Historie wirusowe

Historie wirusowe

Wspominałem tu zaledwie trzy miesiące temu, jak korespondencje muzyczne krzyżują się na bihajpie z politycznymi i życiowymi.

Teraz nasiliło się to naturalnie w związku z pandemią, a raczej nabrało zupełnie innego charakteru, bo wcześniej jeden-na-jeden dyskutowałem z korespondentami o lokalnych protestach, klęskach żywiołowych czy sprawach prywatnych. Teraz wszyscy przeżywamy to samo, co najwyżej z lekkim poślizgiem.

Dobrze widać to w komentarzach, które dołączamy do naszej marcowej playlisty. Kolega z Chin właśnie skończył swoją kwarantannę, Włoch jest w środku, a Nowozelandczyk właśnie zaczyna. Sporo łączy wątki dotyczące sytuacji w muzyce.

A najbardziej spodobała mi się powiedzenie belgijskie – Optimist tot in de kist, czyli optymiści aż po grób – i kończąca notkę uwaga tamtejszego bihajpowca: trzeba poświęcić wiosnę, żeby uratować lato.

 


Może się przyda

Może się przyda

Nie czas na eksperymenty, kilkanaście planszówkowych i karciankowych rekomendacji wybranych dla Polityki – po konsultacjach także ze znajomymi rodzicami – to same sprawdzone klasyki i pewien plastikowy hit z Japonii.

Na ilustracji jedna z moich ulubionych planszówek w ogóle, a zarazem jedna z tych, do których najtrudniej znaleźć współgraczy – bo zasady Zimnej Wojny zgłębia się miesiącami, a nawet po latach pewne sytuacje wymagają zajrzenia do sieciowych FAQ.

 


Co po tej wiośnie

Co po tej wiośnie

Najsmutniejsza wiosna świata ma swoje nieoczekiwane skutki uboczne, które kolekcjonuję od momentu, gdy napisaliśmy fiszkę o 50 zarażonych w Wuhan, i które pomagają oderwać się od trupiego wykresu, w który wpatruję się codziennie od tamtego momentu, razem z milionami innych osób, z rosnącym niedowierzaniem.

I tak pocieszam się, że np. w kolejnych ogniskach epidemii nagle znika smog, co może ostatecznie uratuje więcej osób, niż zabierze choroba – j jeszcze przystopuje klimat? No i brak aut na ulicach to także brak wypadków, podobno u nas ubyło ich połowę. I że światowa epidemiologia odkryła właśnie XXI wiek. Docenimy też bardziej lasy – w moim Kabackim od tygodnia czuję się jak jeszcze miesiąc temu w centrum.

*

Mnie siedzenie na dupie dało czas na to, by oprócz śledzenia nowości muzycznych – szykuje się ich lawina, skoro artyści na całym świecie pozamykali się w domowych studiach i wszyscy są jak Islandczycy zimą – dało czas na sentymenty. Odkopałem notatki z odsłuchów sprzed lat, żeby sprawdzić, co z tego warto dziś zaserduszkować w Spotify.

A w związku z wiosną zastanawiam się też – co po Talk Talk?

Ustaliliśmy rok temu, również w dramatycznych okolicznościach, że muzyka Marka Hollisa to zaledwie kilka godzin. Jako pierwszy zwykle przychodzi mi do głowy rówieśnik Hollisa, David Sylvian. Choćby płyta “Dead Bees on a Cake” koresponduje z końcówką dyskografii Talk Talk, a z jej początkami oczywiście Japan. W młodszym pokoleniu no-man rozwijał się w podobnym kierunku – od tańca do różańca.

Czy na późniejszych płytach Hollis nie kojarzy się trochę z Robertem Wyattem, tym z “Rock Bottom”? A czy z manier ich obu nie czerpał Thom Yorke?

Spotify w powiązanych wykonawcach przy Talk Talk wymienia, przynajmniej u mnie: Japan, The The, Bryan Ferry, Heaven 17, Ultravox, The Human League, ABC, The Blue Nile, China Crisis, Propaganda, Blancmange, Simple Minds, Yazoo, Thomas Dolby, Roxy Music, David Sylvian, Prefab Sprout, Bronski Beat, Gary Numan, Frankie Goes to Hollywood.

AllMusic proponuje nieco inny zestaw, słusznie przypominając na wstępie o znakomitym projekcie ekipy Sylvian/Japan: Rain Tree Crow, The Blue Nile, Japan, New Order, Split Enz, Ultravox, Visage, ABC, David Sylvian, Papa Sprain, Soft Cell, Thomas Dolby, Simple Minds, Kate Bush, Prefab Sprout, Sandra, Tears for Fears, The Human League.

Kate Bush – oczywiście! Co prowadzi wprost do Petera Gabriela, który również miotał się między dźwiękiem a ciszą, szczególnie na płytach z cyferkami i w muzyce filmowej.

Baby, life’s what you make it
Can’t escape it

A co poleciłby beehype? Algorytmów jeszcze nie stosujemy, a na przejrzenie już 3,5 tys. rekomendacji kwarantanny nie starczy (mam nadzieję). Wróciłem jednak do naszego podsumowania 2019 roku i myślę, że lubiący Hollisa i Sylviana, Bownessa i Yorke’a, Bush i Gabriela, mogliby osłodzić sobie kwarantannę tymi młodszymi, dla odmiany głównie kobiecymi głosami:

*

I po tym ostatnim pozytywnym akcencie przypomnijmy, że wbrew wszystkiemu przywoływaliśmy już wiosnę w 2019, 2018201720162015201420132012201120102009.

 


Znowu ta Japonia

Znowu ta Japonia

Chciałem się tam po raz trzeci wybrać tej wiosny, ale zjawisko o nazwie Covid-19 nie zachęca do podróży nie tylko do wschodniej Azji, bliższych zawirowań też nie brakuje.

W związku z tym wyżywam się na inne sposoby:

Podcast: z okazji inwazji na katalog Netflixa rozmawiałem z Bartkiem Chacińskim i Michałem R. Wiśniewskim o Studiu Ghibli, i to przy okazji chyba mój debiut w świecie podcastów.

Prezentacja: zapraszam warszawiaków na japoński hardkor, którym wspólnie z Arturem Szareckim będziemy straszyć w najbliższy wtorek w znakomitej klubokawiarni KEN54.

では、また!


Z życia wzięte

Z życia wzięte

Pod koniec października zacząłem rozpytywać bihajpowych korespondentów o podsumowanie roku. Z niektórymi od dłuższego czasu nie miałem kontaktu. Także dlatego, że postanowiliśmy zrobić sobie rok relaksu, co w praktyce oznaczało, że inaczej niż przez poprzednie pięć lat nie ścigałem ludzi, pytając, czemu od miesiąca lub dwóch nic nie napisali.

I tak teraz zaczęły spływać odpowiedzi. Dominikańczyk się ożenił. Szwedowi zmarł ojciec. Wenezuelczyk nie wytrzymał tyranii i wyjechał do Hiszpanii. Islandczyk wziął bardzo długi urlop od kierowania najważniejszym magazynem na wyspie, chyba z powodów zdrowotnych (ale podsumowanie zrobi). Było i kilku takich, którzy nie odpisali i pozostaje mieć nadzieję, że się im po prostu znudziło. Inni otwarcie się ucieszyli, że znów napisałem, bo bez nagabywania poczuli się niepotrzebni.

Te historie osobiste przeplatają się z krajowymi i światowymi. Bo pisząc do Hongkończyka, musiałem spytać, czy w tych warunkach powstaje jeszcze muzyka i czy osobiście ma czas i serce, żeby pisać o muzyce (ma). Chilijczyk na to samo pytanie odparł: sorry, rząd nas pałuje, nie mam głowy do piosenek (na szczęście znalazłem innego skłonnego). Libańczyk z kolei tylko spytał o deadline (i już przysłał swój wybór).

Taki to projekt muzyczny sobie wymyśliłem. Aha, wspomniany Hongkończyk napisał, że piosenka roku może być tylko jedna.


J-co? Czyli dziwna muzyka japońska

J-co? Czyli dziwna muzyka japońska

Poprzednio w ramach Radia Azja prezentowaliśmy z Arturem Szareckim japoński hardkor.

Podczas tegorocznej edycji – która rozpoczyna się już dziś – w tym samym składzie wracamy z wykładem zatytułowanym “J-co? Muzyczne osobliwości z Kraju Kwitnącej Wiśni”.

Kiedy: Niedziela 8 grudnia, godz 16:00
Gdzie: TR Warszawa
Cena: Wstęp wolny

Więcej informacji tutaj.

 

 


Znowu nadaję

Znowu nadaję

Tekst dla “Polityki” o tym, jak rozwój technologii cofa w rozwoju nas, początkowo zainspirował odcinek z nowej serii “Black Mirror”, w którym kierowca niby-Ubera próbuje dobić się do szefa niby-Facebooka, żeby go poprosić o okiełznanie powiadomień, bo nie tak znowu pośrednio zabiły mu żonę.

Ten wątek ostatecznie z tekstu wyleciał, bo przybyło kilka nowych. A wczoraj pojawił się news, że Facebook (śladem swojego Instagrama) testuje ukrywanie liczby lajków, więc może coś ruszyło w wielkim niby-świecie.

 


Czasem pod wiatr

Czasem pod wiatr

Autobus na lotnisko spóźnił się o 20 minut. Ale start samolotu i tak opóźnił się o ponad pół godziny. Przegapiłem więc umówiony transport z lotniska do Hamburga. Po jakiejś godzinie udało się zorganizować nowy, ale kierowca podrzucił mnie do złego hotelu i czekał mnie jeszcze spory spacer z bagażem. Gdy po mini-gali nagród wbiłem na jakiś koncert i zamówiłem chardonnay, okazało się, że nie można płacić kartą. W ogóle w Hamburgu nie można płacić kartą, chyba że w markecie albo maku.

Z powrotem też było wesoło. Gdy po porannym zwiedzaniu miasta wróciłem do hotelu, żeby się spakować, karta do drzwi nie działała. Podając mi godzinę check-outu, organizatorzy pomylili bowiem AM z PM. Recepcjonista łaskawie dał się przekonać, że może jednak mnie wpuści i pozwoli się spakować, ale już po trzech minutach do drzwi pukała sprzątaczka. Jakoś (bo nie gadałem po niemiecku od 2007 roku, ale to jednak – dziś stwierdzam – łatwy język) przekonałem ją, żeby dała mi ze dwa kwadranse. Już po pierwszym zjawił się jednak recepcjonista, by dołączyć do ponagleń.

Z tego pośpiechu zapomniałem spakować dyplom, po który przecież do Hamburga przyjechałem, ale na ulicy dogoniła mnie owa niecierpliwa sprzątaczka (dzięki!). Na lotnisko dojechałem bez problemów, prowadząc ciekawą rozmowę z panią kierowcą, która właśnie rzuca wszystko i wraz z mężem i trójką dzieci rusza w świat, dwa lata w trasie, bo ma już dosyć tego Ordnung muss sein. Za to mimo niemieckiego ordnungu lot polskich linii znów był opóźniony, bo trzeba było zmienić samolot. Ale dzięki zamianie pojazdu śmigłowego na odrzutowy – kończymy happy endem! – każdy z pasażerów miał rząd dla siebie, a pilot mógł depnąć i dolecieliśmy nawet przed czasem.

*

Dyplom cieszy, bo poza samą pasją, do tej bezpłatnej przecież roboty motywuje nas feedback. Nagroda pojawiła się też w zabawnym momencie – bo w tym roku sobie mocno odpuściliśmy, żeby po pięciu latach orki odetchnąć i przemyśleć, co było i co dalej.  Zabawne jest również to, że mimo starań nie udało mi się dociec, kto w ogóle bihajpa do tej nagrody zgłosił (dzięki!).

*

Co do samego festiwalu: Reeperbahn chwali się, że samych delegatów przyjechało w tym roku 5,9 tys. Impreza korkuje na kilka dni całą dzielnicę, przed klubami długie kolejki, na lotnisku widać ludzi wracających z niej także do Polski. Z drugiej strony na tej wielkiej i ważnej imprezie z trudem znajdowałem w programie – zarówno konferencji, jak i występów – coś dla siebie. Zachwycili mnie w zasadzie tylko znani już i lubiani: 5K HD (Austria) oraz Melby (Szwecja).

Za to w lobby dla delegatów zawsze był spory tłum, więc może jest tak, że panele i koncerty mają być tylko miłym kontekstem dla bezpośrednich spotkań i networkingów. Tłumaczyłoby to obowiązkowy charakter imprezy dla ludzi z branży. Za to szaremu słuchaczowi koncertów i dyskusji polecałbym raczej mniejsze showcase’y typu MENT czy Tallinn Music Week. No i można tam płacić kartą.


Kwestia smaku

Kwestia smaku

Słuchałem, próbowałem słuchać nowej płyty Tool. I za każdą z obu prób nie mogłem zrozumieć, jak autorzy “Lateralusa” mogli popełnić coś tak złego. Rozumiem, że można nie mieć weny do napisania czegoś dobrego. Ale chyba jakiś negatywny filtr powinien się uruchomić, powstrzymać przed kliknięciem “publikuj”? Naprawdę chodzi tylko o kasę?

Posłuchałem sobie też po latach jednej z najmniej znanych produkcji Porcupine Tree, mojego niegdyś oficjalnie ulubionego zespołu świata, czyli 40-minutowej improwizacji “Moonloop“. Dosyć wspaniała rzecz, z perspektywy czasu szlachetniejsza niż połowa ich zasadniczej dyskografii. Co przypomniało mi, że od ostatniej płyty zespołu mija 10 lat, a mój niegdyś oficjalnie ulubiony muzyk świata nie zapowiada powrotu do tego projektu. I dzięki Bogu.

Bo Steven Wilson, podobnie jak muzycy Tool, zgubił gdzieś gust i na jego solowych płytach pojawiały się takie rzeczy, że – po latach śledzenia wszystkich wersji wszystkich utworów, moderowania polskiej grupy dyskusyjnej zespołu i zebraniu kilkuset koncertowych bootlegów – szybko wyleczyłem się z bycia psychofanem i pozbyłem niemal całej kolekcji.

Jak to możliwe, że ktoś stojący za “Returning Jesus”, za “Signify”, za dwójką Bass Communion mógł się pogrążyć w tandetnych blackfieldowych refrenikach z jednej strony, a z drugiej solowych… zabrakło mi tu słowa, bo naprawdę z jego solówek nic nie pamiętam. Może jeszcze spróbuję, choć pewnie nie.

I nie, nie chodzi wcale o mnie, lata 1992-2002 wciąż mi się podobają, często zachwycają. I tak, Radiohead to jedna z kapel wszech czasów, bo smaku nigdy nie zgubili, nawet gdy grali tylko dobrze. I tak, chapeau bas dla kończących zawczasu, jak Peter Gabriel, Kate Bush, czy najbardziej niedoceniana kapela świata.

Jak zacznę pisać żenujące rzeczy, powiecie mi?

 


Wygeneruj sobie (własną) płytę

Wygeneruj sobie (własną) płytę

Jednym pretekstem dla opisania w „Polityce” postępu komponujących i produkujących muzykę algorytmów – ostatnio pisałem o nich w 2012 roku – była umowa wytwórni Warner Music na wydanie 20 płyt wygenerowanych przez algorytm wygenerowany przez pewien berliński startup.

Drugim pretekstem była premiera nowej serii anime japońskiego reżysera Shinichiro Watanabe, tego od „Samurai Champloo” i „Cowboy Bebop”, serii jeszcze bardziej muzycznej niż te dwie razem wzięte (choć niestety ani trochę tak dobrej, choć kadry bywają świetne).

Już po zamknięciu tekstu odbyliśmy w redakcji dyskusję na temat autorstwa powstającej tak muzyki. Bo gdy berlińczycy dostarczają Warnerowi hurtem 20 godzin muzyki, to jeszcze można jakoś pod tym podpisać programistów – co też zrobili, gdy wytwórnia wykluczyła pozostawienie pustych miejsc w creditsach. (Bo na kogo zwalić winę w razie pozwu o plagiat?).

Ale istotą tego algorytmu i szeregu naśladowców jest generowanie muzyki na podstawie mnie: tego, gdzie akurat jestem, co robię, jak się czuję, co dzieje się wokół mnie, jaka jest pora dnia, tygodnia i roku, moje tętna i zawartość kalendarza. Jaką muzykę lubię, a jakiej nie. Gdy więc kliknę „play”, czy w roli wykonawcy powinien się pojawić copyright algorytmu czy raczej mój nick?

Na szczęście dyskusję przerwały obowiązki, wrócimy do tematu za następne 7 lat?