Aga Zaryan – wywiad

Podpisała pani kontrakt z Blue Note. Marzenie o Ameryce wreszcie się spełniło?
– Wydanie albumu w wytwórni z 70-letnią tradycją, dla której tworzyli Nina Simone czy mój ukochany Sonny Rollins, to dla artysty jazzowego wyjątkowa nobilitacja. Czuję się niezwykle doceniona, bo jestem pierwszym polskim wykonawcą, któremu się to udało. A poza tym „Looking Walking Being” to moja pierwsza w pełni autorska płyta. Myślę, że to dla mnie kolejny ważny krok…

Skok?
– Właśnie, i to znaczący. Okazało się, że warto konsekwentnie iść swoją drogą, bo z czasem może się to przełożyć na karierę poza granicami Polski.

Ciekawe, że Amerykanie docenili pani najmniej amerykańską płytę. Mnóstwo tu akcentów latynoskich czy skandynawskich.
– Przez kilkanaście lat poznawałam standardy jazzowe. Słuchałam dużo amerykańskiej wokalistyki i jazzu instrumentalnego. Teraz poczułam się wystarczająco dojrzała, by zrobić coś własnego, odejść od mainstreamu. Na „Looking Walking Being” czerpiemy z wielu źródeł i po tej płycie chyba nikt już nie napisze, że jestem polską Dianą Krall (śmiech). Lubię muzykę brazylijską, kocham soul, a gitarzysta David Doru˚žka przepada za muzyką skandynawską. Mamy otwarte głowy.

Płytę nagrała pani tym razem głównie z polskimi muzykami.
– Jazz wprawdzie nie jest rockiem i koncertowanie z różnymi instrumentalistami jest rzeczą normalną, ja jednak wierzę w regularne muzykowanie. Najchętniej grywam z ludźmi, z którymi łączą mnie kilometry przejechane w trasie. Przez ostatnie parę lat grałam właśnie z Michałem Tokajem, Michałem Barańskim, Łukaszem Żytą i Davidem Doru˚žką, promując album „Picking Up the Pieces”, bo oryginalny amerykański skład przyjechał do Polski tylko raz. Z pianistą Michałem Tokajem współpracuję niemal od początku. Z kolei wybitny perkusjonista Munyungo Jackson nagrywa ze mną już trzeci album. Tak więc towarzyszy mi grupa przyjaciół i świetnych instrumentalistów, którzy od dawna ze sobą grają, bez zapraszania specjalnych gwiazd.

Zrozumieliście się bez słów?
– Podczas sesji „Picking Up the Pieces” dany utwór nagrywaliśmy dwa–trzy razy i wybieraliśmy najlepszą wersję. Tym razem było mnóstwo dogrywek. Munyungo przysłał część materiału z Los Angeles, a ja większość ścieżek wokalu nagrałam w swoim domu. Konkretnie w garderobie (śmiech). To metoda niezwykle pracochłonna, ale w rezultacie powstał materiał gęstszy i bardziej różnorodny niż „Picking Up the Pieces”.

A motto płyty: „Świat nie jest do oglądania, trzeba w nim być”?
– Zależy mi, by zacząć odbierać świat wszystkimi zmysłami, smakować każdy dzień, być tu i teraz. To moje pogodzenie ze światem, ale też powrót do wspomnień, obserwacji z życia. Są obrazki z dzieciństwa, wątki miłosne, jest też opowieść o Nowym Jorku, który mnie niezwykle inspiruje. „Picking Up the Pieces” nagrywałam w dosyć trudnym momencie wychodzenia z przedłużonego okresu dojrzewania. Dzisiaj jestem kobietą i artystką po trzydziestce, która zaczyna rozumieć, na czym stoi, czego szuka, która przygląda się życiu z większą pogodą ducha. Godzi się ze światem takim, jaki jest. Tytuł płyty „Looking Walking Being” dobrze oddaje to nastawienie, które – mam nadzieję – udzieli się także słuchaczom.

„Przekrój” 11/2010

 

 

Fine.




Dodaj komentarz