Wiązka elektroniczna

Pan Sonic – Gravitoni (Blast First Petite)

Kto przegapił oszczędny komunikat pod koniec ubiegłego roku i tak wyczułby to podczas słuchania „Gravitoni” (synteza tego, co fiński duet wydawał przez ostatnie 15 lat), czytania (ostatni utwór nosi tytuł „Pan Finale”) i oglądania (pogodna okładka): Ilpo Väisänen i Mika Vainio postanowili się rozstać.

„Katodivaihe” z 2007 roku mieniło się pomysłami, a przy okazji nadwyrężało słuch ekstremalnymi częstotliwościami. „Gravitoni” brzmieniową wyrazistość opiera na metodach już sprawdzonych, jak podkręcony do granic bas albo rozszczepiony stereofonicznie elektroniczny przester z lekkim przesunięciem czasowym – efekt „wow” gwarantowany.

Trudno utrzymać równowagę, gdy słuch przyzwyczai się już do tego produkcyjnego blichtru. Bo kompozycyjnie „Gravitoni” to zamęczane ostatnio przez wszystkie warstwy muzycznej populacji proste kopiuj/wklej, od którego zdolni elektroniczni – patrz Flying Lotus, że nie wspomnę o Autechre, które wie to od kilkunastu lat – muszą uciec, w przeciwnym wypadku zje ich indie-amatorka z laptopami.

Swoje requiem Vainio i Väisänen otwierają znakomitym „Voltos Bolt„. Ale potem napięcie już tylko opada – ciekawe „Wanyugo”, poprawne „Fermi”, i tak dalej. Przy pierwszym tąpnięciu „Hades” serce staje z wrażenia; po pięciu minutach tętno zwalnia z innego powodu. Gdybym przesłuchał płytę raz i odpowiednio głośno, to pogratulowałbym im puenty kariery. Po tygodniach obcowania z „Gravitoni” nie dziwię się, że płycie nie towarzyszy pożegnalna trasa koncertowa.

Pan Sonic nie ma chyba fanowskiego betonu, więc odważę się powiedzieć: dobrze się stało, że panowie się rozejdą i skupią się na własnych projektach. Szczególnie hiperaktywny Mika Vainio, który jako solista jeszcze nie zawiódł.

frank bretschneider - expFrank Bretschneider – EXP (Raster-Noton)

Powierzenie słuchawkom (Koss Porta Pro coraz mniej kosztuje – od ośmiu lat niezmiennie polecam) nowej płyty niemieckiego badacza szumów i trzasków byłoby największym przeżyciem audialnym ostatniego tygodnia, gdyby nie jakże trafnie zatytułowane „Oh” (patrz niżej).

Muzycznie staruszek Bretschneider nie bawi się w w melodie, budowanie napięcia, urozmaicanie struktury kompozycji i temu podobne fanaberie mas, których i tak nie przepuściłyby filtry Raster-Noton. Skupia się wyłącznie na rytmie i jego manifestacjach, aczkolwiek z parkietem rzecz też nie ma nic wspólnego (inaczej niż choćby na „Rhythm” sprzed trzech lat). Bretschneider przypomina mi w tym snd, kolegów z (własnej poniekąd) wytwórni.

I podobnie jak to było w przypadku ubiegłorocznego „Atavism” snd, radykalizm Bretschneidera dziwnie uspokaja, zdejmując z uszu obowiązek śledzenia kilku wątków jednocześnie. Minimalistyczny elektroniczny pływ, a do tego jakże szlachetny.

Oval – Oh EP (Thrill Jockey)

Stuprocentowo elektroniczna, stuprocentowo akustyczna? – Markus Popp wynurzył się po dziesięciu latach i znów trzeba będzie wymyślać dla niego nowe terminy. To ledwie 25-minutowa EP-ka zapowiadająca podwójny album „O”, a już wiadomo, że Oval budzi się z hibernacji z nowymi umiejętnościami i (znów) oryginalnym pomysłem na muzykę.

Te ptaki z okładki już gościły już na tym blogu. To wskazówka: Popp rzępoli na gitarze w dosyć losowy sposób, podobnie przypadkowo nagrane (zaprogramowane?) wydają się bębny oraz niezobowiązujące, ale wprowadzające dyskretną harmonię wstawki syntezatorów. Niemiec tnie to i z powrotem zlepia, osiągając kontrolowany nieporządek: pozornie wyrwana z rytmu, chaotyczna mieszanka, w istocie piękny w swoim umiarze i skupieniu dialog pojedynczych dźwięków. Tylko otwierające „Hey” przypomina kompletny utwór, reszta to jedno-dwuminutowe próbki.

Zamiast nadrabiać stracony czas i ścigać z zastępami laptopowców, Oval brzmieniowo cofa się do prostej akustyki,  jako kompozytor Popp wybiera intuicję i improwizację. Na przekór dostępnym ułatwieniom, podobno specjalnie korzystał ze starego peceta i archaicznego oprogramowania, tak by technologia nie odciągała go od „żywej” muzyki. Co usłyszymy na longplayu? Nie sposób przewidzieć i to właśnie napawa mnie nadzieją.

Manual  – Drowned In Light (Make Mine Music)

Jonasa Munka też straciłem z oczu na dziesięć lat, ale z własnej winy. „Until Tomorrow” w 2001 roku brzmiało niezwykle świeżo, otwarło mnie na cały katalog Morr Music i sam sobie nie potrafię wytłumaczyć, czemu przegapiłem późniejsze premiery Manual. I w tym momencie to ja muszę zapytać: czy Munkiem coś niedobrego stało się teraz, czy z płyty na płytę dryfował ku muzyce tła?

Najwięcej, na co Munka stać, to podrabianie M83: konkretnie myślę tu o „Afterimages„, które o kilka tygodni wyprzedzało cały album i mimo niedzisiejszego, dusznego klimatu przychylnie nastawiało do „Drowned in Light”. Dalej mamy już nijaki chill-out, chwilami („Phainomenon”) zahaczający o muzykę relaksacyjną typu new age. Albo próby wskrzeszania brzmienia 4AD bez zadbania o materiał, który by do niego przystawał. Jakby autor zapomniał, że jeśli słuchacz ma przy jego muzyce odpocząć, to wcześniej on powinien się nieco natrudzić.

Oneohtrix Point Never – Returnal (Editions Mego)

Ubiegłoroczne „Rifts” na szczyty podziemnych podsumowań wyniosła różnorodność – w końcu zbierało materiał, który Daniel Lopatin tworzył przez lata i to jeszcze na etapie szukania siebie. Najwyraźniej odnalazł, bo wyłączając hałaśliwe intro i żegnającą słuchacza gmatwaninę rytmów „Returnal” jest bodaj najbardziej jednolitą brzmieniowo płytą, z jaką spotkałem się w tym roku.

Ciepłe syntezatorowe tła, harmonizer jako główny efekt, kolorystycznie przyjazny kosmos jak z soundtracków Vangelisa i umiłowanie oczywistej sztuczności jak w klasycznych płytach Tangerine Dream przy jednoczesnym zachowaniu ogólnej ciepłoty brzmienia. „Rifts” było długie (dwie płyty) i trochę męczyło skokami stylistycznymi, ale dzięki niemu za jednym zamachem zwiedzaliśmy pół galaktyki. „Returnal” zatrzymuje nas na jednej planecie  – przyjaznej człowiekowi, ale od jakiegoś czasu doskonale ludzkości znanej.

***

Powinna się tutaj pojawić jeszcze wzmianka o „Splazsh” Actress, obsadzona pięcioma drzewkami i kilkoma entuzjastycznymi zdaniami, ale zużyłem je w tekście do lipcowej „Machiny”. Rzecz dla mnie lepsza niż (świetne przecież) „Hazyville”, choć dyskusja na ten temat zapewne wybuchnie tuż po tym, jak zgaśnie spór o wyższość/niższość „Cosmogrammy” nad „Los Angeles”. Dla mnie sprawa w obu przypadkach jest jasna, ale może znów chodzi o (jak najbardziej legalny) syndrom pierwszeństwa.

Fine.




6 komentarzy

  1. Pablo Renato pisze:

    „(Koss Porta Pro coraz mniej kosztuje – od ośmiu lat niezmiennie polecam) ”

    Przyzwoite, to fakt. Z tego co wiem, to Koss daje na nie gwarancję dożywotnią, tzn. na zasadzie wymiany. Zakupiłem niedawno AKG:
    http://www.akg.com/personal/K_514,pcatid,4,pid,20,_psmand,1.html

    I bardzo je chwalę. Przede wszystkim są ergonomiczne, co czuję zwłaszcza po przesiadce z tych Sennheiserów (z bardzo dobrym dźwiękiem, swoją drogą):
    http://www.amazon.com/Sennheiser-HD-205-Monitor-Headphones/dp/B000E1FYRO

  2. Mariusz Herma pisze:

    Tak, mój egzemplarz wymieniałem już dwa razy – nie było takiej potrzeby, ale wolą dać nowy sprzęt, niż dokręcić dwie śrubki. Przy czym każdorazowo pobierają standardową opłatę serwisową – kiedyś 50 zł, teraz chyba więcej – niezależnie od tego, czy podeptałeś całe słuchawki, czy chcesz wymienić gąbki.

  3. marc_ pisze:

    Ahhh ja też mam tak z portą. Trzeci raz teraz wymieniam za 50 zł właśnie. Na początku miałem Sporta Pro (wersja sportowa, do biegania itp., wymienione z gwarancji na portę), ładniejsze z tym że odrobinę mniej basu dawały na moje ucho.

  4. matziek pisze:

    czy ja mam problem z wysokimi na Koss Porta, czy one po prostu w tym miejscu trochę kuleją? kupiłem ostatnio żonie i wszystko jakieś takie „zamulone” mi się wydaje. normalnie słucham na AKG K-44.

  5. Mariusz Herma pisze:

    Nie odnotowałem, aczkolwiek słucham na nich już od tylu lat (7? 8?), że mogłem się przyzwyczaić. Porównanie z Grado SR60 jakoś ich nie masakruje – innego nie mam.

  6. matziek pisze:

    ok, dzięki. może przeczulony jestem po tych AKG (tam z kolei środek jest nienajlepszy)

Dodaj komentarz