Znowu nadaję

Znowu nadaję

Tekst dla “Polityki” o tym, jak rozwój technologii cofa w rozwoju nas, początkowo zainspirował odcinek z nowej serii “Black Mirror”, w którym kierowca niby-Ubera próbuje dobić się do szefa niby-Facebooka, żeby go poprosić o okiełznanie powiadomień, bo nie tak znowu pośrednio zabiły mu żonę.

Ten wątek ostatecznie z tekstu wyleciał, bo przybyło kilka nowych. A wczoraj pojawił się news, że Facebook (śladem swojego Instagrama) testuje ukrywanie liczby lajków, więc może coś ruszyło w wielkim niby-świecie.

 


Czasem pod wiatr

Czasem pod wiatr

Autobus na lotnisko spóźnił się o 20 minut. Ale start samolotu i tak opóźnił się o ponad pół godziny. Przegapiłem więc umówiony transport z lotniska do Hamburga. Po jakiejś godzinie udało się zorganizować nowy, ale kierowca podrzucił mnie do złego hotelu i czekał mnie jeszcze spory spacer z bagażem. Gdy po mini-gali nagród wbiłem na jakiś koncert i zamówiłem chardonnay, okazało się, że nie można płacić kartą. W ogóle w Hamburgu nie można płacić kartą, chyba że w markecie albo maku.

Z powrotem też było wesoło. Gdy po porannym zwiedzaniu miasta wróciłem do hotelu, żeby się spakować, karta do drzwi nie działała. Podając mi godzinę check-outu, organizatorzy pomylili bowiem AM z PM. Recepcjonista łaskawie dał się przekonać, że może jednak mnie wpuści i pozwoli się spakować, ale już po trzech minutach do drzwi pukała sprzątaczka. Jakoś (bo nie gadałem po niemiecku od 2007 roku, ale to jednak – dziś stwierdzam – łatwy język) przekonałem ją, żeby dała mi ze dwa kwadranse. Już po pierwszym zjawił się jednak recepcjonista, by dołączyć do ponagleń.

Z tego pośpiechu zapomniałem spakować dyplom, po który przecież do Hamburga przyjechałem, ale na ulicy dogoniła mnie owa niecierpliwa sprzątaczka (dzięki!). Na lotnisko dojechałem bez problemów, prowadząc ciekawą rozmowę z panią kierowcą, która właśnie rzuca wszystko i wraz z mężem i trójką dzieci rusza w świat, dwa lata w trasie, bo ma już dosyć tego Ordnung muss sein. Za to mimo niemieckiego ordnungu lot polskich linii znów był opóźniony, bo trzeba było zmienić samolot. Ale dzięki zamianie pojazdu śmigłowego na odrzutowy – kończymy happy endem! – każdy z pasażerów miał rząd dla siebie, a pilot mógł depnąć i dolecieliśmy nawet przed czasem.

*

Dyplom cieszy, bo poza samą pasją, do tej bezpłatnej przecież roboty motywuje nas feedback. Nagroda pojawiła się też w zabawnym momencie – bo w tym roku sobie mocno odpuściliśmy, żeby po pięciu latach orki odetchnąć i przemyśleć, co było i co dalej.  Zabawne jest również to, że mimo starań nie udało mi się dociec, kto w ogóle bihajpa do tej nagrody zgłosił (dzięki!).

*

Co do samego festiwalu: Reeperbahn chwali się, że samych delegatów przyjechało w tym roku 5,9 tys. Impreza korkuje na kilka dni całą dzielnicę, przed klubami długie kolejki, na lotnisku widać ludzi wracających z niej także do Polski. Z drugiej strony na tej wielkiej i ważnej imprezie z trudem znajdowałem w programie – zarówno konferencji, jak i występów – coś dla siebie. Zachwycili mnie w zasadzie tylko znani już i lubiani: 5K HD (Austria) oraz Melby (Szwecja).

Za to w lobby dla delegatów zawsze był spory tłum, więc może jest tak, że panele i koncerty mają być tylko miłym kontekstem dla bezpośrednich spotkań i networkingów. Tłumaczyłoby to obowiązkowy charakter imprezy dla ludzi z branży. Za to szaremu słuchaczowi koncertów i dyskusji polecałbym raczej mniejsze showcase’y typu MENT czy Tallinn Music Week. No i można tam płacić kartą.


Kwestia smaku

Kwestia smaku

Słuchałem, próbowałem słuchać nowej płyty Tool. I za każdą z obu prób nie mogłem zrozumieć, jak autorzy “Lateralusa” mogli popełnić coś tak złego. Rozumiem, że można nie mieć weny do napisania czegoś dobrego. Ale chyba jakiś negatywny filtr powinien się uruchomić, powstrzymać przed kliknięciem “publikuj”? Naprawdę chodzi tylko o kasę?

Posłuchałem sobie też po latach jednej z najmniej znanych produkcji Porcupine Tree, mojego niegdyś oficjalnie ulubionego zespołu świata, czyli 40-minutowej improwizacji “Moonloop“. Dosyć wspaniała rzecz, z perspektywy czasu szlachetniejsza niż połowa ich zasadniczej dyskografii. Co przypomniało mi, że od ostatniej płyty zespołu mija 10 lat, a mój niegdyś oficjalnie ulubiony muzyk świata nie zapowiada powrotu do tego projektu. I dzięki Bogu.

Bo Steven Wilson, podobnie jak muzycy Tool, zgubił gdzieś gust i na jego solowych płytach pojawiały się takie rzeczy, że – po latach śledzenia wszystkich wersji wszystkich utworów, moderowania polskiej grupy dyskusyjnej zespołu i zebraniu kilkuset koncertowych bootlegów – szybko wyleczyłem się z bycia psychofanem i pozbyłem niemal całej kolekcji.

Jak to możliwe, że ktoś stojący za “Returning Jesus”, za “Signify”, za dwójką Bass Communion mógł się pogrążyć w tandetnych blackfieldowych refrenikach z jednej strony, a z drugiej solowych… zabrakło mi tu słowa, bo naprawdę z jego solówek nic nie pamiętam. Może jeszcze spróbuję, choć pewnie nie.

I nie, nie chodzi wcale o mnie, lata 1992-2002 wciąż mi się podobają, często zachwycają. I tak, Radiohead to jedna z kapel wszech czasów, bo smaku nigdy nie zgubili, nawet gdy grali tylko dobrze. I tak, chapeau bas dla kończących zawczasu, jak Peter Gabriel, Kate Bush, czy najbardziej niedoceniana kapela świata.

Jak zacznę pisać żenujące rzeczy, powiecie mi?

 


Wygeneruj sobie (własną) płytę

Wygeneruj sobie (własną) płytę

Jednym pretekstem dla opisania w „Polityce” postępu komponujących i produkujących muzykę algorytmów – ostatnio pisałem o nich w 2012 roku – była umowa wytwórni Warner Music na wydanie 20 płyt wygenerowanych przez algorytm wygenerowany przez pewien berliński startup.

Drugim pretekstem była premiera nowej serii anime japońskiego reżysera Shinichiro Watanabe, tego od „Samurai Champloo” i „Cowboy Bebop”, serii jeszcze bardziej muzycznej niż te dwie razem wzięte (choć niestety ani trochę tak dobrej, choć kadry bywają świetne).

Już po zamknięciu tekstu odbyliśmy w redakcji dyskusję na temat autorstwa powstającej tak muzyki. Bo gdy berlińczycy dostarczają Warnerowi hurtem 20 godzin muzyki, to jeszcze można jakoś pod tym podpisać programistów – co też zrobili, gdy wytwórnia wykluczyła pozostawienie pustych miejsc w creditsach. (Bo na kogo zwalić winę w razie pozwu o plagiat?).

Ale istotą tego algorytmu i szeregu naśladowców jest generowanie muzyki na podstawie mnie: tego, gdzie akurat jestem, co robię, jak się czuję, co dzieje się wokół mnie, jaka jest pora dnia, tygodnia i roku, moje tętna i zawartość kalendarza. Jaką muzykę lubię, a jakiej nie. Gdy więc kliknę „play”, czy w roli wykonawcy powinien się pojawić copyright algorytmu czy raczej mój nick?

Na szczęście dyskusję przerwały obowiązki, wrócimy do tematu za następne 7 lat?

 


Polskie lato

Polskie lato

Ależ się nagłowiliśmy z Arturem nad wyborem polskiej piosenki do bihajpowej playlisty letniej!

Z góry odrzuciliśmy różne Formacje Nieżywych Schabuff i inne Big Daye. “Tyle słońca w całym mieście” zbyt lokalne, “Gdy nie ma dzieci w domu” jeszcze bardziej. Przez chwilę całkiem poważnie rozważaliśmy “Chałupy welcome to”, bo ma ciekawe tło, ale niestety zbyt nieciekawy refren.

Sam lobbowałem za Brodką, bo się była hitem lata i w tekście à propos (“Wake me up in July”), do tego miała już kiedyś świetny feedback na bihajpie. Pojawiły się też m.in. KobietyKury, RepublikaJanerka, Bemibek i letnie burze Jurksztowicz. Kolega z redakcji sugerował Marka Bilińskiego.

Ostateczne wybraliśmy coś świeżego, bezpretensjonalnego i z odpowiednim teledyskiem.

 


W Helsinkach zaszyję się

W Helsinkach zaszyję się

Mimo że od pięciu lat prowadzę bodaj najbardziej globalny serwis świata, mimo udziału w rozmaitych szkoleniach około-google’owych i konferencjach muzycznych, chyba nigdy dotąd nie znalazłem się w jednej grupie dyskusyjnej z przedstawicielami czterech kontynentów – z tych naprawdę zamieszkałych zabrakło tylko Australazji.

A chodzi o łączące dziennikarstwo, ekologię i technologie warsztaty “Solution Hack for Journalists” w stolicy Finlandii, z których uczestnikami i organizatorami udało się w ciągu niespełna trzech dni całkiem zaprzyjaźnić i mocno poszerzyć sobie wzajemnie horyzonty. Uwielbiałem momenty, gdy Finowie wykładali nam jakąś eko-teorię i chwalili futurystycznymi rozwiązaniami, a potem padało pytanie: A jak to się ma do Tanzanii czy Nigerii, Nepalu czy Indii?

Mimo pewnych wątpliwości te warsztaty – czyli trochę teorii, trochę praktyki, mnóstwo spotkań i wizyt w ciekawych firmach i instytucjach, plus posiłki robione z tego, co miało się zmarnować – były dla mnie zastrzykiem nadziei. Bo okazało się, że istnieją już technologie, które są w stanie rozwiązać sporo najważniejszych obecnie problemów świata. Że są wariaci, którzy ryzykują wdrażanie tych pomysłów w swoich biznesach czy instytucjach. I że wtedy okazuje się, iż opłaca się to także finansowo.

Zbudowała mnie też świadomość Finów. Z ekologii uczynili bodaj najważniejszy temat debaty przed niedawnymi wyborami parlamentarnymi. Na tydzień przed głosowaniem przez Helsinki przemaszerował zielony marsz. A podobno najbardziej dyskutowanym wydarzeniem ostatnich miesięcy był klimatyczny raport IPCC.

Skąd to się bierze? Ano na pewno pomaga w tym projekt Yrityskylä, czyli fińskie wioski dla szóstoklasistów, o których sporo napisałem.

*

Tytuł wpisu pochodzi od refrenu piosenki “Helsinki” z nowej płyty Darii Zawiałow:

Mówiłam, że to, co złe nie spotyka mnie
Zastanów trzy razy się, co naprawdę jest złe
W Helsinkach zaszyję się, to daleko jest
Może jak zorze świat mi zaświeci się


Retro bihajp

Retro bihajp

W założeniu powstaliśmy dla nowej muzyki, ale z okazji piątych urodzin zrobiliśmy wyjątek.

Z tegoż wyjątku dowiedziałem się między innymi, że polska grupa Komety słyszała pewnego tureckiego klasyka. I że Białoruś też miała swoich Skaldów, choć nazywali się Pieśniarze.

Oprócz słuchania zachęcam do czytania, bo dość niesamowite tam historie i wiele innych analogowych analogii.


Mądre słowa, dzikie słowa

Mądre słowa, dzikie słowa

“Wciąż liczę na to, że to fake i 21.03 spotkamy się z Markiem na takich samych zasadach jak co roku” – napisał mi w SMS-sie Janek Błaszczak. “Mimo wszystko dobrze dowiedzieć się od Ciebie” – odpisałem krótko, bo jednak zatkało.

Aby sprawdzić, czy to nie fake, zajrzałem – o ironio – na twittera. I zobaczyłem #MarkHollis wśród trendujących hasztagów, między #PrayForVenezuela #JuanGuaido a jakąś aktualną obsesją K/J-popową.

Najbardziej spodobał mi się wpis tego redaktora, z niewiadomego powodu później usunięty:

it only takes about 3 and a half hours to listen to the four Talk Talk studio albums + Mark Hollis’ solo album front to back and I highly recommend doing so. very rewarding and I’m kind of convinced that it’s the best way to “get” what Hollis was up to

O co chodzi z tym Hollisem – to pytanie zadał też w redakcji młodszy o dekadę kolega. Mimo że siedzi w muzyce po uszy, temat Talk Talk zupełnie go dotąd omijał. A wtem żałobne hasztagi ujawniły, jakże ważny to był zespół dla jakże wielu osób. Tylko dlaczego?

*

Zanim odpaliliśmy w redakcji 3 i pół godziny Hollisa, próbowałem koledze odpowiedzieć, “o co w sumie chodzi z tym zespołem”. I skąd brak hasztagów w poprzedniej dekadzie czy nawet dwóch. Na to drugie Hollis sam sobie zasłużył i pewnie tego życzył, jeśli wierzyć reakcji domniemanego jego na zaczepkę Janka Błaszczaka.

Mnie zaskoczyło to, jak trudno przyszło odpowiedzieć na pierwsze pytanie. Zupełnie nie miałem ochoty mówić o oczywistym: rewolucjach artystycznych Talk Talk, z którymi konkurować może tylko kilka [anglosaskich – przyp. bihajp] zespołów na tej planecie. Ważniejsze wydało mi się to, że przez te lata, dekady z muzyką Hollisa i z samym Hollisem po prostu się zaprzyjaźniłem. I mimo własnej rewolucji bihajpowej wciąż się regularnie widujemy.

Po tylu latach przyjaźni stylistyczne rewolty traktuje się jako dość oczywiste. I myślę, że dla Hollisa takie właśnie były. Podobnie jak wcześniej dla czwórki z Liverpoolu, a później dla piątki z Abingdon (musiałem sprawdzić).

*

A gdyby jednak trzeba było odpowiedzieć, co w tej muzyce i tych muzykach jest takiego szczególnego – skoro nie rewolucje?

Pierwsza większa myśl dotyczyła czasu. Redakcyjna koleżanka od teatru zwróciła nam ostatnio przy obiedzie uwagę, jak kluczowy dla jej specjalności jest właśnie czas. Że te wszystkie arcydzieła muszą trwać po pięć godzin, inaczej reżyser nie miałby pewności, że przekazał, co zamierzał. Czasem trzeba widza wyciszyć, wynudzić, wymęczyć.

W muzyce [anglosaskiej] na czas mało kto był wyczulony tak, jak Hollis. Czym są pięciosekundowe wstępy ECM przy dwuminutowym czekaniu na pierwszy akord gitary w “Spirit of Eden” i rozbiegówkach kolejnych utworów? 20-sekundowej ciszy na początku “Laughing Stock” i takiej samej na wstępie solówki Hollisa? Już swoje wczesne utwory Talk Talk chętnie pauzowali, a w ostatnich to bardziej przerwom przerywano. Z czym kojarzy ci się “Laughing Stock”? Bo mnie z pustynią, na której tu i ówdzie coś wyrośnie, może trafi się kilka oaz. Albo z ciemnością, w której nagrywali ten materiał.

Hollis czasu się nie bał, a jednocześnie – zmieścił się w 3 i pół godzinie.

*

Czas doprowadził mnie o szczebelek wyżej do mądrości, która wydaje mi się kompleksowo definiować muzykę Hollisa i jego samego. Na każdym etapie, w każdej stylistyce ich twórczość była mądra w sposób odpowiedni dla tegoż etapu. Mądrzy byli też w decyzjach dotyczących kariery i w decyzji (decyzjach) o jej zakończeniu. Wiemy, że wiele osób zainspirowali swoją muzyką. A ile zainspirowali później swoim milczeniem?

Od muzyki mądrej blisko też do mądrościowej i gdyby przejrzeć wszystkie teksty Hollisa, może się okazać, że jego ulubionym słowem było “life”.

*

Gdy już to wszystko pomyślałem i spisałem, dotarło do mnie, że to tylko połowa prawdy. Bo ostatnie słowa w ostatnim utworze na ostatniej płycie Marka Hollisa, zamkniętej zresztą dwiema minutami ciszy, brzmią: “D’you see / Wise words / Wild words”. Mądry człowiek, dziki człowiek.

*

Przywołując wiosnę: 2018, 2017, 2016, 2015, 2014, 2013, 2012, 2011, 2010, 2009.

Ilustracja: Paulina Mitek


I znów się udało

I znów się udało

72 listy, 165 uczestników, ponad 950 artystów, jedno szaleństwo.

https://beehy.pe/best-of-2018/

Gdy to się zaczyna gdzieś w połowie grudnia, to zawsze jestem przerażony, a w trakcie procesu doskonalę kompetencje potrzebne do pracy windykatora. Ale gdy potem patrzy się na to monumentum – jest radość.

Szczególnie gdy przy okazji muzyki z Wenezuelczykiem zaczyna się dyskusję na temat Maduro-Guaido, z Rumunem wyliczankę na najpiękniejsze pasma ichniejszych Karpatów (według niego Piatra Craiului, więc wybieram się latem), a korespondentka z Luksemburga mówi pa-pa, bo jeszcze przed opublikowaniem listy rusza w rejs do Ameryki Południowej.

Ale tak, teraz przydałby się reset – jeszcze tylko mały występ zagraniczny.


Teledyski świata w Warszawie

Teledyski świata w Warszawie

Tydzień temu w Słowenii, za tydzień w Klubie KEN54 na warszawskim południu. Nie będzie niestety tak wygodnie, ale merytorycznie postaram się trzymać poziom.

Treść: Około tuzina teledysków z tyluż krajów, z krótkimi wprowadzeniami.

Czas: 17 lutego, godz. 19:00. Wstęp wolny. Wydarzenie na FB.

Fine.