„Trzeba im wszystko tłumaczyć od zera”

„Trzeba im wszystko tłumaczyć od zera”

„I jest to dla nas nie lada wyzwanie” – przyznał dyrektor artystyczny festiwalu Colours of Ostrava podczas jednego z najciekawszych paneli podczas tegorocznego Tallinn Music Week. Organizatorzy kilku festiwali opowiadali na nim o tym, co robią, by przyciągnąć oporną młodą publiczność.

Całą tę rozmowę sprowadzam do kilku głównych punktów w nowym numerze Kwartalnika ZAiKS-u.

O muzycznych odkryciach tegorocznego TMW pisałem na bihajpie.

 

Fine.


Doczekawszy

Doczekawszy

Muzyki zawsze było za dużo. No, nie zawsze, od czasu wynalezienia empetrójek, wcześniej większość ludzkości żyła w permanentnym muzycznym deficycie. Ale od kilkunastu lat, od postawienia bihajpa i podpięcia się w ten sposób pod rozmaite strumyki z całego świata, miałem wyjątkowe poczucie życia w wiecznym niedoczasie. Do tego stopnia, że przestałem słuchać nagrań, które nie były premierami.

Dlatego dziwnie się poczułem, gdy w te wakacje zawartość zakładki „Muzyka”, z reguły strasząca kilkudziesięcioma płytami czekającymi na choć jednokrotne przesłuchanie, opustoszała.

Postanowiłem więc skorzystać i wrócić do ulubionych płyt sprzed lat. Większości nie słuchałem co najmniej od dekady, było to więc, paradoksalnie, odświeżające. I miałem rozmaite przemyślenia.

Że to fizycznie przyjemne słuchać muzyki, którą się zna na pamięć. Przez bihajpa skupiłem się na permanentnym odkrywaniu, poznawaniu, kiedyś to był miks.

Że część wielkich płyt sprzed lat jednak wyolbrzymialiśmy, są w porządku, ale wynoszenie ich do niebios wynikało z chwilowego, zbiorowego uniesienia (może cennego).

Wreszcie przypominało mi się, jaki wstrząs potrafi wywołać pierwsze zetknięcie się z płytą wybitną. Albo odkrycie tej wybitności po kilku wymagających przesłuchaniach („Kid A” zrazu chciałem wyrzucić do kosza).

Taki wstrząs – i do tego odnosi się tytuł tego wpisu – sprezentował mi właśnie swoją nową płytą „Ceiling Waves” Daniel McBride, nowozelandzki artysta występujący pod pseudonimem Sheep, Dog & Wolf.

Przypomniał mi pierwsze zetknięcia z Robertem Wyattem, Davidem Sylvianem, Björk czy Joanną Newsom. Bo McBride ma tę samą rzadką, dla mnie najcenniejszą w sztuce, umiejętność godzenia ciekawego z pięknym, eksperymentu z harmonią, wyzwania z przyjemnością.

Przed premierą tej płyty wypuścił jeden genialny singiel, potem drugi i trzeci. Byłem przekonany, że tego poziomu, tej koncentracji ciekawego z pięknym w dłuższym metrażu nie utrzyma. Utrzymał. Fascynujące są nawet dwa krótkie przerywniki.

Dość gadania, czas posłuchać.

Fine.


Wkurzamy właściwych ludzi

Wkurzamy właściwych ludzi

Dygnitarze z branży muzycznej rozsyłali w sekrecie listy, próbując doprowadzić do tego, by Kneecap usunięto z programu dosłownie każdego festiwalu. Na szczęście te listy ujawniono i pewne wysoko postawione osoby straciły swoje stanowiska.

Po raz pierwszy w życiu przeprowadzałem wywiad (czy w ogóle rozmawiałem) z człowiekiem w kominiarcie.

DJ Próvaí z irlandzkiego tria opowiada mi w Polityce nie tylko o sprawie palestyńskiej, ale także o modzie na irlandzki i niespodziewanej karierze tytułu nowej płyty Kneecap.

 

Fine.


Jak organizować koncerty dla dzieci

Jak organizować koncerty dla dzieci

Dziecko siada na krześle naprzeciwko wykonawcy, obraca stojącą na stoliku klepsydrę, a muzyk zaczyna grać. Całkowicie improwizuje, utrzymując ze swoim odbiorcą kontakt wzrokowy – i czerpiąc z niego inspirację. Trwa to minutę. Następnie koncert się kończy, wchodzi kolejne dziecko i znów obraca klepsydrę.

Panel o tym, jak (nie) organizować koncerty dla młodych słuchaczy, był najciekawszym, jakiego byłem świadkiem na tegorocznym Tallinn Music Week. A najciekawszym panelistą był Wouter Van Looy, twórca dziecięcego festiwalu Big Bang, który odwiedził już 40 miast w Europie – w tym Tallin – i poza nią.

Zanotowałem sobie więc, że muszę z nim porozmawiać o tych koncertach dla jednego słuchacza i innych fascynujących eksperymentach z młodymi słuchaczami – esencja naszego godzinnego spotkania w nowej Polityce.

Fine.


Kudosy za kleksikółko oraz smutne przeboje

Kudosy za kleksikółko oraz smutne przeboje

Jakże zdziwiłem się kilka dni temu, gdy w aplikacji Strava zamiast kudosów od znajomych zobaczyłem pochwały, a potem ujawniły się inne absurdy: heatmaps stały się mapami ciepła, a HR (heart rate) godziną.

Polskie tłumaczenie wzbudziło uzasadniony wzburz, który w tekściuku w Polityce zestawiam ze tłumaczeniem pierwszych dwóch gier Nintendo. Tak pomysłowym i absurdalnym, że zebrało lawinę kudosów.

Z kolei w kwartalniku ZAiKS szukam wyjaśnienia, dlaczego przeboje stają się coraz smutniejsze. Ten wątek poruszałem już w rozmowie z analitykiem danych muzycznych Chrisem Dalla Riva, ale pojawiły się ciekawe nowe badania, a wraz z nimi nowe tropy.

 

Fine.


Powrót do Tallina

Powrót do Tallina

Dwa miesiące temu opisywałem swoje wrażenia z festiwalu MENT Lljubljana, jednego z moich dwóch absolutnie ulubionych, a teraz miałem okazję również po raz trzeci odwiedzić ten inny ulubiony – Tallinn Music Week.

Skala zupełnie inna, estońska impreza z ponad dwustoma występami wymaga solidnego przygotowania, także fizycznego, bo sporo tam biegania, jeśli chce się zobaczyć choć połowę wstępnie wyselekcjonowanych artystów. Ale nie traci przez swą skalę klimatu, to wciąż jest rodzinna impreza, która mimo wejścia w dorosły wiek zachowuje świeżość.

Poza biernym uczestnictwem miałem też przyjemność wziąć udział w panelu odsłuchowym. Przyszło zaskakująco sporo osób, w większości niemuzyków, a gdy potem pytałem ich o powody, to wspólnie doszliśmy do wniosku, że w sumie był to jedyny na całej konferencji panel poświęcony tylko i wyłącznie muzyce.

Fine.


O pamięci

O pamięci

„Coroczne pozdrowienia z początku wiosny. Wczoraj nie było Talk Talk, więc pozdrawiam w ten sposób” – napisał mi SMS-em kumpel, którego możecie tu widywać w komentarzach podpisującego się jako Fripper.

Zawsze dość swobodnie żonglowałem astronomiczną i kalendarzową datą początku wiosny, mogłem więc uratować jakimś pospiesznym wpisem. Ale faktem jest, że o ile wiosnę odnotowałem, to o naszej talktalkowej tradycji po raz pierwszy zapomniałem. Więc podziękowałem: i za przypomnienie, i za pomysł na tegoroczny wpis. Bo po chwili wstydu wróciła do mnie niedawna refleksja wynikająca z nadchodzącego stulecia urodzin Milesa Davisa.

Zaczęło się od opublikowanych w Guardianie wspomnień jego współpracowników z różnych etapów. Opisywali, jak ważny Davis był i dla nich osobiście, i dla muzyki jako takiej. Uderzyło mnie, że jeszcze gdy ja zaczynałem głębiej zanurzać się w muzyce, to Davis wciąż był postacią wszechobecną. Obok Beatlesów, Dylana, Floydów czy Bowiego był jednym gigantów, których cień (pozytywnie) kładł się na całej muzyce, na słuchaniu jej i rozmawianiu o niej.

Obecnie takiego wrażenia nie mam, ale nie dotyczy to tylko Davisa – czy Beatlesów, Dylana, Floydów i Bowiego, ani Kraftwerk, Public Enemy czy Radiohead. Ogólnie zgubił się muzyce cały ten historyczny i stylistyczny kontekst, poczucie ciągłości, akcentowanie powiązań i inspiracji. Ale później dotarło do mnie, że to czas mojej muzycznej inicjacji i edukacji był wyjątkowy, bo w trójnasób sprzyjał temu umiejscawianiu słuchanych rzeczy, starych czy nowych, na pracowicie uzupełnianej muzycznej mapie.

Po pierwsze, wciąż mocna była jeszcze prasa muzyczna (ta droga anglojęzyczna dostępna głównie dzięki hulającym po sieci PDF-om i zamożnym znajomym). Po drugie, muzyczny dyskurs niezwykle ożywiły i urozmaiciły internetowe grupy dyskusyjne, fora, globalne i lokalne serwisy muzyczne, wreszcie blogi. I po trzecie, za sprawą „wymiany płytek”, później empetrójek cały ten historyczny i bieżący kontekst był na wyciągnięcie ręki. Dyskografię Milesa w ramach tych kilkunastu obowiązkowych pozycji można było zdobyć, poznać i omówić w mig.

Obecnie zarówno o wiedzę, jak i o muzykę jeszcze łatwiej, ale – no właśnie – kontekst jakby nie sprzyja. Niby udział „katalogu”, czyli wydawnictw wydanych ponad 18 miesięcy temu, zmierza w streamingu ku 80 proc. odsłuchów (aczkolwiek nie wiemy, jaki był w epoce winyli, kaset czy CD, bo wtedy zliczano jedynie sprzedaż – i tutaj naturalnie dominowały nowości). A blisko połowa utworów trendujących na TikToku ma ponad pięć lat. Ale wyciąganiu z piwnicy pojedynczych piosenek Fleetwood Mac, Kate Bush czy Alphaville (i Christiny Aguilera) żaden dyskurs o kontekstach nie towarzyszy, jakieś rozszerzenie punktowego zainteresowania na całą dyskografię, nurt czy epokę.

Czy to źle? Może nie, każdy czas rządzi się swoimi prawami także w kwestii relacji, jaką mamy z muzyką i muzykami – przynajmniej pozornie ta obecna jest bliższa niż kiedykolwiek, skoro można komunikować się bez pośredników i to w obie strony. I może dobrze, że więcej uwagi poświęca się żyjącym i muzykującym teraz. Niemniej dla mnie ów kontekst stanowił cenne uzupełnienie, czy raczej fundament tego, co ukazywało aktualnie.

A czy ktoś pamięta o Talk Talk? Przejrzałem kilkanaście dużych tytułów i serwisów, od „New York Timesa”, „New Yorkera”, „Guardiana”, „El Pais” czy „Der Spiegel” po Piftchforka, „Wire” i NPR. W ciągu ostatniego o Talk Talk szerzej wspomniał tylko „NYT”, opisując, jak „Spirit of Eden” z fiaska wyrosło na album kultowy. Kilka recenzji Pitchforka odsyła do Talk Talk, ale między innymi. Podobne przelotne wzmianki ma „Guardian”. A tak „Talk Talk” szerzej pojawiało się ostatnio tylko za sprawą takiegoż singla Charli XCX.

Dobrze więc, że tutaj o Talk Talk pamiętamy (i pisząc, słuchamy rzecz jasna). I może też dobrze, że pamięcią zbiorową.

*

O Talk Talk w 2025, 2024, 2023, 2022, 2021, 2020, 2019, 2018, 2017, 2016, 2015, 2014, 2013, 2012, 2011, 2010, 2009.

 

Fine.


Życie po Ameryce (mięsie)

Życie po Ameryce (mięsie)

„Czy nadszedł moment, aby zacząć bojkot USA?” – zastanawia się w swoim newsletterze Shawn Reynaldo, którego miałem okazję spotkać tydzień temu na festiwalu MENT Ljubljana.

O tym samym dyskutowano chociażby na festiwalu Eurosonic, a ja teraz miałem przyjemność pospekulować na ten temat w podcaście Dwutygodnika – jako ktoś, kto od ponad dekady słucha niemal wyłącznie muzyki nieanglosaskiej.

W rozmowie podzieliłem się nieco siermiężnym, ale może trafnym porównaniem: to jak z jedzeniem mięsa (albo pieczywa, jak kto woli). Wydaje się to mięso absolutną podstawą diety, dopóki się go z takich czy innych względów nie odstawi.

Szybko okazuje się, że nie tylko go nie brakuje, ale jego nieobecność otwiera przestrzeń dla niebywałych nowych smaków – i to bez nich trudno sobie potem wyobrazić codzienność.

Fine.


Powrót do Ljubljany

Powrót do Ljubljany

Byłem już wcześniej trzy razy na festiwalu MENT Ljubljana z rozmaitymi projektami – mieliśmy tam kiedyś fantastyczny zlot bihajpowy, dotarły nawet osoby z Chin czy Emiratów, była prezentacja świetnych teledysków z całego świata, innym razem z trenerką z Google’a prowadziłem dla kilkunastu osób z branży całodzienny warsztat z design thinking – ale tym razem wróciłem po kilkuletniej przerwie.

Ale chyba nie (tylko) z tego powodu ten MENT mnie wprost zachwycił. Od strony konferencji, klimatu, obsługi ta ekipa potrafi poprawiać to, co już wydawało się doskonałe. Był to też chyba pierwszy w moim życiu festiwal showcase’owy, na którym zaliczyłem cztery wybitne koncerty z rzędu, a przecież naturą showcase’ów są górki i dołki.

O swoich największych odkryciach napisałem na bihajpie. A jeśli ktoś jeszcze MENT-u nie zna… Tylko zachęcam (i mogę zapodać najlepsze jedzeniowe miejscówki), tym bardziej że sama Lublana nawet w lutym uszczęśliwia.

 

Fine.


Wkurzony króliczek

Wkurzony króliczek

– Do zwolenników Bad Bunny’ego dołączyły osoby zazwyczaj obojętne wobec popkultury, widząc tak niewiarygodny sukces kogoś stąd. Nastroje są entuzjastyczne. I chociaż przy okazji Super Bowl na pewno wyleje się na nas sporo rasistowskiego syfu, to w nas ten występ wleje jeszcze więcej dumy – mówił mi Alfredo Richner, bihajpowy korespondent z Portoryko, zanim jeszcze Bad Bunny odebrał pierwsze Grammy dla albumu hiszpańskojęzycznego.

W nowym numerze „Polityki” piszę o jego zdumiewającej karierze z jednej strony w kontekście bezprecedensowej hiszpańskojęzycznej fali w amerykańskim i światowym popie, z drugiej – w również wyjątkowo gorącym kontekście politycznym.

 

Fine.