Trendy kowidowe

Trendy kowidowe

Po raz pierwszy od początku pandemii udało mi się napisać coś większego, oczywiście o niej – zebrałem garść ciekawych zjawisk, jakie wirus rozkręcił w muzyce.

Patrząc na te oraz inne wątki można odnieść wrażenie, że także w muzyce dzieje się to, o czym szerzej pisał Jacek Dukaj:

XXI wiek stał dotąd pod znakiem wyczekiwania na przyszłość, która ciągle jakoś się spóźniała. Nie pomnę, w ilu dyskusjach brałem udział, gdzie wszyscy się zgadzali, że taka czy inna zmiana musi zajść; a jednak czemuś nie zachodzi. (…)

Tak to miesiąc po miesiącu, rok po roku napinała się sprężyna nieziszczonych konieczności. Aż pojawił się COVID-19.

Wracając do tekstu, mnie najbardziej ciekawi nowa lokalność – i czy się utrzyma, gdy już będzie szczepionka?

A także czy zamknięcie milionów muzyków w domach przełoży(ło) się na jakiś wybuch kreatywności, który odczujemy za parę miesięcy – w końcu przez parę tygodni wszyscy byliśmy jak Islandczycy zimą.

Przy okazji: jest już czerwcowa playlista bihajpowa.


Na radarach

Na radarach

Jak ten czas leci: w poprzednim wpisie polecałem historie z zamykających się krajów, a parę dni temu dostałem maila od naszego korespondenta w Szanghaju, że chodzi już sobie na koncerty.

W międzyczasie opublikowaliśmy dwie playlisty: kwietniową i majową. Robi się je z jednej strony coraz przyjemniej, bo też lokalne zasoby Spotify wyraźnie wzbogaciły się w ciągu ostatnich 1-2 lat. A z drugiej strony coraz trudniej, bo w związku z tym sam Radar Premier wypluwa mi co piątek po 70-80 nowych utworów, do czego oczywiście dochodzą rekomendacje przysyłane przez korespondentów.

Swoją drogą po tym, jak już dodałem do obserwowanych wszystkie ważniejsze odkrycia bihajpowe, uświadomiłem sobie, że kilka lat wcześniej robiłem to samo na Soundcloudzie. Ostatnio coraz bardziej opustoszałym, ewentualnie służącym artystom do wrzucania demówek i koncertówek, których nie warto publikować na Spotify.

Skoro zacząłem wirusowo, to na koniec dość uniwersalne scenki z Indonezji.

 


Historie wirusowe

Historie wirusowe

Wspominałem tu zaledwie trzy miesiące temu, jak korespondencje muzyczne krzyżują się na bihajpie z politycznymi i życiowymi.

Teraz nasiliło się to naturalnie w związku z pandemią, a raczej nabrało zupełnie innego charakteru, bo wcześniej jeden-na-jeden dyskutowałem z korespondentami o lokalnych protestach, klęskach żywiołowych czy sprawach prywatnych. Teraz wszyscy przeżywamy to samo, co najwyżej z lekkim poślizgiem.

Dobrze widać to w komentarzach, które dołączamy do naszej marcowej playlisty. Kolega z Chin właśnie skończył swoją kwarantannę, Włoch jest w środku, a Nowozelandczyk właśnie zaczyna. Sporo łączy wątki dotyczące sytuacji w muzyce.

A najbardziej spodobała mi się powiedzenie belgijskie – Optimist tot in de kist, czyli optymiści aż po grób – i kończąca notkę uwaga tamtejszego bihajpowca: trzeba poświęcić wiosnę, żeby uratować lato.

 


Może się przyda

Może się przyda

Nie czas na eksperymenty, kilkanaście planszówkowych i karciankowych rekomendacji wybranych dla Polityki – po konsultacjach także ze znajomymi rodzicami – to same sprawdzone klasyki i pewien plastikowy hit z Japonii.

Na ilustracji jedna z moich ulubionych planszówek w ogóle, a zarazem jedna z tych, do których najtrudniej znaleźć współgraczy – bo zasady Zimnej Wojny zgłębia się miesiącami, a nawet po latach pewne sytuacje wymagają zajrzenia do sieciowych FAQ.

 


Co po tej wiośnie

Co po tej wiośnie

Najsmutniejsza wiosna świata ma swoje nieoczekiwane skutki uboczne, które kolekcjonuję od momentu, gdy napisaliśmy fiszkę o 50 zarażonych w Wuhan, i które pomagają oderwać się od trupiego wykresu, w który wpatruję się codziennie od tamtego momentu, razem z milionami innych osób, z rosnącym niedowierzaniem.

I tak pocieszam się, że np. w kolejnych ogniskach epidemii nagle znika smog, co może ostatecznie uratuje więcej osób, niż zabierze choroba – j jeszcze przystopuje klimat? No i brak aut na ulicach to także brak wypadków, podobno u nas ubyło ich połowę. I że światowa epidemiologia odkryła właśnie XXI wiek. Docenimy też bardziej lasy – w moim Kabackim od tygodnia czuję się jak jeszcze miesiąc temu w centrum.

*

Mnie siedzenie na dupie dało czas na to, by oprócz śledzenia nowości muzycznych – szykuje się ich lawina, skoro artyści na całym świecie pozamykali się w domowych studiach i wszyscy są jak Islandczycy zimą – dało czas na sentymenty. Odkopałem notatki z odsłuchów sprzed lat, żeby sprawdzić, co z tego warto dziś zaserduszkować w Spotify.

A w związku z wiosną zastanawiam się też – co po Talk Talk?

Ustaliliśmy rok temu, również w dramatycznych okolicznościach, że muzyka Marka Hollisa to zaledwie kilka godzin. Jako pierwszy zwykle przychodzi mi do głowy rówieśnik Hollisa, David Sylvian. Choćby płyta “Dead Bees on a Cake” koresponduje z końcówką dyskografii Talk Talk, a z jej początkami oczywiście Japan. W młodszym pokoleniu no-man rozwijał się w podobnym kierunku – od tańca do różańca.

Czy na późniejszych płytach Hollis nie kojarzy się trochę z Robertem Wyattem, tym z “Rock Bottom”? A czy z manier ich obu nie czerpał Thom Yorke?

Spotify w powiązanych wykonawcach przy Talk Talk wymienia, przynajmniej u mnie: Japan, The The, Bryan Ferry, Heaven 17, Ultravox, The Human League, ABC, The Blue Nile, China Crisis, Propaganda, Blancmange, Simple Minds, Yazoo, Thomas Dolby, Roxy Music, David Sylvian, Prefab Sprout, Bronski Beat, Gary Numan, Frankie Goes to Hollywood.

AllMusic proponuje nieco inny zestaw, słusznie przypominając na wstępie o znakomitym projekcie ekipy Sylvian/Japan: Rain Tree Crow, The Blue Nile, Japan, New Order, Split Enz, Ultravox, Visage, ABC, David Sylvian, Papa Sprain, Soft Cell, Thomas Dolby, Simple Minds, Kate Bush, Prefab Sprout, Sandra, Tears for Fears, The Human League.

Kate Bush – oczywiście! Co prowadzi wprost do Petera Gabriela, który również miotał się między dźwiękiem a ciszą, szczególnie na płytach z cyferkami i w muzyce filmowej.

Baby, life’s what you make it
Can’t escape it

A co poleciłby beehype? Algorytmów jeszcze nie stosujemy, a na przejrzenie już 3,5 tys. rekomendacji kwarantanny nie starczy (mam nadzieję). Wróciłem jednak do naszego podsumowania 2019 roku i myślę, że lubiący Hollisa i Sylviana, Bownessa i Yorke’a, Bush i Gabriela, mogliby osłodzić sobie kwarantannę tymi młodszymi, dla odmiany głównie kobiecymi głosami:

*

I po tym ostatnim pozytywnym akcencie przypomnijmy, że wbrew wszystkiemu przywoływaliśmy już wiosnę w 2019, 2018201720162015201420132012201120102009.

 


Znowu ta Japonia

Znowu ta Japonia

Chciałem się tam po raz trzeci wybrać tej wiosny, ale zjawisko o nazwie Covid-19 nie zachęca do podróży nie tylko do wschodniej Azji, bliższych zawirowań też nie brakuje.

W związku z tym wyżywam się na inne sposoby:

Podcast: z okazji inwazji na katalog Netflixa rozmawiałem z Bartkiem Chacińskim i Michałem R. Wiśniewskim o Studiu Ghibli, i to przy okazji chyba mój debiut w świecie podcastów.

Prezentacja: zapraszam warszawiaków na japoński hardkor, którym wspólnie z Arturem Szareckim będziemy straszyć w najbliższy wtorek w znakomitej klubokawiarni KEN54.

では、また!


Z życia wzięte

Z życia wzięte

Pod koniec października zacząłem rozpytywać bihajpowych korespondentów o podsumowanie roku. Z niektórymi od dłuższego czasu nie miałem kontaktu. Także dlatego, że postanowiliśmy zrobić sobie rok relaksu, co w praktyce oznaczało, że inaczej niż przez poprzednie pięć lat nie ścigałem ludzi, pytając, czemu od miesiąca lub dwóch nic nie napisali.

I tak teraz zaczęły spływać odpowiedzi. Dominikańczyk się ożenił. Szwedowi zmarł ojciec. Wenezuelczyk nie wytrzymał tyranii i wyjechał do Hiszpanii. Islandczyk wziął bardzo długi urlop od kierowania najważniejszym magazynem na wyspie, chyba z powodów zdrowotnych (ale podsumowanie zrobi). Było i kilku takich, którzy nie odpisali i pozostaje mieć nadzieję, że się im po prostu znudziło. Inni otwarcie się ucieszyli, że znów napisałem, bo bez nagabywania poczuli się niepotrzebni.

Te historie osobiste przeplatają się z krajowymi i światowymi. Bo pisząc do Hongkończyka, musiałem spytać, czy w tych warunkach powstaje jeszcze muzyka i czy osobiście ma czas i serce, żeby pisać o muzyce (ma). Chilijczyk na to samo pytanie odparł: sorry, rząd nas pałuje, nie mam głowy do piosenek (na szczęście znalazłem innego skłonnego). Libańczyk z kolei tylko spytał o deadline (i już przysłał swój wybór).

Taki to projekt muzyczny sobie wymyśliłem. Aha, wspomniany Hongkończyk napisał, że piosenka roku może być tylko jedna.


J-co? Czyli dziwna muzyka japońska

J-co? Czyli dziwna muzyka japońska

Poprzednio w ramach Radia Azja prezentowaliśmy z Arturem Szareckim japoński hardkor.

Podczas tegorocznej edycji – która rozpoczyna się już dziś – w tym samym składzie wracamy z wykładem zatytułowanym “J-co? Muzyczne osobliwości z Kraju Kwitnącej Wiśni”.

Kiedy: Niedziela 8 grudnia, godz 16:00
Gdzie: TR Warszawa
Cena: Wstęp wolny

Więcej informacji tutaj.

 

 


Znowu nadaję

Znowu nadaję

Tekst dla “Polityki” o tym, jak rozwój technologii cofa w rozwoju nas, początkowo zainspirował odcinek z nowej serii “Black Mirror”, w którym kierowca niby-Ubera próbuje dobić się do szefa niby-Facebooka, żeby go poprosić o okiełznanie powiadomień, bo nie tak znowu pośrednio zabiły mu żonę.

Ten wątek ostatecznie z tekstu wyleciał, bo przybyło kilka nowych. A wczoraj pojawił się news, że Facebook (śladem swojego Instagrama) testuje ukrywanie liczby lajków, więc może coś ruszyło w wielkim niby-świecie.

 


Czasem pod wiatr

Czasem pod wiatr

Autobus na lotnisko spóźnił się o 20 minut. Ale start samolotu i tak opóźnił się o ponad pół godziny. Przegapiłem więc umówiony transport z lotniska do Hamburga. Po jakiejś godzinie udało się zorganizować nowy, ale kierowca podrzucił mnie do złego hotelu i czekał mnie jeszcze spory spacer z bagażem. Gdy po mini-gali nagród wbiłem na jakiś koncert i zamówiłem chardonnay, okazało się, że nie można płacić kartą. W ogóle w Hamburgu nie można płacić kartą, chyba że w markecie albo maku.

Z powrotem też było wesoło. Gdy po porannym zwiedzaniu miasta wróciłem do hotelu, żeby się spakować, karta do drzwi nie działała. Podając mi godzinę check-outu, organizatorzy pomylili bowiem AM z PM. Recepcjonista łaskawie dał się przekonać, że może jednak mnie wpuści i pozwoli się spakować, ale już po trzech minutach do drzwi pukała sprzątaczka. Jakoś (bo nie gadałem po niemiecku od 2007 roku, ale to jednak – dziś stwierdzam – łatwy język) przekonałem ją, żeby dała mi ze dwa kwadranse. Już po pierwszym zjawił się jednak recepcjonista, by dołączyć do ponagleń.

Z tego pośpiechu zapomniałem spakować dyplom, po który przecież do Hamburga przyjechałem, ale na ulicy dogoniła mnie owa niecierpliwa sprzątaczka (dzięki!). Na lotnisko dojechałem bez problemów, prowadząc ciekawą rozmowę z panią kierowcą, która właśnie rzuca wszystko i wraz z mężem i trójką dzieci rusza w świat, dwa lata w trasie, bo ma już dosyć tego Ordnung muss sein. Za to mimo niemieckiego ordnungu lot polskich linii znów był opóźniony, bo trzeba było zmienić samolot. Ale dzięki zamianie pojazdu śmigłowego na odrzutowy – kończymy happy endem! – każdy z pasażerów miał rząd dla siebie, a pilot mógł depnąć i dolecieliśmy nawet przed czasem.

*

Dyplom cieszy, bo poza samą pasją, do tej bezpłatnej przecież roboty motywuje nas feedback. Nagroda pojawiła się też w zabawnym momencie – bo w tym roku sobie mocno odpuściliśmy, żeby po pięciu latach orki odetchnąć i przemyśleć, co było i co dalej.  Zabawne jest również to, że mimo starań nie udało mi się dociec, kto w ogóle bihajpa do tej nagrody zgłosił (dzięki!).

*

Co do samego festiwalu: Reeperbahn chwali się, że samych delegatów przyjechało w tym roku 5,9 tys. Impreza korkuje na kilka dni całą dzielnicę, przed klubami długie kolejki, na lotnisku widać ludzi wracających z niej także do Polski. Z drugiej strony na tej wielkiej i ważnej imprezie z trudem znajdowałem w programie – zarówno konferencji, jak i występów – coś dla siebie. Zachwycili mnie w zasadzie tylko znani już i lubiani: 5K HD (Austria) oraz Melby (Szwecja).

Za to w lobby dla delegatów zawsze był spory tłum, więc może jest tak, że panele i koncerty mają być tylko miłym kontekstem dla bezpośrednich spotkań i networkingów. Tłumaczyłoby to obowiązkowy charakter imprezy dla ludzi z branży. Za to szaremu słuchaczowi koncertów i dyskusji polecałbym raczej mniejsze showcase’y typu MENT czy Tallinn Music Week. No i można tam płacić kartą.