Emily Howell: Duch w maszynie — Ziemia Niczyja | Mariusz Herma

Emily Howell: Duch w maszynie

Gdyby uznać muzykę za dyscyplinę sportu, „Emily Howell” byłaby mistrzynią świata. Ten komputerowy program to przyszłość muzyki. Albo największy przekręt w dziejach kompozytorstwa

30-letnia „Emily Howell” w ciągu 12 mie­sięcy napisała dwa tysiące symfonii, tysiąc sonat fortepianowych i tyleż kwartetów smyczkowych. Dopiero teraz ukazał się jej debiutancki album, ale opasły zbiór partytur o znaczącym tytule „5000 Works” wydała już w 1992 roku.

Takie statystyki wytrąciłyby z równowagi samego Jana Sebastiana Bacha, choć wykonania jego dzieł zajmują ponad 170 płyt CD. Co tam ilość – powiecie – liczy się jakość. A pisać tak jak Bach nie potrafi nikt inny.

Rzecz w tym, że dla panny Howell warsztat Bacha jest zbiorem zasad równie przejrzystych jak te określające styl Mozarta, Liszta, Debussy’ego czy innych twórców. Gdy „Emily­” zapełnia nutami partyturę, potrafi być każdym z nich, a nawet wszystkimi naraz. Jeszcze za wcześnie, by twierdzić, że zagrozi kompozytorom, ale już uderza w nasze przekonanie, że źródłem muzyki są duch i emocje.

Gdzie Chopin nie może

Superkreatywny program komputerowy „Emily Howell” jest, paradoksalnie, owocem twórczej bezpłodności. David Cope, niegdyś rozchwytywany kompozytor, a dziś 69-letni profesor University of California, kod źródłowy „Emily” zaczął pisać w 1980 roku. Lukratywne zamówienie na operę zbiegło się akurat z największą blokadą twórczą w jego karierze. Przyjaciel, specjalista od sztucznej inteligencji, poradził mu, by nieobliczalną wenę zastąpił algorytmem. Tak zrodziła się pierwsza wirtualna kompozytorka w historii muzyki.

„Emily” nie była cudownym dzieckiem. – Jej pierwsze utwory miały mnóstwo błędów, nie dało się ich słuchać – mówi „Przekrojowi” Cope­. „Emmy”, jak ją wówczas nazywał, miała asystować swemu twórcy, ale jej pomysły nijak nie dawały się zaadaptować do stylu Cope’a. Kompozytor zmienił więc strategię. Zamiast ustalać wszystkie parametry oczekiwanego dzieła, polecił „Emmy” przeanalizować i naśladować jego własny dorobek. Rezultat? Nieszczęsną operę „Cradle Falling”, z którą zmagał się przez siedem lat, przy wsparciu „Emmy” ukończył… w dwa tygodnie. Krytycy byli zachwyceni. Dopóki rodowód dzieła pozostawał tajemnicą.

Skoro „Emmy” stworzyła przyzwoitą operę, czerpiąc inspirację z twórczości Cope’a, to jak zachowa się w zetknięciu z panteonem partytury? Ciekaw efektu kompozytor jął karmić program dorobkiem Bacha, Beethovena i Strawińskiego. „Emmy” odwdzięczała się utworami, których genialni twórcy nigdy nie napisali, ale mogliby się pod nimi podpisać. Zachęcony efektami Cope uczył „Emmy­” śred­niowiecznego chorału i XX-wiecznej awangardy, arcydzieł Chopina i szlagierów Janis Joplin, aż w jej obwodach brzmiała muzyka kilkuset kompozytorów. Już pod koniec lat 80. podszywała się pod mistrzów tak sprawnie, że słuchacze automatycznie uznawali ją za oryginał. Cope uznał, że pora objawić „Emmy” światu.

Duch w maszynie

Środowisko naukowe zareagowało na nią entuzjastycznie. Akademicy dostrzegli w programie potencjał wykraczający daleko poza granice sztuki. W filharmoniach Cope spotkał się z reakcją równie żywą, tyle że utrzymaną w innej tonacji. Padły oskarżenia o profanację sztuki i stosowanie nieczystych zagrań dla zakamuflowania braku talentu. Niektórzy domagali się, by David Cope uśmiercił swoją podopieczną, bo jej cyfrowa egzystencja przeczy duchowej naturze sztuki. Inni głośno pytali, czy za wzruszającymi tematami – na przykład Chopina – też stoi matematyczna kalkulacja.

Znany myśliciel, zdobywca nagrody Pulitzera Douglas Hofstadter w książce „Virtual Music” przyznawał: „Przeraża i zarazem zadziwia mnie fakt, iż rzeczy dotykające sedna mojego jestestwa mogą być produkowane przez mechanizmy tysiące, miliony razy prostsze niż misterna biologiczna konstrukcja, która mieści ludzką duszę”.

Hofstadter prowadził z Cope’em filozoficzne dyskusje, ale koledzy po fachu przezwali go po prostu „Blaszanym Drwalem” – od bohatera powieści „Czarnoksiężnik z krainy Oz”. Tak jest, tego bez serca. Gdy Cope spróbował wprowadzić utwory „Emmy” do sal koncertowych, dyrygenci i orkiestry chórem odmawiali współpracy. Znanym solistom zbliżać się do Emmy zabraniali ich agenci. – Byli przekonani, że dotykając „nieludzkich” partytur, stracą dobre imię – wspomina Cope. Świat muzyki był głuchy na tłumaczenia, że komputer jest dziełem człowieka tak samo jak kod programu; że Cope osobiście selekcjonuje utwory „Emmy”, a baza danych, z której czerpie ona inspiracje, jest też ludzkim tworem. Jedynie sam proces twórczy przebiega inaczej.

– Kiedyś używano ołówka i liczydła, później kalkulatora, a teraz komputera – mówi nam Cezary Duchnowski, pianista, kompozytor i specjalista od muzyki komputerowej. – Od dawna mamy do czynienia z muzyką algorytmiczną, która wymaga wyrafinowanych narzędzi matematycznych. W kręgu muzyki elektroakustycznej nagminnie tworzy się programy, które generują gotowe przebiegi formalne i fakturalne. Ale to wciąż tylko narzędzia, takie jak każda inna technika kompozytorska – dodaje.

Jeśli naciągany wyda się wam przykład Haydna, który już w XVIII wieku o kształcie swoich utworów pozwalał decydować kościom do gry, to przypominamy o tym, że grecki kompozytor Iannis Xenakis w latach 50. ubiegłego wieku zwykł opierać swą pracę na rachunku prawdopodobieństwa. Paweł Mykietyn zaś otwarcie przyznaje, że komponowanie często zaczyna od rozpisania skomplikowanych wzorów matematycznych. – Zawsze interesowała mnie strona matematyczna muzyki, kombinacje, permutacje. Z początku stosowałem ciągi arytmetyczne, później geometryczne, które są bardziej subtelne – mówił niedawno w rozmowie z magazynem „Glissando­”.

Dysonans poznawczy

Dzisiejsza „Emmy” nie jest tą samą kopistką, która ściągnęła na siebie gniew filharmoników. Jest jeszcze bardziej kontrowersyjna. Kilka lat temu Cope oczyścił jej pamięć z setek gigabajtów muzyki, pozostawiając dzieła tylko jednej kompozytorki: „Emmy”. Odtąd miała pracować nad własnym stylem. Pierwszym owocem tych poszukiwań jest wydana pod nazwiskiem „Emily Howell” płyta „From Darkness/Light”, której premierę media po tamtej stronie Atlantyku zapowiadały już jesienią.

– To nowoczesne arcydzieło, które stawia Howell obok najbardziej wyrazistych współczesnych kompozytorów w USA – stwierdził krytyk amerykańskiego radia publicznego Guy Raz po przesłuchaniu albumu. Z kolei Chris Wilson na łamach magazynu „Slate­” pisał: „Mimo że brakuje jej spójności, barwy, która scalałaby całość, płyta jest szokująco dobra jak na wytwór komputera. Już na tak wczesnym etapie rozwoju »Emily Howell« jest lepszym kompozytorem niż 99 procent ludzkiej populacji”.

Niektóre opinie na temat dzieł cyfrowej kompozytorki więcej niż o nich mówią o naszych uprzedzeniach. W ubiegłym roku David Cope zorganizował na swojej uczelni wykonanie „From Darkness/Light”. Publiczności nie poinformowano, kto jest autorem dzieła. – Odbiór był niezwykle pozytywny. Pewien profesor wyznał mi, że od lat nie słyszał tak pięknej muzyki – wspomina profesor.

Po kilku miesiącach powtórzył koncert, tym razem mówiąc o projekcie. – Ten sam wykładowca stwierdził potem z dumą, że już po pierwszych taktach rozpoznał bezduszną, pozbawioną emocji maszynę. Zdążył zapomnieć, że poprzednio słyszał dokładnie tę samą muzykę – śmieje się. Cope kolekcjonuje podobne objawy hipokryzji, odkąd płyta „From Darkness/Light” trafiła do sklepów muzycznych. – Słyszałem już o kilku przypadkach, gdy ludzie kupili album i słuchali go z żywym zainteresowaniem tak długo, aż odkryli, że nie jest dziełem człowieka. Po tym nagle zmieniali zdanie. Trudno takie opinie traktować serio – mówi kompozytor.

Ludzie jak maszyny

Ku rozpaczy obrońców muzycznego sacrum Cope pisze obecnie książkę, w której dowodzi, że muzyka pozostaje raczej dziedziną nauki niż sztuki. Jest bowiem przekonany, że to nie „Emily” naśladuje człowieka, ale raczej ludzie zachowują się jak komputery. – Nikt z nas nie zaczyna pisania od czystej kartki. Kompozytorzy przetwarzają fragmenty zasłyszane gdzie indziej. Mieszanie takich strzępów to podstawowy element procesu twórczego – ocenia.

By podeprzeć tę teorię, odwołuje się do własnego programu „Sorcerer”, który rozpoznaje w utworach różnych autorów analogie harmoniczne i rytmiczne. – „Sorcerer” potrafi odnaleźć źródła niemal każdego zadanego mu utworu, w tym dzieł klasyki – mówi Cope i daje przykład genialnej melodii z drugiej części sonaty Patetycznej Beethovena. Uderzająco podobny temat, do tego utrzymany w tej samej tonacji c-moll, Mozart umieścił wcześniej w swojej sonacie numer 14. To, że Beethoven znał twórczość starszego kolegi – to pewne. Że ściągał świadomie – wątpliwe. Ale prowadzi nas to do wniosku, że nawet największe muzyczne arcydzieła mogą być plagiatem, choćby nieuświadomionym, a jedyną kompozytorką odporną na pułapki selektywnej ludzkiej pamięci jest… „Emily Howell”.

Jednak to subiektywny gust ojca „Emily” zadecydował o tym, które utwory trafią na płytę „From Darkness/Light”. Sześć z nich tworzy tytułową suitę wykonywaną przez dwie pianistki. Jest zróżnicowana stylistycznie i nieco chaotyczna. Trwające ponad kwadrans „Land of Stone” w interpretacji Ensemble Parallele to przykład kontemplacyjnej i zarazem poszukującej muzyki współczesnej. Wyzwaniem dla purystów będzie dopiero apokaliptyczna kompozycja „Shadow Worlds”. Nie ze względu na nastrój, ale dlatego, że Emily zastąpiła w niej nuty samplami ze swojego banku dźwięków, bo człowiek nie byłby w stanie jej wykonać.

Accelerando algorytmów

Pytanie, którego wszyscy się boimy, brzmi: czy „Emily Howell” i jej przyszli krewniacy stanowią cel, do którego nieuchronnie zmierza muzyka? – Wszystko na to wskazuje, ale nie czyniłbym z tego wielkiej tragedii, wręcz przeciwnie. Coraz doskonalsze narzędzia zaspokajają po prostu coraz większy apetyt kompozytorów i melomanów – mówi Duchnowski. Niedawno na kreatywne programy zwrócił uwagę świat muzyki popularnej. Nic w tym dziwnego, bo przecież większość artystów od lat wspomaga się w studiu wirtualnymi instrumentami, cyfrowymi efektami, samplowaną perkusją i korektorami wokalu.

Ale czy maszyna ma szansę podbić listę „Billboardu”? Być może przekonamy się o tym już wkrótce, gdy ukaże się długo oczekiwany program „uJam”, który swoimi nazwiskami firmują Hans Zimmer i Pharrell Williams. Aplikacja ma tworzyć gotowe piosenki na podstawie zadanego tematu: wystarczy zagwizdać i przebój gotowy. Nie potrzeba ani talentu, ani instrumentów, ani nawet pieniędzy, bo program ma być darmowy.

A czy kiedyś program zagwiżdże sobie sam i tym samym stanie się w pełni samowystarczalnym artystą? – Jeśli to nastąpi – mówi Duchnowski – to będziemy mieli do czynienia ze sztuczną inteligencją: zdolną uczyć się i tworzyć rzeczy, których człowiek nie byłby w stanie wygenerować ani nawet przewidzieć. Choć granica ta zawsze będzie płynna, może się okazać, że człowiek będzie tylko impulsem, a rzeczywistym autorem dzieła już maszyna.

O przyszłości wirtualnych kompozytorów jak zwykle zadecyduje rynek. „Zajęcie” w pierwszej kolejności powinni znaleźć tam, gdzie autorstwo utworu ma znaczenie trzeciorzędne: w reklamie, w sieciach handlowych albo… w przemyśle erotycznym. Ambicją Cope’a nigdy nie było jednak generowanie anonimowych soundtracków.

– Sensem istnienia „Emily” jest stworzenie czegoś nowego. Jeszcze tego nie zrobiła i dlatego wciąż nad nią pracuję – przyznaje. Wie, że na przybliżaniu tej perspektywy spędzi resztę życia. Ale już cieszy się na to, że pewnego dnia ktoś odwoła się do „stylu »Emily Howell«”. – Tak unikalnego – mówi David Cope – że słuchając jej muzyki, nie będziesz w stanie pomyśleć o nikim innym.

“Przekrój” 26/2010

Fine.




2 komentarze

  1. szary czytelnik napisał(a):

    A teraz Samantha komponuje jak Satie i Karen O w “Her” Spike’a Jonze’a. Autor “Być jak John Malkovich” w formie, check it out! :)

  2. Mariusz Herma napisał(a):

    Samantha prowadzi jednocześnie 8316 rozmów, a komponuje popłuczyny po nieżyjącym od stu (dwustu) lat Satiem?

    A serio, to kolejny w ostatnim czasie film dla uszu. W tamtym roku “Imagine”, dzieło dźwięków i zapachów (!). Teraz oscarowa – w kategorii Best Sound Editing – rola Johansson. Fanem nie jestem, a pod koniec filmu czekałem na jej “dzień dobry” tak samo, jak nasz zakochany epistolograf.

    Natomiast słysząc Arcade Fire w tle napisów ujrzałem Petera Gabriela na jednej scenie z U2.

Dodaj komentarz