Jeźdzcy apokalipsy

Boards of Canada - Tomorrow's HarvestBoards of Canada – Tomorrow’s Harvest (Warp)

Obiecałem sobie nie silić na recenzję „Tomorrow’s Harvest” po lekturze wywiadu, jakiego Boards of Canada udzielili GuardianowiOpowiadają tam o fałhaesowej aurze, którą osiągnęli maniakalną nadprodukcją i podpatrzonymi w starym kinie wahaniami tempa. O wątkach urywanych na wzór pierwszych kolorowych soundtracków. O arpeggiatorze Johna Carpentera i mniej oczywistych, lecz głębszych podobno inspiracjach tonem filmowego mroku lat 70. i 80.

Jak niecierpliwe dzieci wyskakujące z kryjówki wbrew jedynej zasadzie zabawy w chowanego bez czekania na słuchaczy wyjawiają smaczki, którymi ten album nafaszerowali. Mówią nie tylko o ogólnych procedurach perkusyjnych, ale i genezie tajemniczego jednosekundowego detalu z mocarnego „Cold Earth” – mieli tę sekundę wyprodukować na sprzęcie, którego zdobycie kosztowało „szmat czasu i mnóstwo mil” – albo strukturze całego albumu, która przypomina palindrom z osią w postaci utworu „Collapse”. Zapewne dla pokreślenia owej „celebracji idei upadku raczej niż przeciwstawiania się mu”, myśli przewodnią płyty, której tytuł zaczerpnięto od sklepu sprzedającego ekwipunek na Armageddon.

Opowiadają również o fizycznej i artystycznej izolacji, w jakiej przez te osiem lat powstawało „Tomorrow’s Harvest”. W zaciszu nowozelandzkim, w sielance szkockiej wsi – oto i rozwiązanie kolejnej zagadki albumu, czyli jej nie tyle ponadczasowego, co pozaczasowego charakteru. Pogłębianie własnych technik wypracowanych za młodu i już wówczas opartych zresztą na wszechstronnym recyclingu połączyli z inspiracjami kinem podobnie rozstrzelonym chronologicznie. Zsumowało się to wszystko w muzykę, która stanowi przeciwieństwo jednoznacznych dekadowo retromaniakalnych strzałów, tak że wpisywanie Boards of Canada w jakiekolwiek nurty wydaje się jeszcze bardziej wymuszone i bezcelowe niż przed piętnastu laty. Jako ludzie oderwali się kompletnie od świata muzyki, ale i świata w ogóle. Twórczość ich nie może być inna.

Zrecenzowali się więc lepiej, niż którykolwiek z krytyków potrafiłby i niż większości by się chciało. Piszę więc dla zwrócenia uwagi na pobocze tej i kilku innych premier ostatnich miesięcy, które wydaje mi się kontynuacją pewnego wątku popularnomuzycznej telenoweli. W latach 50. poprzedniego wieku do znanych z radia i płyt dźwięków przykleił się wizerunek telewizyjny wykonawcy. Nie było muzyki Elvisa bez uczesania Elvisa, bez stroju Elvisa, bez bioder Elvisa. Nawet dziś łatwiej oglądać jego występy z wyłączonym dźwiękiem niż słuchać go bez wizji. W dwóch kolejnych dekadach podobnie stało się z okładkami (m.in. za sprawą Beatlesów) i zachowaniem scenicznym (od The Doors po The Who). A na początku lat 80. nieodłącznym atrybutem muzyki Michael Jackson wespół z MTV uczynił teledysk. Idea obcowania z „czystą muzyką” stopniowo się oddalała.

Odnoszę wrażenie, że w tej chwili do bagażu okołomuzycznego włączamy towarzyszącą jej narrację marketingowo-społecznościową, krzyżówkę planu i spontanu. Nie tylko ze względu na niedawny artykuł o kampaniach promocyjnych trudno mi myśleć o „Yeezusie” w oderwaniu od buźki autora projektowanej na którejś z 88 ścian świata czy „Tomorrow’s Harvest” bez powidoków pustynnej transmisji i globalnego pościgu za sześciocyfrowymi kodami. Ale i nowy longplay My Bloody Valentine wyłania mi się z towarzyszącego mu strumienia komentarzy i tweetów, podekscytowanych uczestników okolicznościowego czatu i porannego wysypu tyleż nieskładnych co nieskazitelnie euforycznych opinii. Chaosu, który zespół zafundował nam nagłą premierą i który znakomicie wpisał się w zawartość płyty.

Na odbiór muzyki i przedtem kładły się oczywiście okoliczności jej narodzin. Trudno słuchać „Rock Bottom” w oderwaniu od wyskoku Wyatta czy „Pink Moon” bez wizji osamotnionego, dryfującego ku ostatecznej mecie Drake’a. (O ile się te historie poznało). Tak silna osnowa fabularna towarzyszyła jednak pojedynczym premierom i wynikała albo z życiowych perypetii albo pierwotnego sprzężenia muzyki z dziełem tudzież wydarzeniem pozamuzycznym. Czy wkrótce stanie się regułą?

Zżymanie się na tego rodzaju dostawki czy pobłażliwe ich traktowanie byłoby ryzykowne, bo śladem swoich poprzedników nieraz stanowić one mają nieodłączną część doświadczenia dzieła, a nie tylko jego promocji. Najlepiej pokazuje to własnie „Tomorrow’s Harvest”, wzajemne przenikanie zawartości płyty z towarzyszącą jej premierze grą. Do apokaliptycznej myśli przewodniej albumu nawiązuje okładkowy majak Los Angeles. Ten wiąże się z kolei z nieodległą bazą militarną z okresu Zimnej Wojny. Zimnowojennym teoriom spiskowym zespół oddał hołd rozrzucanymi po świecie nagraniami z sekretnym kodem, którego miliony Amerykanów słuchały swego czasu na falach krótkich – a niektórzy nawet je wydawali na płytach. Wreszcie owa pustynna prapremiera.

Zagadka i okładka, opuszczony pustynny park i opuszczona baza wojskowa, doniosłe wizje zmierzchu cywilizacji i zabawa w apokaliptyczny survival – oto składowe opowieści, wydarzenia, płyty „Tomorrow’s Harvest”.

*

James Holden – The Inheritors James Holden – The Inheritors (Border Community)

 

Stawiam Holdena obok Boards of Canada nie przez kojarzącą się nazwę wytwórni czy utwór „Delabole”, który na „Tomorrow’s Harvest” czułby się lepiej niż u własnego stwórcy. Ich praktyki przywodzi na myśl szereg innych cech północnego półrodaka, jak choćby owa pozaczasowość. Osiągana tyleż metodą recyclingu akustycznego – no niezbyt elektronicznie brzmi ta płyta – co stylistycznego. Weźmy otwierające „Rannoch Dawn”: zaawansowana inżynieria laptopowa czy podrasowany krautrock?

Po kanadyjsku chwieją się również rytmy Holdena i rozciągają jego takty. A przerasta ich swoim ADHD. Ciągła fluktuacja pomysłów, zrywanie wątków i zawiązywanie kolejnych. Gdyby przyszło mi jednym słowem opisać „The Inheritors”, postawiłbym na „ewolucję”. Ciągłą, organiczną, rozkosznie nieprzewidywalną. Osobną paletę brzmień przynosi bowiem nie tylko każdy kolejny utwór, ale i wewnątrz nich odbywają się wciąż małe przewroty. Kto przewidziałby końcowe poślizgi stereofoniczne „||: A Circle Inside A Circle Inside :||”? Albo euforyczny finał „Renaty” czy avantjazzowy „The Caterpillar’s Intervention”? Albo el-muzyczną słodycz, która po dwóch minutach oblewa chropowaty burdon „Blackpool Late Eighties” – i pozwala mu się na powrót wynurzyć dopiero na mecie?

Podobny efekt „dziania się” Boards of Canada osiągnęli wtranżalając siedem godzin materiału w jedną. Bardzo prawdopodobne, że Holden nie mniej nasiedział się przy „The Inheritors”, główkował wszak nad swym drugim longplayem ledwo o rok krócej niż edynburczycy nad swoim comebackiem. Staranność dotykająca pojedynczych dźwięków i wielopoziomowa nieobliczalność przypisują Holdena raczej do niespokojnego światka IDM-owego przełomu milleniów niż współczesnych stronnictw producenckich kurczowo uczepionych kreski taktowej. I może o to chodzi w tytułowych spadkobiercach.

*

Zomby - With LoveZomby – With Love (4AD)

Ocena 2/6

 

À propos uczepionych kreski taktowej… To najpewniej najgorsza płyta, jaką zdarzyło mi się przesłuchać w tym roku w całości. Przesłuchać trzy razy, mimo że zawsze swoje domowe zabawy produkcyjno-kompozytorskie przerywałem dokładnie w momencie, gdy prowadziły mnie do podobnych wyników. Bezcelowych, bezmyślnie repetowanych podkładów do czegoś, co można by nazwać kompletnym utworem dopiero po dograniu dwóch wyższych hierarchią planów.

Kiedy pierwsi klubowi majsterkowicze ciosali podobne pętle w latach 80. czy na początku 90., broniły się wówczas nowatorstwem, a obecnie mają wartość klasycznych półproduktów, którym zawdzięczamy pełnię zrealizowaną przez następne pokolenia. Kiedy współcześni sypialniani producenci wystawiają na słuch publiczny pokrewne „Orionowi” dżingle, to jedynie w celu złowienia kolejnego raperskiego samorodka, który taką patetyczną pustkę wypełni życiem. Napisałbym, że Zomby dryfuje ku topornemu prymitywizmowi, ale mogłoby to jeszcze zabrzmieć intrygująco. A to pospolita, wtórna nuda, typowe dziecku artystycznej bezpłodności i braku zaangażowania. W zestawieniu z zawartością płyty jej tytuł budzi we mnie obawy, czy ktoś tu aby nie postradał zmysłu muzycznego – czy tylko sobie z nas zakpił.

*

Mount Kimbie - Cold Spring Fault Less YouthMount Kimbie – Cold Spring Fault Less Youth (Warp)

Ocena-3-6

Dwa najlepsze utwory na drugim longplayu Mount Kimbie zawdzięczamy udziałowi 19-letniego King Krule, kolejnego wychowanka fabryki gwiazd. Zderzenie zgorzkniałych melodeklamacji najbardziej czarnego spośród rudych wokalistów z arcypoprawną produkcją londyńczyków intryguje już na zasadzie kontrastu – i to nawet przy dwucyfrowym przesłuchaniu. Niestety także w kontraście do reszty materiału płyty – w połowie instrumentalnego, w połowie dość miernie wokalizowanego.

Debiut Mount Kimbie w ciągu trzech lat stracił wiele ze swojego uroku. Ale w momencie wydania cieszył wypieszczoną produkcją i tyleż zaspokajaniem co podsycaniem pytań o to, co po dubstepie. Przy tutejszym poziomie energii i inicjatywy mówić można co najwyżej o smoothstepie, bo prócz wspomnianej pary karykaturalnych reminiscencji grime’u tylko przyduszone „Sullen Ground” zasługuje na swoje trzy i pół minuty i potwierdza sceniczny rodowód. W pozostałych trzydziestu minutach „Cold Spring Fault Less Youth” ani pieszczot, ani intryg.

.

Fine.




4 komentarze

  1. Patryk pisze:

    abstrahując od recenzji proponuję zainstalować facebookową wtyczkę do wordpressa, żeby można było polubić dany artykuł – na pewno wpłynie to na popularność bloga.

  2. Mariusz Herma pisze:

    Zaspałem z tym i chciałem już doczekać do następnego wynalazku społecznościowego albo liftingu bloga. Ale FB chyba jeszcze z nami chwilę zostanie, a te nowe wordpressowe skórki albo tabloidowe, albo do bólu minimalistyczne. Zrobione.

  3. Patryk pisze:

    dzięki. dziewicze “lubię to” ode mnie ;)

  4. Mariusz Herma pisze:

    Kłaniam się. Choć nie takie dziewicze – ku mojemu zdziwieniu nawet bez wtyczki poprzednie posty bywały lubiane :-)

Dodaj komentarz