Jordi Savall – wywiad

Jest pan w Krakowie częstym gościem. Tym razem w związku z „Jérusalem”, koncertem łączącym tradycję trzech wielkich religii.

Jordi Savall: Mój pierwszy festiwal w tym mieście zaliczyłem już w latach 70. Krakowska publiczność zawsze była głodna takiej muzyki. „Jérusalem” to hołd dla miasta, które przetrwało tysiące lat pomimo niezliczonych wojen i pogromów. To także pieśń nadziei, pieśń na rzecz pokoju – zdawałoby się – nieosiągalnego. Kiedy rozpoczynałem pracę nad „Jérusalem”, wszyscy mówili, że oszalałem, że chrześcijan, Palestyńczyków i Żydów dzieli zbyt wiele, by dało się ich zgromadzić wokół jednego projektu. Ale nie zwracałem na to uwagi i przez cały rok odwiedzałem kościoły, synagogi i meczety, aż znalazłem ochotników. Daliśmy już kilka koncertów, niektóre fragmenty albumu pochodzą właśnie z nich.

W tym jeden w samej Jerozolimie. Jak zostaliście tam przyjęci?

To było wydarzenie pełne emocji. Ludzie mieli w oczach łzy, niektórzy płakali. Wszyscy krytycy powtarzali później, że goszczący nas Israel Festival mógłby ograniczyć się do tego jednego występu.

Obyło się bez problemów na tle różnic religijnych?

Gdy układaliśmy program, dołożyliśmy starań, by
zrównoważyć akcenty wszystkich trzech tradycji. W zasadzie stałem nad muzykami ze stoperem w ręku i sprawdzałem, czy żydzi, chrześcijanie i muzułmanie mają dokładnie tyle samo czasu (śmiech)! W pewnym momencie podszedł do mnie przyjaciel z Izraela i mówi: „Jordi, popełniasz błąd, tu jest za dużo arabskiej muzyki jak na Jerozolimę, to się ludziom bardzo nie spodoba”. Lecz gdy tylko palestyński kantor Muwafak skończył śpiewać swoją pierwszą pieśń, publiczność zgotowała mu owację na stojąco. A jako solista jest wyeksponowany niczym muezin wzywający z minaretu wiernych na modlitwę. To nas przekonało, że ludzie są gotowi wsłuchać się w innych od siebie, że nie boją się różnic.

Próbuje pan na własną rękę realizować ekumenizm?

Ciągle słyszę, że marzą mi się utopie nieprzystające do światowych realiów. Obecne wydarzenia faktycznie nie pozostawiają wiele nadziei. Ale gdy siedzimy ramię w ramię, 40 muzyków z Palestyny, Izraela, Armenii, Turcji, Syrii, Maroka, Grecji, Hiszpanii, Włoch, Iraku i Afganistanu, tworząc w pełnej harmonii przepiękną muzykę, wówczas to już nie jest utopia, lecz rzeczywistość.

Udało się wam osiągnąć tę harmonię także w codziennych kontaktach?

Nie obyło się bez kłopotów, ale dotyczyły głównie zwyczajów religijnych. Pewnego razu usłyszeliśmy w synagodze trzech świetnych kantorów. Opowiedzieliśmy im o naszym projekcie, a oni na to: jeśli tam będą kobiety, to nie zaśpiewamy. W Kairze poznaliśmy kilku wspaniałych instrumentalistów. Mieliśmy już za sobą rozmowę o terminach i honorarium, kiedy zapytali nas o skład zespołu. Gdy usłyszeli o muzykach z Izraela, przeprosili i poszli sobie. Bali się, że ich rodacy nie zrozumieją, dlaczego występują ramię w ramię z wrogiem. Nawet datę występu w Krakowie musieliśmy zmienić na 7 kwietnia, gdyż dzień później rozpoczyna się żydowska Pascha. Z powodu szabatu przesuwaliśmy już trzy koncerty. „Jérusalem” wymaga uwzględniania mnóstwa czynników, które nie mają nic wspólnego z muzyką.

Czy nie to właśnie czyni ten projekt wyjątkowym?

Oczywiście, choć czasem trzeba się było bardzo napracować. Tuż przed koncertem w kościele musieliśmy zasłonić wszystkie chrześcijańskie symbole, obrazy i figury świętych. Muzułmanin albo żyd nie zaśpiewałby, stojąc naprzeciwko krzyża.

Jest pan zadowolony z efektu, gdy słyszy „Jérusalem”?

Weszliśmy w to przedsięwzięcie z ogromnym zapałem, a i tak przeszło nasze oczekiwania. Jeszcze nigdy nie uczestniczyłem w projekcie, który wymagałby tak wielkiego zaangażowania od każdego z uczestników. Pracowałem już z orkiestrami, w których kilku muzyków odgrywało kluczowe role, ale gdy któryś z nich zachorował, miałem w zanadrzu innych. W tym przypadku nie mam zastępstwa chociażby dla żydowskiego kantora czy paru unikatowych instrumentalistów. Wprowadzenie nowego muzyka oznaczałoby rozpoczynanie „Jérusalem” niemal od początku. Dlatego każdy czuje się niezastąpiony.

Rok temu przywiózł pan do Krakowa spektakl inspirowany malarstwem Caravaggia, teraz motyw Jerozolimy. Muzyka sama w sobie to zbyt mało?

Koncertuję zawodowo od 1969 roku. Chociaż zwykłe koncerty dają sporo przyjemności, to po tych 40 latach wiem, że muzyka ma znacznie większy potencjał, którego nie można zmarnować. Przecież tak świetnie łączy się ze sztuką, z literaturą, duchowością. Za pomocą muzyki nadajemy historii ludzki wymiar, dodajemy jej barw i emocji. Muzyka oświeca nie tylko intelekt, ale i serce, dotyka samego sedna duszy.

Właśnie z myślą o tych nietypowych projektach założył pan własną wytwórnię?

Alia Vox działa już ponad 10 lat i pozwala nam realizować pomysły, których żadna inna wytwórnia nie zaakceptowałaby bez ingerencji. Nasz następny pomysł dotyczy krucjaty przeciw katarom w Langwedocji z 1209 roku, która w ciągu dwóch dni pochłonęła 20–30 tysięcy istnień ludzkich. O takich momentach w historii nikt nie chce pamiętać. My staramy się wzbudzić refleksję nad tym, czemu w ogóle do takich zdarzeń dochodzi i dlaczego dzisiaj próbujemy o nich zapomnieć. Jednym z kryteriów oceny stopnia rozwoju naszej cywilizacji jest pamięć. Bez pamięci nie ma też przyszłości.

Muzyka może tu odegrać istotną rolę?

Wiele fragmentów „Jérusalem” mówi o jej nieprawdopodobnej sile: poczynając od trąb, takich samych jak te, które trzy tysiące lat temu zburzyły mury Jerycha, a kończąc na pieśni „El male rahamim”. W 1941 roku żydowski kantor Shlomo Katz tak wzruszył nią nazistów, że oszczędzili mu życie! I to jest lekcja, jaką daje nam muzyka – że łącząc duchowość z wrażliwością, możemy dokonać rzeczy niemożliwych.

 

Jordi Savall, 68 lat, to największy współczesny odkrywca i wykonawca muzyki dawnej na świecie. W ciągu 40 lat pracy opublikował ponad sto kompozycji, wskrzeszając bezcenne zabytki średniowiecznej tradycji. Doceniony już w latach 70. za interpretacje Bacha, na początku lat 90. zasłynął szerzej jako autor ścieżki dźwiękowej do filmu „Wszystkie poranki świata” nagrodzonej Cezarem i nominowanej do Grammy. Wiedziony myślą Dostojewskiego: „Piękno ocali świat”, za pomocą muzyki próbuje prowadzić dialog międzykulturowy, za co UNESCO wyróżniło go tytułem Artists for Peace.

(“Przekrój” 13/2009)

 

 

Fine.




Dodaj komentarz