Spiritualized (Jason Pierce) – wywiad

Jesteśmy w Polsce bardzo podekscytowani przyjazdem Spiritualized. A ty potrafisz jeszcze ekscytować się koncertami?
Jason Pierce: – Czy ja jestem podekscytowany? Nawet sobie nie wyobrażasz jak! W niektóre miejsca tak trudno się dostać, chociaż – od lat to powtarzam – jestem gotów pojechać absolutnie wszędzie. Ale potrzebuję pomocy z tego miejsca i w Polsce ktoś taki w końcu się znalazł. Ten koncert był wyczekiwany nie tylko przez fanów, ale i przez nas.

Na Off Festivalu wystąpi oprócz ciebie sporo utalentowanych kapel, ale przeważnie bardzo młodych. Miałbyś dla nich jakąś radę?
– Tyle że ja wiem naprawdę niewiele… Nie jestem specjalnie utalentowany, niezbyt potrafię grać z innymi muzykami, większość tego, co robię, to palce na strunach plus mój śpiew. Na szczęście rock and roll nie jest zbyt wymagający, w nim chodzi tylko o szukanie swojego własnego głosu. Szkoda, że gros powstającej obecnie muzyki to kopiowanie cudzych pomysłów – czerpanie od innych i sprzedawanie w nowym opakowaniu.

A gdybyś sam mógł wrócić do początków kariery, próbowałbyś pójść inną drogą?
– Chyba nie, generalny kierunek był właściwy. Zawsze podążałem za moją muzyczną pasją i nie zwracałem uwagi na przemysł muzyczny, który potrafi zamęczyć człowieka na śmierć. Ludzie każdego dnia są oszukiwani przez tę wielką machinę. Pomyśl tylko, ile razy czytałeś entuzjastyczne pięciogwiazdkowe recenzje: „Zdumiewające!”; „Musisz to mieć!”; „To jest przyszłość!”. A po kupnie płyty czułeś się kompletnie rozczarowany. Mnie interesuje tylko to, jakie moja muzyka wzbudza w tobie uczucia, co ona z tobą robi. Wracając do poprzedniego pytania: wystarczy być wiernym własnym przekonaniom, ot cały sekret. To nie jest kwestia umiejętności technicznych czy zdolności medialnych. Grając jeden akord z wystarczającym przejęciem, na ten moment czynisz go najważniejszym w całym wszechświecie. I to jest rock and roll!

Brzmi wspaniale, ale gdzie jest haczyk?
– Jak w każdej dziedzinie opartej na kreatywności, katorgą są długie okresy absolutnej bezproduktywności. Tracisz na darmo czas i energię. Czekasz, aż coś się wydarzy. I jesteś coraz bardziej sfrustrowany. A to wszystko z powodu czegoś, co teoretycznie powinieneś kochać. To przypomina odsiadkę w więzieniu.

A kiedy już wyjdziesz z celi?
– Wtedy okazuje się, że twoje wspaniałe dzieło idzie w świat i nie masz już nań żadnego wpływu. Nie jesteś w stanie zmienić ani jednej nuty, ani jednego słowa. Nagle ten ogrom informacji o tobie zapisany w dźwiękach rozchodzi się po całym świecie. Ta perspektywa sprawia, że jeszcze na etapie tworzenia starannie pilnuję, by przekaz był w pełni zgodny z moją intencją. A to bardzo wyczerpuje.

Z ostatnim albumem „Songs in A&E” szło ci szczególnie ciężko – tuż przed nagraniami zapalenie płuc postawiło cię na skraju śmierci.
– Dla mnie proces tworzenia jest równie ważny jak jego efekt, a czasem ważniejszy. W przypadku „Songs in A&E” był on niezwykle trudny przez tę potężną wyrwę w środku mojego życia. Sam powrót do studia zabrał mi długie miesiące i wiele mnie kosztował. Może nie słychać tego na płycie, ale jej nagranie wymagało nieludzkiego wysiłku.

Jest coś, co łączy wszystkie twoje płyty – od debiutu Spacemen 3 aż po ostatnie płyty Spiritualized?
– Chyba tylko mój głos. No i zamiłowanie do pewnych dźwięków, akordów, rozwiązań – zwykle bardzo prostych – które mnie pobudzają. Jednocześnie staram się unikać powtórek. Świadomość tego, że mógłbym w mgnieniu oka nagrać kolejną płytę, korzystając ze sprawdzonych przepisów, w jakiś sposób uspokaja. Ale nie zabieram się do instrumentów, jeśli nie mam po temu powodu.

Zacząłeś myśleć o nowej płycie?
– W zasadzie mam już dość pomysłów, muszę je tylko zebrać do kupy. Niektóre z nich pewnie przywieziemy do Polski! Najwspanialsza rzecz to granie muzyki na scenie. Serio. Możesz próbować różnych sztuczek w studiu, możesz filmować koncerty i wracać do nich. Ale nigdy nawet nie zbliżysz się do tego uczucia, które daje występ na żywo.

(“Przekrój”)

 

 

Fine.




Dodaj komentarz