„Coroczne pozdrowienia z początku wiosny. Wczoraj nie było Talk Talk, więc pozdrawiam w ten sposób” – napisał mi SMS-em kumpel, którego możecie tu widywać w komentarzach podpisującego się jako Fripper.
Zawsze dość swobodnie żonglowałem astronomiczną i kalendarzową datą początku wiosny, mogłem więc uratować jakimś pospiesznym wpisem. Ale faktem jest, że o ile wiosnę odnotowałem, to o naszej talktalkowej tradycji po raz pierwszy zapomniałem. Więc podziękowałem: i za przypomnienie, i za pomysł na tegoroczny wpis. Bo po chwili wstydu wróciła do mnie niedawna refleksja wynikająca z nadchodzącego stulecia urodzin Milesa Davisa.
Zaczęło się od opublikowanych w Guardianie wspomnień jego współpracowników z różnych etapów. Opisywali, jak ważny Davis był i dla nich osobiście, i dla muzyki jako takiej. Uderzyło mnie, że jeszcze gdy ja zaczynałem głębiej zanurzać się w muzyce, to Davis wciąż był postacią wszechobecną. Obok Beatlesów, Dylana, Floydów czy Bowiego był jednym gigantów, których cień (pozytywnie) kładł się na całej muzyce, na słuchaniu jej i rozmawianiu o niej.
Obecnie takiego wrażenia nie mam, ale nie dotyczy to tylko Davisa – czy Beatlesów, Dylana, Floydów i Bowiego, ani Kraftwerk, Public Enemy czy Radiohead. Ogólnie zgubił się muzyce cały ten historyczny i stylistyczny kontekst, poczucie ciągłości, akcentowanie powiązań i inspiracji. Ale później dotarło do mnie, że to czas mojej muzycznej inicjacji i edukacji był wyjątkowy, bo w trójnasób sprzyjał temu umiejscawianiu słuchanych rzeczy, starych czy nowych, na pracowicie uzupełnianej muzycznej mapie.
Po pierwsze, wciąż mocna była jeszcze prasa muzyczna (ta droga anglojęzyczna dostępna głównie dzięki hulającym po sieci PDF-om i zamożnym znajomym). Po drugie, muzyczny dyskurs niezwykle ożywiły i urozmaiciły internetowe grupy dyskusyjne, fora, globalne i lokalne serwisy muzyczne, wreszcie blogi. I po trzecie, za sprawą „wymiany płytek”, później empetrójek cały ten historyczny i bieżący kontekst był na wyciągnięcie ręki. Dyskografię Milesa w ramach tych kilkunastu obowiązkowych pozycji można było zdobyć, poznać i omówić w mig.
Obecnie zarówno o wiedzę, jak i o muzykę jeszcze łatwiej, ale – no właśnie – kontekst jakby nie sprzyja. Niby udział „katalogu”, czyli wydawnictw wydanych ponad 18 miesięcy temu, zmierza w streamingu ku 80 proc. odsłuchów (aczkolwiek nie wiemy, jaki był w epoce winyli, kaset czy CD, bo wtedy zliczano jedynie sprzedaż – i tutaj naturalnie dominowały nowości). A blisko połowa utworów trendujących na TikToku ma ponad pięć lat. Ale wyciąganiu z piwnicy pojedynczych piosenek Fleetwood Mac, Kate Bush czy Alphaville (i Christiny Aguilera) żaden dyskurs o kontekstach nie towarzyszy, jakieś rozszerzenie punktowego zainteresowania na całą dyskografię, nurt czy epokę.
Czy to źle? Może nie, każdy czas rządzi się swoimi prawami także w kwestii relacji, jaką mamy z muzyką i muzykami – przynajmniej pozornie ta obecna jest bliższa niż kiedykolwiek, skoro można komunikować się bez pośredników i to w obie strony. I może dobrze, że więcej uwagi poświęca się żyjącym i muzykującym teraz. Niemniej dla mnie ów kontekst stanowił cenne uzupełnienie, czy raczej fundament tego, co ukazywało aktualnie.
A czy ktoś pamięta o Talk Talk? Przejrzałem kilkanaście dużych tytułów i serwisów, od „New York Timesa”, „New Yorkera”, „Guardiana”, „El Pais” czy „Der Spiegel” po Piftchforka, „Wire” i NPR. W ciągu ostatniego o Talk Talk szerzej wspomniał tylko „NYT”, opisując, jak „Spirit of Eden” z fiaska wyrosło na album kultowy. Kilka recenzji Pitchforka odsyła do Talk Talk, ale między innymi. Podobne przelotne wzmianki ma „Guardian”. A tak „Talk Talk” szerzej pojawiało się ostatnio tylko za sprawą takiegoż singla Charli XCX.
Dobrze więc, że tutaj o Talk Talk pamiętamy (i pisząc, słuchamy rzecz jasna). I może też dobrze, że pamięcią zbiorową.
*
O Talk Talk w 2025, 2024, 2023, 2022, 2021, 2020, 2019, 2018, 2017, 2016, 2015, 2014, 2013, 2012, 2011, 2010, 2009.
![]()











