The (International) Noise Conspiracy – wywiad

Rok temu graliście w Polsce, ale w niedużym klubie. W Jarocinie wystąpicie na wielkiej scenie. Który typ koncertów jest bliższy waszym sercom?

Festiwale potrafią być irytujące, ale bywa i tak, że nawiązujemy dobry kontakt z publicznością i wszyscy świetnie się bawią po obu stronach barierek. Poza tym to dobra okazja, by dać się poznać nowym słuchaczom. Ubiegłoroczny koncert w Łodzi wspominamy bardzo dobrze!

Będąc punkiem z krwi i kości, nie tęsknisz za czasami, gdy graliście dla garstki fanów w jakichś podziemnych klubach?

Nasze pierwsze trasy faktycznie organizowaliśmy bardzo w duchu DIY. Ale otwierając się na szerszą publiczność, niczego nie tracimy. Wciąż jestem zaangażowany w scenę punkrockową i gram w dwóch kapelach, które podtrzymują tradycję DIY. Prowadzę punkową wytwórnię i organizuję niszowe koncerty w moim mieście. Tak że jedną nogą jestem w wielkim świecie, a drugą – w starym dobrym podziemiu.

Jesteśmy krzyżówką Elvisa Presleya i Che Guevary – tak mówiliście o sobie 10 lat temu. To dalej aktualne?

Żeby skutecznie mówić o polityce, przydałaby się taka popularność, jaką miał Elvis, i taki radykalizm, jaki charakteryzował Che. Do pierwszego niestety nie zbliżyliśmy się ani na krok, ale nadrabiamy radykalizmem.

I dalej lubicie politykować na scenie.

Wszyscy jesteśmy tak samo zaangażowani politycznie, jak te 11 lat temu, kiedy powstawało T(I)NC. Być może nie zanudzamy tym słuchaczy aż tak często, jak wtedy. Powód jest prosty: 99 procent osób przychodzących na koncerty doskonale zna nasze poglądy. Zresztą wystarczy posłuchać naszej ostatniej płyty. Ale to nie jest i nigdy nie była poza, jakiś wymyślony image, który zapewniłby nam dobrą sprzedaż. My po prostu dorastaliśmy w politycznym środowisku i śpiewając o polityce, wyrażamy po prostu to, co na co dzień zaprząta nam głowy.

A co z tym procentem, który nie słucha tego, co śpiewasz, tylko tańczy do waszej muzyki?

Trzeba pamiętać, że T(I)NC jest grupą rockową, a nie partią polityczną. Sam słucham kilku kapel, których poglądy mnie nie interesują, albo wręcz wkurzają. Ale kocham ich za muzykę. Tak naprawdę nie masz wpływu na to, za co ludzie lubią twój zespół.

Zakładając T(I)NC, miałeś 26 lat. Nie wyrosłeś z młodzieńczego buntu przeciw tym u szczytów władzy?

Gdy masz 36 lat, gorzkie realia kapitalistycznego świata jeszcze bardziej dobierają ci się do skóry. Kiedyś mogłem uciekać do własnego świata, a teraz mam dom, samochód i czuję, jak kryzys depta mi po piętach. I mój gniew względem polityków jest jeszcze większy, niż wtedy.

U nas często podaje się Szwecję jako wzór dojrzałej demokracji.

Przez lata podziwiano szwedzki model państwa opiekuńczego jako udany kompromis między socjalizmem i kapitalizmem. Ale to już nie jest prawda. Po socjalizmie nie pozostało ani śladu, jesteśmy jak każdy inny rozwinięty kraj na świecie. Prywatyzujemy koleje, szkoły, linie lotnicze i co tylko jeszcze pozostało w rękach publicznych. Kiedy dorastałem, w programach dla dzieci ciągle mówiło się o solidaryzmie. Dzisiaj rządzi kapitalizm.

Co na to sami Szwedzi?

W normalnym kraju ludzie wyszliby na ulicę i wyrazili swoje niezadowolenie. Szwedzi natomiast mawiają: „Zawsze mogło być gorzej”. Na przykład zawsze mogłoby być tak, jak w Polsce. I w ten sposób akceptujemy absolutnie wszystko. Nikt nie pomyśli, że przecież mogłoby też być lepiej.

Wasze dwie ostatnie płyty wyprodukował sam Rick Rubin. Jak jego upór w dążeniu ideału ma się do waszej spontaniczności?

Pod względem twórczym praca z nim jest niesamowita. Rick to wodospad kreatywności. Nie każdy ma to szczęście, by siedzieć z tym gościem w jednym studiu i to nad utworami własnego autorstwa.

Nie mieliście tremy przed spotkaniem z nim?

Poznaliśmy Ricka, zanim jeszcze pojawił się pomysł, aby go zatrudnić, więc nie musieliśmy przełamywać lodów. Aczkolwiek początkowo nie obyło się bez nerwów. Myśleliśmy sobie: przecież to facet z najbardziej opasłym CV na świecie, czemu nagrywa akurat nas? Ale przy ubiegłorocznym albumie „The Cross Of My Calling” byliśmy już wyluzowani. Znacznie gorzej układało nam się z dużą amerykańską wytwórnią, ale to już jest historia na inną rozmowę.

(“Przekrój”, maj 2009)

 

 

Fine.




Dodaj komentarz