Co w duszy gra

Co w duszy gra

W tym samym czasie ukazały się dwie ciekawe książki próbujące wytłumaczyć, dlaczego słuchamy tego, czego słuchamy.

Jedna pióra Susan Rogers, kiedyś pracującej w studiu z Princem, obecnie neurolożki na Berklee College of Music, zatytułowana „This Is What It Sounds Like: What the Music You Love Says About You”.

Druga pióra W. David Marxa, którego śledzę od półtorej dekady przez jego japońskie specjalności, zatytułowana „Status and Culture: How Our Desire for Social Rank Creates Taste, Identity, Art, Fashion, and Constant Change”.

Obie udzielają zupełnie innych odpowiedzi. Ona idzie w biologię, pisze o preferencjach dotyczących „rytmu, melodii, brzmienia, słów, autentyzmu, realizmu i nowatorstwa”. On twierdzi, że zarówno muzykom, jak i nam chodzi głównie o ambicje dotyczące statusu. Chcemy awansować – ewentualnie uniknąć degradacji.

Próbuję ich pogodzić w nowej Polityce.

Dla mnie cenne jest to, że mimo różnic oboje zgadzają się z wyznawanym przeze mnie od dekad przekonaniem, że preferencje muzyczne truchtają nie wzdłuż gatunków, lecz w poprzek nich, że raczej będziemy szukać tego samego w jazzie, rocku, elektronice i rapie, niż samego tylko jazzu, rocka, elektroniki i rapu – jeśli tym preferencjom faktycznie dać szansę.


Muzyka pokojowa

Muzyka pokojowa

Mamy na bihajpie nowy kolektywny zestaw utworów o pokoju, wojnie i wolności. Mieliśmy już podobne globalne składanki ze złotymi hitami czy szlagierami na domową imprezę covidową, ale z tym nowym zestawieniem kłopot był wyjątkowy.

Po pierwsze, bo inspiracją dla zaczepienia korespondentów była oczywiście Ukraina, ale także napięcia wokół Tajwanu i inne szczęśliwie wygaszone (chwilowo) ogniska, jak to serbsko-kosowskie. Tyle że Ukraina ani myśli w tej chwili o pokoju – i słusznie – więc dla niej takie zawołanie byłoby dwuznaczne. Ukrainy więc w zestawie nie mamy, co bardzo nie szkodzi, bo dzień po początku inwazji mieliśmy przecież osobny zestaw.

Po drugie, bo z polityką nigdy nie wie, oj nie wie się. Mamy na liście Greków i Turków, mamy Tajwan i Chiny… ale chyba się udało.

Po trzecie, bo piosenki o pokoju są jakoś nierównomiernie rozłożone po świecie. Część korespondentów miała dylemat, który kawałek wybrać. Inni po rozmyślaniach rezygnowali, bo nie mieli ani jednego kandydata – mimo że paru zasięgało rady na fejsie.

I tu przyznam, że sam zrobiłem pewien unik, żeby znowu (patrz Złote Przeboje) nie pisać o Niemenie – albo zrywaniu kajdan i łamaniu bata. Za to nasz japoński korespondent już podziękował. A co innego można by zapodać?

 


Dlaczego piosenki są coraz krótsze

Dlaczego piosenki są coraz krótsze

Próbuję odpowiedzieć na to pytanie w nowej Polityce. Bo skracają się wprawdzie od połowy lat 90., ale proces ten dramatycznie przyspieszył jakąś dekadę temu – akurat gdy przerzuciliśmy się masowo na Spotify i inne serwisy streamingowe, a potem także muzyczny rząd dusz zaczęły przejmować TikTokowe półminutówki.

W tekście ciekawy głos odrębny Bartosza Dziedzica – sam obecnie nie lubi przekraczać trzech minut – który ostatecznie nie musi być aż tak odrębny.

 


Nie tylko Ukraina

Nie tylko Ukraina

Napisał do mnie bihajpowy korespondent ze Sri Lanki, czy byśmy nie opublikowali czegoś o muzyce protestu w obecnym, tragicznym i spektakularnym zarazem, kryzysie w jego kraju:

I don’t know if you’ve read but Sri Lanka is going through a political and economic crisis. I’d like to write about how musicians have been responding to the crisis in support of the protests.

Odpisałem, że wiem (prawie) wszystko, że nawet sam piszę notki o Sri Lance niemal codziennie dla Fiszek, bo choć Ukraina nam najbliższa, to również uważam, że o reszcie świata zapominać nie można. Dawaj ten tekst, Imaad. Imaad dał.

Zapytałem go też prywatnie, jak sobie radzi. Niesamowita odpowiedź:

As for how I am doing, it has been very difficult, to be honest. When we were experiencing 13 hour power cuts, it felt like a different country altogether. Despite growing up in the midst of a civil war, where you would live in paranoia that the bus you are on may explode, this feels somehow worse. It is a perpetually sinking feeling of dread.

Even if we do start to recover, we would have regressed so far behind that it would take a long time to return to where we were. Many of my friends have already left the country, and there were massive queues at the passport office and visa offices because everyone is trying to leave.

 

Z jakichś (nie do końca) losowych powodów przeglądałem na AirBnB miejscówki na Sri Lance, trafiłem na pensjonat przy plaży, który cały listopad wycenił mi na 10 zł. Potwierdziłem automatycznie, napisałem też do właściciela, że ten błąd mnie nie interesuje, ja tylko kibicuję.

Odpisał, według automatycznego tłumaczenia:

Pan Marion, pozdrowienia z rafy poleny ogrodowej! Dziękujemy za zainteresowanie naszą nieruchomością. Jesteśmy przekonani, że obecna sytuacja wkrótce się skończy. Z przyjemnością informujemy, że ceny zostały nieprawidłowo odebrane. Stawki zostaną natychmiast zaktualizowane. Czekamy na Twoje powitanie.

 

Zaimponowało mi, że w swoim tekście o muzyce protestu Imaad jednak wspomniał, w pierwszym akapicie, o inwazji Rosji na Ukrainę, w czasie gdy głód paliw jest w jego kraju tak ogromny, że pertraktacje (od dziś byłego) prezydenta z Putinem na temat importu taniej ropy przyjmowane są z entuzjazmem chyba nawet przez największych przeciwników (byłego) prezydenta.

Imaad mimo miłości do ojczyzny zamierza się chociaż na chwilę ewakuować z kraju, najpierw do Indii, potem do gościnnej – wiwat zachodnie „rezydencje” dla utalentowanych ludzi – Szwajcarii. Choć na miesiąc. Na koniec napisał:

May all wars end.
May we live in a just world.

 


Klęska urodzaju

Klęska urodzaju

Bo z jednej strony:

„Trudno powiedzieć, co by było, gdybyśmy po prostu wychodzili z pandemii, nawet z pewnymi turbulencjami. Ale covid odpuścił dopiero niedawno i nie wiadomo, na jak długo. Doszło do agresji rosyjskiej na Ukrainę, do tego dochodzi rekordowa inflacja i nowa sytuacja ekonomiczna”.

A z drugiej strony:

„Mamy do czynienia z klęską urodzaju, bo wszyscy chcą zrobić to, czego nie mogli przez poprzednie dwa lata. Natomiast galopująca inflacja sprawiła, że odbiorcy mają mniej pieniędzy w portfelach”.

Piszę w nowej „Polityce” o pełnym powrocie muzyki na żywo w tym sezonie, który miał być już tym normalnym, a okazuje się co najmniej przejściowym.

Foto: Orange Warsaw.

 


Utwory z maja

Utwory z maja

Ale się porobiło: przez dwa lata z niedowierzaniem patrzyłem na wrzutki naszego chińskiego korespondenta na Instagramie, bo masowe imprezy trwały tam w najlepsze i ani maseczki nie było widać. Teraz pisze mi, że pierwszy raz od dwóch miesięcy wyszedł z domu, a jego psychika już wisiała nad krawędzią.

Tyle dobrze – dodaje – że miałem czas pisać kilka razy więcej recenzji niż zwykle. Skąd my to znamy (odpowiedź: z wiosny 2020, nie tęsknię).

Tymczasem na naszej nowej playliście – Brazylia, Grecja, Japonia, Izrael, Francja, Indie, Chiny, grecka Norwegia, Mali z Libanem, Gwatemala, Chile, Holandia, Turcja, Szwecja, Belgia, Luksemburg, Włochy, Meksyk, Filipiny, Kanada – a nawet Polska.

 

 


Globalna troska

Globalna troska

Mamy na bihajpie czas przemyśleń i szukania koncepcji na nowy sezon, bo poprzedni – oparty na licznych acz osobnych rekomendacjach na www – chyba symbolicznie zakończyły pandemia i wojna. Jednocześnie fantastycznie rozwija się nasz newsletter i playlisty na Spotify.

Tymczasem po tylu latach, bodaj już ośmiu, moje pierwotne bihajpowe marzenie się spełniło i o artystach z daleka napisała Polityka. No dobra, ja napisałem – o Japonce, Malijce i Meksykanach – ale skoro tacy decydenci wyrazili zgodę, to może choć w tej kwestii świat zmienił się na lepsze.

 

🐝


33 kawałki z 22

33 kawałki z 22

Trochę trudno było się zajmować muzyką, zaczepiać ludzi pytaniami o muzyczne nowości, a potem spamować nimi w mediach społecznościowych – od lutego 2020 r. A od lutego 2022 r. już w ogóle.

Niemniej spamujemy na Spotify, bo taka nasza karma, poza tym trudno ignorować te wszystkie fajne premiery. Oprócz tego parę albumowych rekomendacji w naszym newsletterze.

A co do lutego 2022 r. i naszego spamowania, playlista ukraińska z ledwie 11 kawałkami zrobiła takie same zasięgi, jak nasz masywny Best of 2021, tyle dobrze.

🇺🇦



Luty skradł nam wiosnę

Luty skradł nam wiosnę

Roland Leighton urodził się na początku wiosny 127 lat temu, wychowywał się przy Abbey Road. Jego rodzice pisywali książki przygodowe. Sam też miał talent do pisania, podobno uczniowskie nagrody musiał wozić do domu taczkami. Chciał być pismakiem, ale w oksfordzkim koledżu rozkręcił się jako poeta, co przydało mu się po poznaniu – poprzez jego kumpla, a jej brata – Very Brittain. Później wydała bestsellerowy pamiętnik z I wojny światowej, w którym opisywała leczenie rannych żołnierzy i opłakiwała utratę ukochanego.

Poznał ją, mając 19 lat. Rok później postanowił pójść na front. Z powodu krótkowzroczności przyjęcia w szeregi odmówiła mu brytyjska marynarka. Potem królewscy artylerzyści. Potem wojska logistyczne. Przyjął go Królewski Pułk Norfolk, został nawet porucznikiem.

Verę Brittain widywał tylko na przepustkach, mimo to zaręczyli się latem 1915 r., dwa lata po pierwszym spotkaniu. Miał już wtedy za sobą służbę we Francji i w Belgii, gdzie jego żołnierski entuzjazm wyparował. Snajper dopadł go we francuskim okopie w przeddzień wigilii tego samego roku, kilka miesięcy po zaręczynach i dwadzieścia lat z hakiem po narodzinach.

*

„Oczekiwanie, które musiało towarzyszyć przełomowi wieków; patriotyzm, który musiał towarzyszyć początkowi wojny; rozczarowanie, które musiało nadejść zaraz potem. Ta huśtawka nastrojów była tym, co mnie w tej historii zafascynowało” – mówił o inspiracji do utworu „A Life (1895 – 1915)” Mark Hollis, który tę ośmiominutową kompozycję o Rolandzie i Verze umieścił w sercu swojego pierwszego i ostatniego solowego albumu.

Dlatego przez te osiem rozlazłych, wspaniałych minut Hollis huśta słuchaczem atonalnymi flecikami, tamburynami, niezrozumiałymi zawodzeniami. Hollis przekonywał, że istotniejszym od tego, co się śpiewa, jest jak się śpiewa: „Po prostu tak czułem”.

*

Pierwsza i ostatnia płyta solowa Hollisa rozpoczyna się utworem „The Colour of Spring”. Co po raz pierwszy nie kojarzy mi się w pierwszej kolejności z trzecią płytą Talk Talk, którą zwykłem zapodawać 20/21 marca – w tym roku nie zapodałem – lecz z wypuszczonym dwa tygodnie temu utworem „Obudź się!” Saszy Czemerowa, muzyka z Czernihowa, jednego z pierwszych miast poturbowanych przez Rosjan w przeddzień pięknej wiosny obecnego roku, po dwóch tygodniach inwazji kompletnie otoczonego, ale i tak dalej bombardowanego. Chuje.

W tej średniej muzycznie piosence Czemerow nawołuje: „Pobudka! Luty skradł nam wiosnę!”.

*

Putin skradł im wiosnę, skradł nam wiosnę. Putin kilka dni temu na moskiewskim stadionie, oddzielony od tysięcy w większości przymusowych lub opłaconych wyznawców kilometrami dystansu sanitarnego, recytował Pismo Święte: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”.

Wiosenna płyta Talk Talk rozpoczyna się utworem „Happiness is Easy”. Hollis ostrzegał 36 lat temu:

Take good care of what the priests say
’After death it’s so much fun’
Little sheep, don’t let your feet stray

Na okładce jego pierwszej i ostatniej solowej płyty jest Baranek Boży, chleb wielkanocny, który Stephen Lovell-Davis – ależ ma mocarnego instagrama – sfotografował gdzieś na południu Włoch. Hollis tak tłumaczył wybór okładki:

„Podoba mi się, że coś wydaje się wychodzić z jego głowy, jakby fontanna myśli. Fascynuje mnie też sposób, w jaki ułożone są oczy. Gdy zobaczyłem to zdjęcie po raz pierwszy, nie mogłem się powstrzymać od śmiechu. Ale jednocześnie jest w tym coś niezwykle tragicznego”.

*

O Talk Talk w 2021, 202020192018201720162015201420132012201120102009.

 

🇺🇦