Ciemność słyszę

Wytwórnia Avant Whatever udostępniła za darmo album „Concerts Melbourne + Sydney” radykalnie amelodyjnego tria w składzie:

Matt Earle – electronics
Jason Kahn – analogue synthesiser
Adam Sussmann – electronics

Dwie półgodzinne improwizacje, które wypada nazwać ambientowym free, można potraktować jako sprawdzian kondycji komórek słuchowych. Starsi i nieuleczalnie nadużywający potencjometru około 50 procent muzyki zwyczajnie nie usłyszą. Tak wyglądała większość koncertu w Melbourne:

Wykres ten przypomniał mi o wakacyjnej akcji Trójki i „Newsweeka” pt. „Nie trać słuchu”. Wykpiłbym ją pewnie za same tylko złowieszcze dżingle, gdyby nie płyta „Up” Petera Gabriela. Ukazała się pod koniec września 2002 roku. Dokładnie wtedy wyemigrowałem do Warszawy i nie wiedziałem jeszcze, że słuchanie muzyki w metrze – przynajmniej na słuchawkach wewnętrznych – jest idiotyzmem. Bo i tak nic nie słychać, a jeśli słychać, to znaczy, że właśnie skracasz żywot swoim uszom. A przecież na emeryturę czekają dzieła zebrane Bacha, Mozarta i Merzbowa.

Akurat ukazało się więc „Up”. Akurat wylądowało w mojej skrzynce pocztowej. Akurat wychodziłem na uczelnię i miałem w plecaku przenośny odtwarzacz CD. Drogę do metra spędziłem na zdzieraniu folii i podziwianiu książeczki, na peronie zapakowałem anonimową płytkę do discmana, a gdy zatrzaskiwały się wrota dusznego rosyjskiego wagonu, podekscytowany – był to bowiem pierwszy normalny album Gabriela od dziesięciu lat – wcisnąłem play. Pociąg ruszył, a ja nie usłyszałem nic.

Wszyscy, którzy znają „Up” i kojarzą otwierający je utwór „Darkness”, wiedzą również, że najgorszą możliwą decyzją byłoby podkręcić w tym momencie głośność. Gabriel wymyślił sobie rozpocząć płytę półminutowym intro, które przepadłoby nawet w otoczeniu mniej inwazyjnym akustycznie niż stołeczna komunikacja podziemna. Gdy kończy się ów wstęp – a mój ekran wyświetla Volume 30/30 oraz ikonkę Bass Boost – następuje potężne łuuuuuuup. Dla mnie oznaczało ono dysfunkcję słuchu w uchu lewym, a potem prawym. Na szczęście tymczasową – ze względu na wykonywany zawód co 2-3 lata kontrolnie sprawdzam sobie herce – za to na dobre skończyła się moja przygoda ze słuchawkami do wkładania, a nie nakładania.

iPod. Ogarnąwszy mniej więcej zasady naszego słyszenia – rodzimy się z określoną liczbą komórek słuchowych, by później już tylko je tracić – nie mam wątpliwości, że zawód laryngologa należy do najbardziej przyszłościowych. Słuchawki wewnętrzne zamieniają przewody słuchowe w komorę ciśnieniową, która najdrobniejsze drgania membrany przenosi w skali 1:1 na błonę bębenkową. Tutaj nie potrzeba nawet Petera Gabriela. I nie chodzi tylko o emerytury. Proszę sprawdzić, jak często „piszczenie” albo „szum w uszach” sąsiadują w Google ze słowem „zwariuję”.

A co do nieszczęsnego „Darkness” – można go sobie posłuchać tutaj – to okazał się jednym z moich utworów roku.

.

Fine.




6 komentarzy

  1. kkuba napisał(a):

    czyli koniec końców jakie słuchawki są najlepsze?
    przy zewnętrznych zwiększamy głośność bo dochodzą do nas dźwięki otoczenia, a przy wewnętrznych teoretycznie nie, chociaż – tak jak piszesz – przewody słuchowe zmieniają się w komorę ciśnieniową. z drugiej strony są różne typy zewnętrznych – takie które przylegają do ucha, ale nie zakrywają całego oraz takie, które mogą zakryć całe ucho i pozbawiają go wentylacji. te niby też są wytłumione na dźwięki otoczenia, chociaż niewiele razy z nich korzystałem.

  2. żemi napisał(a):

    przyłączam się do pytania: które słuchawki są najlepsze? każde tzw. zewnętrzne będą lepsze od jakichkolwiek wew.?

  3. Mariusz Herma napisał(a):

    Generalnie żadne – powie każdy laryngolog i będzie miał niestety rację. „Ale jeśli koniecznie trzeba”, jak to ujęła ostatnim razem pani doktor, to oczywiście te:
    a) w których słucha się najciszej
    b) w których membrana znajduje się możliwie daleko od kanału słuchowego (ilość powietrza pomiędzy)

    Słuchawki dokanałowe idealnie spełniają pierwszy warunek, ale kompletnie ignorują ten drugi. Im bardziej izolują od otoczenia, tym poniekąd bardziej szkodzą („komora”).

    Ideałem są ogromne słuchawki kryjące, najlepiej z funkcją „noise cancelling”, tylko że taki sprzęt jest niestety mało przenośny (aczkolwiek widuje się w metrze). Sam do chodzenia od lat używam Koss Porta Pro, bo poza innymi zaletami mają przełącznik, który odsuwa membrany od uszu i to na całkiem sporą odległość. Wyklucza to oczywiście jakąkolwiek izolację od otoczenia, ale jeśli otoczenie nie pozwala mi słuchać muzyki, to jej po prostu nie słucham.

  4. Sharanchia napisał(a):

    najlepsze słuchawki dodatkowo muszą spełniać warunek „są wygodne”.

    A ze względu na szkodliwość dla słuchu to już nie wiem, czy odległość membrany od kanału słuchowego ma tutaj jakieś wielkie znaczenie. Co za różnica, czy to będzie 1 cm czy 5… Prawie to samo. Jednak te nauszne są niezaprzeczalnie mniej szkodliwe od dousznych.

  5. ArtS. napisał(a):

    Akurat ‚noise cancelling’ w metrze na wiele się nie przyda ze względu na duże wahania głośności otoczenia, więc chyba nie warto przepłacać. Chyba że ktoś lata często samolotami, tam hałas jest jednostajny i podobno funkcja ta sprawdza się znakomicie.

    Od lat mieszkam przy metrze i próbowałem chyba wszystkiego, by dojść do podobnych wniosków – najlepiej poczytać. :)
    Czasami zdarza mi się załączyć coś bardziej dynamicznego i prostego. Korzystam z Audio Technica ATH-ES7, a więc nausznych zamkniętych, które dla mnie okazały się w miarę udanym kompromisem między wygodą podróży, izolacją od otoczenia a jakością dźwięku. Ale ten model ma swoje lata i pewno lepsze pojawiły się na rynku ( http://www.headphone.com/headphones/audio-technica-ath-m50.php).

  6. Mariusz Herma napisał(a):

    Taka ciekawostka:

    „About 48 million people in the U.S. may have trouble listening with at least one ear, according to new research from Johns Hopkins University”

    http://www.theatlantic.com/life/archive/2011/11/study-of-the-day-1-in-5-americans-suffer-from-severe-hearing-loss/248361/

Dodaj komentarz