Actress – Ghettoville

Actress - GhettovilleActress – Ghettoville (Werk)

 

Gdy w podsumowaniu 2010 roku „The Wire” obdarowywało jego „Splazsh” złotem, „Cosmogramma“ Flying Lotusa ledwo zmieściła się w pierwszej ćwierćsetce. Dwa lata później ten sam magazyn dał brąz kolejnemu „R.I.P.”, zupełnie pomijając za to Lotusowe „Until the Quiet Comes”. Potem gusta redakcji jeszcze bardziej się zresztą zrypały. Z fiaskiem pokroju „Ghettoville” Actress w tegorocznym rankingu pewnie nie zmieści się w pierwszej piątce.

Kilka lat temu Darren Cunningham rzeczywiście jednak konkurował z Lotusem o miano proroka nowej elektroniki. Pytany wówczas o to, co najbardziej fascynuje go w muzyce, odpowiadał: „faktura, emocje i poświata – wszystko z odpowiednio wyważonymi proporcjami funku i soulu, hałasu, introwersji i mroku”. Miałkość jego czwartego albumu nie wydaje się świadczyć, że stracił zainteresowani tymi elementami. Tylko że stracił zainteresowanie muzyką w ogóle. W tej powierzchownej, ubogiej muzyczne, niechcianej przez samego autora płycie zdołałem dostrzec jedną zaletę: szczerość.

Jawne zniechęcenie Cunningham mógłby maskować bzdurnymi historyjkami, a brak pomysłów przykryć losową gmatwaniną laptopowych efektów. Pozwolił jednak albumowi odzwierciedlić stan swego ducha, czyli pustkę, właśnie brak zainteresowania. Stąd taka oczywistość zabiegów, jak w „Contagious” – czterominutowej jednopętlowej sztampie, którą Cunningham wydłużył do prawie pięciu minut. Gdyby jeszcze pozwolił sobie na radykalizm youtube’owych spadkobierców DJ Screw, którzy zmieniają Biebera w Eno, to może wyszłyby z tego jakieś drony:
.

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


.
Ale wyszła bezpieczna nuda. Podobnie licealne fruityloopsowe przymiarki przypomina „Corner”. I gdy już Cunningham spróbuje się wyrwać się z tej monotonii konkretem w rodzaju opasłego riffu „Rims”, to przerywa zryw w połowie drogi. Kończy na skopiowaniu motywu kilkadziesiąt razy z przypadkowym wyciszeniem pośrodku, jakby był anonimowym asystentem innego artysty. Dotyczy to niestety wszystkich – nazwijmy to po imieniu – szkiców, z których jedno „Rule” zbliża się do skończonej formy. Nawet do wymyślenia tytułów 17 piosenek Cunninghamowi wystarczyło 20 małosylabowych słów.

Wspomniana szczerość może być oczywiście złudzeniem. Gdyby Cunningham świadom był biedy swego ostatniego, jak zapowiada, wyczynu pod pseudonimem Actress, pewnie powstrzymałby się przed niszczeniem potencjalnej legendy – choćby w perspektywie reaktywacji. Inna decyzja świadczyłaby przecież nie o odwadze przyznania się do słabości, co raczej żerowaniu na słuchaczu i samym sobie z okresu świetności. Wyjaśnienie znalazłem w niedawnym wywiadzie. Jak tłumaczy, postanowił się uwolnić spod wpływu wszelkiej muzyki, jakiej dotąd wysłuchał, co by odnaleźć własny język. Sam język jednak nie wystarczy, trzeba jeszcze mieć coś do powiedzenia.

.

Fine.




10 komentarzy

  1. Łukasz pisze:

    no w końcu głos rozsądku w sprawie tej płyty. o jej poziomie świadczy chociażby to, że nie wybija sie ponad przeciętność słabego muzycznie stycznia.
    z oficjalnie styczniowych wydawnictw zapropsować mogę chyba tylko Isaiah Rashada i mixtape Tink.
    nieoficjalnie Young Fathers.

  2. wieczór pisze:

    styczeń nie był taki bardzo zły. ja od siebie polecam ze styczniowych premier kolejnego pablopavo, sunday pagans i cour de pirate (choć w jej przypadku trochę szkoda, że “trauma” to w całości anglojęzyczny album, ale takie były wymagania zamawiającego, czyli telewizji).

  3. dodecachoron pisze:

    Absolutnie zgadzam się z opinią o miałkości tej płyty. Tym większe to dla mnie rozczarowanie, że poprzednie dwa jego albumy na swoich listach rocznych bym umieścił blisko miejsc przydzielonych przez “The Wire” (z Flying Lotusem zresztą byłoby tak samo).

  4. Mariusz Herma pisze:

    Zasługiwały na to, i u mnie też były, ramię w ramię z FlyLo. I to jednak zdumiewające, gdy autorzy tak świetnych płyt wypuszczają coś fatalnego – pojawia się podejrzenie o zupełny brak rozeznania (dobrego smaku), a więc i przypadkowy charakter poprzednich osiągnięć. Sytuacja nie tak znowu rzadka.

    Za podpowiedzi styczniowe dzięki, posprawdzam. Sam też przeżyłem już pierwszy noworoczny zachwyt i będę wkrótce reklamował.

  5. “Sam też przeżyłem już pierwszy noworoczny zachwyt i będę wkrótce reklamował”

    – zareklamuj bo nie ma czego słuchać
    Po pierwszym przesłuchaniu intrygująco wyględa podwójny album Arve Henriksen’a “Chron” / “Cosmic Creation”

  6. Mariusz Herma pisze:

    Gdyby tylko ściął tę płytę o połowę…

  7. Generalnie to nie moja muzyka, ale zwróć uwagę jakie noty w świecie zgarnia nowy album Behemoth

  8. Mariusz Herma pisze:

    I debiut na drugim miejscu rocznej RYM – lepsi nawet od Transatlantic :-)

    Z takim tytułem nie mogło być inaczej.

  9. Łukasz pisze:

    w końcu jakiś promyk nadziei początku roku, epka nowozelandzkiego zespołu Yumi Zouma już dostępna na spotify :) a propos RYM – czy masz tam swoje konto, które ewentualnie możnaby śledzić? :P jeśli nie chcesz podawać publicznie to prosze o maila ;)

  10. Mariusz Herma pisze:

    I na Soundcloudzie takoż:
    https://soundcloud.com/cascine/sets/yumi-zouma-ep
    Połowę słyszeliśmy już wcześniej, ale miło.

    Na RYM niestety tylko cichcem śledzę innych :-)

Dodaj komentarz