O swataniu

Do najciekawszych składowych serwisu RateYourMusic należy parametr „Popular In”. Sygnalizuje on ponadprzeciętne zainteresowanie artystą wśród użytkowników oflagowanych państw. Niekiedy są to mało znaczące statystyczne sztuczki. Tak jest najpewniej z polsko-rosyjską dominacją nad Kendrickiem Lamarem. Lokalne wyspy fanów często jednak sygnalizują, że gusta wbrew pozorom różnią się również na poziomie społeczeństw. Albo też świadczą o należycie wykonanej robocie garstki writerów lub nawet pojedynczych opiniotwórców.

Najłatwiej prześledzić to na własnym terenie. Weźmy pierwszych z brzegu artystów, których profile na RYM przejęli biało-czerwoni (w przypadkach oznaczonych gwiazdką na wyłączność):

.

Na dalszych miejscach nasza flaga pojawia się zaś między innymi u:

.

Wiele z tych flag odsyła bezpośrednio do konkretnych redakcji internetowych, radiowych czy rzadziej prasowych, pewnych „kręgów”, a nawet pojedynczych nazwisk. Świadczą o wysokiej skuteczności zarażania tym, dla czego straciło się głowę przynajmniej na czas jakiś. (Sam bardzo chciałbym przypisać sobie choćby część polskości BJ-a czy Vijaya, ale nie mam złudzeń). Tori czy Toro, z przedmiotem zadurzenia wolno się nie zgadzać i wolno być na bakier ze stylem przekonywania, przyznać jednak wypada: dobra robota. Bo ostatecznie o zarażanie pasją się rozchodzi. Chyba że ponad frajdę przedkładamy skrupulatne porządkowanie dziejów muzyki i dążący do obiektywizmu assessment jej bohaterów.

O czym przypomniała mi nie tylko kariera „Sugar Mana” – ktoś tego Rodrigueza w RPA musiał rozruszać jako pierwszy, zupełnie lekceważąc światowe trendy – ale przede wszystkim zaskakujący wysyp dyskusji dotyczących rodzimej krytyki muzycznej. Od blogowych (Łukasz Kuśmierz i oponenci) przez prasowe (Rafał Księżyk bez oponentów) po radiowe (Bartek Chaciński i czterdzieści komentarzy o Piotrze Kaczkowskim). W następny weekend będzie się „o kondycji dziennikarstwa muzycznego” dyskutować na warszawskiej konferencji Muzyka a Biznes.

W podobnych dysputach uczestniczą głównie najbardziej zainteresowani, stąd też obserwacje i wnioski okazują się z reguły gorzkie. Bo tak jakoś wyszło, że dziennikarstwo muzyczne – czy to fenomen polski? – najgorzej oceniają sami przedstawiciele tego fachu. W gruncie rzeczy wszyscy wolimy oddanych amatorów, ceniąc ich hobby bardziej niż pracę kolegów z (innych) redakcji. Podejrzewam, że większość piszących w głębi ducha przychyla się do stwierdzenia Rafała Księżyka z podlinkowanego powyżej wywiadu:

Pasjonaci zawsze byli górą. Pewną rzeczą, która – do czasu – zawsze zaskakiwała mnie w kolejnych redakcjach to fakt, że konkretnie i na poziomie o muzyce pogadać można było tylko z grafikami, którzy swym gustem i wiedzą przytłaczali nawet fachowych dziennikarzy.
.

Być może zawsze byli górą, tyle że wiedzieli o tym wyłączni ich sąsiedzi zza biurka – a nie pół internetu. Jednak za spadający kurs zawodowej publicystyki nie odpowiada według mnie wyłącznie urodzaj pasjonackich blogów i serwisów przewyższających niekiedy (często/przeważnie/zawsze) redakcje etatowe. Ani nawet fakt, że „każdy może być krytykiem”, bo od krytyki – pisania recenzji, uczestnictwa w plebiscytach (kształtowanie kanonu) i retrospektywach (oceny tegoż) – rozpoczyna się obecnie writerskie kariery. Chodzi raczej o to, że podstawowe w ostatnim półwieczu funkcje publicystyki muzycznej, a więc filtrowanie, hierarchizowanie i popularyzację, przejęła niewidzialna ręka hype’u.

Naczelny prawnik internetu Piotr Waglowski zauważył niedawno, że społeczeństwo informacyjne samodzielnie „negocjuje prawdę” z postępującym pomijaniem dziennikarzy. Tak też sieć przy coraz mniejszym udziale „profesjonalistów” negocjuje wartość aktualnych wydawnictw muzycznych (i filmowych, i książkowych?). Opinia najbardziej wpływowego portalu muzycznego będzie w owych negocjacjach ledwie jednym z tuzinów argumentów. I to argumentem sprowadzonym zazwyczaj do samej oceny – wciąż dobrze, jeśli samodzielnej, a nie wciśniętej w zbiorczą notę. Skoro większość czytelników Pitchforka spędza z recenzją dwie sekundy – bo tyle wymaga sprawdzenie oceny – to nie chodzi im o zapoznanie się ze stanowiskiem autorytetu, lecz raczej sprawdzenie, czy państwo znawcy postępują zgodnie z obowiązującą linią (czy może znów się kompromitują).

W warunkach skrajnego rozdrobnienia popytu i podaży (o)ceny kształtują się wszędzie i nigdzie. Można omijać przestrzenie recenzenckie szerokim łukiem i nadal orientować się, czego wypada, czego warto posłuchać. Bo informacja taka jest właśnie… informacją. Trochę jak skład żelaznych kanonów rocka, jazzu czy partytur. Powszechnie znanych i niepoddających się łatwo pertraktacjom. Wobec tak wynegocjowanej „prawdy” publicystyczne twory są dopowiedzeniem, zniekształceniem z artykułu Waglowskiego, ewentualnie próbą kontestacji. Nadbudówką dla szczególnie zainteresowanych. Tak czy inaczej, coraz słabiej przekładającą się na poglądy opinii publicznej. „Słyszałem, że jest dobre” – słyszę ciągle. Kiedy pytam, gdzie, odpowiedź rzadko bywa konkretniejsza niż „ludzie pisali na Facebooku”.

Tym bardziej imponują przykłady skutecznego punktowego hype’u z umieszczonej powyżej listy. Pomyślne próby naginania zglobalizowanej „prawdy”, czyli wypadkowej głosów jednostek i grup, odsłon i polubień, strategii marketingowych i przypadku. Skojarzenie z giełdą narzuca się również ze względu na chwiejność nastrojów: sympatii i antypatii, hype’ów i dissów, hoss i bess poszczególnych artystów i całych (pod)gatunków. A krytycy jak maklerzy: obserwują i obstawiają. Jeśli podsumowania płytowe większości serwisów rozczarowują, to przez skrajną przewidywalność. Kto w nich wystąpi? Dokładnie ci, którzy powinni. Ewentualne odchyły traktujemy z pobłażliwością, uznając za silenie się na oryginalność lub snobizm. Nie potrzebujemy krytyków, by porządkowali wydawniczo-koncertową rzeczywistość, bo na wolnym rynku porządkuje się ona sama. Czego więc, jeśli czegokolwiek, od nich oczekujemy?

Pytanie to stawiam sobie w miarę regularnie, pewnie tak jak każdy w miarę spostrzegawczy krytyk czy writer, a raz czy dwa razy pytałem też tutaj. Jednoznaczna odpowiedź nigdy nie pada i pozostaje tylko mieć nadzieję, że raczej z powodu zróżnicowania tych oczekiwań niż ich zupełnego braku. Najlepiej skierować pytanie do samego siebie jako czytelnika. Wówczas sprawa okazuje się jasna: potrzebuję i cenię tych, którzy potrafią spowodować i/lub zwiększyć moją przyjemność z obcowania z muzyką. Pogłębiają zrozumienie, a tym samym relację z nią w trudnych czasach powierzchownych odsłuchów i skipowania nawet nie tracków, ale całych albumów. Zachęcają i zmuszają, ale nie do zakupu (90s) czy „sprawdzenia” (00s), lecz do refleksji. Nie wyjaśniają, dlaczego należy się jarać, tylko dlaczego już się jaram – albo dlaczego jednak nie.

Pogłębianie owej relacji przybiera oczywiście przeróżne kształty. Są spoglądające wgłąb samej materii rozprawki muzykologiczne, które szczególnie przy oswojonych uprzednio dźwiękach potrafią sprawić mnóstwo frajdy. Tak miałem ostatnio z analizą rymów Kendricka Lamara, po której cenię człowieka jeszcze wyżej niż dotychczas. Są spojrzenia z zewnątrz, czyli szukanie – bądź kreowanie – kontekstu. Książkę „Reszta jest hałasem” pokochało pół świata, bo Alex Ross z poziomu partytury wciąż wyskakuje na wyżyny, relacjonując ruchy frontów, przemiany materialne i duchowe i wpisując dźwięki w epokowość sztuk wszelakich. Są wreszcie introwertycy. Traktat o „Love Child” Michaelangelo Matosa to jeden z bardziej osobistych tekstów, jakie znam. Po lekturze słuchać The Supremes potrafię wyłącznie uchem autora, a nawet traktować „Love Child” jako półśrodek do celu, jakim było spisanie jego historii. Bo publicystyka najwyższej próby naturalnie emancypuje się, staje dziełem samodzielnym.

Takich ludzi jak Ross, Matos, a także Sasha Frere-Jones, David Stubbs czy Simon Reynolds w chwilach ich świetności – proszę zresztą dopisać sobie własnych muzycznych swatów – nazywałbym nie tyle krytykami, co komentatorami. Krytycy kształtują (kształtowali), a przynajmniej wskazują (wskazywali) prawdę. Współcześni writerzy ją dopowiadają. Wzmagają radość z sukcesu artysty lub tłumaczą przyczyny porażki, tak jak komentator sportowy towarzyszy widzowi w przeżywaniu meczu i objaśnia jego przebieg. Ale na sam wynik wpływu nie ma – wszyscy doskonale wiedzą, jak jest.

.

Fine.




6 komentarzy

  1. klocek pisze:

    Potrzebuję i cenię Mariusza Hermana ponieważ potrafi on spowodować i/lub zwiększyć moją przyjemność z obcowania z muzyką. Pogłębia zrozumienie, a tym samym relację z nią w trudnych czasach powierzchownych odsłuchów i skipowania już nie tracków, ale całych albumów. Zachęca i zmusza, ale nie do zakupu (90s) czy „sprawdzenia” (00s), lecz do refleksji. Nie wyjaśnia, dlaczego należy się jarać, tylko dlaczego już się jaram – albo dlaczego jednak nie. ;)
    Pozdrawiam!

  2. Mariusz Herma pisze:

    Muszę usunąć oznaczenie “Creative Commons” z prawej kolumny.

  3. sportsmen pisze:

    Notki takie jak powyższa sprawiają, że staram się nie odwiedzać zbyt często Ziemi Niczyjej (szczególnie, kiedy wzywają obowiązki). Przeczytam tekst raz, przeczytam powtórnie, sprawdzę odsyłacze, przewijające się nazwiska, tytuły i zanim oswoję się z myślami – dzień z głowy.

  4. Ciachu pisze:

    Tą funkcjonalność już wyłączyli, bo nie potrafię jej znaleźć? ;)

  5. Mariusz Herma pisze:

    Przyznam, że nie śledzę już tak uważnie (a w niektórych przypadkach w ogóle) ich twórczości, więc trudno mi odpowiedzieć.

Dodaj komentarz