W maju nie piszę o…

…Eryce Badu, bo nowa płyta jest całkiem miła i przyjemna, ale w przeklętym porównaniu z poprzednią zawartość muzyczna, tekstowa i brzmieniowa przynosi rozczarowanie. Ja rozumiem, że niektórzy taką właśnie Erykę lubią najbardziej. Ja wolę, gdy ryzykuje w studiu, a nie przed obiektywem kamery.

…Xiu Xiu, Liars, Tindersticks, Husky Rescue i Dum Dum Girls, bo nowe płyty przesłuchałem po kilka razy, a nie pamiętam nic a nic. Najbliżej napisania o było „The Winter of Mixed Drinks” Frightened Rabbit, ale przeklęte porównanie do poprzedniej płyty zamknęło temat.

M.I.A. i niepospolitym teledysku „Born Free„. Bo obraz poradziłby sobie bez piosenki, piosenka bez obrazu – nie.

…Lou Rhodes, która śladem Beth Gibbons po przygodzie z trip-hopem postanowiła popróbować szlachetnych akustyków i smyków. Bo kolejne przesłuchania utwierdzają mnie w przekonaniu, że forma zacna, lecz pusta.  Ale mam nadzieję, że przykład Gibbons tutaj się nie skończy i za jakiś czas (około 2020 roku) Lamb triumfalnie powróci ze swoją najlepszą płytą.

Lady Gadze, bo większe wrażenie zrobił na mnie jej pierwszy producent, który koronę nowej królowej popu własnoręcznie zmontował, a którego potem cichcem rzuciła, zabierając walizkę pieniędzy ze sobą. A poza tym Jarek Szubrycht załatwił sprawę.

…Mosie Allisonie, kolejnym (tym razem bluesowo-jazzowym) dziadku muzyki odkrytym na nowo po -nastu latach. Bo zamiast pisać/czytać, lepiej posłuchać szczerego do bólu „My Brain”.

…Samie Amidonie i Tunng, których niezobowiązujące i jakże melodyjne wydawnictwa dostarczyły mi sporo radości, ale z każdej zapamiętam i tak wyłącznie utwór otwierający – odpowiednio „How Come That Blood” oraz „Hustle”. Czyżby symptomy choroby pojedynczych tracków?

Microexpressions z Jeleniej Góry, bo hype oddolny wychodzi im tak znakomicie, że może tzw. krytycy powinni siedzieć cicho i nie przeszkadzać.

polskiej płycie dekady wyłonionej w plebiscycie Trójki.

Fine.




23 komentarze

  1. MaciejP pisze:

    Heloł

    Dla mnie Tindersticks mnóstwo okej, Husky Rescue czasem wraca na plejlistę

    a co do reszty, przychylam komcia
    (i gdzieniegdzie wierzę na słowo).

  2. ArtS. pisze:

    Dla mnie pierwsza część „New Amerykah” też była kiepska. Niby bardziej nowoczesna, ale na tle współczesnej muzyki nic wyjątkowego pod względem aranży czy brzmienia, a Badu ze swoim konserwatywym sposobem śpiewania najwyraźniej się męczyła w tej formule. Całość sprawiała wrażenie albo zrobionej na siłę, albo niedopracowanej i miałem kłopoty ze zrozumieniem wysokich ocen dla tego albumu. Teraz już wiem, że zadziałała magia nazwiska, bo przy części drugiej słyszy się, że jeszcze lepsza, a wystarczy włączyć wczesne krążki żeby poczuć różnicę klasy.

    Jeśli już narzekam na niezrozumiałość muzycznego światka to fenomeny w rodzaju Mose’a Allisona też stanowią dla mnie zagadkę. Fat Possum od wielu lat wydaje bluesa z delty Mississippi, granego przez urodzonych tam dziadków i niewątpliwie też „do bólu szczerego” (a często też fenomenalnego muzycznie), ale nikt szumu wokół nich nie robi. Choć po namyśle też pewno „rozumiem”: gdyby ich wydało i wypromowało ANTI szum mógłby się znaleźć.

  3. Mariusz Herma pisze:

    „The Healer” i „Soldier” to dla mnie punkty centralne „New Amerykah”, bo łączą świetną piosenkę ze świetnym/świeżym brzmieniem. Zagłosowałbym więc raczej za pierwszą połową niż drugą. Tak czy inaczej, na tamtej płycie każdy utwór przynosił zupełnie nowe pomysły/doznania, nie zawsze stuprocentowo udane, ale kto nie próbuje… Teraz poszła w szlachetne rzemiosło, więc i wszystko musiało się udać.

    Mose Allison – przecież to legenda zadziałała, historia człowieka, jest o czym pisać, a brody są modne. Nie bez powodu niepiszę o nim i linkuję tylko jeden (urokliwy) utwór, bo reklamować całej płyty raczej nie warto.

  4. Kamil pisze:

    Konserwatywny sposób śpiewania? Album na siłę? Heh. Co to za bzdury? Niestworzone bajki ArtS. opowiadasz. To jest najbardziej myśląca do przodu płyta soulowa całej dekady. Od czasu „Voodoo” D’Angelo nikt w tak odważny i inwencyjny sposób nie postanowił wyjść naprzeciw własnej estetyce jak Badu. Album odżegnuje się z jednej strony do czasów wielkich zaangażowanych dzieł Gaye’a, Wondera czy Mayfielda, mieszając to z futurystycznym brzmieniem, które ani na chwile nie pozwala nam zapomnieć, że many do czynienia z albumem na wskroś nowoczesnym. Trzeba mieć po prostu głowę otwartą :) Już słychać, że co bardziej ambitni artyści z kręgu muzyki czarnej biorą sobie new amerykah part one za pewien wzór. Zresztą z tego co widzę, to tutaj fanów muzyki soulowej niestety nie ma. Mariusz też popełnił gafę z Maxwellem swego czasu :P

  5. Mariusz Herma pisze:

    Swoje uwagi – rzecz przeprodukowana (nawet w mainstreamowym soulu to możliwe) i sztucznie podrasowana – podtrzymuję, a to mnie początkowo odrzuciło od Maxwella. Ale przy odrobinie wysiłku da się przejść ponad tym do piosenek, a te są przednie. To jednak za mało, by 'co bardziej ambitni artyści z kręgu muzyki czarnej’ za kilka lat zaczęli powoływać się na Maxwella – chyba że nagra własne New Amerykah Pt1.

  6. Marta Słomka pisze:

    Przecieram oczy ze zdumienia. Powyższy wpis brzmi co najmniej tak, jakby Maxwell zadebiutował w 2009 roku płytą „Blacksummers’night”. Gość istnieje na rynku 15 lat i kogo miał zainspirować, tego już zainspirował albumem „Maxwell’s Urban Hang Suite”, w tym między innymi Erykę Badu.

  7. Mariusz Herma pisze:

    Erykah też nie debiutowała w 2008 roku (tak po prawdzie to siedzi w showbiznesie jakieś dziesięć lat dłużej niż Maxwell ;-) Ale wtedy właśnie, pewnie ku własnemu zaskoczeniu, dotarła tam, gdzie wcześniej jej się dotrzeć nie udało – mimo znakomitych przecież płyt.

    Mówię o czekaniu na płytę Maxwella, po której przestanie być „wykonawcą soulowym”. Powiedzieć w połowie dekady, że kogo Badu miała zainspirować, tego zainspirowała – to dopiero byśmy przecierali dziś oczy.

  8. Kamil pisze:

    Sęk w tym Mariuszu, że jesteś jedynym człowiekiem, który mówi o jakimś sztucznym podrasowaniu przy Maxwellu. Naprawdę przecieram oczy ze zdumienia, bo nie wiem gdzie ty co słyszysz. To jest płyta nagrywana na żywo, drogą improwizacji (przeczytaj sobie tekst Jona Parelesa z New York Timesa, który pisał o historii powstawania tego albumu). Nie ma tam żadnych producenckich wstawek korekcyjnych. Jest to soul z krwi i kości.

  9. Marta Słomka pisze:

    10 lat dłużej – to jest bardzo intrygująca teza :)

    Nie bardzo rozumiem, dlaczego przełamanie schematu soulowego miałoby z miejsca nobilitować – świat Maxwella jest światem soulowym, niezupełnie widzę go w innej estetyce (co nie jest przecież wadą), jego siłą jest znakomicie skrojona piosenka („Bad Habbits” czy „Pretty Wings” to są tracki działające znakomicie zarówno w obrębie albumu, jak i w charakterze singla), feeling, piękny wokal (cóż, uwaga o auto-tunie świadczyłaby raczej o niezbyt bliskiej znajomości z poprzednimi płytami Maxwella; chociaż podejrzewam, że akurat miałeś na myśli użycie tego gadżetu w obrębie instrumentarium?) i jeśli chodzi o współczesne warunki taka retro-wrażliwość skontrastowana z dosyć maskulinicznym obliczem dzisiejszego r&b.

    Sprawa przeprodukowania jest również dyskusyjna – choć w to akurat nie chciałabym się wdawać, bo nie jestem specjalistką, ale chętnie przeczytałabym parę solidnych argumentów przeciw produkcji.

  10. ArtS. pisze:

    Kamilu, najpierw piszesz, że trzeba mieć otwartą głowę, a zaraz potem, że trzeba być fanem muzyki soulowej, żeby docenić tę płytę… to w końcu które? Ja nie patrzę na „New Amerykah” jako na płytę soulową, ale na płytę, którą realizowali m.in. 9th Wonder czy Madlib i stawiam ją obok ich własnych dokonań oraz pokrewnych. I z tego punktu widzenia jej rzekoma „nowoczesność” nie robi na mnie żadnego wrażenia. Znacznie bardziej progresywne rzeczy na granicy soulu i nowych brzmień robili Super Collider i to dość dawno temu. Jeśli przyszłość soulu ma wyglądać tak, jak ją kreśli Badu, to ja wolę słuchać Sharon Jones.

    PS. Dla zachowania pewnego poziomu kultury apeluję o zaniechanie zwrotów typu „bzdury”, „bajki”, „to trzeba mieć otwartą głowę”, etc., bo sytuują się niebezpiecznie blisko argumentów ad personam i zdecydowanie odechciewa mi się dyskutować, kiedy takie rzeczy czytam. Z góry dziękuję.

  11. Mariusz Herma pisze:

    Kamilu – jeśli nie ma tam Auto-Tune’a, jeśli chórki nie są doszlifowane pięciokrotną kompresją i dostrajaniem, a materiału nie męczono tygodniami w studiu – wycofuję całą krytykę! Ale najpierw proszę o dowody, bo samo nagrywanie na żywo – w sensie na setkę? – nie przeszkadza późniejszej obróbce.

    Marta – tam był uśmieszek, aczkolwiek stawianie pierwszych scenicznych kroków w wieku 4-5 lat nie mogło być bez znaczenia dla kariery Badu.

    I tak – przełamywanie schematów nobilituje. Dlatego tak bardzo cenimy (?) Beatlesów, Radiohead i Chopina.

    Przykro mi, że Auto-tune kojarzy się dzisiaj głównie z Cher i T-Painem, ale ja piszę o NORMALNYM zastosowaniu tego urządzenia. A „solidnych” argumentów przeciwko produkcji nie ma i nie będzie, bo to narzędzie, jak każde inne. Ja cenię w muzyce umiar. W pierwszym spotkaniu z Maxwellem miałem wrażenie obcowania z plastikiem i dlatego zakopałem tę płytę, zanim zdążyłem docenić songwriting – na szczęście ufam Bartkowi Winczewskiemu. Tego wrażenia nikt nie musi podzielać i tłumaczyć się z niego też nie ma potrzeby, ale pytany o to przyczyn doszukuję się właśnie w przesadzie: słodkości aranżacyjnych, wymuskanych wokali, zbyt wielu nocy spędzonych nad miksem. To nie przeszkadza „Pretty Wings” być jedną z najpiękniejszych piosenek ubiegłego roku.

    Skalę każdy ma tutaj własną – jak widać dla wielu osób jest to poziom optymalny. Dla mnie to o krok za daleko w stosunku do (jakże – delikatnie mówiąc – starannej) produkcji Motown. Ale nie ma powodu zżymać się, że ktoś woli herbatę niesłodzoną, gdy dla Ciebie dwie łyżeczki są OK.

  12. Kamil pisze:

    Po pierwsze ArtS. przy muzyce soulowej mówiłem ogólnie, a nie przykładem tylko płyty pani Badu ;) Ja jestem osobą dosyć konfrontacyjną, gdy coś mnie negatywnie zaskoczy, więc stawiam na trochę ostrzejszą polemikę ;) Sharon Jones to bardzo zacne odtworzenie estetyki Motown i Staxa, ale ja preferuję modernizm Eryki. Nowa płyta też świetna, ale w tym wydaniu była już lepsza na Baduizm i Mama’s Gun.

    Na pewno u Maxwella Mariuszu nie ma Auto-Tune’a. To, że coś jest doszlifowane ileś tam razy nie oznacza, że zaraz musi być ingerencja tego przezabawnego wynalazku (sam wiesz doskonale jak wygląda produkcja płyty, jej dynamika, kompresja – wszystko to jeden równy paseczek). A jak są te rzekome momenty dostrajania wokalów to podaj dokładny moment (posłuchaj dla przykładu D’Angelo, on wszystko zamykał w nakładaniu na siebie kilku ścieżek wokalnych, a to robił już w latach 70-tych genialnie Marvin Gaye). Znam doskonale dyskografię Maxwella i ta płyta pod względem brzmieniowym jest na identycznym poziomie co wcześniejsze. Zawsze był tradycyjną, pysznie lukrowaną wersją Marvina Gaye’a i Smokey’a Robinsona, ale nie unowocześniał i nie poprawiał swojego stylu o bajery techniczne.

    Fakt, są świetne zastosowania Auto-Tune’a. Przykładem może być genialny krążek The-Dream – Love vs. Money z tamtego roku. Jednak w momencie, gdy dochodzi do nadużywania czy wręcz parodii w wydaniu ostatniego krążka Kanye Westa, to ja dziękuję. Przy Maxwellu już Bartek Winczewski wytknął ci Mariuszu błędny osąd, więc dziwi mnie twoje zdanie, ale masz do niego prawo. To chyba nie do końca twoje klimaty muzyczne z tego co widzę :)

  13. Mariusz Herma pisze:

    Z tego co widzę, to jednak ciągle myślisz o AT w kategoriach Cher i Kanye Westa. „Świetne zastosowania” tego narzędzia to takie, kiedy jesteś absolutnie przekonany, że go nie zastosowano. I myślę, że Bartek też wtedy miał na myśli to samo, co Ty – dlatego w tym miejscu nie dostrzegam błędnego osądu. Błędem była ocena albumu na podstawie brzmienia – dla mnie zbyt „lukrowanego”, posługując się Twoim określeniem.

    Ale ogólnie płyta mi się bardzo podoba, więc nie wiem czemu miałyby to być nie moje klimaty, ale skoro tak mówisz…

    Co do poziomu dyskusji – warto pamiętać, że a) rozmawiamy o muzyce, a nie sprawach życia i śmierci; b) rozmawiamy o muzyce, tu w większości przypadków każdy ma rację.

  14. Kamil pisze:

    To, że zmieniłeś o niej zdanie jest największym plusem w tym wszystkim :) A co do AT to mamy zupełnie inne zdanie i być może jest tak jak mówisz – “Świetne zastosowania tego narzędzia to takie, kiedy jesteś absolutnie przekonany, że go nie zastosowano”. To już Maxwell wie najlepiej, ale wierzę w jego czystość :) Nie jestem przeciwnikiem AT, ale jak sam wcześniej pisałeś – trzeba mieć umiar w pewnym sprawach. Najważniejsze jest to, że płyta jest bardzo dobra i podoba się nam obydwu :)

  15. Marta Słomka pisze:

    @I tak – przełamywanie schematów nobilituje. Dlatego tak bardzo cenimy (?) Beatlesów, Radiohead i Chopina.
    Niejasno wyraziłam się, przepraszam. Oczywiście szukanie, ewolucja, zmiany – jak najbardziej na tak, tylko przy tym automatycznie nie dyskredytuję pozostawania wciąż blisko swojej macierzystej estetyki. Tym bardziej, że neo soul jest bardzo wdzięczną materią, która nie chce się zestarzeć.
    @Przykro mi, że Auto-tune kojarzy się dzisiaj głównie z Cher i T-Painem, ale ja piszę o NORMALNYM zastosowaniu tego urządzenia.
    Oczywiście nie miałam tu na myśli przerysowanego aspektu auto-tune’a, mówiłam tu o tym samym co Ty – o użyciu go jako narzędzia pozwalającego doprowadzić dźwięk i ludzki głos do perfekcji w sposób najmniej inwazyjny dla odbiorcy, niezauważalny przy pierwszym kontakcie. Jednakowoż też nie jestem przeciwko tej groteskowej wersji – jeśli ktoś ma kapitalny pomysł na to, jak użyć auto-tune’a jako kolejnego środka wyrazu, jestem na tak, i tutaj m.in. Lil Wayne, The-Dream są świetnymi przykładami. Płyta Kanyego „808s…” również mi się podobała, bo tam ten auto-tune posłużył mu jako element futurystycznej, mechanicznej estetyki, metafora robota etc. – to wszystko miało ręce i nogi.
    W którymś wywiadzie Maxwell w odpowiedzi na pytanie: jak to, bez auto-tune’a we współczesnych realiach?!”, śmiał się, że właśnie dlatego osiem lat zajęło mu nagranie nowej płyty – musiał zaśpiewać jeszcze raz wszystkie ścieżki, które wcześniej zostały poprawione auto-tune’em.

  16. pszemcio pisze:

    na nowej płycie tindersticks jest zaskakujaco dużo fajnych melodii, więc nie rozumiem czemu nic nie zapamiętałes z tego materiału

  17. Mariusz Herma pisze:

    Marta – jeśli tak faktycznie zrobił, to pełne uznanie za staroświecki perfekcjonizm. Trochę mi się te osiem lat nagrywania kłóci z „żywym i pełnokrwistym” soulem, ze spontaniczną, improwizowaną sesją – i nie najlepiej świadczyłoby o jego warunkach wokalnych – ale zawsze lepszy lukier naturalny niż wyrabiany maszynowo (przynajmniej dla mnie – też subiektywna sprawa). Jeśli jeszcze kiedy trafisz na ten wywiad, będę wdzięczny za link.

  18. Marta Słomka pisze:

    Nie, nie, Mariuszu, to była tylko jego żartobliwa odpowiedź na pytanie dlaczego tak długo i jak to możliwe, że bez auto-tune’a. Oczywiście płyty nie nagrywał aż 8 lat. Ale wywiad znajdę, gdy tylko wrócę do domu.

  19. Mariusz Herma pisze:

    A, nie załapałem. Po numerze, jaki wykręcił Jay-Z (puentując jeszcze bezczelnie „D.O.A.”), nie wydawało się to aż tak dziwne.

  20. Łukasz pisze:

    A mnie nowa M.I.A. bardzo się podoba – mówię o muzyce. Z niecierpliwością czekam na nową płytę.

  21. Mariusz Herma pisze:

    Dziękuję!

  22. Mariusz Herma pisze:

    To jeszcze taka ciekawostka za billboardem:

    Maxwell (…) says he has all the songs together for „BlackSUMMERS’night,” with „some overdubs” still left to record. He describes the set as „a hybrid of music,” with „a little bit of a rock element” influenced by groups such as the xx, Temper Trap, Fleet Foxes and Animal Collective.

    „There’s a Coachella festival guy in me that loves all the indie rock stuff,” Maxwell says. „So I want to put that in there in a really subtle way — sprinkle it on there but keep the soul, keep the blues. That’s what I’m known for, so why go too far off the beaten path, y’know?”

    http://www.billboard.com/news/maxwell-jill-scott-gear-up-for-summer-tour-1004089426.story#/news/maxwell-jill-scott-gear-up-for-summer-tour-1004089426.story

Dodaj komentarz