Równia pochyła

1992:

1994:

1996:

1998:

2001:

2005:

2007:

2009:

2011:

2013:


.

.

Fine.




15 komentarzy

  1. Pablo Renato pisze:

    Od 2001 tendencja zgodna z jakością zawartości.

  2. maciejre pisze:

    haha, no nieźle pojechałeś po Tori aczkolwiek gdybyś uwzględnił scarlet’s walk i abnormally attracted to już chronologicznie taka równia by nie wyszła.

  3. Mariusz Herma pisze:

    Od samego początku zgodna, w tym rzecz :-)

    Wyrzuciłem “Scarlet’s”, bo jest nijaka i nic nie wnosi w żadną stronę. A 2009 roku nie chciałem dublować, więc wybrałem opcję hardcore. Zresztą “Abnormally…” – szczególnie w zestawieniu z tytułem – pogrąża ją moim zdaniem w podobnym stopniu, choć może kwestia gustu.

  4. airborell pisze:

    Ale dziwi Cię to? Tori była godna uwagi tak długo, jak długo w jej muzyce była intensywność, żar, bunt i gniew. Kiedy żar się wypalił, stała się jedną z wielu dostarczycielek muzyki środka dla klasy średniej.

  5. Mariusz Herma pisze:

    Trochę dziwi. Energię można nadrobić, bo ja wiem, mądrością muzyczną, umiarem? A Tori zadebiutowała jako wyrobiona, utalentowana artystka, a potem stopniowo dziecinniała (patrz wyżej).

  6. fripper pisze:

    A ja się nie zgadzam. A przynajmniej nie do końca:)

    Dla mnie szczytowe osiągnięcia Tori są dwa: “Little Earthquakes” i “Boys for Pele” (wiem, że egzaltowana, ale akurat tu mi to nie przeszkadza). Taka koncepcja już nie jest kompatybilna z Twoją;)

    Ale tak naprawdę to całość, od debiutu do “Strange Little Girls” bardzo lubię i – owszem – równie widzę, ale raczej nie pochyłą. Może faktycznie pierwsze trzy bym wyróżnił bardziej (bo czasem Earthquakes, czasem Under the Pink mi bardziej podchodzi). SLG co prawda nie jest już tak dobrą płytą, ale sentyment mam, bo chyba to była moja pierwsza kupiona kaseta (!) Tori. I wciąż uważam, ze to nierówny, ale jeden z ciekawszych albumów z coverami (w tej kategorii u mnie na pierwszym miejscu “Kicking Against the Pricks” pana Jaskini i Złego Sedesu, jak ich określa mój znajomy). Jej wersja “Raining Blood” Slayera jest już warta, żeby docenić tę płytę. Poza tym bardzo lubię jak tam gra Belew.

    Za to potem faktycznie zaczęła się jazda w dół. Tori zrobiła się powtarzalna i mało ciekawa. Do tego dochodzi nadmiar botoksu, który sprawia, że cały urok uleciał. Zaczyna być niepokojąco podobna do Ewy Minge.

    Natknąłem się niedawno na opinię jakiejś dawnej fanki Tori, która bardzo była rozżalona tym co się stało z jej idolką. Stwierdziła, że jedyne co jeszcze ją ratuje, to wciąż świetne koncerty. Tez słyszałem sporo dobrego od znajomych, ale niestety nigdy nie bylem.

  7. Mariusz Herma pisze:

    > Taka koncepcja już nie jest kompatybilna z Twoją;)

    U mnie generalnie tak:
    – Little szczyt
    – 94-96 pod szczytem
    – 98-03 schodzimy ze szczytu (“SLG” ostatnią na plus; pełna zgoda co do “oryginalności kowerów”)
    – > doliny

    Też nie widziałem Tori na żywo, ale transmisję jej “kameralnego” koncertu z Trójki równe dziesięć lat temu temu przeżyłem. Wykonanie “Winter” 10/10 :-)

    O, ktoś to nawet zatytułował “the best live version ever”
    http://www.youtube.com/watch?v=y59MBb78Y84

  8. Pablo Renato pisze:

    “Tori była godna uwagi tak długo, jak długo w jej muzyce była intensywność, żar, bunt i gniew”
    Mówi się, że życie każdej osoby na świecie wystarcza na fabułę jednej dobrej książki.
    Tori wystarczyło na cztery płyty. Też nieźle.

  9. wieczór pisze:

    Dla mnie szczyt tori to Scarlet’s Walk, ale podejrzewam, że to z powodów sentymentalnych. gdybym ich się pobył stawiam na UTP i boys. za to najgorsze to zdecydowanie strange little girls. aż mnie zęby bolą jak tego słucham, najbardziej przy coverze Younga (ale tu ujawnia się moje fanowskie skrzywienie) i ostatnie dwie, Abnormally nie da się przebrnąć. nową mają podobno już sowieci na internetach, ale szczerze mówiąc, boję się jej.

  10. fripper pisze:

    No tak. Są tacy co SLG nie trawią. Ja lubię Younga, ale ten cover w wykonaniu Tori tez lubię.

    A czy ktoś słyszał coś z tej nowej płyty? Nie oczekuję rewelacji, ale niektórzy dobrze piszą o tym materiale. Że niby coś nowego.

    A Reichum Profanum zazdroszczę !

  11. Paweł pisze:

    a ja zgodzę się z fripperem, dla mnie również szczyt to L.E. i Boys z lekkim akcentem na Boys. Uważam że to najbardziej spójna i najdojrzalsza płyta Tori, na której dokładnie wiedziała co i przede wszystkim w jaki sposób chce przekazać.

  12. airborell pisze:

    Wróciłem do LE i moje wrażenia się nie zmieniły – intensywnością, żarem i gniewem ta płyta zdecydowanie ustępuje kilku następnym i nie zgadzam się, że to największe osiągnięcie Tori (chociaż z pewnością jej najbardziej przebojowa płyta). Tak czy owak, zgadzamy się, że jej płyty z lat 2000 (może poza Scarlet’s Walk, chociaż też mi się nie podoba tak jak wtedy) to jest dramat.

  13. steamboy pisze:

    nowa płyta wbrew pozorom nie jest zła, tylko trzeba ją przesłuchać, a nie oceniać po okładce :)

  14. wieczór pisze:

    przełamałem swój strach i posłuchałem night of hunters. i żałuję, bo to już piąta taka sama płyta. i najzmyślniejsze aranże tego nie zmienią.

  15. Mariusz Herma pisze:

    Mnie na razie brakuje odwagi, za to wyczytałem, że Tori jest chyba najważniejszą wokalistką ostatnich dwóch dekad

Dodaj komentarz