Robert Wyatt – wywiad


Powiedziałeś kiedyś, że każda forma sztuki to polityczna broń, która niewykorzystana świadomie działa na rzecz status quo. Czy traktujesz swoją muzykę jako narzędzie, jako broń?

Robert Wyatt: Na pewno nie jako broń. Ze sztuką jest jak z meczem futbolowym. Niektórzy wierzą, że kibice pomagają zawodnikom, wpływają na wynik meczu. Nie mamy jednak statystyk na potwierdzenie tego zjawiska. Podobnie brak dowodu, że sztuka ma jakikolwiek wpływ na politykę, to raczej artyści reagują na sytuację polityczną. Mogą jednak zwiększać świadomość polityczną wśród swoich odbiorców, o ile podejmą to wyzwanie.

Inna sprawa to kontrola nad własnymi pracami, a raczej jej brak. W latach 50. w USA prace wielu lewicowych malarzy abstrakcjonistów organizacje prawicowe wykorzystywały do swoich celów propagandowych. Polityka to trudny obszar, a artyści, którzy wierzą, że mogą cokolwiek zmienić, moim zdaniem tylko się łudzą.

Często tworzyłeś muzykę w odpowiedzi na aktualne wojny i konflikty. Czy podobnie jest w przypadku nowej płyty?

W moim wymarzonym świecie troszczyłbym się tylko o relacje z ludźmi, pracę i zdrowy tryb życia. Niestety, mój kraj i prawie cały anglojęzyczny świat zawsze zdaje się być w stanie wojny. Kiedy się urodziłem, trwała II wojna światowa, ale wtedy walka była rzeczą właściwą, tamta wojna miała moralne uzasadnienie. Jednak z upływem lat, szczególnie w USA, wojsko i przemysł zbrojeniowy stały się niemal niezależne. Słyszałem o amerykańskim żołnierzu, który przyznał, że ucieszyła go inwazja na Grenadę, bo bez walki armia czuje się jak drużyna futbolowa nierozgrywająca meczów. Wojna stała się swego rodzaju nawykiem anglosaskiej społeczności i metodą wymuszania naszej woli na reszcie świata. Wstyd mi z tego powodu. A poza tym to są moje podatki.

Dlatego na nowej płycie porzucasz chwilami język angielski na rzecz hiszpańskiego i włoskiego?

Chciałem wydostać się poza ten zamknięty kokon anglocentrycznej kultury, która tkwi w mojej głowie, bo ją odziedziczyłem.

Zdaje się, że niemały wkład w te nagrania wniosła jeszcze kultura twojej żony?

Alfie przede wszystkim trzyma mnie przy życiu, karmi mnie i hamuje moje ciągotki do alkoholu! Ale to prawda, wykorzystałem sporo tekstów, które znalazłem w jej notesie. Alfie w niezwykle przejrzysty sposób wyraża swoje emocje. I może to wynika właśnie z tego, że nie jest rdzenną Brytyjką.

Jest Polką!

Tak, pochodzi z Zakopanego. Wciąż fascynują ją fotografie Tatr i kultura góralska. Teraz mieszka z nami także jej 84-letnia matka, zbyt wiekowa, by żyć samotnie.

Nie brakuje zatem polskich akcentów w twoim otoczeniu.

Och, Polska ma u nas przewagę liczebną, 2:1! Ale Alfie nie mówi po polsku. Przyjechała do Anglii w 1947 roku wraz z mamą, która poniewierała się po różnych obozach dla uchodźców, próbując jakoś przetrwać z siedmioletnim dzieckiem uczepionym spódnicy. Anglicy byli wtedy bardzo podejrzliwi wobec każdego, kto mówił z obcym akcentem, a imię Alfreda kojarzyło im się z Niemcami. Dlatego matka nauczyła ją tylko języka angielskiego, nie przekazywała córce polskiego dziedzictwa dla jej własnego bezpieczeństwa. Alfie miała stać się zwykłą londyńską dziewczyną. Dziś przybywa tu bardzo wielu Polaków i są wspaniali! Są dobrze wykształceni i pokazują tym wszystkim londyńskim paniusiom i ogłupiałym leniom oglądającym w telewizji mecz za meczem, jak się rzetelnie pracuje.

Jak poznałeś Alfie?

To było około 1970 roku. Ona znała moją pierwszą żonę, a ja znałem ówczesnego chłopaka Alfie. W pewnym sensie zamieniły się partnerami i… tak oto jesteśmy razem. (śmiech)

Podobała jej się twoja muzyka?

Przychodziła czasem na moje występy, ale woli czarną muzykę, soul i jazz, rzeczy bardziej bezpośrednie, emocjonalne. Muzyka, jaką wtedy grywałem, wydawała jej się zbyt pretensjonalna i przesadnie udziwniona.

Czy dostawaliście wiadomości z Polski od rodziny twojej żony?

Tak, utrzymywaliśmy z nimi kontakt. To byli bardzo wierzący katolicy i nienawidzili ateistycznego komunizmu, który wyznawałem. Ale mieli swoją pracę i pensje, jedzenie było tanie, zresztą hodowali kurczaki i żyli w przytulnym domu w górach, więc nie narzekali. Omijało ich to, co działo się w Warszawie oraz w innych studenckich i przemysłowych miastach.

Tymczasem ty na początku lat 80. przystąpiłeś nawet do Brytyjskiej Partii Komunistycznej (CPGB). Dla twoich fanów w Polsce wciąż może to się wydawać niezrozumiałe!

Wcale mnie to nie dziwi. Jestem za to zaskoczony, że ktokolwiek w Europie Wschodniej chce słuchać mojej muzyki. Wydawałoby się, że każdy, kto żył po tamtej stronie żelaznej kurtyny, powinien od razu wyrzucić moje płyty do kosza! W końcu nigdy nie przeprosiłem za tamto poparcie. Dlaczego? Bo tu, na Wyspach, obserwowaliśmy wówczas proces nowej kolonizacji krajów dawnego Imperium Brytyjskiego.

Powody zawsze się znajdowały. Mogła to być walka z apartheidem albo z komunizmem jak w przypadku poparcia tyranii Augusta Pinocheta w Chile. Brytyjska Partia Komunistyczna była jedyną, która przeciw temu protestowała, a z tego, co wiem, nikogo nie zabiła ani nie prześladowała. Walczyła za to z rasizmem narastającym wskutek owego neokolonializmu. Komunizm był jedyną alternatywą dla amerykańskiego imperializmu, dla „shitburgerów” z McDonalda i coca-coli nazywanej przez nas urin-colą.

Doprowadzało nas do rozpaczy to, że ludzie na Wschodzie, tak bardzo spragnieni wolności, byli gotowi przyjąć ingerencję Stanów Zjednoczonych, które przecież w tym samym czasie tak bardzo brutalnie zachowywały się w Indonezji, na Filipinach i w Ameryce Południowej. Zresztą teraz z kolei polscy żołnierze giną w Iraku.

Na twojej płycie pojawia się instrument o nazwie enotron.

Mam też dwa inne urządzenia – karinatron i monicatron. Zwykły melotron zawiera nagrania wszystkich dźwięków skali wybranego instrumentu, które później można przywołać za pomocą klawiatury. Podobnie działa mój wynalazek, tyle że zamiast dźwięków instrumentów mam zapis głosu Briana Eno, Karen Mantler i brazylijskiej śpiewaczki Moniki Vasconcelos. To swego rodzaju ludzki instrument klawiszowy. Musieli mi zaufać, bo teraz mogę robić z ich głosem, co tylko zechcę, nawet kiedy ich tutaj nie ma. Uwielbiam głos Briana i żałuję, że nie śpiewa więcej na swoich solowych albumach. Znamy się od 20 czy 30 lat i jesteśmy dobrymi przyjaciółmi.

Pracowałeś nie tylko z Brianem Eno, ale także z wieloma innymi legendami. Byli wśród nich Jimi Hendrix, Robert Fripp, Syd Barrett, John Cage – również młodsi artyści jak choćby Björk. Według jakich kryteriów dobierasz współpracowników?

Zwykle to oni dobierają sobie mnie. Dzwonią i pytają, czy nie chciałbym im pomóc. Zazwyczaj wybór nie należy do mnie. Z Brianem jest inaczej, znamy się od lat i często rozmawiamy o naszej muzyce, ale osoby, które wymieniłeś, w większości same skontaktowały się ze mną. Ja mogłem odpowiedzieć tylko „tak” lub „nie”. Za każdym razem jestem zaskoczony takimi prośbami. Nie mam pojęcia, skąd tym ludziom przychodzi do głowy odezwać się do mnie. Nie jestem dobrym wykonawcą, nie umiem nawet czytać nut. Najczęściej odsyłam im taśmy z powrotem z dopiskiem „nie potrafię”.

Czasem zupełnie nie znasz osób, które się z tobą kontaktują. Czy tak było w przypadku Anji Garbarek?

Tak, około 2000 roku przysłała mi piosenkę z prośbą o nagranie wokalu, bardzo piękną piosenkę, więc zrobiłem to chętnie. Zresztą Anja świetnie dogadywała się z Alfie, może nie bez przyczyny, bo Garbarek to także polskie nazwisko. Później poznałem całą płytę „Smiling & Waving” i okazała się cudowna. Szczególnie polubiłem utwór „Stay Tuned”, dlatego nagrałem go teraz we własnej wersji – otwiera nowy album.

Czy masz innych ulubionych muzyków młodego pokolenia?

Chcąc nie chcąc, poznaję w dużej mierze to, co polecają mi inni ludzie – i tak trafiłem na Amy Winehouse, którą bardzo lubię. Ale gdy słucham muzyki samotnie, zwykle sięgam po bardzo stare klasyki jazzowe. Po grubych czarnych muzyków. Dźwięki mojej młodości wciąż tkwią we mnie gdzieś głęboko, to chyba dotyczy wielu ludzi. Przetrwałem znój szkoły tylko dzięki takim artystom jak Ornette Coleman czy Charles Mingus i wciąż właśnie ich muzyka najbardziej mnie cieszy. Są dla mnie jak rodzina, dorastałem przy ich dźwiękach!

Zajmujesz się muzyką już ponad pół wieku. Warto było poświęcić jej życie?

Och, podejrzewam, że nie, ale nie potrafię robić nic innego! (śmiech) Po prostu nie miałem wyboru. Byłem słaby w szkole, skończyłem edukację w wieku 16 lat, nie nabywszy właściwie żadnej wiedzy i umiejętności. Próbowałem imać się różnych zajęć, ale zupełnie sobie nie radziłem, więc skupiłem się na tej jednej rzeczy, którą potrafiłem robić dobrze – właśnie na muzyce.

Brytyjczycy ukuli niedawno termin „wyatting”. Co oznacza ten czasownik?

Oznacza publiczne granie takich płyt, których nikt nie mógłby znieść – głównie po to, aby błyskawicznie opróżnić pub. Jakiś nauczyciel wymyślił, że najskuteczniej nadają się do tego nagrania Roberta Wyatta, i tak już zostało.

I co ty na to?

Cóż, sposób, w jaki ludzie wykorzystują moją muzykę, to już nie moja sprawa.

(Przekrój 43-44/2007)

 

 

Fine.




Jeden komentarz

  1. Ploplas pisze:

    Twoje płyty Robercie są wspaniałe!

Dodaj komentarz