Ólafur Arnalds – wywiad

Jak udaje ci się przenosić swoją intymną muzykę na wielkie festiwalowe sceny?
Ólafur Arnalds: – Oto mój przepis: proszę wszystkich, by usiedli na trawie, uważnie słuchali i nie rozmawiali zbyt głośno. I to zwykle działa! Jeśli muzyka jest w porządku, to ludzie nie martwią się zbytnio scenerią. Zresztą, na scenie nie będę sam z moim pianinem i laptopem, bo przyjeżdża mną kwartet smyczkowy.

Islandię na dobre pochłonął kryzys. Jak sobie z nim radzą muzycy?
– Jest bardzo dobrze, bo rząd robi więcej niż kiedykolwiek, by pomóc muzykom. Władze wiedzą, że w czasach kryzysu muzyka jest bardzo ważna dla społeczeństwa. Organizują festiwale, a nawet wspierają nas finansowo, jeśli tego potrzebujemy. Zresztą politycy doskonale wiedzą, że muzyka to jeden z najlepszych towarów eksportowych Islandii i przyciąga tłumy turystów. Im więcej muzyki powstanie, tym więcej pieniędzy przypłynie na Islandię.

Fenomen muzyczny Islandii zwykle zrzuca się na scenerię i klimat twojego kraju. Ile w tym prawdy?
– Moim zdaniem to mit, jedna wielka ściema. Odpowiedź jest inna: Islandia jest tak mała, że wszyscy muzycy się znają i nawzajem inspirują. Pracujemy razem, zachęcamy do działania i spędzamy wspólnie wolny czas. I nie ma między nami konkurencji. Paradoksalnie właśnie dzięki ciasnocie, która wymusza na nas współpracę. A same początki tego fenomenu? To się po prostu zdarzyło, a potem już potoczyło dalej. Młodzi dorastają w otoczeniu dobrej muzyki i chcą robić to samo, w ten sposób inspirują następne pokolenia.

Sam zacząłeś grać w wieku pięciu lat. Czemu tak wcześnie?
– To bardzo typowe na Islandii: rodzice posyłają dzieci, aby trenowały piłkę nożną albo uczyły się malować. Mnie posłali na lekcje muzyki. Najpierw grałem na perkusji, ale jako nastolatek zająłem się pianinem, a potem gitarą. Zresztą hobbystycznie gram na wszystkim, co wpadnie mi w ręce. Ostatnio fascynują mnie afrykańskie instrumenty.

A potem przyszło zainteresowanie klasyką i studia na kompozycji. Podobno zawdzięczasz to muzyce filmowej?
– To zasługa „Zielonej mili” i „Skazanych na Shawshank”. Dzięki nim odkryłem, że muzyka poważna to nie tylko to, czego słuchali moi dziadkowie! Klasyką z wielką pasją mogą się zajmować młodzi ludzie, o ile ktoś im ją pokaże. Na szczęście młodzież często chodzi do kina.

Nie przeszkadza ci rozdarcie pomiędzy klasyką i muzyką popularną?
– Oba kierunki mnie fascynują i nie zamierzam wybierać któregoś z nich. Gdybym musiał to zrobić, szybko bym się znudził. Przykładowo, gdy piszę nowy album, w przerwach idę ze znajomymi do klubu techno. To różne rodzaje emocji, ale nikt nie posiada w sobie tylko jednego rodzaju emocji. Ja potrzebuję całej ich palety.

Podobno inspiruje cię Chopin?
– Uwielbiam go! Szczególnie przepadam za jego etiudami. Zabrakłoby mi słów, aby powiedzieć, jak wielki miał na mnie wpływ. Szkoda, że nie potrafię go zagrać…

Za to nie przepadasz podobno za słowami w muzyce.
– Muzyka instrumentalna wydaje mi się bardziej interesująca, bo pozostawia szerokie pole własnej interpretacji. Słowa niepotrzebnie wyjaśniają muzykę. Mówią ci, co słuchając jej powinieneś odczuwać. Od razu wiesz, czy piosenka jest smutna, czy wesoła, zanim to sam poczujesz.

Twoi rodacy z Sigur Rós mają utwory ze słowami, które nic nie znaczą.
– I to jest genialny kompromis. Oni nie mówią ci, co masz czuć. Śpiew traktują jako kolejny instrument.

To jeżdżąc z nimi odwiedziłeś nasz kraj po raz pierwszy.
– I po tej przygodzie największy wzrost zainteresowania moją muzyką odczułem właśnie w Polsce – serio. Świetnie mi się u was grało, a teraz przyjeżdżam na tak duży festiwal!

(“Przekrój”)

 

 

Fine.




Dodaj komentarz