringo Starra. Po co wam wiedzieć, że wcale nie jest bardzo źle – jest tylko nudno, wtórno i tandetno. Na RYM ktoś przytoczył taki oto dialog z „Trainspotting”:

Sick Boy: At one time you’ve got it, and then you lose it, and it’s gone forever. All walks of life. George Best, for example. Had it, lost it. Or David Bowie. Or Lou Reed.
Mark: Some of his solo stuff’s not bad.
Sick Boy: No, it’s not bad, but it’s not great either. And in your heart you kind of know that although it sounds alright, it’s actually just shite.
.

Fine.

Tamikrest – Toumastin

10.09.2011 | Skomentuj

Tamikrest – Toumastin (Glitterhouse)

 

Malijski oktet większość ubiegłego roku spędził na koncertach z dala od własnej pustyni. Podczas trasy po Europie muzycy zasłuchiwali się w dziełach Boba Dylana, Neila Younga czy Pink Floyd. Stąd też nie dziwi, że drugi album Tamikrest okazuje się mniej natchniony i bardziej uniwersalny niż nagrany w tym samym miejscu (studio Bogolan w Bamako) i pod okiem tego samego producenta (Chris Eckman z The Walkabouts) znakomity debiut „Adagh” z marca 2010 roku. Ale niemal równie udany.

W tyleż zaangażowanym (apel o walkę z korupcją) co przebojowym „Ayitma Madjam” 26-letni Ousmane Ag Mossa dzieli mikrofon z chórzystkami. Pojawiają się też organy, a w dalszej części płyty dyskretne akcenty funkowe, dubowe, jest nawet partia altówki. I o dziwo żadne nie brzmi egzotycznie w afrykańskim kontekście. Nad całym „Toumastin” – tytuł znaczy „mój lud” albo „swojaków” i chodzi zapewne o walczących o autonomię Tuaregów – góruje jednak melodyjny bębnowo-gitarowy blues. To zaś naraża Tamikrest na kolejne porównania do krewniaków ze starszego o pokolenie Tinariwen. Oby za trzecim razem spróbowali im umknąć – niekoniecznie za granicę.

„Przekrój”

.

Fine.

Ricardo Villalobos & Max Loderbauer – Re: ECM

04.09.2011 | Skomentuj

Ricardo Villalobos & Max Loderbauer – Re: ECM (ECM)

 

Re: Brak tematu

Oprócz przyczyny eksperyment powinien mieć również cel. Przyczyną była słabość Ricardo Villalobosa wobec niemieckiego ECM. Chilijski producent od lat dekorował swoje didżejskie sety jazzowymi i klasycznymi wyimkami ze skarbca wytwórni. Celu wyraźnie mu brakowało, gdy już w studiu wespół z przyjacielem Maksem Loderbauerem maltretował katalog labelu.

Materiał wyjściowy – dzieła Arvo Pärta, Christiana Wallumrøda, Miroslava Vitousa czy Louisa Sclavisa – Villalobos zmienił nie do poznania. I często nie do słuchania. Po obiecującym kwadransie (otwierające „Reblop” i fenomenalne „Recat”) pozostajemy już tylko z dwiema godzinami błądzenia z „Re-” w tytułach. Braki koncepcyjne duet maskuje gotyckim pogłosem, losowymi perkusjonaliami i pozorowaniem awangardowych poszukiwań przy jednoczesnym konserwatyzmie brzmieniowym. Prezentacja „Re: ECM” w ramach tegorocznego Unsound będzie ważnym punktem festiwalu, ale może być też najbardziej sennym.

„Przekrój”

.

Fine.

Washed Out – Within and Without

04.09.2011 | Skomentuj

Washed Out – Within and Without (Weird World)

 

Chillwave robi chillout

28-letni Ernest Greene, obywatel amerykańskiej Georgii, zaistniał w internetowej świadomości niejako wbrew swojej woli, gdy u szczytu własnej popularności począł go promować Chaz Bundick, lider Toro y Moi. „W ciągu tygodni moje piosenki rozpierzchły się po całym internecie. Z zagranicy napływały propozycje występów. A ja? Ciągle mieszkałem z rodzicami. Byłem spłukany. Za moment miałem się żenić, ale nie brakowało mi realnego pomysłu na życie. Generalnie się bałem” – wspominał Greene. Podczas gdy on zbierał się w sobie, poprzestając na minialbumach, chillwave przeżywał swój rozkwit, tymczasową sławę, wreszcie pojawiły się pierwsze oznaki zmęczenia. A pełnometrażowy debiut Washed Out pozostawał ostatnią niewiadomą sypialnianego gatunku.

Zaznajomionych z muzyką lat 80. i 90. „Within and Without” zaskoczy jedynie tym, jak swojsko brzmi. Rozmyte wokale, rytmy podsłuchane u gwiazd New Romantic, domowego disco czy trip-hopu, nieśmiałe melodie i senna produkcja Bena Allena (współpracownika Animal Collective i Deerhunter) tworzą wzorcowy podkład relaksacyjny. Nawet utrzymane w szybszym tempie „Soft” swoją chwytliwość podporządkowuje tytułowej delikatności. Uwagę młodszej publiczności Greene zwróci konsekwencją. „Within and Without” to pierwszy tak spójny i stonowany album w nurcie nastawionym na błyskotliwe single. Poza tym dźwiękowe polaroidy Washed Out utrzymane są w chłodniejszych barwach niż u kolegów. Jeśli zgodnie z mentalnością nurtu „ewokują minione wakacje”, to najpewniej Greene spędzał je w Skandynawii.

„Przekrój”

.

Fine.

Beirut – The Rip Tide

01.08.2011 | Skomentuj

Beirut – The Rip Tide (Pompeii)

 

Najpierw pisaliśmy o pielgrzymce 17-letniego Zacha Condona do Europy i konsekwentnej fascynacji młodzieńca muzyką bałkańską, z której to w 2005 roku zrodził się błyskotliwy debiut Beirut „Gulag Orkestar”. Dwa lata później pochwały dla płyty „The Flying Club Cup” ubarwialiśmy opowieściami o fizycznej i stylistycznej przeprowadzce Amerykanina do Paryża. Parę minialbumów „March of the Zapotec / Holland” przedstawialiśmy odpowiednio jako spotkanie Condona z meksykańską orkiestrą pogrzebową oraz elektroniką lat dziecięcych. A teraz? Condon przybywa zimą do Nowego Jorku, wchodzi do studia i jak miliony muzyków przed nim: po prostu nagrywa.

Uśrednieniem kilkudziesięciu poprzedniczek okazuje się dziewięć piosenek, które składają się na półgodzinne „The Rip Tide”. Ni to wesołe, ni to smutne zawodzenia otoczone ansamblem dętym wolne są tym razem od jednoznacznych skojarzeń geograficznych. Nawiązują wyłącznie do dotychczasowego dorobku Condona. Niekiedy udaje się nawet wyłowić strzępy tematów znanych chociażby z pierwszego wielkiego przeboju Beirut „Postcards from Italy”. Szansę na karierę radiową poza singlowym „East Harlem” ma utrzymane w równie pogodnym tonie „Santa Fe” i przyspieszające z taktu na takt „A Candle’s Fire”. Reszta materiału skazana jest raczej na rolę drugoplanowego towarzysza schadzek – najlepiej odnajdzie się w niej senny, jedyny uwolniony tu od perkusji „The Peacock” zwieńczony wielogłosową puentą.

Co powiedzieć tym, którym zastępy świetnych melodii oraz zwyżka wykonawcza nie zrekompensują przewidywalnych kompozycji i zbyt swojskich aranżacji? W sierpniu 2009 roku w siedmiu brazylijskich miastach zorganizowano akcję Beirutando (tzn. Beirutując). Na ulicach grano szalenie popularne w tym kraju piosenki Beirut przy użyciu lokalnych instrumentów i w duchu – czytaj: rytmie – latynoskim. Najwyraźniej i Condon zapragnął urządzić sobie takie właśnie Beirutando.

„Przekrój”

.

Fine.

Yes – Fly from Here

01.08.2011 | 7 odpowiedzi

Yes – Fly from Here (Frontiers Records)

 

Nietakt

I tak już nadwerężonej reputacji jednej z najżywotniejszych kapel rockowych świata (rocznik 1968) „Fly from Here” nie zdruzgocze z tego prostego powodu, że mimo wiernej tradycji okładki nie sposób uznać tę płytę za wydawnictwo Yes.

Schorowanego Jona Andersona koledzy bezceremonialnie zastąpili wokalistą kanadyjskiego cover-bandu własnej kapeli. Po odejściu klawiszowca Ricka Wakemana grupę opuścił również jego syn Olivier. A ledwo zatrudniony na ich miejsce Geoff Downes – i to jest kuriozum największe – wespół z producentem płyty Trevorem Hornem odpowiada za większość niniejszego materiału z tytułową suitą na czele.

Panowie sklecili wprawdzie kilka ładnych tematów, tyle że potem rozciągnęli je na trzy kwadranse. Styl skopiowali zaś pieczołowicie z klasycznego okresu zespołu z lat 70. Uznajmy, że wydanym dziesięć lat temu „Magnification” Yes bardzo godnie zamknęło swoją studyjną karierę.

„Przekrój”

.

Fine.

Gablé – CuTe HoRSe CuT

23.07.2011 | Skomentuj

Gablé – CuTe HoRSe CuT (Loaf)

 

Odkurzacz, patelnia, garnki…

…ptaków śpiew, zabawkowe pianino oraz tuzin innych odgłosów, z których jedynie część da się zidentyfikować jako gębowe, zgodnie budzą jedno pragnienie: ależ chciałoby się ten słoneczny materiał usłyszeć na żywo. Szczęśliwie będzie ku temu okazja podczas tegorocznego Off Festivalu. W warunkach domowych francuskie – lecz anglojęzyczne – Gablé sprawdza się o tyle, o ile.

Aż 18 utworów trwających średnio poniżej 2 minut to bogactwo stylów (folk, teatralny pop, elektronika i muzyka konkretna), śpiewów (żeńskie i męskie, solowe i chóralne, plus melodeklamacje) oraz brzmień (prócz instrumentów ekscentrycznych trio obsługuje klawisze, gitary, banjo, akordeon, smyczki, bębny, kotły oraz flet). Pomysłów moc, jednak w porównaniu z Tunng czy CocoRosie mało jest w tych piosenkach… piosenek. Za to efekty studyjne i kuchenne – pierwszorzędne.

„Przekrój”

.

Fine.

Low – C’mon

23.07.2011 | Skomentuj

Low – C’mon (Sub Pop)

 

Low wciąż wolą wolno. 

Oto bogowie slowcore’u – najsmutniejszej odmiany rocka, w której objęciach ortodoksyjni wrażliwcy schronili się w połowie lat 90. przed zalewem taniego grunge’owego ekshibicjonizmu – nagranie swojej dziewiątej płyty powierzają producentowi kojarzonemu z Kate Perry, Avril Lavigne oraz Paris Hilton. Zawodowe motto Matta Beckleya brzmi: „I make records that break records”. Czyżby trio z  Minnesoty postanowiło spieniężyć medialną ekspozycję, jaką sprezentowali im niedawno twórcy brytyjskiego serialu „Skins” (sięgając po trzy piosenki Amerykanów) oraz sam Robert Plant (pożyczył dwie na swój ostatni album)? Otóż nie.

Low przez lata wypierało się przynależności do slowcore’u. Wyglądało to cokolwiek kuriozalnie – wyobraźcie sobie Nirvanę odcinającą się od grunge’u. Grupa ograniczała się zresztą do słownych deklaracji. Pomimo rozmaitych aranżacyjnych wyskoków zespół trzymał się bowiem zasad zawartych w nazwie niechcianego gatunku: powoli i do głębi. Po dekadzie stylistycznego wierzgania Low wreszcie mówią: „C’mon”.

Fizycznie wrócili do tego samego nieczynnego kościoła w rodzinnej Minnesocie, w którym nagrali „Trust” z 2002 roku i to jemu płyta zawdzięcza sążniste pogłosy. Muzycznie cofnęli się jeszcze bardziej, bo do samych początków kariery. W centrum półakustycznych piosenek znów są proste dwugłosy założycielskiego małżeństwa Mimi Parker i Alana Sparhawka, a ciche początki jak dawniej wieńczą hałaśliwe kulminacje. Trzech gości, którzy przynieśli ze sobą skrzypce, gitarę hawajską i banjo – to wszystkie urozmaicenia.

Powracają do siebie także w warstwie literackiej. Poprzedni album poświęcili Irakowi. Tym razem śpiewają o snach i młodzieńczych marzeniach, szczególnie tych niezrealizowanych. Tak jakby nadrabiali lata stracone na uciekaniu od własnych – że sięgnę po słowo niezliczone razy przywołane w ośmiominutowym „Nothing but Heart” – serc. Plon muzyczny? Chociaż tempa przyspieszyć nie zdołali, w wielu utworach nastroje minorowe wyparł rzadko u nich spotykany dur.

„Przekrój”

.

Fine.

Battles – Gloss Drop

23.07.2011 | Skomentuj

Battles – Gloss Drop (Warp)

 

Co robi eksperymentalny nowojorski kwartet rockowy, gdy w połowie sesji nagraniowej opuszcza go wokalista? Odkręca cały proces, cofa się do początkowego stadium prac i próbuje nie ulec rozpaczy. „To jak ze skokami wzwyż. Jeśli ktoś podniesie ci znienacka poprzeczkę, z początku będziesz wściekły – tłumaczył mi niedawno gitarzysta Ian Williams. – Ale po osiągnięciu celu będziesz zadowolony, bo awansowałeś na wyższy poziom”.

Okrojone o głos Tyondaia Braxtona już-trio Battles podciągnęło się niewątpliwie w zakresie nowych technologii. Każdy z muzyków zamykał się we własnym ministudiu, nagrywał na własny komputer, a kolegom przedstawiał dopracowane, ale znowu własne pomysły. Takie samotnicze dłubanie sprzyja jednak przywiązywaniu się do koncepcji najwcześniejszych, a nie najlepszych. I szlifowaniu ich aż do stanu przydatności. Stąd też większość materiału z „Gloss Drop” okazuje się muzyczną przeciętnością podrasowaną humorem, kolorową produkcją (tuziny brzmień syntetycznych, analogowych i samplowanych), bogactwem rytmów (latynoskich, funkowych, często asymetrycznych) i głosami gośćmi bardzo rozmaitych: Matiasa Aguayo z Chile, Yamantaki Eye z japońskiego Boredoms, Kazu Makino z Blonde Redhead oraz samego Gary’ego Numana, którego moglibyście jednak przegapić. Tak jak i cały album.

„Przekrój”

Fine.