O powstawaniu gatunków

Ciekawie będzie obserwować i porównywać, dokąd ewolucja zaprowadzi dubstep i chillwave – dwa urodzone w ostatniej dekadzie gatunki, które najwyraźniej mają szansę pożyć nieco dłużej, niż kilka lat, albowiem zainspirowały wielu. Porównywać nie dlatego, żeby je coś łączyło, ale właśnie ze względu na różnice – która formuła w łańcuchu muzycznej ewolucji okaże się trwalsza?

Dubstep jest Londynem bardziej, niż grunge był Seattle. Sieć powiązań i wzajemnych inspiracji była niewiarygodna – granice przesuwały się z weekendu na weekend, jeden set determinował kolejny, kluczowe dla rozwoju gatunku były spotkania. Dubstep jest niedzisiejszy jak dzieci bawiące się przed blokiem – bo w czasach internetu łatwiej umówić się z rówieśnikami na granie w sieci niż na boisku. Chillwave przeciwnie: rozrzuceni po świecie twórcy wepchnięci przez blogosferę do jednej zagrody, w której ciągle jakoś się nie odnajdują, nie rozpoznają, nie przyznają do siebie i najchętniej zwialiby z powrotem do sypialni. Chillwave to owoc samotności.

Przymioty chillwave’u próbowaliśmy nazwać ex post, podczas gdy dubstepem przez pół dekady rządziły żelazne zasady. Nawet słuchając “Stop Watching” Bengi tuż po “Long Way 2 Go” Deadboya da się to jeszcze dostrzec. Lodowiec pękł na moje ucho w 2006 roku i poszczególne kry dryfują sobie, gdzie je nurt poniesie (ostatnio na drugą stronę Atlantyku). Do niedawna rzecz można było jednak opisać analitycznym językiem i nie przegapilibyśmy żadnych nieuchwytności, jako że większość muzyki w tym gatunku – sami twórcy są w tym względzie zadziwiająco szczerzy – powstawała według algorytmów oraz idei czysto producenckich.

Po pierwsze sub-bass: najlepiej z Sine Wave Generatora (unikamy domieszek harmonicznych), traktowany prostą modulacją – flanger, phaser, itd. Od 3-4 lat za sprawą LFO w dubstepie panoszy się też charakterystyczny wooble bass – ku rozpaczy ortodoksów. Cel takiego podejścia do dołów można opisać jako 3xC: “ciemno, ciepło, ciężko”. Dla wyjaśnienia (wyciemnienia) polecam ubiegłoroczne “When I Look At You” Emalkaya. Drugi element podstawy to perkusyjne puzzle, posklejane zwykle z różnych zestawów perkusyjnych (przy czym do werbla wypada dokleić klaśnięcie) i dźwięków obcych (pozdrowienia dla Kode9).

Aby tchnąć życie w te wszystkie sample i zadbać o słynną dubstepową atmosferę, zestaw należy zanurzyć w pogłosach i echach z gatunków testowanych wcześniej przez dub/reggae. Sub-bass (kiedy już dropnie około 20-45 sekundy, choć taki El-B lubi potrzymać dłużej w niecierpliwości) i stopkę (absolutnie nie robi tu za dół; dół mamy skądinąd) przepuszczamy przez kompresor dla znanego z techno whoomp. Pozostaje wypełnić pozostałe kilkanaście tysięcy Herzów, ale większość producentów upycha lead poniżej 1000Hz (a Benga czy Digital Mystikz radzili sobie i bez leadów). Wysokości bierze hi-hat, a w środku pozostaje charakterystyczna dziura. Jak to wygląda w praktyce – obok spektrum “Untrue” Buriala. Im dalej w lewo, tym duszniej, a tego przy samej ściance większość z nas nie słyszy (ale czuje).

Tempo to słynne 135-145 bpm (Loefah: I went home and made some beats but there wasn’t a name for it, I found out a couple of months after it was called dubstep after I’d written some. We were just calling it ‘138 shit,’ after the tempo. ‘What you writing?’ ‘Some 138 shit.’). A kwestia rytmu długo ograniczała się do alternatywy: klasyczne dubstepowe 4/4 (ze stopką “na raz” i akcentem/ werblem tylko “na trzy” – charakterystyczne zawieszenia przed kreską taktową) albo 2 step (z werblem “na dwa” i “na cztery” i stopką wciśniętą między “trzy” a “cztery”, poniekąd dla odróżnienia od zwyczajowego beatu muzyki house).

Niektórzy oczywiście mieszali metrum, jak Mala w błyskotliwym “Learn”, ale to dopiero 2007 rok. Swobodnie wędrował zwykle tylko hi-hat (mistrzem tu dla mnie pozostaje Boxcutter) i to właśnie jemu – i różnicowaniu głośności poszczególnych elementów perkusji – zawdzięczamy wrażenie “swingującego” rytmu. Podobnym wyjątkiem potwierdzającym z kolei mollową regułę tonacji było reggae’owe luzactwo i aranżacyjny optymizm Skreama.

Czy znacie gatunek, który można – który wolno – opisać w formie tak oschłej instrukcji? Ktoś się pewnie obrazi, ale na myśl przychodzi mi tylko instrumentalny blues.

A gdyby przyszło opisać chillwave? Sprawę można jak dla mnie zamknąć w jednym słowie, niby niekonkretnym i wyświechtanym, ale adekwatnym: nostalgia.

Co paradoksalne, oldskulowy w wymiarze społecznym dubstep ostentacyjnie eksponuje swoją elektroniczną naturę, podczas gdy poczęty z myszki i klawiatury chillwave maskuje swój rodowód sepią analogów. Które z tej pary okaże się ewolucyjnie silniejsze – konserwatywnie wychowywany, ale zapatrzony w przyszłość dubstep, w którego nazwie domyślnie zawiera(ł) się Londyn, czy globalny chillwave, pierwszy muzyczny potomek Web 2.0, którego domniemani twórcy tęsknią za czterośladem?

To się okaże, a tymczasem najbardziej romantyczna definicja dubstepu, na jaką się natknąłem – dla zrekompensowania wcześniejszych stereotypów i żeby nie było, że taki on bezduszny. Rzecze JoeNice, twórca nowojorskich Dub War i wielki eksporter dubstepu (tudzież importer – zależy czy patrzeć na urodzenie, czy na dorastanie):

Dubstep.

Not too fast….Not too slow….Just right.

Dubstep = Bass + pace + space.
Dubstep = Beats + bass + boom.
Dubstep = A force of nature.
Dubstep = Infection + reflection.
Dubstep = release + restraint.
Dubstep = The irresistible force meeting the immovable object.
Dubstep = The art of the invisible.
Dubstep = Mood music that’s strictly for the headstrong.
Dubstep = What is now and what is next.
Dubstep = Musical soul food.

Fine.




12 komentarzy

  1. pagaj napisał(a):

    Należałoby chyba tutaj dodać, że ta czilłejwowa nostalgia jest jakby pożyczona, bo twórcy tych piosenek są zwykle zbyt młodzi, żeby pamiętać czasy, za którymi “tęsknią”. Nostalgia więc dotyczy raczej ich wyobrażenia starych dobrych czasów. Co jest o tyle dobre, że jednak zostawia miejsce na to, żeby wniknęły tutaj jakies nowoczesne elementy. Płyta Toro y Moi jest dobrym przykładem tutaj, imho.

  2. iammacio napisał(a):

    ładnie napisane…

  3. Mariusz Herma napisał(a):

    Też widzę w tym (kolejnym) paradoksie szansę dla chillwave’u raczej niż coś, co by gatunek dyskredytowało/ośmieszało. Z całego odświeżania 80s w 00s to bodaj jedyne zjawisko z jakąś perspektywą.

  4. k napisał(a):

    iammacio: prawda? Mariusz się normalnie wyrabia.
    ;)

  5. pszemcio napisał(a):

    od 4 do 7 akapitu – nie rozumiem. ale wierzę, że masz rację:)

  6. Marta Słomka napisał(a):

    kapitalny wpis

  7. Officer Goodbody napisał(a):

    Nie łatwiej po prostu nazwać rzeczy po imieniu niż nadawać mutacji innej mutacji jakieś kolejne imię? Margaryna o smaku czosnkowym z domieszką masła… ale wciąż margaryna.

  8. Tomi napisał(a):

    Dubstep jest imo nudnawy. Jesli sluchac cos ciezkieko to tylko hardstyle lub hardcore. Dubstep tylko udaje drapieznego.

  9. TheAër napisał(a):

    Elektroniki nie słucham długo, bo od miesiąca, jest to 20 kawałków, głównie Venetian Snares. Mimo, że mam 15 lat, jestem dzieckiem rocka lat 60-tych – 90-tych, i wydaje mi się, że tak samo twórcy elektroniki. Za każdym razem, kiedy słyszę coś z tego gatunku, nie mogę się oprzeć wrażeniu, jakobym to kiedyś słyszał… Bo tak, elektronika w ogromnym stopniu jest wg mnie zainspirowana muzyką wcześniejszą – na tym w końcu polega ewolucja. The Division Bell Pink Floyda był eksperymentem z muzyką lekko odchodzącą w stronę muzyki popularnej, ale i elektroniki. W “Cluster One”, w tle słyszymy dwie synchroniczne fale, nie będące jednak tonami ani półtonami w sensie teorii muzyki, wywołującymi efekt “dudnienia różnicowego”. Na pozostałych utworach z płyty jest to gorzej słyszalne, ale jednak, cały czas.
    Kiedy słyszę Angel Zero, jest to dla mnie nostalgia za rytmami reggae (chociaż tego raczej nie słucham) – dużo basów, wyraźna perkusja. Oprócz tego, te same dźwięki, co w “House of the Rising Sun” – gdyż INACZEJ SIĘ NIE DA – cały czas mamy do dyspozycji 7 tonów w gamie. Tych samych tonów. Tak więc, bardzo trudno jest teraz wymyślić coś nowego, jeśli chcemy to robić “z głową”, a nie losowo walić w klawiaturę keyboardu i mieć nadzieję, że filtry coś z tym zrobią.

  10. Mariusz Herma napisał(a):

    Gdybyśmy dysponowali jednym instrumentem równomiernie temperowanym, jedną wartością rytmiczną i jednym sposobem artykulacji – wtedy rzeczywiście “inaczej by się nie dało”. Na szczęście muzyka to coś więcej niż wysokości dźwięków.

    Zgoda, że “bardzo trudno jest teraz wymyślić coś nowego”, aczkolwiek nie po raz pierwszy – bywały momenty, gdy na “nowe” w muzyce czekało się całe dekady.

  11. Sasio napisał(a):

    Super artykuł!

    Tego mi brakowało: zawsze chciałem się dowiedzieć co nieco o moim ulubionym gatunku muzyki.

    Czy jednak dubstep jest już, cytując Wikipedię “gatunkiem mainstreamowym”? Patrząc na społeczeństwo, które mnie otacza, trudno to potwierdzić.

    Dzięki za fachowe przedstawienie sprawy. Chyba zostanę teoretykiem muzyki elektronicznej :)

Dodaj komentarz