Najlepsze z 2008

O czym był 2008 rok? O Obamie, jak potwierdzą raperzy, o Vampire Weekend, jak potwierdzą bloggerzy, o TV on the Radio według radiowców i o M.A.I według dziennikarzy… filmowych. Choć byli tacy, którzy już wtedy pisali o Janelle Monae. Warszawa dokończyła pierwszą linię metra i przeprowadziła największą w historii polskiej demokracji akcję antyemigracyjną: zburzyła Stadion Dziesięciolecia. Z Pekinu (linii metra: 14) przyjechały trzy złote medale.

Bywało obiecująco – Kosowo zaistniało na mapie politycznej – i bywało kiepsko. Amerykanie zorientowali się, że ich mieszkania warte są trochę mniej, podobnie jak połowa światowej gospodarki. Szczegóły w zdumiewającym i zasłużenie oscarowym „Inside Job” . Rosjanie starli dwudziestoletnią rdzę z czołgów i wysłali ekspertów do Osetii Południowej. Porcys i Screenagers zgodziły się, że Gang Gang Dance nagrało płytę roku.

Poniżej lista albumów, które najsilniej wryły się w pamięć mojego odtwarzacza w roku, jak tak patrzę, bardzo barwnym. Uzupełnienia jak zawsze mile widziane, szczególnie te nieoczywiste.

Amadou & Mariam – Welcome to Mali
(Because)

„Spotkaliśmy się w chórze instytutu dla niewidomych w Bamako. Zaczęliśmy rozmawiać o muzyce i już nigdy nie przestaliśmy” – wspominał Amadou. Zanim zaistnieli poza Afryką i zanim zaczęli robić za muzyczną wizytówkę Mali – w Stanach supportowali Coldplay – prześpiewali dwadzieścia lat i odchowali trójkę dzieci. Amadou & Mariam, oboje ociemniali, to dwugłowe uosobienie pogody ducha, co na płycie słychać wcale nie gorzej, niż widać na żywo. Siłą tej prostej muzyki jest naturalnie to, co robi z nastrojem. Płyta autentyczna, ale świadoma czasów, w których powstała.

Cistercian Monks of Stift Heiligenkreuz - Chant: Music for ParadiseCistercian Monks of Stift Heiligenkreuz – Chant: Music for Paradise
(Universal)

Gdy cystersi w 1133 roku zakładali w podwiedeńskich lasach Opactwo Świętego Krzyża, tak gładko chorału gregoriańskiego na pewno nie śpiewali. Ale pozostawmy ten problem purystom-archeologom. Arcymiękkie wykonanie „In Paradisum” (pierwowzór pogrzebowego hitu „Anielski orszak”) nosi tu wszelkie znamiona transcendencji, a że braciszkowie – odnalezieni przez Universal za pośrednictwem YouTube – odnieśli przy okazji komercyjny sukces, tym lepiej. Nie dla nich, bo pod taką regułą nie dostaną z tantiem ani eurocenta. Dla kilkuset tysięcy osób, które „Music for Paradise” płyta uratuje przed zawałem.

Erykah Badu – New Amerykah Part One (4th World War)
(Universal Motown)

Padłoby na „Soldier”, gdybym miał wskazać ulubiony fragment dwa tysiące ósmego. Padłoby na „New Amerykah Part One”, gdyby przyszło mi dziś wytypować ulubiony moment Badu. Pomnikowe pozycje z przełomu dekad uległy już zamęczeniu. Ubiegłoroczne „Part Two” jest z kolei przykładem płyty zbyt dobrej, by się na nią obrażać, ale z poczuciem niedosytu walczyć się nie da. Na „4th World War” Badu-odkrywczyni idealnie zrównoważyła Badu-gwiazdę, Badu-wokalistka – Badu-producentkę, a wcielenie żywego soulu – laptopową neofitkę. Brawa dla syna za przyuczenie mamy do Maca.

Esperanza Spalding – Esperanza
(Heads Up)

A to przecież krewniaczka Badu. Wystarczy podmienić instrumentarium i okaże się, że obie za cel obrały sobie wykoleić kobiece R&B – w tłumaczeniu na współczesny „Cuerpo y Alma” – z wyślizganych torów . Esperanza wykoleja przy okazji zmęczony samym sobą jazz, a po skandalicznej nagrodzie dla „Best New Artist” podczas tegorocznych Grammy może i pop skorzysta nieco z autentyzmu i wszechstronnej maestrii Spalding. „Patrzysz na nią i myślisz: tak młoda osoba, a tyle w niej pomysłów i kreatywności! Wiesz, że jej imię znaczy tyle co „nadzieja”? Trudno o większą symbolikę”. (© Vijay Iyer)

Fleet Foxes – Fleet Foxes
(Sub Pop)

Przerwany związek, nadwyrężone przyjaźnie i podkopany szacunek do samego siebie – tyle Robina Pecknolda kosztowała ponoć druga pełnometrażówka Fleet Foxes. Zgodnie z tytułem ciężkawa tyleż w aranżach co wokalach. Jedynka była lekka, zwiewna i promienista pomimo relatywnej złożoności i zawodzeń. Owoc przedziwnych inspiracji Pecknolda, wśród których Dylan sąsiadował z herosem Nintendo Yasunorim Mitsudą, a obok „Ys” Joanny Newsom mantrowały freaki z The Trees Community. Do tego Jodee Sill i Dungen, David Crosby i Panda Bear. Wszystko w głowie 21-, 22-letniego chłopaka z gitarą, głosem i naręczem melodii.

Jóhann Jóhannsson - FordlândiaJóhann Jóhannsson – Fordlândia
(4AD)

40-letni Islandczyk i z ciała, i z odcienia artystycznego ducha za jednym zamachem nagrał swoje prywatne magnum opus, muzyczną zapowiedź naciągającej skandynawskiej zimy i najpiękniejszą w owym roku rzecz pogranicza minimalizmu, muzyki filmowej i łagodnej elektroniki. Z kompozytorskimi ciągotami ku neoklasycznemu majestatowi, ale z szacunkiem dla pojedynczego dźwięku. Świadomy trendów, Jóhannsson okazał się jednak dostatecznie asertywny, by trzymać się własnych – emocjonalnych – priorytetów. Idealna muzyka tła, gdyby nie fakt, że ona się z tego tła uparcie wyrywa.

Jordi Savall – Jérusalem
(Alia Vox)

„To jedyny album muzyczny, którym można zabić” – stwierdził Bartek Chaciński na widok tej 440-stronicowej cegły. To także jedyna znana mi próba pisania muzyki dawnej cokolwiek po fakcie, która się udała. W karkołomnym składzie 40 muzyków z Palestyny, Izraela, Armenii, Turcji, Syrii, Maroka, Grecji, Hiszpanii, Włoch, Iraku i Afganistanu. „Kiedy rozpoczynałem pracę nad „Jérusalem”, wszyscy mówili, że oszalałem, że chrześcijan, Palestyńczyków i żydów dzieli zbyt wiele. A ja przez rok odwiedzałem kościoły, synagogi i meczety, aż znalazłem ochotników. Potem stałem nad nimi ze stoperem w ręku i sprawdzałem, czy wszyscy mają tyle samo czasu” – opowiadał Savall. Wykonanie w Operze Krakowskiej należy do moich najcenniejszych muzycznych wspomnień.

Julia Marcell – I Might Like You
(Sellaband / Galapagos)

Przejadła mi się ta płyta. Jakoś na początku 2010 roku, a więc po dwóch latach, kilkudziesięciu obrotach i trzech koncertach Marcell w trzech różnych anturażach: klubowym (Kulturalna), teatralnym ( Teatr Rozmaitości) i żadnym (Free Form). Ten ostatni zdumiał mnie najbardziej. W skrajnie niesprzyjających warunkach zerowej temperatury i zbliżonej do tego poziomu frekwencji objawiła się czystość i potencjał głosu Marcell. I świetność jej kawałków, bo siłę kompozycji najlepiej sprawdza się przecież krojąc aranżacje. Dzięki „It Might Like You” młode polskie pieśniopisarstwo wygrywało przez moment z songwritingiem i szkoda, że mimo dobrej prasy ten wybitny debiut tak szybko zapomniano. No ale przecież się nie powiesimy.

Lykke Li – Youth Novels
(LL)

Jak przystało na córkę fotografki z punkową przeszłością i muzyka world music grającego „na wszystkim z wyjątkiem bębnów”, jak przystało na osobę dorastającą w Skandynawii, Portugalii, Indiach, Nepalu, by swój debiut – zupełnie niespodziewany, bo szwedzkiej publiczności dała się poznać jako telewizyjna tancerka – nagrać w Nowym Jorku, Lykke Li od razu przyłączyła się do tej frakcji popowej alternatywy, która nie tyle unika kategoryzacji, co w ogóle takowej nie zauważa. Muzyka równie słodka jak jej rodowód („Wygłupiałam się przed lustrem i nagle zaczęły z tego powstawać piosenki”). Szkoda tylko, że zabrakło najśliczniejszej piosenki Lykke „Tonight”, dzięki której zaistniała w mediach najnowszych i mojej świadomości.

Marconi Union – A Lost Connection
(Just Music)

Ściśle wypoczynkowy album z pogranicza nietanecznego techno, klimatycznego IDM, najlepszych wyczynów Tangerine Dream i ambientu. Richard Talbot & James Crossley mieli jakoby nagrać płytę o chwilach, w których „słyszymy dotąd niesłyszane i widzimy niewidziane”. W zakresie muzyki odkrywania nieodkrytego tutaj nie ma, ale przebłyskom olśnienia – głównie książkowym – płyta może towarzyszyć w całej swej łagodnej dyskrecji. Chociaż wejścia „refrenu” w „Endless Winter” jeszcze nigdy nie zdołałem przegapić.

M83 - Saturdays = YouthM83 – Saturdays = Youth
(Mute)

„To mój hołd dla jednej z najważniejszych dekad w historii muzyki” – mówił Anthony Gonzalez. Najbardziej popową płytę M83 sklecił z najlepszych brzmień przełomu lat 80. i 90., zaledwie symbolicznie nadając im połysk współczesności. „Saturdays = Youth” przekupi miłośników Elisabeth Fraser i Kate Bush („Up!”), wyznawców shoegaze’u („Highway of Endless Dreams”) i syntezatorowego popu („Skin of the Night”). O początkach M83 przypomina tylko ambientowe zakończenie – jedenastominutowy dwuakordowy monument „Midnight Souls Still Remain”. Wracam rzadko, ale potem nie żałuję.

Portishead – Third
(Universal)

Portishead powraca po 11 latach milczenia – obwieszczała sztampowo w nagłówkach wszelka prasa muzycznego świata, a przecież „powrócił” zupełnie inny zespół. Zamiast ciepła chłód, zamiast wytchnienia paranoja, nerwowa atmosfera w miejsce klubowego zaduchu. Plus matowe, przytłumione brzmienie – owoc absurdalnego konserwatyzmu Geoffa Barrowa, który przedkłada taśmę magnetyczną nad pamięć komputera. Portishead z lekkością wskoczyli w XXI wiek, nie podlizując się mu ani jedną nutą.

Q-Tip – The Renaissance
(Universal Motown)

Trzymając się z  dala od autotune’owych przepychanek i hiphopowych klepsydr Q-Tip pokłonił się tradycji. Żadnego odgrzewania mrożonek, przeciwnie: zrekompensował wszystkim cokolwiek spóźnione w roli solisty wejście w XXI wiek. Stanął po obu stronach studyjnej szyby, a przy okazji pozwolił Norze Jones zaśpiewać w kawałku, którego chce się słuchać więcej niż trzy razy. D’Angelo pomógł spotkać się z Robertem Glasperem. Wskrzesił J Dillę.  Zaangażowany – lecz nie pieniacki, osobisty – ale nie ekshibicjonistyczny, eklektyczny – nie rozkojarzony. „The people at the label say they want something to repeat/ But all my people really want something for the streets”.

Shed – Shedding the Past
(OstGut Ton)

Gdy wydawało się, że ubogacania techno nastał kres, Shed odwrócił proces i wyssał z dwudziestoletniego gatunku esencję: przez ponad dziewięć minut „That Beats Everything!” raczy nas prymitywnym 2/4 na stopkę i werbel, a o jego dystansie świadczy nie tylko tytuł, ale i zawartość przerywników. Wydawało się, że Shed zamanifestował tęsknotę za prapoczątkami gatunku, ale następny „Traveller” zaprzeczył tej teorii. Album przejrzysty w strukturze i ciepły, miękko połączył Berlin i Detroit, pomiędzy którymi Shed skądinąd regularnie kursuje.

TV On The Radio – Dear Science
(4AD)

Zasłużyli przynajmniej na 7% odebranego hype’u. Trzy lata później już bez aury futuryzmu, po ogarnięciu wszystkich melodyjek i oswojeniu ze stylistyczną żonglerką uwagę zwraca przede wszystkim wyobraźnia aranżacyjna Davida Sitka – i jego pracowitość. Upakował te 55 minut taką ilością detali, że dopiero niedawno przeszedłem z fazy poznawania do etapu wyczekiwania. Nawet perkusjonaliom narzucił imperatyw chwytliwości. W epokowość „Dear Science” od początku powątpiewałem – dziś wydaje mi się, że słusznie – za to zdecydowanie nie doceniałem jej potencjału rozrywkowego.

A także:

Actress – Hazyville (Powerbas)
The Acorn – Glory Hope Mountain (Im bliżej Hollisa, tym lepiej)
Anthony Braxton, William Parker & Milford Graves – Beyond Quantum (Beyond wszystko)
Bersarin Quartett – Bersarin Quartett (Chillout dystyngowany)
The Bug – London Zoo (Brytyjski bas inaczej. Jedynka od „Wire”)
Christina Rosenvinge – Tu Labio Superior (Sentymentalizm iberyjski)
DJ Sprinkles – Midtown 120 Blues (House ponowoczesny)
Dungen – 4 (Było lepiej, będzie gorzej)
Emilíana Torrini  – Me and Armini (Order uśmiechu)
Esbjörn Svensson Trio – Leucocyte (Odlot przed odejściem)
Ezekiel Honig – Surfaces Of A Broken Marching Band (Maszerujący ambient)
Flying Lotus – Los Angeles (Jest już brzmienie, czekamy na muzykę)
The Foreign Exchange – Leave It All Behind (Bujaj się)
• Fuck Buttons – Street Horrrsing (Strrtt Hrrssnnggkk)
Gang Gang Dance – Saint Dymphna (Mimo syndromu „The more I listen to this the less I like it”)
GAS – Nah und Fern (Ileż ambientowi ma do zaoferowania stopka)
Hanggai – Introducing Hanggai (Góra, łąka, rzeka, las)
Ital Tek – Cyclical (>2562 >Benga)
Jacaszek – Treny (W malarstwie byłoby to faktycznie trudniejsze)
James Blackshaw – Litany Of Echoes (12 strun > 6 strun)
Jenny Scheinman – Crossing the Field (Beztrosko, lirycznie, z Moranem i Frisellem)
John Butcher – Resonant Spaces (Teoria fizyki + praktyka saksofonu)
José James – The Dreamer (Aksamit synkopowany)
• Kangding Ray – Automne Fold (Francuski bas)
Keiji Haino and Tatsuya Yoshida – Uhrfasudhasdd (不羇)
Kings of Caramel – Kings of Caramel (Dobre i polskie choć Casio z Japonii)
David Lang – Pierced (W pół kroku do mistrzostwa)
Marcio Faraco – Um Rio (Bossa nova po staremu)
Meshuggah – obZen (#@!)
Mika Vainio – Oleva (Arcyinżynieria + najlepszy cover Floydów, jaki słyszałem)
Move D and Benjamin Brunn – Songs From The Beehive (Minimal > techno)
Nhhmbase – 波紋クロス (Garaże w Tokio są bardziej kolorowe)
Nico Muhly – Mothertongue (Mimo zbytku Glassa i złej okładki)
Nik Bärtsch’s Ronin – Holon (Przychodzi nowe do jazzu 1)
Paweł Mykietyn – Speechless Song (Dla samej „Sonaty (na wiolonczelę)”)
Peter Broderick – Float / Home (Ciepłe smuty)
Pivot – O Soundtrack My Heart (Transrock)
Portico Quartet – Knee-Deep In The North Sea (Przychodzi nowe do jazzu 2)
Richard Skelton  – Marking Time (Indie + szkockie wrzosowiska)
The Roots – Rising Down (Crossover jest over)
Rudresh Mahanthappa – Kinsmen (Karnameryka)
Schlippenbach Trio – Gold Is Where You Find It (Melody is where you find it)
Sigur Rós – Með suð í eyrum við spilum endalaust (Wreszcie weselej)
Silver Rocket – Tesla (Nadprodukcja)
The Streets – Everything is Borrowed (Ostatki świetności)
Toumani Diabaté – The Mandé Variations (Poważka afrykańska)
Vijay Iyer – Tragicomic (Ostatki z saksofonem)
Voo Voo – Samo (Mądre granie)
Yukari Fresh – grrrl, summer cape kid, etc (Machamy Shibuya-kei)

Fine.




15 komentarzy

  1. iammacio napisał(a):

    o M.A.I według dziennikarzy… filmowych @ lol! imho i na pierwszy rzut brakuje debiutu bon iver i ‚from the valley to the stars’ el perro del mar.

  2. Mariusz Herma napisał(a):

    El Perro del Mar zupełnie mnie ominęło. Czemu warto?

  3. Piotr Nowak napisał(a):

    to ja też coś od siebie dorzucę: Shearwater – Rook. Piękna nie wymuszona płyta – taki spokojny dryf folkowy, czasem coś z Talk Talk się przewinie. Ale to co najważniejsze to głos Jonathan’a Meiburg’a.

    to może jeszcze coś z polskiej sceny: Uistiti to bez wątpienia jedna z największych niespodzianek jakie przytrafiły się polskiej muzyce ostatnich kilku lat. Folkowe brzmienia z postgrunge’ową gitarą i wszędobylskim basem. I znów największy plus to wokale: Anny Ujmy (która nuci „słowa” w tylko sobie znanym języku).

    A tak ogólnie u mnie też Gang Gang Dance wygrał.

  4. Kamil napisał(a):

    Badu króluje w 2008 roku, więc zgadzam się w 100 %. Fleet Foxes i Portishead jak najbardziej czołówka – ja bym dodał jeszcze Foreign Exchange i Raphaela Saadiqa.

  5. iammacio napisał(a):

    posluchaje el perro a pojmiesz skad metamorfoza u lykke li na drugim krazku – panie objechaly razem pol swiata w 2008 wlasnie. wplyw starszej na mlodsza jest nad wyraz widoczny.

  6. Mariusz Herma napisał(a):

    Zostałem zaciekawiony. Uistiti też, dzięki.
    Foreign Exchange i u mnie wysoko – jest w poczekalni – tuż za wyróżnioną piętnastką.

  7. Kris napisał(a):

    hm, niektóre pominąłem, niektórych nie znam, sam dodałbym te wryte w pamięć mojego odtwarzacza:

    z Polski Lao Che – Gospel
    z zagranicy Marillion – Happiness Is The Road (Essence)

    w 2008 roku dotarła do mnie wydana własnym sumptem przez Zespół jeszcze w 2007 płytka And Also The Trees – Listen for the Rag and the Bone Man. Więc też trochę się pokręciła w odtwarzaczu.

    No i absolutny killer. Stile Antico – Heavenly Harmonies. MUZYKA, nie jakieś tam gregorian coś tam coś tam :D

  8. BR napisał(a):

    Za Siódmą Górą – „Rogalów: piosenki ku pokrzepieniu serc” najlepsza polska płyta ’08

  9. ArtS. napisał(a):

    Skoro „nieoczywiste” to dodam: Septic Flesh „Communion” – mam do nich słabość, bo to jeden z bardzo nielicznych zespołów metalowych, który naprawdę potrafi pisać orkiestracje i to tak, że nie „zmiękczają” ich muzyki, ale dodają jej powera; przy tym to bardzo przebojowa, w popowym sensie tego słowa, płyta.

  10. pszemcio napisał(a):

    nic mnie tak nie odrzuca jak jacyś śpiewający zakonnicy:/

  11. pszemcio napisał(a):

    The week that was
    Ruby Suns
    Bon Iver
    Destroyer
    Mercury Rev
    Brendan Canning
    Beach House

  12. Mariusz Herma napisał(a):

    A miałeś okazję posłuchać prawdziwych zakonników? Nie jakieś Gregorian itp.

    Dzięki wszystkim za kolejne typy, nadrabiania jak widzę nigdy koniec (bo przecież drugi raz robiłem to podsumowanie).

  13. holcman napisał(a):

    A ja w tamtym roku słuchałem dużo i przyjemnością (oprócz wielu rzeczy, które pojawiły się powyżej):

    – Cut Copy
    – Juvelen
    – King Khan & His Shrines
    – Stephen Malkmus
    – Elbow
    – The Shortwave Set
    – Raphael Saadiq
    – Benji Hughes
    – Friendly Fires
    – Al Green
    – Pacific!
    – The Moondoggies
    – The Dø

  14. Alicja napisał(a):

    Słuchałeś kiedyś Laury Marling ‚Alas, I Cannot Swim’?

  15. Mariusz Herma napisał(a):

    Słuchałem. Ładna, ale kibicować Laurze zacząłem dopiero przy „I Speak Because I Can”. Do nowej płyty jeszcze nie dotarłem.

Dodaj komentarz