Koncerty dla Ziemi

Koncerty dla Ziemi

Równo 15 lat temu byłem w Poznaniu na jednym z lepszych koncertów w moim życiu. Radiohead zagrali tam Koncert dla Ziemi, przy okazji wymuszając na organizatorach wprowadzenie rozmaitych ekologicznych nowinek – co relacjonowałem wtedy jeszcze w „Przekroju”.

Większość z tych rzeczy obecnie jest standardem, ale niektórzy przesuwają granice dalej. O ostatnich wysiłkach Coldplay oraz Billie Eilish, na scenach i na płytach, piszę krótko w nowej „Polityce”  .

Fine.


Audio bez wideo

Audio bez wideo

„W erze zdominowanej przez krótkie formy wideo tradycyjne teledyski są coraz częściej wprost ignorowane” – doniosła agencja analityczna Chartmetric.

Postanowiłem przyjrzeć się sprawie – parę słów na ten temat w nowym wydaniu magazynu ZAiKS-u (strona 38). W którym polecam też (nie pierwszy) świetny tekst Jarka Szubrychta na temat światowego sukcesu polskiego metalu.

A co do teledysków, to wożenie wielkich głów po Polsce całkiem popłaciło.

 


Zwierzęta też się zabijają

Zwierzęta też się zabijają

Półtora roku temu wylądowałem po raz pierwszy w życiu w Hiszpanii, miałem spędzić tydzień w górkach godzinę drogi od Madrytu, zostałem pięć tygodni.

Zakochałem się i odkryłem, że bez hiszpańskiego na prowincji nawet podstołecznej ani rusz. Toteż zacząłem pośpiesznie uczyć się języka z DuoLingo, bo jakoś trzeba odnaleźć się w podstawowych sytuacjach sklepowo-uliczno-knajpianych, zamówić wegetosta z frytkami, bez pepsi.

Uczę się dalej z ogromną przyjemnością, bo żaden język mi tak nie wchodził jak hiszpański, a skutkiem ubocznym tej nauki jest to, że zaczynam rozumieć nazwy latynoskich i hiszpańskich zespołów, które przez lata poznałem dzięki bihajpowi.

I to okazuje się ciekawe, weźmy pierwsze z brzegu (w moim amatorskim tłumaczeniu):

Arranquemos del Invierno – Zaczynamy Zimę (Chile)
El Mato a un Policía Motorizado – Zabił Policjanta na Motorze (Argentyna)
La Hipocresía Mató al Gato – Hipokryzja Zabiła Kota (Chile)
Los Animales También Se Suicidan – Zwierzęta też się Zabijają (Chile)
Triángulo de Amor Bizarro – Dziwnaczny Trójkąt Miłosny (Hiszpania)
El Gran Poder de Diosa – Wielka Moc Bogini (Dominikana)

Myślę o polskiej konkurencji, mamy coś godnego? Ano mamy. Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach. Big Cyc. Sztywny Pal Azji. Nagły Atak Spawacza. Zabili Mi Żółwia.

Ale! W Polsce większość z tych kapel z założenia przymróżała oko, a ci Latynosi serio grają. Czasem wręcz symbolizują ambitną lokalną alternatywę, jak Dziwnaczny Trójkąt Miłosny czy Zabił Policjanta na Motorze.

Spytałem o sprawę naszego argentyńskiego korespondenta, tako rzecze Rodrigo:

I really laughed with your insight of band names in Spanish… Well, El Mató a un Policía Motorizado is kind of a meme on Twitter. Users joke with the name of the band and the news headlines on TV, it’s fun haha. For example, if a headline says „Policía mató a criminal” they say things like „indie bands have crazy names nowadays”.

No ale cóż, w świecie anglosaskim od prawie trzech dekad alternatywę symbolizują Radiogłowi. A w japońskim Tokijskie Wypadki. Chińczycy szczycą się swoim Chinese Football, i tu najtrudniejszego z języków na szczęście uczyć się nie trzeba.


Kim-pop

Kim-pop

W nowej „Polityce” piszę krótko o najbardziej niespodziewanym przeboju: nowy wytwór północnokoreańskiej propagandy, którego grupą docelową są wszak poddani reżimu, ewentualnie jeszcze południowy sąsiad, prawem wiralu rozszedł się po całym globie, szczególnie na TikToku. Ale nawet na YouTube przebiła już milion odsłon.

W tekście zajmuje się głównie kontekstem, ale co z samym przebojem? Ano mimo że jest siermiężną krzyżówką ABBY i okolic z klasycznymi czołówkami wschodnioazjatyckich bajek, uwagi po prostu nie mogła nie zwrócić sama inność kawałka, wielu tiktokowców pewnie nigdy w życiu czegoś takiego nie słyszało. No i znów się potwierdza, że lokalne języki górą.

Mam tylko nadzieję, że żadne tantiemy z tych (także moich) odsłuchów do Kima nie spływają.


beehype w podkaście

beehype w podkaście

Jakieś 11 lat temu zapukałem do pokoju Bartka Chacińskiego w redakcji „Polityki” – wtedy jeszcze z nią luźno współpracowałem – żeby mu opowiedzieć o szalonym pomyśle na serwis, który gromadziłby dziennikarzy muzycznych z całego świata w celu polecania sobie wzajemnie i publiczności fajnej lokalnej muzyki.

Bartek wysłuchał i powiedział coś w rodzaju: rób.

O tym, co z tego wyszło, rozmawiamy w podkaście kulturalnym „Polityki”, można posłuchać na naszej stronie albo ulubionym agregatorze. A teledysk, który polecam pod koniec rozmowy (z niego obrazek powyżej), znajdziecie tutaj.


Dekada pszczół

Dekada pszczół

Równo dziesięć lat temu usprawiedliwiałem się tutaj, dlaczego mimo pierwszego dnia wiosny nie piszę o Talk Talk. Powody były dwa: rozmówca odmówił mi rozmowy i właśnie tego dnia, po roku przygotowań, zadebiutował beehype.

Czytam swoje komentarze pod tamtym wpisem, przeglądam korespondencję z tamtego czasu, odezwał się wtedy do mnie nawet Robert Sankowski. I widzi mi się, że tamte przemyślenia są wciąż aktualne.

Mimo pewnej ekspansji muzyki nie po angielsku, o czym sam pisałem, i łatwego dostępu do „lokalnej” muzyki za sprawą globalizacji Spotify i reszty – gdy beehype startował, cokolwiek można było znaleźć tylko na YouTube i Soundcloudzie, ale często błagaliśmy zespoły o wrzucenie tam materiału – statystycznie ludzie wciąż słuchają głównie muzyki krajowej i anglosaskiej. Mimo że oglądają, czytają i zjadają wynalazki ze świata całego.

Byłem przekonany tę dekadę temu, że powszechną oczywistością stanie się to, co postulujemy i wyrośnie nam taka konkurencja, że będzie trzeba zamknąć ten ul. Tymczasem inicjatyw tego typu wręcz ubyło: znikł Music Alliance Pact i globalne rekomendacje Guardiana, znikły też zżynki z beehype’a – za jedną okazał się stać nasz francuski korespodent, który kilka miesięcy wcześniej dziwnie przestał podrzucać rekomendacje.

Wychodzi więc na to, że wciąż możemy się przydać garstce obieżyświatów, że nadal warto to ciągnąć w tej czy innej formule: o nią od dłuższego czasu sam siebie pytam. Aktualna pozostaje na pewno motywacja osobista: nadal nic nie cieszy mnie jako słuchacza i dziennikarza jak to, gdy znajduję kogoś ciekawego i nieznanego z Japonii, Chile, Turcji czy Czech. Wspominałem tutaj w dniu debiutu beehype’a:

W ostatnich tygodniach spływała do mnie ta muzyka i mam poczucie, że to był najprzyjemniejszy muzycznie miesiąc w moim życiu.

Szczęśliwie wciąż ta muzyka spływa i mam poczucie, że to była najprzyjemniejsza muzycznie dekada w moim życiu.

A tej przyjemności dopełnia prezent, jaki sobie i Wam przyszykowaliśmy z okazji dziesiątych urodzin: kolekcję klasyków. Gdybyśmy anglosasów nie olewali i gdybym to ja odpowiadał za brytyjską selekcję, to bez wątpienia pojawiłoby się tam i Talk Talk.

 

 


Wertykale albo wcale

Wertykale albo wcale

„Jak zaczniesz, to już nie skończysz” – rzekł mi prawie cztery lata temu kuzyn z Pienin, gdy pierwszy raz pobiegłem z nim w góry, po ucieczce z miasta po długim lockdownie. Wyśmiałbym go wtedy, ale brakowało mi tchu.

Miał rację. Powody próbuję wyjaśnić w nowej Polityce. A zdjęcie z dzisiejszego wertykału, oczywiście Pieniny.


Szmery Madery

Szmery Madery

W ciągu trzech lat udało mi się trzy razy odwiedzić Maderę (i planuję kontynuować ten trend), więc chyba uczciwie polecam w nowej „Polityce” podróż na tę niezwykłą wyspę.

Na papierze i nie tylko zmieściła się nawet wzmianka o moich dwóch ulubionych miejscówkach na zachodnim skraju Madery:

Strefę słońca zamykają na zachodzie dwa sąsiadujące, lecz jakże różniące się miasteczka. Jardim do Mar to zwarty labirynt wąskich chodników wyłożonych czarno-białymi kamieniami, z otaczającą wszystko półkolem nadmorską promenadą i wszechobecnymi kotami. Z kolei Paul do Mar ciągnie się kilometrami wzdłuż falochronu, od przystani rybackiej po sady bananowe, a po drodze włóczą się psy. W obu można się poczuć jak na końcu świata, choć to tylko koniec Europy: najbliższa za wielką wodą jest Brazylia.

 


Japońskość niezgody

Japońskość niezgody

Prywatnie od początku omijałem temat ukraińskiej Miss Japonii, szczególnie gdy z mediów japońskich (i ukraińskich) przeskoczył się do międzynarodowych, a zaraz potem do polskich.

Gdy więc od redaktora działu Świat w „Polityce” dostałem zapytanie o tekst na ten temat – podparty słuszną uwagą, że od lat (dekady?) obiecuję coś dla niego napisać – broniłem się, że już wszyscy o tym napisali. Odparł, że my zrobimy to „głębiej”.

No to w nowym numerze „Polityki” próbuję trochę pogłębić.