Blokowiska

John Talabot - Missing You

(John Talabot – Missing You)

Mnogość wątków zawartych w screenagersowym felietonie „We Don’t Control the Controls” Sebastiana Niemczyka pozwoliłaby każdemu wybrać sobie własny do skomentowania. Sam chciałbym się odnieść do jednego z muzycznych – próby wyjaśnienia obserwowanego od przynajmniej kilku lat rozkwitu muzyki zapętlanej:

Paweł Klimczak zaproponował wyjaśnienie wzmożonego zainteresowania taką muzyką przy okazji recenzji płyty „You Are Eternity” duetu Dadub: Podłożem niebywałej popularności mrocznego, kombinowanego techno i rzeczy techno-podobnych, może być atmosfera naszych czasów – niepewnych, targanych napięciami społecznymi i problemami.

(…)

Przyczyn wzmożonej popularności ekstrawertycznego house’u i mrocznego techno szukałbym w przyspieszeniu naszego życia (żeby utrzymać się na powierzchni musimy robić coraz to więcej i więcej rzeczy, co przekłada się na jego rytmizację) i postępującemu rozmywaniu się rzeczywistości w jej wirtualnej reprezentacji.
.

Serwis Discogs zapamiętał z lat 90. około 110 tys. wydawnictw podpisanych etykietką house oraz prawie 57 tys. dużych i małych płyt techno. W następnej dekadzie tych pierwszych przybyło o jedną trzecią. A tych drugich o jedną piątą. Baza szeroko pojętej elektroniki, obejmującej oba te style, urosła o ponad połowę z niespełna 450 tys. tytułów do ponad 690 tys. Rock przytył w tym czasie o ćwiartkę, a pozostałe duże gatunki ledwo o kilka procent. W samym 2012 roku Discogs odnotował dwukrotnie większą ilość wydawnictw techno niż w roku 2000.

Także po stronie publiczności widać to przesunięcie. W corocznych rankingach RateYourMusic do niedawna pojawiało się 80-100 wydawnictw techno. Od pięciu lat – czyli od roku „Shedding the Past” – jest ich przynajmniej półtorej setki. Do podsumowań rocznych niegdyś rockowych, popowych czy czarnych serwisów regularnie zaglądają takie postacie jak Andy Stott, John Talabot, The Field, Voices From The Lake i Sandwell District. Od dłuższego czasu nie trzeba jeździć na festiwale z półoficjalną dystrybucją narkotyków, by takiej muzyki posłuchać (powiedzmy) na żywo. Intuicja i liczby podpowiadają hossę.

Pokusie wyjaśniania tego typu fenomenów przeżyciami pokoleniowymi jak najbardziej kibicuję, sam się czasem tak zabawiam, jako że nawet teorie mocno naciągane bywają ciekawym pretekstem dla przemyśleń. I w choćby minimalnym stopniu są pewnie prawdziwe. Ale tutaj, wydaje mi się, mamy do czynienia z prozą życia.

Jon Hopking - Sun Harmonics

(Jon Hopkins – Sun Harmonics)

Po stronie twórców popularność muzyki repetycyjnej napompowała rewolucja technologiczna. W ostatnich dwóch dekadach na dobre zwizualizowaliśmy muzykę, nagrywanie na ekranie stało się domyślną formą muzycznego wyrazu. Jeszcze w latach 90. podstawowym odruchem nastolatka rwącego się do grania było polowanie na gitarę. A później na resztę zespołu i salkę do prób. A potem na okazje, by pokazać się społem na żywo. W XXI wieku otwiera się przeglądarkę i ściąga Fruity Loops, Adobe Audition albo Logica. I klei. I wrzuca do sieci. I czeka, aż któryś festiwal podeśle bilet lotniczy dla jednej osoby.

Sposób siania naturalnie wpływa na plony. Pokolenia wschodzące, czyli dominujące w krajobrazie niemainstreamowym, uprawiają już nie komponowanie i wykonywanie, lecz głównie kopiowanie i wklejanie. Samo środowisko komputera narzuca myślenie obiektowe, a jeśli ktoś korzysta jeszcze z takich wynalazków jak Fruity Loops, to cały proces produkcyjny spędza za kratkami. Dla składu rockowego zagranie stu identycznych taktów byłoby nudne i wymagające fizycznie. Dla samotnego producenta zapętlenie trafnej frazy w kilka czy nawet kilkanaście minut to odruch naturalny. Sam przez wiele lat z nim walczyłem.

Kompozycje popowe czy rockowe poczynają się zwykle na gitarze lub pianinie, garną się więc ku melodii i harmonii. Laptopowa elektronika zaczyna się od rytmu i pętli. Jeśli coraz więcej karier rozpoczyna się raczej od laptopa niż strun i klawiszy (nie myszki), to i przybywać będzie utworów i płyt osadzonych na groovie okładanym kolejnymi warstwami aranżacji. A ubywać tworów liniowych, przynajmniej do czasu oswojenia medium. Pharrell Williams, miłośnik tradycyjnych syntezatorów i analogowych taśm, który wręcza swoim asystentom mikrofony i każe im trzaskać drzwiami, ostatnio podsumował to krótko: „Budujemy blokami”.

Andy Stott - Numb

(Andy Stott – Numb)

W ślad za ofertą podąża zainteresowanie odbiorców. Tak w muzyce (sztuce) jest od zawsze (i dzięki Bogu, że nie na odwrót). Zaryzykowałbym jednak hipotezę, że ewolucję gustów wynikającą z podaży loopów pogłębia gruntowna zmiana okoliczności obcowania z muzyką czy w ogóle kształtu naszej codzienności. Jak wiadomo, słuchamy coraz więcej, ale coraz rzadziej w warunkach skupienia i bez zewnętrznych rozpraszaczy – także akustycznych. Najczęściej przy okazji pracy, spotkań, podróży realnych i wirtualnych. Ilu osobom poniżej magisterki zdarza się chociaż raz na tydzień usiąść w ciemności i chłonąć?

Tylko w takich warunkach improwizacje, nieminimalistyczne partytury czy głębsze eksperymenty komunikują się naprawdę skutecznie. Zresztą nawet średnio wymagająca płyta rockowa lub popowa wymaga kilku przesłuchań, by się z nią oswoić i ewentualnie polubić. Muzyce repetycyjnej wystarczy przeważnie jeden obrót, parosekundowe „motywy” wpadają w ucho już po tuzinie bliźniaczych taktów. Cały longplay mieści ich setki, tysiące. I nie szkodzą im wahania uwagi słuchacza. Ba, nawet jego tymczasowa nieobecność. Jak w rasowej telenoweli – przegapienie odcinka czy dwóch nie grozi dezorientacją.

Stąd więc pęd do repetycji po obu stronach strumienia. Ale dlaczego w tonie minorowym? Tutaj proporcji nie zmierzymy, załóżmy jednak, że gros produkcji istotnie spowija mrok. Nic nowego. Od dekad młodzi twórcy garną się raczej do negatywnych wibracji. Okrutne metalowe masy dźwięku łapały za pysk, indierockowcy pławili się w depresji, hip-hop rzadko bywał narzędziem afirmacji życia. U schyłku millenium licealistów epatowali goryczą numetalowcy, obecnie dwuznaczne emocjonalnie są najbardziej euforyczne odmiany stadionowego dubstepu. Zmieniają się stylistyczne stroje, nastroje pozostają te same.

Znaczenie może, nie musi, mieć też fakt, że muzykę laptopową uprawiają raczej introwertycy, bo tych drugich wciąż będzie ciągnęło do staroświeckich kapel. Dzięki sypialnianym studiom domownicy – czyżby nowy sens terminu house music? – nie muszą za to jak dawniej przezwyciężać własnego zamknięcia i sięgać po wsparcie z zewnątrz. W tej sytuacji zarówno ich osobowość, jak i okoliczności narodzin w nocnym półletargu (raczej niż w toku piwnicznej schadzki) przekładałyby się na barwę domowych wyrobów. I mimo że ich muzyka kojarzy się z klubami, nie powstaje przecież z myślą o maratończykach parkietowych, ale raczej ciekłokrystalicznych.

.

Fine.




10 komentarzy

  1. Jest trochę na ten temat w książce „Zagubieni w dźwięku” Rappa – zarówno komponowaniu modularnym, jak i o gatunku blog house (house robiony przez ludzi siedzaycmi przed komputerami dla ludzi siedzacych przed komputerami).

    Ja bym jednak tak nie rozpaczał. W końcu to Berghain obok mekki nowego house jest równieżmiejscem prezentacji muzyki improwizowanej, współczesnej, ekspermentalnej. Bogactwo oferty festiwalu UNSOUND pokazuje, że fajni techno tak samo chętnie poszukują w innych gatunkach. Kompozycje modularne kładą duży nacisk na samo brzmienie – moim zdaniem wymuszają większa uwagę. Myślę, że fenomen leży gdzieś indziej – ludzie są bardziej osłuchani, rozgarnięci, są w stanie więcej wyłapać z muzyki w krótszym czasie. Młode pokolenie przyswaja więcej i lepiej – taka jest moja opinia. 10-15 lat temu muzyków grających dobrą eksperymentalna muzykę w Polsce można było policzyć na jednej ręce. Teraz wystarczy ich na zapełnienie całego festiwalu (patrz LDZ festiwal).

    A czy muzykę laptopowa uprawiaja introwertycy? Równie dobrze można powiedzieć, że w ogóle muzyka to zajęcie dla introwertyków i pewnie wiele dowodów się znajdzie ;)

  2. Mariusz Herma pisze:

    @ Ja bym jednak tak nie rozpaczał.

    Pewnie, że nie ma nad czym rozpaczać. Nawet jeśli woli się muzykę nielaptopową (czy raczej mniej laptopową), to tej przecie nie ubywa. Raczej przybywa jej nieco wolniej i jest może mniej widoczna.

  3. Sebastian Niemczyk pisze:

    „Zaryzykowałbym jednak hipotezę, że ewolucję gustów wynikającą z podaży pogłębia gruntowna zmiana okoliczności obcowania z muzyką czy w ogóle kształtu naszej codzienności.(…) Najczęściej przy okazji pracy, spotkań, podróży realnych i wirtualnych. Ilu osobom poniżej magisterki zdarza się chociaż raz na tydzień usiąść w ciemności i chłonąć?”

    Napisałem: „Czasem wydaje mi się, że moje zwiększone zainteresowanie taką muzyką wynika z bardzo prozaicznego powodu: rytuałów naszej codzienności. Rytmicznych klików, płynnego przewijania kontentu. Od zawsze potrzebowaliśmy muzyki, która mówi coś o naszym życiu w naszych czasach.(…) Kiedy ostatnio słuchaliście muzyki i nie zajmowaliście się niczym innym, co by was od tego odciągało i nie czuliście potrzeby natychmiastowego wyrobienia sobie opinii?”

    A jednak szukamy odpowiedzi w podobnych blokowiskach :-)

    Bardzo ciekawa analogia między uwagą słuchacza, a przyswajalnością repetycji. Jeżeli słuchamy muzyki w sposób „średnio” uważny, to sprowadzamy ją częściowo do roli „muzaka”. Chyba, że osiągnęliśmy taki poziom „wielozadaniowości”, że stan ciągłego rozproszenia jest dla nas naturalny. Z drugiej strony, repetycje „nastrajają” naszą uwagę. Dużo tu możliwych ciekawych sprzężeń zwrotnych.

  4. Mariusz Herma pisze:

    W tym miejscu mogłem Cię faktycznie zacytować. W całości chodziło mi o sprowadzenie poezji pt. „metafora naszych czasów” do prozy codziennej. Muzyka repetycyjna zwyczajnie przystaje do warunków, w których przeważnie słuchamy (umiarkowana dawka treści muzycznych x niekończące się repetycje). Wiele przełomowych, czasem fascynujących, a czasem destrukcyjnych zjawisk w muzyce wynikało z tak doczesnych przyczyn jak wynalazek druku, długość nośnika albo przemiany własnościowe w mediach. Teraz są software’owe kratki (podaż) i multitasking (popyt).

  5. PS pisze:

    Sprowadzając dyskusję do bardzo prywatnego poziomu: dużo łatwiej słuchało mi się muzyki repetycyjnej, kiedy nie byłem jeszcze tak wielozadaniowy, bo przecież multitasking to nie jest tylko 48 otwartych kart w Firefoxie, ale też szalona mnogość życiowych spraw – tu praca, tam pasja, tu internety, tam książki, tu płyty, tam filmy, tu znajomi, tam rodzina itp., całe to TEMPO, które bywa nie do zniesienia. Więc kiedy wreszcie znajduję chwilę pod koniec dnia, żeby posłuchać muzyki, to sorry Stevie Reichu, ale nie mam wystarczająco dużo czasu, by ogarnąć mikrozmiany na przestrzeni twoich makrokompozycji. Poświęcam tych kilkanaście minut, żeby odpalić kilka zwięzłych, maksymalnie treściwych piosenek. W tym sensie to właśnie „konserwatywny” songwriting spełnia dla mnie eskapistyczną funkcję muzyki.

  6. Mariusz Herma pisze:

    Sprzeczność według mnie nie zachodzi. Mówisz o rzadkich momentach, kiedy słuchasz tudzież słuchasz świadomie. Rezerwowanie ich dla rzeczy treściwszych niż dziesięciominutowe składanki dziesięciosekundowych loopów jest uzasadnione. Ale gdybyś zapodawał coś również w pozostałym czasie – pasje, internety, książki, znajomi, rodzina – pewnie lepiej sprawdzą się te rozcieńczone produkcje.

  7. PS pisze:

    Nie chodzi mi o wykazanie sprzeczności, przykład był hipersubiektywny, ot ciekawostka. Trudno mi się ustosunkować do tego czy loopy/repetycje są lepsze np. w pracy, kiedy co chwila ktoś podchodzi, muszę wtedy wyjąć słuchawki z uszu, nie mam czasu wcisnąć pauzy, a kiedy wracam do słuchania płyta jest już 15 minut dalej. Kiedyś słuchałem w ten sposób „Outside The Dream Syndicate” i faktycznie, dawało to radę, bo mogłem oderwać się od muzyki na dłuższą chwilę, a kiedy znów wkładałem słuchawki do uszu, miałem wrażenie, że nic się nie zmieniło ;) ALE gdybym miał wskazać frapujące napięcie pomiędzy „przewijalną rzeczywistością”, że tak red. Niemczyka sparafazuję, a „powtarzalną muzyką”, to – no właśnie – paradoksalnie potrzeba więcej uwagi, żeby wychwycić mikrozmiany w makrokompozycjach. Tak jak w przykładzie wyżej – gdybym słuchał tego Tony’ego Conrada uważnie to pewnie nie odniósłbym wrażenia, że nic się nie dzieje.

  8. Mariusz Herma pisze:

    Coś w tym jest. Podobnie skądinąd „wygląda” klasyka w zależności od stopnia uwagi. Niby jest (bywa) najbogatszym w treści muzyczne gatunkiem, a jednocześnie zaleca się ją do zakuwania czy pracy twórczej, bo przyjemnie łechce umysł, ale nie odrywa go od ważniejszych spraw. No i w przypadku szczególnie rekomendowanego baroku ciągle to samo.

  9. PS pisze:

    Tak, pełna zgoda. BTW sam słuchałem właśnie Bacha na pierwszym roku studiów, żeby usprawnić proces nauki. Choć ZNOWUŻ: muzyka poważna (czy klasyka, czy współczesność) raczej nie rozprasza przeciętnego słuchacza, bo się posługuje dla tegoż przeciętnego słuchacza kompletnie nieczytelnym językiem. I to nawet nie chodzi mi o język w rozumieniu systemu dur-moll ale w rozumieniu logiki komponowania, gdzie piosenka pop operuje hookiem jako śpiewną, emocjonalnie naszprycowaną melodią, a bachowska polifonia to jakaś pieprzona kostka rubika (coś jak opozycja przyjemności cielesnych i intelektualnych). No więc zmierzam do tego, że nas te intelektualne podniety muzyki poważnej nie rozpraszają, bo za nimi nie podążamy odruchowo, tak jak za dobrym hookiem, który można sobie od razu zanucić.

  10. […] tylko do części wątków, tych, które interesują mnie najbardziej. Tym samym, wraz z replikami innych osób, wychodzi nam powoli taka hipertekstowa… hiperdyskusja. Co ciekawe, gdy Sebastian podsyłał […]

Dodaj komentarz