Przecieki wyciekły

26.08.2010 | Skomentuj

Artykuł o przedpremierowych przeciekach muzycznych i filmowych, który zajawiałem już tutaj rozmową z szefem Web Sheriff, przedostał się na przekroj.pl. Obstawiam, że przy opisie płyt w Wikipedii obok oficjalnej daty premiery pojawi się wkrótce stała rubryka „Leaked:”.

Fine.

1-Bit Symphony

24.08.2010 | 12 odpowiedzi

Czy będę równie podekscytowany po przesłuchaniu całej „1-Bit Symphony” Tristana Pericha – tego nie wiem. Ale dwuminutowy fragment zasłyszany na stronie NPR (2 x PgDn) to jedna najświeższych rzeczy, jakie przyniósł ten rok.

A równie ciekawy jak muzyka okazuje się nośnik.

Fine.

Jesień festiwalowa

23.08.2010 | Skomentuj

Autechre (reprezentowany przez Seana Bootha), Hanggai, Actress (czyli Darren Cunningham), Ben Frost – to mój wkład wywiadowy, a koleżanki i koledzy pogadali sobie jeszcze m.in. z Lou Rhodes, Mają Ratkje czy Lustmordem (szacun za odwagę), innych ważnych przyjeżdżających pokrótce omawiając.

To wszystko na potrzeby jesiennej edycji „Przekrojowego” przewodnika festiwalowego, którego kręgosłupem jest oczywiście omówienie trzydziestu najciekawszych imprez jesiennych. Głównie, ale nie tylko, muzycznych.

Przewodnik ten – podobnie zresztą jak moja tu zakładka koncertowa – to naturalnie ułamek wszystkiego.

Fine.

A jednak się kręci (rzecz o winylu)

21.08.2010 | 12 odpowiedzi

trzecią niedzielę kwietnia tysiąc sklepów muzyczny w osiemnastu krajach Europy i kilkaset na pozostałych kontynentach świętowało Independent Record Store Day – Dzień Niezależnego Sklepu Muzycznego. Świętowało dosłownie, bo kasy zgodnie wygrywały pierwszy takt „Money” Pink Floyd. O ile przez lata tłumy słuchaczy-melomanów ściągały do melomanów-sprzedawców dla przecen płyt kompaktowych, w tym roku największymi hitami okazały się winylowe wydania nowych longplayów Sade, Goldfrapp czy Jimiego Hendrixa oraz siedmiocalowe wznowienia singli The Rolling Stones, The Beatles, Elvisa Presleya i Bruca’a Sprinsteena. Najszybciej rozszedł się pierwszy od siedmiu lat premierowy singiel Blur, wydany tylko na winylu w nakładzie tysiąca egzemplarzy.

Tuż przed tymi jednodniowymi żniwami amerykański magazyn „The Stranger” spytał właścicieli niezależnych sklepów muzycznych w Seattle o kondycję finansową i zapatrywania na przyszłość. To miała być czysta formalność. Wszyscy wiedzą o tym, że tradycyjne sklepiki z płytami to gatunek skazany na wymarcie w obliczu załamania sprzedaży płyt CD (w 2009 roku śladem poprzednich lat zmalała ona o jedną piątą) i rosnącej popularności handlu internetowego, który w pierwszym kwartale bieżącego roku odpowiadał już za ponad połowę amerykańskiego rynku nagrań.

Kiedy kwestionariusze gazety wróciły do redakcji, dziennikarze zaniemówili. Zamiast oczekiwanych skarg i lamentów – optymizm, bywało, że entuzjazm. Handlarze co do jednego byli zgodni: malejące zainteresowanie płytami CD niemal w pełni zrekompensował popyt na longplaye. – W ciągu ostatnich dwóch, trzech lat sprzedawałem więcej winyli, niż kiedykolwiek wcześniej. A zajmowałem się tym przez całe życie – ekscytował się Dave Voorhees, właściciel wyspecjalizowanego w czarnych płytach sklepu Bop Street Records, który działa nieprzerwanie od 1974 roku.

Winyl jak Gaga

W rockowym undergroundzie coraz częściej mówi się o modzie na kasety magnetofonowe. Nawet jeśli to prawda, zjawisko pozostaje domeną równie undergroundowych kanałów dystrybucji. Oficjalne dane świadczą raczej o totalnej katastrofie nośnika, który w latach 80. zdetronizował płyty winylowe, a później dość skutecznie bronił się przed inwazją cyfrowego CD. Według danych agencji Nielsen SoundScan, monitorującej rynek muzyczny w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, w 2004 roku w obu tych krajach sprzedano 8,55 miliona kaset magnetofonowych. Dwa lata później liczba ta spadła do jednego miliona, a w ubiegłym roku do 35 tysięcy – liczby porównywalnej z tą, w jakiej rozeszło się winylowe wydanie albumu „In Rainbows” grupy Radiohead.

Patrząc na suche statystyki, winyl oczywiście też pozostaje fenomenem niszowym – odpowiada za ułamek procenta całkowitej wartości rynku muzycznego. Ale pewnych trendów nie sposób ignorować: w 2008 roku sprzedaż longplayów w USA skoczyła o 89 procent do 1,88 miliona egzemplarzy. Po kolejnym wzroście o 37 procent w ubiegłym roku przekroczyła magiczne 2,5 miliona (na całym świecie były to ponad trzy miliony). Niby w podobnej liczbie egzemplarzy rozszedł się sam tylko pierwszy album Lady Gagi, ale dla winylu stanowi to poziom nie notowany od początku lat 90. No i jak pokazuje przykład Seattle, to co utonęłoby w statystykach wielkich detalistów, dla niezależnych sklepów jest zbawienne. Nic dziwnego, skoro dwa na trzy winyle kupowane są właśnie u nich.

Że renesans wielkiej płyty dotarł także do Polski, odczułem rok temu, gdy kilka osób niezależnie od siebie wręczyło mi czarne płyty w ramach prezentu urodzinowego (wczesny Ray Charles, koncertówka Louisa Armstronga z 1962 roku, „Touchstone” Chicka Corei i przepyszne rosyjskie wydanie „So” Petera Gabriela). Za to, uwaga, ani jednego CD. I słusznie, bo jaki sens wręczać sobie płyty kompaktowe, skoro i tak zaraz po zdarciu folii zgrywamy muzykę na dysk twardy i/lub do pamięci odtwarzacza mp3? Później pudełko będzie już tylko gromadzić kurz na półce. Amerykanom przez jakiś czas próbowano zaszczepić zwyczaj prezentowania przyjaciołom kuponów iTunes, największego sklepu z muzyką cyfrową. Okazało się to jednak takim samym niewypałem, jak muzyczne pendrive’y. No bo jak to wygląda, nawet w opakowaniu?

Dla całych pokoleń muzyka należała do podarunkowego kanonu. Rynek próżni nie lubi i szybko pojawiło się wdzięczne rozwiązanie: okazałe wydania płyt winylowych uzupełnia się linkiem do elektronicznej wersji albumu, tak by nabywca nie musiał martwić się konwersją wielkiej płyty do małego iPoda. Po niezależnych labelach, teraz duże wytwórnie zaczynają traktować winyl równie serio jak plastik czy mp3.  – Dlatego systematycznie powiększamy powierzchnię przeznaczoną na winyle. Więcej osób o nie pyta i coraz więcej możemy im zaoferować. Ostatnio w tej gestii ożywili się artyści związani z jazzem, jak Norah Jones czy Jamie Cullum – przyznaje szef stoiska muzycznego w warszawskim Empiku. – My bardziej niż sam wzrost liczby klientów zauważyliśmy to, że coraz częściej przychodzą ludzie młodzi. Kupują nie tylko płyty, bo i również gramofony – mówi z kolei właściciel antykwariatu „Muzant”. To także odprysk trendu ogólnoświatowego: średnia wieku internetowych nabywców czarnych płyt w USA to zaledwie 25 lat.

Analogowa interakcja

„Niezwykłość winylu nie ogranicza się tylko do jego brzmienia. Kochamy jego fizyczność. Jego ciężar, wygląd, zapach. Mamy do niego taką samą słabość, jaką niektórzy czują wobec książek. Możesz otrzymać tę samą treść w wersji cyfrowej, ale jest coś nieopisanie przyjemniejszego w trzymaniu oraz interakcji z analogowym obiektem” – to fragment manifestu nowojorskiej grupy Ghost Ghost, która swój nowy album wydała niedawno w Gotta Groove Records, jednej z coraz liczniejszych wytwórni wyspecjalizowanych w wydawaniu muzyki na winylu.

W czasach, gdy większość muzyki poznajemy za pośrednictwem MySpace czy YouTube, fetysz i tęsknota za namacalnym nośnikiem jest jednym z głównych powodów powracania do nieporęcznych, kłopotliwych w transporcie, trudnych do przechowania i łatwych do uszkodzenia winyli. W czasach, gdy wszystkie kolekcje muzyczne wyglądają tak samo – są zbiorem katalogów na dysku twardym – gromadzenie drogich longplayów jest najlepszym sposobem na zamanifestowanie „prawdziwego” oddania muzyce. W czasach, gdy muzykę łyka się seriami, nie mając zwykle większego pojęcia o wykonawcy, ów pracochłonny rytuał – zdjęcie z półki nagrania, wyjęcie płyty z wielkiej koperty, nastawienie gramofonu i staranne słuchanie połączone z kontemplowaniem okładki i wykluczające przewijanie utworów – może to i nieco desperacki, ale na pewno skuteczny sposób na nawiązanie tzw. osobistej relacji z muzyką. Wreszcie w czasach programowania playlist nie ma niczego bardziej alternatywnego, niż nagłośnić parapetówkę za pomocą starożytnej igły gramofonowej.

„Jako słuchacz oddaję kontrolę w ręce artysty. Pozwalam, by muzyka płynęła do moich uszu w oryginalnej kolejności, w oryginalnym tempie. Mam tony muzyki na iTunes. Ale ona ma się do longplayów tak, jak artykuły na Yahoo mają się do książek. Gdy nastawiam płytę winylową, to jest wydarzenie!” – spowiadał się na łamach „New York Timesa” pewien 21-letni student. Wśród fanów bardziej oddanych zespołom, niż nośnikom, winyle pełnią funkcję takiego samego gadżetu jak plakaty czy koszulki. Są też sposobem, by w wymierny sposób podziękować artyście za jego muzykę, a wbrew pozorom wielu młodych wciąż jest gotowych płacić za to, czego słuchają. Tylko jak tu wykładać ciężko zaoszczędzone kieszonkowe na coś, co znajomi jednym kliknięciem myszki ściągają za darmo albo słuchają online? Rozwiązaniem pozostaje więc nośnik fizyczny. A skoro pozbawiony jakiegokolwiek wdzięku kompakt jest passé, o słabo brzmiących i jeszcze słabiej prezentujących się kasetach nie wspominając – jedyną rozsądną opcją jest winyl.

Idealny dźwięk na zawsze

Słysząc po raz setny, jak to Internet wykończył sklepy muzyczne, łatwo zapomnieć, że chodzi tu o problemy potężnych sieci pokroju amerykańskiego Tower Records, który zbankrutował w 2006 roku. To one znacznie wcześniej uśmierciły tradycyjnych handlarzy, z których tylko te najwytrwalsze doczekały ery YouTube. Dzisiaj rynek wyraźnie podzielony jest na dwie części: z jednej strony mamy supermarkety i muzyczne sieciówki, których klientów interesuje zakup mainstreamowych nowości przy minimum zachodu.

Po drugiej stronie stoją zaś pasjonaci, którzy dla takich samych pasjonatów sprowadzają klasyczne winyle i niszowe premiery. Tyle że dzisiaj te nisze – jeśli tak można powiedzieć o jazzie, soulu czy world music – rozwijają się całkiem prężnie. Małe sklepy wygrywają też na specjalizacji, atmosferze oraz… sprzedaży wysyłkowej przez Internet, która niekiedy generuje ponad połowę ich obrotów. Wzorując się na modnych w ostatniej dekadzie księgarnio-kawiarniach, próbują też zmieniać swoje lokale w miejsca spotkań i dyskusji o największych artystach ostatniego tygodnia.

Według niedawnych rachunków w Wielkiej Brytanii ostało już tylko trzysta takich tradycyjnych sklepów – wobec około tysiąca na początku dekady. Ale w ostatnim roku nastąpił przełom. Zamiast kolejnych bankructw, otwarło się osiemnaście nowych punktów, w centrum swojego biznesplanu stawiających oczywiście obrót czarnymi płytami. Ironią losu będzie, jeśli te mikroskopijne niedobitki ostatecznie przeżyją swoich sieciowych (wyjątkowo nie chodzi o internet) najeźdźców. Ale historia muzyki wielokrotnie już pokazywała swoje figlarne oblicze. Jak tak dalej pójdzie, futurystyczną płytę kompaktową, którą w latach 80. reklamowano hasłem „perfect sound forever” – idealny dźwięk na zawsze – przeżyje nieporęczny, staroświecki winyl.

Jak Off Festival zadebiutował w NME

20.08.2010 | 14 odpowiedzi

.

Za to „komunizm” dopiero w drugim zdaniu.

Fine.

Web Sheriff

18.08.2010 | 6 odpowiedzi

Web Sheriff to 20-osobowa londyńska firma, która ściga sieciowe linki, nawraca bloggerów, zamyka przyczółki piractwa i robi za sieciowego ochroniarza.

Szeryf działa od dziesięciu lat, ale zasłynął dopiero niedawno charakterystycznymi komentarzami na blogach i forach. Są kulturalne, oficjalne i kumpelskie zarazem. Zawsze podpisane kapitalikami.

Z szefem Web Sheriff skontaktowałem się w związku z artykułem o przedpremierowych przeciekach płyt i filmów. Tekst pojawił się w aktualnym „Przekroju”, a poniżej ciekawsze fragmenty mojej rozmowy z Johnem Wayne’em internetu.

Przedpremierowe przecieki – jaka jest skala tego zjawiska?

John Giacobbi: Ponad 95 procent albumów muzycznych wycieka przed premierą. Czasem to tylko kilka dni, a czasem kilka miesięcy. Z filmów co drugi trafia do sieci jeszcze przed pierwszym oficjalnym pokazem. Dla obu tych branż to już poważny kłopot.

Gdzie są nieszczelności?

W przypadku filmów winne są głównie kopie promocyjne rozsyłane dystrybutorom i partnerom biznesowym wytwórni. Własne egzemplarze otrzymują pracownicy tłoczni, agencje PR, firmy dystrybucyjne, nawet producenci zabawek. A jeśli tytuł nie wycieknie aż do pierwszych pokazów prasowych, to na jeden z nich ktoś na pewno przyniesie kamerę. Tego samego dnia film wyląduje w internecie.

A muzyka?

99 procent przecieków to sprawka promocyjnych egzemplarzy wypalanych jeszcze na płytach CD-R. Dlatego namawiamy wytwórnie i pomagamy im w przestawianiu się na bezpieczniejszy streaming. Każdy dziennikarz dostaje własny login i hasło dostępu do muzyki, której nie da się cyfrowo zgrać na dysk. Możesz próbować zrobić to za pomocą mikrofonu, ale każdy streaming jest opatrzony indywidualnym „znakiem wodnym”. Póki co nie mieliśmy z tego systemu ani jednego przecieku.

Od lat dostaję płyty promo ze „znakiem wodnym”. Trudno mi sobie wyobrazić krytyka, który wrzuca płytę do sieci ze świadomością, że w ciągu paru godzin zostanie namierzony.

Możesz pożyczyć płytę kumplowi. Albo zostawić ją na biurku i wyjść na chwilę do toalety. Ostatnio egzemplarz promocyjny jednego z ważnych albumów pojawił się na eBayu. Sprzedawcą był sklep muzyczny spod Londynu. Zadzwoniliśmy do nich z pytaniem, skąd mają płytę, a oni na to: „Kupiliśmy od takiego jednego dziennikarza”. (śmiech) Skontaktowaliśmy się z nim, grzecznie przeprosił. Mieliśmy szczęście, że nikt nie zdążył nabyć tego egzemplarza i załadować go do p2p.

Kim są wasi klienci?

Zabezpieczaliśmy ostatnio dwa filmy znajdujące się równocześnie w pierwszej czwórce Box Office. Pracowaliśmy dla Boba Dylana, Van Morrisona, Prince’a i wielu innych. Mieliśmy medialnie ochraniać londyńskie koncerty Michaela Jacksona. Ale z naszych usług korzystają także niezależne wytwórnie, takie jak Matador czy Beggars’ Banquet. Z angielskim XL współpracowaliśmy przy okazji ostatniej płyty Vampire Weekend. Dotarła na pierwsze miejsce Billboardu.

Dzięki wam?

Ze wszystkich powierzanych nam dotąd albumów 85 procent przyniosło swoim twórcom największy sukces w całej karierze. Van Morrison dwa lata temu po raz pierwszy dotarł do dziesiątego miejsca Billboardu. I to bynajmniej nie dlatego, że jego publiczność preferuje tradycyjne nośniki muzyczne, bo w zestawieniu samej sprzedaży internetowej „Keep It Simple” wspięło się na drugą pozycję, a koncertowy album „Astral Weeks Live at the Hollywood Bowl” wylądował na pierwszym miejscu. Obie te płyty wcześniej wyciekły do internetu, ale nawet w takich wypadkach czasem udaje się uratować sytuację.

Wytwórnie wynajmują was profilaktycznie, czy dzwonią dopiero wówczas, gdy płyta zacznie krążyć po internecie?

Coraz częściej dzwonią na miesiąc lub dwa przed premierą, tak żebyśmy zdążyli wszystko należycie ustawić. Ale wciąż zdarzają się telefony od Amerykanów o północy z piątku na sobotę: „Cholera, wyciekło, ratujcie!”. Co robić, wstajemy z łóżek i bierzemy się do roboty. W grudniu 2008 roku mieliśmy dwie ważne płyty, które wyciekły do sieci w Boże Narodzenie. I trzeba się było nimi zająć, taka specyfika tego zawodu.

Pewnie oczekują, że usuniecie z sieci wszystkie kopie płyty?

Kiedy kontaktują się z nami artyści bądź ich menedżerowie, zawsze namawiamy ich do tego, by udostępnili kilka utworów jeszcze przed premierą. To bardzo ważne, by ich relacja z fanami miała charakter pozytywny. Amerykańska RIAA rozsyła maile, w których grozi bloggerom pozwami. My przekonujemy do zdjęcia płyty ze strony, ale jednocześnie wskazujemy miejsca, gdzie sporej części materiału można legalnie posłuchać: na MySpace, YouTube albo na oficjalnej stronie grupy.

Bloggerzy kooperują?

Około 95 procent z nich. W końcu sami kochają muzykę, a my staramy się traktować ich z szacunkiem i zrozumieniem, a nie bić kijem po łbie. To bywają najwierniejsi fani grupy. Dlatego oprócz zwykłej ochrony dbamy o viral marketing, niekiedy sami podrzucamy im darmowe pliki mp3. Szukamy kompromisu, który zadowoli obie strony.

A pozostałe 5 procent?

Wtedy doprowadzamy do zamknięcia strony.

Waszych klientów bardziej interesuje opieka przed czy po premierze?

Najbardziej zależy im na momencie premiery. Wcześniej po sieci krąży 30-40 linków, które stosunkowo łatwo zablokować. W dniu premiery pojawiają się ich tysiące. Zwykle pracujemy z płytą przez jeden do dwóch miesięcy po premierze. To kluczowy okres dla sprzedaży. Wtedy większość albumów wypracowuje około 90 procent zysków. Aczkolwiek ostatnim albumem Vana Morrisona zajmowaliśmy się jeszcze rok po premierze. Przez cały ten czas udawało nam się blokować 98-99 procent źródeł przecieków na stronach www, bo p2p to trochę inne wyzwanie.

No właśnie, kiedyś trzeba było znać się na torrentach albo chociaż programach p2p. Teraz wystarczy kliknąć link do RapidShare czy Hotfile. Wasza robota robi się coraz trudniejsza?

Tak i nie. Kreatywność internautów w wymyślaniu nowych sposobów na wymianę plików to wyzwanie. Nieustannie zmieniają swoje preferencje w tym zakresie. Z drugiej strony mamy dobry kontakt z takimi firmami jak Rapidshare. Niekiedy jesteśmy w stanie usunąć link w ciągu paru minut.

Internauci korzystają też m.in. z polskich serwisów. Tutaj kontakt chyba jest trudniejszy?

W przeszłości działaliśmy także w Polsce, ale na przykład z Rosją czy Chinami mamy do czynienia na co dzień. Ale jak sugerujesz, zjawisko staje się coraz bardziej międzynarodowe i każdego roku dociera do nowych krajów.

A rzeczy nielegalne w Wielkiej Brytanii czy USA nie są zabronione w Chinach. Co z tamtejszymi odpowiednikami YouTube, które nie muszą zdejmować materiałów po otrzymaniu skargi?

Z Youku i Tudou, czyli dwoma największymi serwisami tego typu, mamy stały kontakt. Zatrudniliśmy nawet osoby mówiące po chińsku i udaje nam się usuwać nielegalne pliki. Jednak w Chinach podobnych stron przybywa z miesiąca na miesiąc. Bardzo trudno kontrolować ten obieg.

Co myślisz o sytuacjach, kiedy przeciek zamiast zaszkodzić – pomógł wykonawcy?

Tak, naturalnie, szczególnie dla młodych kapel to bywa wielką szansą. Darmowe udostępnienie materiału zwiększa zainteresowanie. Dlatego, jak wspomniałem, sami przekonujemy zespoły do rozdania przynajmniej 2-3 piosenek. Ale to oczywiście decyzja artysty. Jedni wolą wszystko trzymać pod kluczem, inni entuzjastycznie reagują na takie pomysły. Do pierwszej grupy należy Prince, do drugiej Thom Yorke.

The Doors

17.08.2010 | Skomentuj

Miałem przyjemność odwiedzić w Radiu Kampus Grzegorza Czyża i jego „Odkrywamy Amerykę”. Dyskutowaliśmy o The Doors na kilkanaście godzin przed premierą filmu „The Doors – Historia nieopowiedziana”, a audycję można ściągnąć stąd. Nieco wcześniej o swoim dziele opowiedział mi reżyser Tom DiCillo – wywiad zawisł już na stronie Przekroju.

Przy kinie muzycznym będąc: nie polecam popularnego w niektórych kręgach filmu „Need that Record”. Brendan Tolle opowiada o upadku niezależnych sklepów muzycznych w sposób najbardziej przewidywalny z możliwych: biedni pasjonaci stłamszeni przez wyrachowanych kapitalistów. Fakty faktami, ale ileż można lamentować? Piętnaście lat temu Allan Moyle pokazał to samo w „Empire Records”, tyle że z odpowiednim dystansem.

Udał się za to duetowi Dunn-McFadyen dokument o Rush „Beyond the Lighted Stage”. Nie jestem i nie byłem fanem zespołu nawet w czasach największego zainteresowania progrockiem lat 70., ale po tym filmie zacząłem z nimi biernie sympatyzować. Chociaż nie tak, jak z Anvil po obejrzeniu „Anvil! The Story of Anvil” Sachy Gervasiego (wprawdzie wciąż nie znam ani jednej płyty). Wygląda na to, że jeśli kręcić dokument muzyczny, to tylko o Kanadyjczykach.

Coltrane

16.08.2010 | 3 odpowiedzi

„My Favorite Things”, „Giant Steps”, „Blue Train” nawet kilka razy – weekend upłynął mi przy Coltranie końca lat 50. Przedzielanym Milesem tylko o tyle, o ile dęli razem. A wszystko to pod wpływem jednego filmiku, na którym można zobaczyć to, co zwykle próbuje się usłyszeć.

Via „Guardian” i ostatni wpis z przedniej serii 50 great moments in jazz.

Fine.

Garść niezupełnie losowych cytatów

12.08.2010 | 3 odpowiedzi

Estetyka:

The first question I ask myself when something doesn’t seem to be beautiful is why do I think it’s not beautiful. And very shortly you discover that there is no reason.
— John Cage

At this time the fashion is to bring something to jazz that I reject. They speak of freedom. But one has no right, under pretext of freeing yourself, to be illogical and incoherent by getting rid of structure and simply piling a lot of notes one on top of the other.
— Thelonious Monk

The more constraints one imposes, the more one frees oneself. And the arbitrariness of the constraint serves only to obtain precision of execution.
— Igor Strawiński

Praktyka:

With 300 million people in America, you can fail to impress 299 million of them and still go platinum.
— Kareem Abdul Jabbar, TED 2007

It takes 14 clicks to download music from Amazon without an account (12 on iTunes) vs. 4 clicks for typical torrent site.  Streams take 1.
— zasłyszane w trakcie tegorocznego New Music Seminar

There is hardly any money interest in art, and music will be there when money is gone.
— Duke Ellington

Fine.

Zupełnie oddzielny wpis (2)

09.08.2010 | 1 odpowiedź

Pierwsza myśl: toż to najlepszy tekst o muzyce, jaki czytałem. Druga myśl: „tekst o muzyce” to cholernie wąskie określenie.

Michaelangelo Matos: „A Double History of the Supremes’ Love Child

Fine.