Kate Bush – 50 Words for Snow

Kate Bush – 50 Words for Snow (Fish People)

 

I grzeje, i ziębi

To był dobry rok dla weteranów. Wspaniałe płyty wyśpiewali nam 70-letni Paul Simon i niewiele młodszy Tom Waits. Debiutująca kilka lat po nim Björk pod przykrywką futurystycznych gadżetów ukryła jedne z lepszych melodii w swoim dorobku. Ale tuż przed zamknięciem rocznych podsumowań prosto na podia wskakuje Kate Bush.

W towarzyszących jej nowej płycie zimowych porównaniach nie chodzi jedynie o mroźną okładkę, poszukiwania yeti w singlowym „Wild Man” czy zapowiadaną w tytule recytację pięćdziesięciu różnych określeń śniegu, z których część – jak „spangladasha” – wymyśliła sama artystka. Zatrudnienie własnego syna Alberta w roli śnieżynki, opowieść o namiętnym bałwanie, którego libido rozgrzało tak bardzo, że skończył w kałuży, albo historia psa o imieniu Płatek Śniegu – to również zaledwie pokrywa muzycznego lodowca, jakim jest „50 Words for Snow”.

Na wydanym przed sześciu laty dwupłytowym „Aerial” Bush pomieściła kilka stylistyk, kilkanaście instrumentów – od akordeonu przez didgeridoo po śpiew ptaków – oraz 23 utwory. Na zawartość „50 Words for Snow” składa się raptem siedem piosenek w wykonaniu czterech do pięciu osób. Fortepian i wokal na pierwszym planie, w tle nagminnie próżnujące bębny, miękki bas, sporadycznie gitara, klawisze i smyczki. Tylko tyle Bush potrzebowała, by nagrać najpiękniejszy album w swojej karierze.

Minimalizm objął także kompozycję. Otwierające „Snowflake” to w zasadzie jeden motyw pianina zapętlony na dziesięć minut. Pozostałe utwory też dałoby się streścić w paru taktach. Gdy więc w ten ascetyczny krajobraz wkracza czuły szept Bush, to słuchającemu każdorazowo grozi powtórzenie losu bałwana. Bodaj całą dostępną sobie paletę wokalną artystka prezentuje w zjawiskowym, trwającym blisko kwadrans „Misty”. Krzykiem w „Snowed in at Wheeler Street” wyznaje Eltonowi Johnowi, że czekała na niego całą wieczność (z wzajemnością). I znów sam jej głos wystarcza do tego, by lodowcowy krajobraz rysowany ascetycznymi aranżacjami ocieplić i wypełnić – powiedzmy to głośno – miłością.

“Przekrój”

.

Fine.




Jeden komentarz

  1. Michał pisze:

    Absolutnie piękna płyta, dla mnie wręcz doskonała. Szkoda, że nie dałeś 6 gwiazdek-drzewek.:)

Dodaj komentarz