RSS

feat. Ty

15.12.2011 | 1 odpowiedź

Małe Instrumenty na okoliczność przełomu 2011/2012 planują nagrać i wydać niskonakładową płytę z jednym, napisanym specjalnie utworem zawierającym Twój głos! Duchy repetywności, krautrocka, polimetrii i F.Rzewskiego obejmują patronat artystyczny.

Płyta będzie ściśle limitowaną edycją, w ilości równej liczbie biorących udziału w nagraniu.
Planujemy działanie w/g poniższego scenariusza:

- każdy zainteresowany nagrywa w dowolnej jakości 8 słów , które mają dla niego wybitne, indywidualne znaczenie w roku 2011.
– używamy dowolnych form gramatycznych, rodzajów części (rzeczowniki, czasowniki, przymiotniki, imiesłowy, partykuły, przyimki, etc – w dowolnych odmianach!)
– używamy dowolnej ekspresji (szepczemy, krzyczymy, informujemy, recytujemy, śpiewamy, mruczymy, etc.)
– nagranie realizujemy dowolnymi technikami (telefon, laptop, rekorder każdego rodzaju)
– format pliku najlepiej mp3, 256kb
– dźwięk przesyłamy mejlem na adres info@maleinstrumenty.pl
– termin do końca roku, decyduje data stempla mejlowego
– podaj swój adres, jeśli nie możesz odebrać płyty osobiście.
– dopisz, że zgadzasz się, by Twoje nagranie zostało wykorzystane na płycie.

Muzyka Małych Instrumentów będzie towarzyszyła kreatywnemu mixowi warstwy tekstowej i efekt tego spotkania opublikujemy na płycie na początku stycznia. Każdy, kto przyśle do nas swoje nagranie, dostanie potwierdzenie mejlowe, że je odebraliśmy a później otrzyma pocztą lub odbierze osobiście egzemplarz płyty. Wznowień nie przewidujemy. Teraz albo nigdy ;)

Małe Instrumenty

.

Fine.

Na zdrowie

14.12.2011 | 2 odpowiedzi

Fragment książki „Healing at the Speed of Sound”, czyli praktycznego kursu porządkowania własnego otoczenia akustycznego. Prócz wyłuszczonych powyżej dobrodziejstw obcowania z dźwiękami oraz emitowania własnych, dowiedziałem się z niej między innymi, że obniżenie poziomu hałasu w Nowym Jorku – pokłosie osobistej krucjaty majora Bloomberga – uznaje się za jedną z głównych przyczyn cudownego spadku przestępczości do poziomu nienotowanego od lat 60. Że hard rock ogłupia myszy. Że do dzieci lepiej śpiewać, niż mówić. Że dźwięk budzika ma fundamentalne znaczenie dla całego dnia. Że prócz ptaków śpiewających ludzie są jedynymi istotami żywymi, które „automatycznie wyczuwają rytm piosenki”. Że gdy pedałującym studentom puszczano ich ulubione kawałki w zwolnionym lub przyspieszonym tempie, adekwatnie zmieniały się ich osiągi. Że muzyka działa przeciwbólowo.

Wczoraj rozmawiałem z Donem Campbellem, jednym z dwóch autorów książki, który także uprawiał kiedyś zawód krytyczny i rozumie, że w tej profesji ograniczyć słuchania do zalecanych dwóch godzin dziennie się nie da. Co robić? – pytam. W takim razie – powiada – co godzinę dawkować dziesięć minut ciszy i… pięć minut Mozarta lub Haydna. Ciekawe, czy panowie ucieszyliby się, że będą polecani jako środek do czyszczenia uszu.

.

Fine.

Listomania

12.12.2011 | 39 odpowiedzi

 

Najwięcej kontrowersji wzbudził jak dotąd Ted Gioia ze swoją setką płyt roku. Ceniony szczególnie w kręgach jazzowych Gioia zapomniał bowiem uwzględnić choć jednej płyty rapowanej. Sytuację pogorszył jeszcze późniejszą obroną na Twitterze:  „I made picks on the basis of musicianship, creativity, innovation”, następnie: „With a few exceptions – level of musicianship on hiphop records falls short of jazz, classical, etc.”, wreszcie: ”I tend to evaluate music on musical standards, not as lifestyle expression”.

Po dłuższej dyskusji z udziałem krytyka New York Timesa oraz członka kameralnego zespołu Now Ensemble – dostali ósme miejsce na liście Gioi za album „Awake”, trochę na wyrost – którą zgrabnie streszcza NPR, biedak zgodził się posłuchać kilku rekomendowanych raperów. To że w tej sytuacji nie wolał po prostu przyznać, że rapu nie lubi, jest charakterystyczne: radykalny eklektyzm, który dekadę temu był uważany za dziwactwo garstki freaków, w tej chwili jest obligatoryjny. Wskazówka z jednej skrajności wychyliła się ku skrajności drugiej.

Z podsumowaniami zawężonymi gatunkowo osobiście żadnego problemu nie mam. Gioia skompromitował się dopiero tłumaczeniami, w których preferencjom, ograniczeniom własnego gustu próbował nadać pozór obiektywizmu. Od kiedy musicianship samodzielnie decyduje o jakości music? Jak porównać warsztat pianisty z warsztatem rapera? To drobiazgi. Gorzej, że kompletną ignorancję wobec hip-hopu Gioia uzasadniał podłością całego gatunku. To już muzyczny rasizm. A jak dyskusja wykazała: po prostu nie słuchał.

W epoce przymusowego eklektyzmu pozorowanie go przy faktycznym olewaniu potężnych połaci muzyki  jest tyleż nagminne, co niezmiennie irytujące. Właśnie ze względu na towarzyszącą selektywności – jak najbardziej dozwolonej, bo absolutnie nikt, łącznie z całymi redakcjami, nie ogarnia wszystkiego – tendencję do zwalania winy z podmiotu na przedmiot, tłumaczenia braków stylistycznych kondycją owych opuszczonych stylistyk. Otarł się o to ostatnio Borys Dejnarowicz, gdy w swoim podsumowaniu dekady przy „Szóstce” Supersilent napisał: „Nie oszukujmy się, prawie zawsze improwizacja to wielka przyjemność dla muzyków i nudy wywołujące ziew u słuchaczy. Natomiast raz na parę lat trafia się zjawisko zaprzeczające tej tezie – albo wyjątek od reguły”.

Mniejsza o to, że Borys rozciąga tu własne znudzenie, własną preferencję, na ogół „słuchaczy”. Ileż to ja znam ludzi, którzy uznają wyłącznie koncerty improwizowane. Mniejsza o to, że cytowane stwierdzenie bliźniaczo podobne jest do drugiego argumentu Gioi. Sęk w tym, że tez podobnego kalibru nie przystoi wygłaszać bez podparcia grubą argumentacją i to nie z kategorii: „Od kilku lat nic ciekawego w tym stylu nie słyszałem”. Przeciwnie: budowaną właśnie na podstawie tego, co się słyszało. Bo od razu mam ochotę rzucić kilkudziesięcioma obowiązkowymi tytułami i spytać, czy w ogóle się słuchało.

Bez zagłębiania się w szczegóły można sobie tak radośnie ogłaszać, że w rocku nic naprawdę godnego uwagi nie zdarzyło się od wydania „Kid A” – choć niektórzy twierdzili w ostatnich miesiącach, że wręcz od „Nevermind” – w hip-hopie od „The Love Below” albo nawet „The Chronic”, natomiast w muzyce poważnej od… Steve’a Reicha, to przecież oczywiste. W finale lądujemy z nie tak rzadko spotykaną skądinąd tezą, że muzyka w ogóle ma się źle.

Pokusa generalizowania okazuje się tym większa, im mniejsza orientacja w temacie. Charakterystyczne były superlatywy kierowane w kierunku debiutu Jazzpospolitej ze strony synkopowanych neofitów, którzy przy okazji użalali się nad ogólnym stanem polskiej sceny improwizowanej – co nijak nie przystawało do rzeczywistości (1, 2, 3, 4, 5, długo by linkować). Albo nawrócenie Pitchforka na metal. Długo darzyli gatunek podobną estymą co jazz, eksperymentalną elektronikę, world music, rzeczy partyturowe czy sceny lokalne – w sumie jakieś 99,9% powstającej muzyki. W tym roku zdołali znaleźć aż 40 wartościowych czerni. Czy metal doświadczył w tym czasie jakiejś jakościowej rewolucji?

Oddzielnym utrapieniem zestawień ekumenicznych są próby porównywania nieporównywalnego. Wróćmy do Gioi: w jego czołówce są Whitmore, Tinariwen, Hersch, Bon Iver, Redman, Muhly, Akinmusire, Now Ensemble – wszystko (co znam) zacne płyty, ale jaki algorytm pozwolił mu to uszeregować? Stopniowanie w ramach gatunku da się jeszcze od biedy uzasadnić. W dziedzinie nastawionej na songwriting można skonfrontować ze sobą melodie, charyzmę wokalną albo przenikliwość tekstów. W filharmonicznym muzealnictwie – kunszt instrumentalisty, wierność partyturze i tradycji wykonawczej. W jazzie swing (opcja orleańska) albo tę przeklętą innowacyjność (opcja nowojorska). Listy transgatunkowe mówią tymczasem więcej o słuchaczu niż o muzyce. Podobnie jak plebiscyty na sportowca roku, mierzą raczej sympatie niż osiągnięcia.

Po stronie bilansów specjalistycznych, zawężonych do jednej stylistyki lub kilku pokrewnych, szkopuł tkwi oczywiście w wiarygodności rekomendacji. Zapał ultrasów nie gaśnie nawet wtedy, gdy klub spadnie do drugiej ligi. W muzyce często kończy się to tym, że argumentacja okazuje się bardziej przekonująca od samej jej przedmiotu. Autor linkowanego już tutaj znakomitego tekstu „Wonk it up and start again” przekonuje na przykład, że elektronika kwitnie jak nigdy, w dużej mierze dzięki wobble. Część podpierających tezę tytułów znałem. Resztę nadrobiłem. I żałuję, bo zepsułem sobie wrażenie po lekturze. Bałbym się też pozostać sam na sam z setką najlepszych tegorocznych wydawnictw w kategorii mainstreamowy anglosaski soul/R&B, skoro w samej czołówce są rzeczy tak mizerne – o dziwo przyznają to nawet kibole.

Po publikacji rozczarowującego podsumowania „The Wire” (w Top10 niesławne „Lulu” oraz dwa składaki z archiwaliami plus James Ferraro wywindowany na pierwsze miejsce przy pomocy niespełna 12% głosów) w kategorii globalnej czekam już tylko na rezultaty masowej ankiety Pazz & Jop. Dopiero rozpoczęła się rekrutacja decydentów, można zresztą samemu spróbować, a wyniki poznany w styczniu. Przyczyną mojego zaciekawienia jest oczywiście zbieżność ostatniego Pazz & Jop z rekapitulacją Pitchforka. Jako że każde poza przypadkiem wytłumaczenie tych analogii – od zżynania z Pitchforka po wszechwiedzę jego writerów – okazało się dla ankietowanych nie do przyjęcia, spodziewam się w tym roku próby zdystansowania. Pytanie brzmi: przy pomocy oraz kosztem jakich tytułów ów dystans wypracują.

*

Nauczony maratonem z poprzedniej zimy zacząłem odświeżać sobie faworytów tegorocznych już w listopadzie. Będąc więc w miarę na bieżąco, mogę zagadnąć: trafiliście w roku 2011 na coś zachwycającego (precz z zadowalającym), co łatwo było ominąć pomimo dostępu do internetu? Bo chętnie przyłączę się do zachwytu. Szczególnie mile widziane cuda lokalne, o której wciąż trudno mimo Google Translate. A przykładowo na pograniczu popu, r&b i hip-hopu najbardziej mnie w tym roku zachwyciła para Koreańczyków oraz brazylijski solista. No i łatwiej przyjdzie mi upozorować we własnym podsumowaniu kompetentny eklektyzm.

.

Fine.

Paweł Mykietyn – Pasja wg św. Marka

11.12.2011 | 2 odpowiedzi

Paweł Mykietyn – Pasja wg św. Marka (NiNA)

 

Pisał ją na prymitywnym syntezatorze Casio, który sprawił sobie jeszcze w latach 90. Już na scenie posłużył się śpiewającym po hebrajsku chórem, nieskrępowanym sopranem Urszuli Kryger (w roli Chrystusa) i suchymi recytacjami Macieja Stuhra (Piłat). Sonorystyczne ukłucia smyczków zestawił z miękkim zawodzeniem saksofonów (orkiestra kameralna Aukso pod kierownictwem Marka Mosia), hardrockowe gitary ze szmerem cykad, przepiękne fragmenty tonalne z dwuznacznym postękiwaniem. A jakby tego było mało, odwrócił też bieg Chrystusowej męki: rozpoczyna od samotności na krzyżu, a kończy w tłumie wyczekującym pocałunku Judasza.

Zaprezentowana trzy lata temu na festiwalu Wratislavia Cantans „Pasja wg św. Marka” to dzieło kluczowe dla polskiej muzyki partyturowej ostatniej dekady, ale także dla samego Mykietyna. W niej skumulowały się studia mikrotonowe i postmodernistyczne ciągoty kompozytora. Wraz z nią rozpoczęła się również jego fascynacja wielkimi formami muzycznymi – potem była jeszcze symfonia „Vivo XXX” oraz tegoroczna „III Symfonia na alt i orkiestrę”. Półtorej godziny muzyki niewygodnej, ale koniecznej.

„Przekrój”

.

Fine.

Oświecone zgadywanie

10.12.2011 | Skomentuj

Dawno, dawno temu… też komponowano wspaniałą muzykę. Przekonamy się o tym podczas nowego festiwalu Actus Humanus, który rozpocznie się 14 grudnia w Gdańsku. Gwiazdą imprezy będzie Ensemble Micrologus

Kapele, kolegia, ansamble i konsorcja – sama Wikipedia wylicza ich ponad trzysta. Wszystkie zajmują się najwcześniejszymi dźwiękami, jakie zanotowała ludzkość: muzyką średniowiecza, renesansu oraz wczesnego baroku, nazywaną po prostu muzyką dawną. A nie jest to zadanie łatwe.

- Praktykujemy coś w rodzaju oświeconego zgadywania – przyznaje Patrizia Bovi, śpiewaczka i harfistka słynnego Ensemble Micrologus, który będzie gwiazdą pierwszej edycji Actus Humanus. – Aż do wynalezienia wehikułu czasu nie będziemy w stanie powiedzieć, jak dokładnie brzmiała ta muzyka w XIII albo XIV wieku. Aczkolwiek ostatnie dwadzieścia lat przyniosło wiele odkryć w zakresie praktyki wykonawczej, szczególnie śpiewu tradycyjnego, oraz tego, jak ta muzyka w ogóle powstawała – dodaje Bovi.

Trud muzycznych archeologów wynika przede wszystkim z ułomności średniowiecznej i renesansowej notacji. Gdy w połowie VII wieku autorzy pierwszych chorałów postanowili ulżyć pamięci własnej oraz swoich braci w śpiewie, posługiwali się partyturami niezwykle prymitywnymi: składały się one z kresek oraz kropek – tak zwanych neum – kreślonych najpierw na czystym pergaminie, później na jednej lub dwóch liniach, wreszcie na czterech, które do dziś można znaleźć w katolickim Mszale Rzymskim.

Niedoskonałość neum nie stanowiła dla współczesnych im wykonawców problemu, ponieważ rolą kropek i kresek było wyłącznie wspomagać pamięć, a nie zastępować ją. Przypominały one ogólny przebieg melodii oraz przybliżoną długość dźwięków, ale tempo, dynamika, ozdobniki czy pauzy ustalali interpretatorzy. Ci zwyczaje wykonawcze przekazywali sobie ustnie – przynajmniej do czasu.

Laboratorium muzyczne

- Badamy dokumenty historyczne, socjologiczne i dotyczące średniowiecznej estetyki, kolekcjonujemy też ikony. Bo to wszystko powiązane jest z muzyką tamtych czasów. Nie da się jej wykonywać bez znajomości kontekstu, w którym się rodziła i w którym była wykonywana – tłumaczy Bovi. – Micrologus jest swoistym laboratorium. Staramy się na nowo odkrywać nie tylko muzykę, ale całe bogactwo kultury ludzi żyjących tysiąc lat temu – dodaje Bovi podkreślając, że niewiele wspólnego z rzeczywistością ma stereotyp „wieków ciemnych” ciągnący się za nami od XIX wieku.

Członków Micrologus na początku lat 80. zapoznał ze sobą festiwal kultury średniowiecznej Kalendimaggio, który co roku organizowano w Asyżu w dniu wspomnienia św. Cecylii, patronki muzyków. – Fascynowałam się tą imprezą od dziewiątego roku życia. Wtedy po raz pierwszy zaczęłam śpiewać pieśni trubadurów, nie mając oczywiście pojęcia, że pochodzą one ze średniowiecza – wspomina Bovi. Podczas Kalendimaggio miasto dzieliło się na dwa obozy, które konkurowały ze sobą w dyscyplinie śpiewu, aktorstwa czy tańca. – W zabawie brali udział niemal wszyscy mieszkańcy – mówi Bovi. – W rezultacie Asyż jest jedynym miastem na świecie, w którym każde dziecko odróżnia polifonię od monodii i wie, jak wygląda lutnia. To było moje dzieciństwo – dodaje.

Jeśli studiowanie muzyki średniowiecza czy renesansu nie jest obecnie niczym nadzwyczajnym, to jest to w dużej mierze zasługą Micrologus. Darmowe bazy partytur czekają w Internecie na amatorów chorału i pierwszych utworów wielogłosowych. – My tymczasem my wyrzucaliśmy majątek na kopie starych manuskryptów – przyznaje Bovi. – Dzisiaj można je znaleźć w dowolnej bibliotece muzycznej.

Z ziemi włoskiej do Polski

Wspomniany na wstępie wysyp konkurencyjnych laboratoriów muzycznych jest owocem boomu na muzykę dawną, który w latach 60. rozpoczął się w Stanach Zjednoczonych, by w następnej dekadzie wyemigrować do Europy. Prężnym ośrodkiem na Starym Kontynencie były Niemcy, gdzie takie projekty sponsorowała rozgłośnia Westdeutscher Rundfunk. Listę osób, które trafiły wówczas pod skrzydła WDR, można obecnie czytać jak swoiste „Who Is Who” wykonawstwa muzyki dawnej.

Samodzielność finansową muzyka dawna osiągnęła w latach 90. Wtedy to ścieżka dźwiękowa Jordiego Savalla do filmu „Wszystkie poranki świata” otrzymała Césara i znalazła ponad milion nabywców. Aż sześć milionów osób kupiło album „Chant” w wykonaniu Benedyktynów z Santo Domingo de Silos. A nagrania amerykańskiego Anonymous 4 regularnie trafiały na listę Billboardu. Trzy lata podobnym hitem okazała się kontemplacyjna płyta „Music for Paradise” śpiewana przez Cystersów z austriackiego klasztoru Stift Heiligenkreuz. – Muzyka dawna uchodzi obecnie za rodzaj alternatywnej muzyki poważnej. – wyjaśnia Bovi. – Ale wykonawcy klasyki często mawiają, że my jesteśmy bardziej uprzywilejowani, bo działamy trochę jak zespoły rockowe – śmieje się.

W Gdańsku Micrologus skoncentruje się na trzynasto- i czternastowiecznych laudach: pieśniach traktujących wprawdzie o Bożym Narodzeniu, ale wykonywanych poza kościołami, przez zwykłych ludzi i w języku włoskim, a nie łacinie. Micrologus to niejedyni Włosi, jacy przyjadą na Actus Humanus. Za sprawą ich rodaków z Modo Antiquo posłuchamy dzieł Vivaldiego w wiernym tradycji wykonaniu, a prowadzona grupa La Venexiana przypomni dzieła Alessandro Scarlattiego z przełomu XVII i XVIII wieku. O sto lat starsze utwory wokalne z Francji zaśpiewa niezwykle zasłużony Ensemble Clément Janequin.

Program tej jednej imprezy pokazuje, jak szeroki jest repertuar specjalistów od muzycznych antyków. Ale czy po półwieczu intensywnych wykopalisk nie zbliża się on ku wyczerpaniu? – A kto to wie? – odpowiada pytaniem Bovi. – Możemy być pewni wyłącznie tego, co już odkryliśmy. A i to wykonujemy coraz to inaczej. Bo najpiękniejsze w utworach dawnych jest to, że nie istnieje ich właściwe, ostateczne wersja. Minęło tysiąc lat, a one nadal żyją.

„Przekrój”

.

Fine.

Ben Frost & Daníel Bjarnason – Sólaris

10.12.2011 | Skomentuj

Ben Frost & Daníel Bjarnason – Sólaris
(Bedroom Community)

 

Islandzka ścieżka dźwiękowa do rosyjskiego filmu nakręconego na podstawie polskiej książki

Kuratorskie zapędy festiwalu Unsound obrodziły w 2010 roku alternatywną ścieżką dźwiękową do „Solaris” Andrieja Tarkowskiego. Misji naprawiania przeszłości podjęła się para Islandczyków: Daníel Bjarnason (rodowity) oraz Ben Frost (udawany). „U Tarkowskiego słychać typowe muzyczne science fiction – tłumaczył mi swoje rozczarowanie oryginałem Frost. – Mnie interesuje kosmos wewnętrzny, a nie próżnia wokół”.

Orkiestrową partyturę duet montował drogą wspólnej improwizacji połączonej z kontemplowaniem wyciszonego „Solaris”. Wykonała ją – także na potrzeby niniejszej płyty – Sinfonietta Cracovia. Materiał okazuje się wystarczająco autonomiczny dla nośnika. A zarazem nie wykracza poza granice filharmonicznego ambientu nakrapianego elektroniką i miękkimi dysonansami. W kontekście niedawnego debiutu Bjarnasona rzecz bardzo zachowawcza, ale dla Frosta być może początek ciekawszej części kariery.

„Machina”

.

Fine.

Literówki

07.12.2011 | 10 odpowiedzi

Od dziś przestaję się wstydzić moich, skoro nawet najlepsi:
.

:

.

Fine.

Wskrzeszenie na scenie

06.12.2011 | 8 odpowiedzi

Sequele rządzą dziś nie tylko kinem. Reaktywacje i reedycje zalały także sceny i sklepy płytowe - ku radości fanów i z korzyścią dla promotorów oraz wydawców. Czy nie ze szkodą dla samej muzyki?

amierzamy wstrząsnąć światem”. „Później będziemy na to za starzy”. „To dla nas ostatnia okazja, by przed emeryturą zapracować na odrobinę szacunku”. „Czuję się odpowiedzialny za resztę chłopaków. Jeśli potrzebują mnie na trasie, jadę z nimi”. „Po prostu nadszedł czas”. W ten sposób powrót na scenę tłumaczyli odpowiednio muzycy The Stone Roses (grupa działała w latach 1983-96), The Faces (1969-75), legendy post-punku Magazine (1977-81), Johnny Rotten z Sex Pistols (1975-78) oraz zespół Black Sabbath, który w połowie listopada ogłosił odrodzenie w pierwotnym składzie z 1970 roku.

„To część mojego życia, mimo że uciekłem od niej ćwierć wieku temu” – mówił z kolei Sting, gdy w cztery lata temu zapowiadał gigantyczną trasę koncertową The Police (1977-86). Członkowie Faith No More twierdzili zaś, że po dziesięciu latach uporczywego opierania się presji zewnętrznej musieli ulec błaganiom fanów, namowom organizatorów i plotkom medialnym.

Milion argumentów

Oficjalnych powodów jest tyle, ile konferencji prasowych. Muzycy zapewniają o swym oddaniu sztuce, publiczności oraz kolegom z zespołu, których co prawda nie oglądali przez kilka dekad, ale stara przyjaźń nie rdzewieje. Sceptycy jednak wiedzą swoje: chciwość. The Police w latach 2007-2008 dali 159 występów, pozostawiając za sobą milion fanów uszczęśliwionych i zarazem lżejszych o 340 milionów dolarów. Jeden tylko koncert w Londynie przyniósł grupie Stinga 15 milionów dolarów. Tyle samo występ w Paryżu. Spektakularne show osławionej Lady Gagi zarabiało w tym samym czasie średnio dziesięć razy mniej. Po tym, jak oryginalnego składu Take That dopełnił Robbie Williams, kwintet w ciągu ośmiu nocy na stadionie Wembley zainkasował 61 milionów dolarów. Trzy występy odnowionego Cream (1966-68!) w nowojorskim Madison Square Garden przyniosły Erikowi Claptonowi i jego kolegom ponad 10 milionów dolarów.

Jak okazało się w połowie października, identyczne – tyle że liczone w funtach – wynagrodzenie otrzymają The Stone Roses za trzy występy w brytyjskiej stolicy na przełomie czerwca i lipca 2012. Honorarium oraz popyt na bilety – 150,000 tysięcy wejściówek rozeszło się w ciągu 14 minut – wywindowała stanowczość, z jaką od lat dementowali pogłoski o możliwym powrocie do wspólnego grania. Spekulacje na ten temat porzucił w końcu nawet angielski dwutygodnik „NME”, za to na wieść o ziszczeniu się ich marzeń redaktorzy oddali The Stone Roses dwie okładki z rzędu.

Uwaga, idzie zombie

- Nie była to na pewno reaktywacja dla pieniędzy – zapewnia Artur Rojek, gdy pytam go o występ Lenny Valentino na ubiegłorocznym Off Festivalu. Grupa w 2001 roku wydała swój jedyny dotychczas album „Uwaga! Jedzie tramwaj”. Pomimo ciepłego przyjęcia tak płyty, jak promujących ją koncertów wkrótce zawiesiła działalność, a jej członkowie z powrotem zasilili szeregi Myslovitz, Ścianki i nowo powstałego Negatywu. Powrót formacji wywołał małą sensację w światku polskiej alternatywy. – Zadecydowała chęć spotkania się na scenie i zagrania piosenek, które szczęśliwie przeżyły kilka lat i o których ludzie wciąż pamiętają – tłumaczy Rojek. – Podobnie sytuacja ma się z kilkoma koncertami, które teraz gramy z okazji 10-lecia wydania „Uwaga! Jedzie tramwaj” i reedycji tej płyty.

Na kierowanym przez Rojka Off Festivalu w 2010 roku wystąpiły także dwie inne gwiazdy z odzysku: polski Kryzys (1979-81) oraz amerykańskie Dinosaur Jr. (1984-97). Tegoroczna edycja była równie bogata w sentymenty. Katowice nawiedziło wskrzeszone już po raz drugi Gang of Four (pierwotnie działało w latach 1977-83), Public Image Ltd. (1978-92), a odrodzone Kury (1992-2003) przypomniały nagrodzoną Fryderykiem płytę „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” sprzed trzynastu lat. Gdański Open’er gościł z kolei reaktywowane Faith No More (1981-98), Pulp (1978-2002) oraz bogów indie-rocka Pavement (1989-99). Jarocin – Pidżamę Porno, która trzy lata wcześniej zawiesiła działalność. A bohaterem przyszłorocznych festiwali będzie zapewne Siekiera, która na połowę grudnia zapowiedziała pierwszą od 25 lat premierę płytową.

Każde z takich wydarzeń wywołuje poruszenie proporcjonalne do długości spoczynku zespołu, ale prowokuje także pytania o motyw, sens i skutki. – Byłem fanem ich debiutu, ale obawiam się, że to będzie klapa – odpowiada Rojek zagadnięty o drugie życie The Stone Roses. Dosadniej od niego wyraził się Paul Weller, który współtworzył legendę The Jam i uparcie broni się przed pokusą, jakiej ulegają kolejni jego koledzy z lat 70. i 80. „Jedni się reaktywują, inni grają swoje klasyczne albumy albo oddają komuś hołd. Ależ mi to działa na nerwy – stwierdził na łamach magazynu „Shortlist”. – Mam ochotę rzucić tę branżę i poczekać, aż ludzie odzyskają rozsądek. Ta sytuacja szkodzi młodym zespołom. Nikt nie rozgląda się za nowościami, gdy dokoła kłębią się starocie”.

Bez przerwy comeback

Rzeczywiście: redaktorzy Wikipedii w ostatnich latach musieli aktualizować strony poświęcone między innymi The Spice Girls, Buffalo Springfield (rozwiązane w 1968 roku!), Devo (symbol lat 80.), Suede, The Verve oraz My Bloody Valentine. Wcześniej do życia powracali The Stooges, Pixies, Mötley Crüe czy The Doors. Ci ostatni wprawdzie bez nieżyjącego od dawna Jima Morrisona, ale Queen w tym samym czasie radziło sobie bez Freddiego Mercury’ego, a The Faces bez Roda Stewarta.

Zdaniem niektórych zalew muzycznych wspominek jest jednak skutkiem, a nie przyczyną kryzysu. W koncertowym retroboomie dostrzegają oni naturalną reakcję promotorów na deficyt młodych gwiazd. Skoro nie sposób odnaleźć wśród młodzieży takich nazwisk, które bezpiecznie można byłoby wydrukować na plakatach, to należy sięgnąć do historii. A robi się to coraz częściej i coraz szybciej. Kiedyś wypadało zniknąć przynajmniej na dekadę, by bez wstydu ogłosić powrót. Tymczasem Blur odpoczywało zaledwie przez sześć lat. The Libertines – przez pięć. Hip-hop akceptuje urlopy nawet krótsze, odkąd Jay-Z odwołał rzekomą emeryturę już po dwóch latach. A żegnać się z fanami w ogóle nie trzeba w branży R&B. Jak zauważył jeden z krytyków „New Yorkera”: każdą nową płytę Whitney Houston, Janet Jackson czy Mariah Carey i tak zwykło się określać mianem comebacku.

Achtung szalik

Gwiazdy sprzed lat rekompensują promotorom problemy z kreowaniem nowych w świecie rozdrobnionych gustów i zdemokratyzowanych mediów elektronicznych. Wytwórnie muzyczne w podobny sposób wyrównują spadające dochody z nowości, sięgając do archiwów. Fonograficznymi przebojami ostatnich dwóch lat były wznowienia całych dyskografii The Beatles i Nicka Cave’a, a ostatnich tygodni – rekonstrukcja niewydanego nigdy albumu „SMiLE” The Beach Boys oraz odświeżone klasyki Pink Floyd oferowane w trzech kategoriach cenowych.

Przykładowo „Wish You Were Here” w najbogatszej wersji wyposażenia zawiera dwie płyty CD, dwie DVD, jedną Blu-ray, 40-stronicową książeczkę, album ze zdjęciami, kopię biletu z trasy koncertowej promującej album, szalik, 3 szklane kulki, 5 kart kolekcjonerskich i 9 podstawek pod kubki. Cały komplet kosztuje około 400 zł. Jakże blado wypadają przy nim podobnie wycenione rocznicowe wydania „Nevermind” Nirvany (4 płyty CD, jedna DVD oraz 90-stronicowa książeczka) czy „Achtung Baby” U2 (o trzy płyty DVD i dwie strony więcej od Nirvany). Wszystkie one bez problemu znajdą jednak nabywców. Skierowane są bowiem do słuchaczy, którzy w samej muzyce zakochali się jeszcze w głębokiej młodości, a teraz stać ich na potwierdzenie uczucia poprzez zakup luksusowego boksu, którego zawartości być może nigdy w pełni nie zgłębią. A skoro o uczuciach mowa, to dodatkową motywacją jest nadchodząca gwiazdka.

Miliard pokus

Czy zjawisko mniej lub bardziej uprawnionych comebacków przeminie dopiero wtedy, gdy ostatni bohaterowie poprzednich er będą zbyt starzy, by utrzymać w dłoniach instrumenty? – pytają podobni Wellerowi złośliwcy. Do muzycznych ekshumacji lepiej się przyzwyczaić, skoro nawet nieustępliwi członkowie grupy ABBA zaczęli przebąkiwać o powrocie na sceny. Pokusa jest niemała, bo podobno obiecano im za to 1 miliard dolarów. – Przyjemnie byłoby się znowu spotkać, porozmawiać o dawnych czasach i może coś razem zaśpiewać – wyznała niedawno Agnetha Faltskog, czyli pierwszy inicjał w nazwie zespołu. Brytyjscy bukmacherzy przyjmują już w tej sprawie zakłady. Według nich szansa ponownego zebrania kwartetu przynajmniej na jeden koncert przed rokiem 2015 wynosi 50 procent.

„Przekrój”, listopad 2011

.

Fine.

Sekunda (mała)

05.12.2011 | Skomentuj

Make My” z płyty „Undun”, 2011:

.
When It Happens It Moves All By Itself” z płyty „Map of What Is Effortless”, 2004:

*

Na przełomie podstawówki i liceum, gdy z niewiadomych powodów byłem kibolem Ferrari, zapłakałbym:

When the smoke cleared, eight Ferraris and one Lamborghini in a 20-vehicle group driven by amateur sports car aficionados were among the cars banged up in the 14-car pile-up.

.

Fine.

David Lang – wywiad

04.12.2011 | 1 odpowiedź


Zanim kompozytor postawi na partyturze pierwszą nutę, powinien przemyśleć całe swoje życie.

Nuty mnie nie obchodzą.

David Lang to jeden z moich ulubionych twórców ostatniej dekady. Głównie za sprawą nagrodzonej Pulitzerem „Pasji dziewczynki z zapałkami” (powinienem był zasadzić szóstkę), aczkolwiek wspomnienie jego wcześniejszego dorobku również obrodziło najbardziej fascynującymi momentami tegorocznego Sacrum Profanum. Pierwsze i prawie ostatnie bisy publiczność wymusiła właśnie na wykonujących Langa.

Dopadłem go z dyktafonem kilka dni później – co rzadkie, wybitny muzyk okazał się też świetnym rozmówcą – a ostatnio zdalnie uzupełniliśmy wywiad o wątek nowej płyty „This Was Written by Hand”. O komponowaniu ręką, wykładaniu na Yale i asekuracyjnym hałasie tutaj.

W tle warto zapodać ten kwadrans.

.

Fine.