RSS

Mostki hurtem

27.03.2012 | 2 odpowiedzi

“See, I just go in there and scream and they fix it,” she said, emerging from the booth, looking elated, almost glowing.

Within twenty minutes, Dean’s rhythmic utterances had been organized into an intro, a verse, a pre-chorus (or “pre”), a chorus, and an “outro”; all that was missing was a bridge.

(Friday, the final day of the sessions, was reserved for making bridges.)

„New Yorker” odwiedził fabrykę przebojów teamu Stargate. W całym tym świetnym tekście najbardziej zdumiała mnie właśnie fragmentaryzacja produkcji. Ale przynajmniej rozumiem teraz, czemu radiowe hity coraz częściej przypominają mash-upy.

.

Fine.

Jak niemożliwe staje się możliwe

26.03.2012 | Skomentuj

Mimo zamiłowania do autora dzisiaj po raz pierwszy w życiu słuchałem I Symfonii Schumanna, w ramach Festiwalu Beethovenowskiego. W pewnym momencie pomyślałem, że coś za słodkie to wszystko – nawet jak na utwór opatrzony podtytułem „Wiosenna” – i że Schumann powinien był jednak zepsuć to hopsasa.

Po kilkunastu sekundach zostałem wysłuchany. Cytuję z lekkim przedbiegiem:

Jak na 1841 – super.

Co do wykonania, to dawno nie słyszałem orkiestry o tak wypukłym brzmieniu – mam na myśli złudzenie bycia przez dźwięk dotykanym, odpowiednik szarpania bebechów na koncertach metalowych.

Bardziej niż muzykom Deutsche Kammerphilharmonie Breme chcę tu jednak podziękować melomanowi, który na tę jakże prestiżową imprezę przybył w jaskrawoczerwonej czapce z daszkiem oraz luźnych dżinsach z wielkim nadrukiem typu house, pokrywającym pół prawej nogawki. Niezależnie od intencji – grunt, że parę osób na kolejne koncerty założy z lekkim sercem to, na co ma ochotę.

*

Dzisiejszy Schumann w Filharmonii Narodowej fantastycznie kontrastował mi z wczorajszym Beethovenem, Bachem i Vivaldim, których w kameralnej salce domu kultury w Pułtusku dla publiczności 20-osobowej, skrajnie zróżnicowanej wiekowo i ciuchowo, wykonywał duet Marcin Masecki (stare pianino) – Tomasz Pokrzywiński (wiolonczela).

Panowie zachwycili naszą szczęśliwą garstkę tym, co gości Festiwalu Beethovenowskiego by przeraziło: bardziej interpretowali niż wykonywali, a Vivaldi doczekał się kilkuminutowej wstawki w pełni improwizowanej. To ostatnie podwójnie mnie rozbawiło. Bo zanim zorientowałem się, że panowie zupełnie poszli w jazz  - nieuwaga lub niekompetencja – przeszło mi przez myśl: „Vivaldi pionierem minimalizmu? Niemożliwe!”.

.

Fine.

Gdy ciebie zabraknie

23.03.2012 | 6 odpowiedzi

Zdziwiło mnie w pierwszym momencie, że zainteresowanie RateYourMusic kształtuje się odwrotnie proporcjonalnie do popularności Pitchforka. Strony o podobnej tematyce mają zwykle wzięcia skorelowane pozytywnie.

Podpowiedzią okazała się cykliczność owych wzlotów i upadków: gdy nadchodzi weekend i Pitchfork odpoczywa, myśliwi przenoszą się na inne tereny.

.

Fine.

Ojej (9)

22.03.2012 | 1 odpowiedź

.

April 5th

20.03.2012 | 11 odpowiedzi

Japończycy zrobili sobie z pierwszego dnia wiosny święto narodowe. Dla mnie to tradycyjnie – 20092010, 2011 – święto Talk Talk.

Spędziłem właśnie rozkoszną godzinę z „The Colour of Spring” i z racji okoliczności kalendarzowych zastanawiałem się dłużej nad „April 5th”, tradycyjnie uważanym za Hollisowy hymn do wiosny. A może jednak coś innego?

Wikipedia wspomina o wiktorii Aleksandra Newskiego. Nie podejrzewałbym Hollisa ani o fascynacje średniowieczną Rusią, ani – choć to bardziej prawdopodobne – muzyką Prokofiewa, przynajmniej na tym etapie. A więc musi chodzić o…

Here she comes
Silent in her sound
Here she comes
Fresh upon the ground

Pocahontas. Właśnie 5 kwietnia 1614 roku poślubiła ona dzielnego Johna Rolfe’a, a tę romantyczną aluzję zdaje się potwierdzać  nastrój utworu, ulotna „perkusja” i równie zwiewne brzmienie variophonu.

Z kolei „I Don’t Believe in You” usłyszałem dziś jako – być może nieświadomy – hołd złożony muzyce czarnej. Myślę o konstruowaniu aranżacji z instrumentalnych strzępów: sekundowe wejścia klawiszy w poszczególnych kanałach, z coraz to innym brzmieniem; ślady fortepianu, którego obecność bardziej się wyczuwa, niż słyszy; ciągłe kursowanie gitary akustycznej pomiędzy pierwszym a drugim planem. Takie falowanie charakteryzowało blues, tradycyjny jazz i Steviego Wondera.

No i niezmiernie bawi mnie fakt uwzględnienia w stopce tej piosenki saksofonisty Davida Roacha, który pojawia się tutaj na dokładnie jedną sekundę.

.

Fine.

Brutal Death Metal from North Korea

19.03.2012 | Skomentuj


붉은 전쟁 (Red War) – Demo Tape [demo] (2010)

Tracklist:

01 War with U.S.A (Length:03:02)

*

(Zawsze to jakaś odmiana rock’n'rolla).

.

Fine.

Bis po bisach

16.03.2012 | 14 odpowiedzi

„W związku z bardzo dużym zainteresowaniem koncertem Foster The People informujemy, że grupa zagra w Polsce dwukrotnie! Oba koncerty odbędą się 8 maja w klubie Palladium w ramach cyklu Hortex:Sounds!

Pierwszy występ będzie miał miejsce o godzinie 20:00 (wejście do klubu o 19:00), zaś drugi o 22:40 (wejście do klubu o 22:00).”

Że też Bruce Springsteen albo Leonard Cohen nie wpadli na ten genialny pomysł! Zamiast grać dwa razy dłuższe koncerty niż norma nakazuje, mogli dawać ich dwa razy więcej.

O tej 22.40 to panowie albo będą wykończeni, albo udają, że grają.

.

Fine.

Rap na Araba

15.03.2012 | Skomentuj

Po serii medialnych porażek (przecieki z Abu Ghraib) i w związku z poprawą notowań Talibów parę lat temu Amerykanie uznali, że trzeba popracować nad wizerunkiem. Szczególnie wśród młodych Arabów. Postanowili wziąć przykład z zimnowojennej dyplomacji jazzowej, kiedy to po świecie z konkurencyjną wobec komunizmu nowiną kursowali Duke Ellington, Benny Goodman, Dizzy Gillespie czy Louis Armstrong. Tyle że zamiast jazzu tym razem padło na hip-hop.

W ramach programu Rhythm Road konwoje złożone z raperów, didżejów i bibojów powędrowały do Azji (Pakistan, Indonezja, ale także Mongolia), na Bliski Wschód (Syria, Jordania, Liban) i do Afryki (od Północnej po Senegal). Dlaczego akurat hip-hop? „Hip hop is America” – odparła Hillary Clinton, kiedy ją o to spytano.

Tak jak jazzmani pół wieku temu reklamowali amerykańską równość ras (hmm), tak teraz chodziło o pokazanie, że w Ameryce da się żyć wyznając Allaha. Jak tłumaczyli twórcy programu, skoro jednym z wielkich amerykańskich buntowników był muzułmanin Malcolm X i skoro stał się on także ikoną hip-hopu – w dużej mierze dzięki Public Enemy – to wypada ten związek wykorzystać.

I tu pojawia się fascynujący mnie paradoks. We własnej ojczyźnie hip-hop może i symbolizuje sprzeciw wobec systemu, tyle że a) systemu amerykańskiego, b) jaśniejsza część narodu wciąż uznaje świat raperski za kolebkę wszelkiego zła. Gangi, dziwki, wyzwiska, tani blichtr i ambiwalentny stosunek do edukacji, policji i korporacji – to Clinton miała na myśli? Amerykański pomysł na życie społeczne ma promować muzyka, która z tym samym pomysłem walczy od trzydziestu lat?

Muzycznej dyplomacji USA w krajach islamskich bardzo spory tekst poświęcił Hishaam Aidi. O tym z kolei, dlaczego to rap (a nie na przykład rock czy punk) w krajach islamskich staje się muzyką buntu – i dlaczego Amerykanie mogą sądzić, że wybrali na ambasadora właściwy gatunek – pisał też niedawno „New York Times:

Rappers report in a direct manner that cuts through political subterfuge. Rapping can simulate a political speech or address, rhetorical conventions that are generally inaccessible to the marginal youth who form the base of this movement.

And in places like Senegal, rap follows in the oral traditions of West African griots, who often used rhyming verse to evaluate their political leaders. “M.C.’s are the modern griot,” Papa Moussa Lo, a k a Waterflow, told me in an interview. “They are taking over the role of representing the people.”

Przy okazji wątków rapersko-muzułmańskich warto zerknąć na niedawny tekst Janka Błaszczaka z „Tygodnika Powszechnego” bosko zatytułowany „Sunnita na bitach”.

.

Fine.

Gdy bardzo stroi

13.03.2012 | 5 odpowiedzi

To ponad głosami i głowami śpiewaków pojawiają się bonusowe alikwoty. A raczej zaczynają być zauważalne, bo górne składowe harmoniczne poszczególnych partii sumują się i wówczas słychać coś przypominającego drumlę. Anglicy mówią na to: Angel’s Voice.

Poza eleganckim strojem aniołowi sprzyjają przepastne kościoły i jego wizyta zazwyczaj cieszy. Ot, miły drobiazg potwierdzający ostrość wykonania. Dzisiaj jednak znajomy pokazał mi nagranie – skądinąd zacnego polskiego chóru – w którym zjawisko to wprost trudno zdzierżyć.

Narzucają mi się od razu azjatyccy śpiewacy od gardeł, a od 3:05 to już w ogóle nie muzyka dawna, ale raczej new age.

.

Fine.

Leonard Cohen – Old Ideas

12.03.2012 | Skomentuj

Leonard Cohen – Old Ideas (Sony Music)

 

Lata medytacji i utrata całego majątku doprowadziły Leonard Cohena do bluesa

„Śpiewam coraz niżej. Sądziłem, że gdy rzucę palenie, mój głos będzie wyższy. Ale cóż, obrał przeciwny kierunek” – żartował Leonard Cohen przy okazji premiery „Old Ideas”. Na płycie jego bezdenny głos wielokrotnie dosięga częstotliwości zarezerwowanych zwykle dla gitary basowej, stopki perkusyjnej oraz Toma Waitsa. Dodajmy do tego teksty najeżone aluzjami do śmierci i po „Old Ideas” chciałoby się spodziewać festiwalu depresji i beznadziei. Zupełnie błędnie.

W dorobku 77-letniego Cohena „Old Ideas” jest albumem już dwunastym – a może dopiero, skoro fonograficzny debiut Kanadyjczyka przypadł na połowę lat 60. W teorii pracował nad płytą osiem lat, w praktyce więcej czasu poświęcił doskonaleniu technik medytacji i procesowaniu się z byłą menedżerką, która roztrwoniła fundusz emerytalny artysty warty 5 milionów dolarów. I zmusiła go, by wyruszył w pierwszą od kilkunastu lat trasę koncertową. Ta przyniosła Cohenowi 21 milionów dolarów oraz miano jednego z najbardziej żywotnych weteranów scen.

Gdy wreszcie wszedł do studia, okazało się, że pisze mu się nadzwyczaj łatwo – materiału zgromadził podobno na dwa longplaye  – opakował go jednak w oszczędne aranżacje i ospałe tempa. Własne pomruki sporadycznie kontruje żeńskim chórkiem, wszechobecne są za to nieco tandetne brzmienia klawiszy, do których Cohen niestety zawsze miał słabość. Poczuł też wreszcie – jak sam mówi – przyzwolenie, by zaczerpnąć ze skarbca bluesa, co najwydatniej słychać w eleganckim „Darkness”.

„Piosenki są jak tofu – mówił Cohen – przyjmują taki smak, jaki zechcesz im nadać”. W jego przypadku jest to zazwyczaj smak pogodnej nostalgii lub starczej goryczy, zawsze jednak przyprawionej humorem. Bo nawet gdy w pięknym „Going Home” nazywa siebie „leniwym draniem spędzającym życie w garniturze”, jasnym jest, że w swoim mniemaniu właśnie prawi sobie komplement.

Bluszcz, 3/2012

.

Fine.