marzec 2017

Tallinn Music Wreszcie

Tallinn Music Wreszcie

W ilu krajach festiwale muzyczne otwiera prezydent kraju? Tallinn Music Week przez lata otwierał znany meloman Toomas Hendrik Ilves. Teraz wraz z urzędem prezydenckim jego obowiązki przejęła Kersti Kaljulaid. Na niedawnej konferencji pokojowej w Monachium moderator jednej z dyskusji oddał jej głos słowami: „This young lady over there?”.

Jeśli przynajmniej muzycznie Estonii ignorować się nie da, to w dużej mierze dzięki Tallinn Music Week właśnie. Po raz pierwszy streszczałem go na odległość trzy lata temu i każdego kolejnego roku chciałem się wybrać, bo urzekł mnie TMW swoim zakresem stylistycznym, wpływem na scenę lokalną i regionalną, a także postacią założycielki Helen Sildna, której prezentacji na rozmaitych konferencjach należą do najciekawszych. Ale jakoś nigdy nie pojechałem.

Jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, wybieram się do Estonii w najbliższy czwartek, przede wszystkim słuchać, a trochę też dyskutować o muzycznym kuratorowaniu ludzkim i mechanicznym – czym zajmuję się, odpowiednio, czynnie na bihajpie i biernie jako dziennikarz.

Postaram się zdać choć krótką relację, a tymczasem jadącym i niejadącym polecam nasz bihajpowy zestaw 15 artystów z 15 krajów, którzy wystąpią na tegorocznym Tallinn Music Week, rekomendowanych naturalnie przez lokalsów z poszczególnych krajów. Z Polską trafiło mi się, bo tego samego dnia artystki wypuściły nowy klip.

Fine.


Milcząc o Talk Talk

Milcząc o Talk Talk

Od trzech lat Talk Talk patronuje bihajpowi w związku ze wspólnym świętowaniem pierwszego dnia wiosny. I dziś trzykrotnie przesłuchałem „The Colour of Spring”, przygotowując dla naszych korespondentów krótkie podsumowanie ubiegłego roku i pod wieloma względami rekordowego Best of 2016.

Napisałem im o tym, że choć nie staliśmy się drugim Pitchforkiem i nie zmieniliśmy (jeszcze) gustów muzycznych świata, to w zeszłym roku mieliśmy gości ze 188 krajów, wyglądamy coraz poważniej na Facebooku czy Soundcloudzie, jakoś mimochodem zebraliśmy więcej „followersów” niż większość artystów, których prezentujemy. Niektórzy chwalą się naszymi wzmiankami o sobie. beehype zaczął się nawet pojawiać na egzaminach.

Odkryliśmy też, szczególnie w ciągu ostatniego roku, że pomyślany dla zwykłych słuchaczy bihajp staje się narzędziem dla ludzi z branży. Otwarcie i skrycie inspirowane nami teksty publikuje Bandcamp. Jakiś student w Stanach z podobnej inspiracji uruchomił światową audycję radiową. A ktoś w Portugalii co tydzień prezentuje w eterze kolejne listy z naszego podsumowania 2016, kraj po kraju.

Mnie cieszy najbardziej, gdy jakiś prezentowany przez nas artysta po obejrzeniu poświęconego sobie tekstu zaczyna słuchać tego, co rekomendujemy obok niego. Na przykład gdy słowacki producent Fallgrapp odkrył turecką kapelę No Land i aż się wpisał do pamiętnika. Albo gdy uda się spotkać taką Danielę Spallę z Danielem Spaleniakiem – dalej marzę o tzw. kolaboracji.

*

Pisząc i słuchając, zastanawiałem się, czy ktokolwiek z korespondentów wspomniał kiedykolwiek na łamach bihajpa o Talk Talk. Obstawiałem, że mógłbym to być ja – ale jednak nie. Tylko Grek, w swoim podsumowaniu 2016, w notce poświęconej niejakiemu Sundayman. Takie Radiohead pojawia się tymczasem jakieś 45 razy.

Z drugiej strony wspomniany Pitchfork właśnie oddał Radiohead swoje łamy na cały tydzień, celebrując dwudziestolecie „OK Computer”. Tymczasem o „The Colour of Spring” w całej swej historii wspomina najwyraźniej tylko trzy razy, Trzy razy pisano w ogóle o zespole w ciągu ostatniego roku – versus pół tysiąca wzmianek o Radiohead. Co ciekawe, obie nazwy pojawiają się obok siebie w niedawnej recenzji wokalisty The Antlers:

For a lot of listeners, it’s a short step from Radiohead to Talk Talk and Impermanence unsurprisingly evokes Laughing Stock, the gold standard for mid-career, post-rock spiritual cleansing: “Karuna” begins with a few seconds of low amp buzz and a loosely knotted guitar chord that has to be an overt homage to “Myrrhman.”

Ano rzeczywiście pobrzmiewa.

*

Żeby trochę okiełznać niegasnące bihajpowe zachłyśnięcie nowymi dźwiękami zewsząd, sam od tego roku postanowiłem odświeżać sobie w weekendy dawne ulubione płyty, od Mozartów po Sufjanów. „Illinois” tego ostatniego w ogóle krąży u mnie ostatnio częściej, niż gdy się nawracałem dzięki recenzji Kuby Radkowskiego na Screenagers. (Radiohead vs. Talk Talk: 673 – 96, za to jest cały przegląd twórczości TT).

I w tych sentymentalnych powrotach często bywa tak, że dawni giganci okazują się właśnie stać na glinianych nogach czystego sentymentu. Do większości z nich pewnie już nigdy nie wrócę. Ale jak słuchałem dziś trzeci raz „The Colour of Spring”, to poczucie przejrzystości, prostoty tej płyty, łączyło się z pewnością jej niegasnącej jakości, niezależnej od wspominek.

Oczywiście, że bez rozmachu „OK Computer”, ale i bez jej ciężaru i pretensji do bycia legendą. Przecież żadnej płyty Radiohead bym trzy razy z rzędu nie wysłuchał, a co dopiero tej. A już w ogóle w pierwszy dzień wiosny.

*

Na koniec listu do bihajpowców napisałem:

3 years is a long time for a bee, but it’s just a short moment for a beehive. We’re still earning to fly. What would make you enjoy beehype more?

Co by się Tobie przydało na Ziemi Niczyjej?


Muzyka zaangażowana

Muzyka zaangażowana

Pisaliśmy niedawno o ważnym, zdaniem niektórych Słowaków najważniejszym utworze hiphopowym na lokalnej scenie od lat, niejakiego Tono S, zatytułowanym „Neublížil som”, czyli „Nikogo nie skrzywdziłem”.

Tytuł zaczerpnięto od byłego premiera Vladimíra Mečiara, konkretnie jego wpół-wyśpiewanej pożegnalnej wypowiedzi w telewizji – link na końcu postu. Sam utwór dotyczy wciąż niewyjaśnionego politycznego morderstwa Róberta Remiáš.

Rzadko na bihajpie prezentujemy hip-hop, bo tutaj bez rozumienia tekstu (zwykle) ani rusz. Ale „Neublížil som”, mimo że jakimś muzycznym objawieniem nie jest, zwróciło naszą uwagę i pozostało w pamięci. Przy czym przesłanie i kontekst poznaliśmy dopiero przy publikacji – razem z czytelnikami. Wcześniej mieliśmy sam link.

*

Sytuacja ta przypomniała mi o jednym z największych bihajpowych odkryć, które towarzyszy nam regularnie od startu serwisu i przy każdym powrocie rośnie wzmacnia we mnie przekonanie co do prawdziwości pewnej teorii. Oto pojawia się piosenka, w której zakochuję się… z niewiadomego powodu. Muzycznie wydaje się zupełnie zwykła, nawet słabawa. Ale „coś w niej jest”. Uderza przy pierwszym zetknięciu i skłania do powrotów.

Kilka dni czy tygodni później nasz korespondent podsyła komentarz. I okazuje się, że ten niezwykły choć zwykły kawałek z Tajwanu dotyczy szkód, jakie środowisku naturalnemu wyspy wyrządził przemysł petrochemiczny – w wykonaniu kapeli, która podjęła krucjatę. Albo że w tej zwykłej-niezwykłej balladzie z Turcji, nagranej tuż po niedoszłym puczu, artystka wyznaje: Dziś chciałam wyjechać z mojego kraju. Albo trafiasz na dramatyczny teledysk Pianoboya o „Ziemi ojczystej„, choć najpierw zachwycił sam utwór.

Takich momentów było w ciągu ostatnich lat przynajmniej kilkanaście. I prowadziły do wniosku, że muzyka zaangażowana angażuje mocniej nawet wtedy, gdy owego zaangażowania się nie rozumie, a nawet o nim nie ma pojęcie.

I tę wizję równie dobrze można uznać za absurdalną i wymyśloną – co za oczywistą i naturalną. Bo przecież pisanie utworu z przejęciem powinno przełożyć się także na zaangażowanie w kompozycję i wykonanie, mocne słowa na mocne dźwięki. I nawet słuchacz zagraniczny powinien to zauważyć, a przynajmniej intuicyjnie odczuć ukryte emocje. Takie przynajmniej mamy doświadczenie.

*

Przypomina mi to o niedawnej dyskusji, która w Polsce toczyła się przy okazji podsumowań roku, że w polskiej muzyce tego zaangażowania brakuje. Sam sygnalizowałem pod koniec roku, że z perspektywy bihajpowej widać i słychać narastający niepokój. I potwierdziły to nasze podsumowania 2016 roku.

Było to widać w tematach poruszanych na najważniejszych płytach w części krajów: polecam przejrzenie Brazylii. Ale także w komentarzach, jakimi wybrane przez siebie płyty otaczali nasi korespondenci. Nawet przy wyborze ilustracji swojej listy Koreańczyk lobbował za wspomnieniami tych, którzy utonęli w katastrofie promu Sewol, bo to zdjęcie oddaje obecny nastrój w kraju. Rumun niewyspany od protestów bardzo bronił się przed sielankowym widoczkiem, który ostatecznie daliśmy – dla przeciwwagi. Każdy Wenezuelczyk, który choćby próbował nagrać w ubiegłym roku płytę, dla nas zasłużył na miano bohatera.

W tym świetle w Polsce rzeczywiście gęby na kłódkę, choć paru kontrybutorów dopisało polityczny kontekst do niekoniecznie politycznych płyt z naszej trzydziestki. Ale z drugiej strony – może szukamy nie tam, gdzie trzeba? Współcześni indierockowcy czy odjechani avant-jazzmeni nie zwykli się kojarzyć ze spontanicznymi manifestami politycznymi czy społecznymi. Może należałoby raczej zajrzeć do byłych punkowców, poezję śpiewających albo kompozytorów bardzo poważnych? Generalnie kręgów, które w takich podsumowaniach kompletnie olewamy.

Oczywiście w tym olewaniu pewnie nierzadko jest pewna słuszność. Ale jeśli opisana wyżej teoria jest słuszna, może wyjątkowo zaangażowanie przełoży się także na tę muzykę i ku własnemu zaskoczeniu się przejmiemy?