Big in Japan

Big in Japan

Ciekawy artykuł o szansach artystów zagranicznych w Japonii opublikował właśnie „Japan Times”. Pokazuje on szczególny, nieco schizofreniczny stosunek Japończyków do importu muzycznego czy szerzej – kulturalnego.

Z jednej strony chłonność japońskiej (pop)kultury to historia sięgająca nawet nie końca II Wojny Światowej, ale początku ery Meiji (1868 rok), wielkiego otwarcia na Zachód. Japończycy od półtora wieku chętnie importują zachodnie trendy, a następnie przetwarzają je po swojemu – zdaniem niektórych wręcz je udoskonalają. Przykładem muzycznym jest fantastyczna grupa Happy End, zwycięzcy naszego japońskiego podsumowania wszech czasów. Niby brytyjski rock’n’roll, ale jednak japoński – i lepszy od wszystkiego poza Beatlesami.

Z drugiej wspomniany artykuł pokazuje, jak taka kulturowa higroskopijność funkcjonuje w warunkach silnej wewnętrznej sceny. Mówiąc krótko: nie jest bezwarunkowa. I tu znów można sięgnąć po Beatlesów:

The first and arguably most successful example is U.S. instrumental rock group The Ventures, who sold more records in Japan than the Beatles in the 1960s and regularly toured the archipelago. They still do, twice a year, even though the group’s last founding member retired several years ago.

The Ventures zauważyli Japonię, więc Japonia zauważyła ich. Przeciwnie było z Adele, która zrobiła największą dotąd karierę XXI wieku absolutnie wszędzie – z wyjątkiem Japonii właśnie. Dlaczego? Bo się nie postarała. Japońska publiczność zdaniem gazety jest najbardziej entuzjastyczną na świecie – ile razy słyszałem do samo w Polsce? – ale jest też publicznością wymagającą. Żeby artysta przyjechał, pokazał się i pokazał, że mu zależy.

I tym chyba się w Polsce różnimy. Nie spotkałem się w Polsce z sytuacją obrażenia się na artystę. Takie Radiohead: olewali nas przez piętnaście lat. Ale gdy w końcu przyjechali do Poznania, byliśmy tym wdzięczniejsi, że w końcu okazali łaskę. I będziemy znów na tegorocznym Opene’rze.

*

Wymownym wskaźnikiem są jest udział płyt lokalnych i globalnych w ogólnej sprzedaży płyt w obu krajach. Superchłonna japońska publiczność przez dekady przeznaczała jakieś 75 proc. wydatków muzycznych na produkcję krajową. Obecnie wskaźnik ten sięga podobno 90 proc.

W Polsce tymczasem ogłoszono ostatnio w tonie sensacji, że w rekordowym 2016 roku na wydawnictwa rodzime przypadło 60 proc. całości sprzedaży, podczas gdy rok wcześniej było to 51 proc.

*

A propos Japonii:

  • polecam inny ciekawy artykuł o tym, dlaczego kraj ten ma więcej oldskulowych sklepów muzycznych niż jakikolwiek inny
  • polecam nowy numer filmowego magazynu „Ekrany”, poświęcony nowemu kinu japońskiemu – w otwierającym artykule sporo mówi się właśnie o relacjach kraj-zagranica, choć bardziej pod kątem eksportu
  • z opóźnieniem i z przejęciem czytam książkę „Ganbare” Katarzyny Boni o wielkim tsunami z 2011 roku
  • a wszystko to chyba dlatego, że zaraz wracam!

Na zdjęciu Cyndi Lauper, dla której Japonia jest od dawna sceną numer jeden, ale jakże się o to postarała.

 




2 komentarze

  1. Marcin Niewęgłowski napisał(a):

    Myślę, że o tym „staraniu się” o japońską publiczność, to wiele mógłby powiedzieć Tom Swoon – polski DJ, producent, który od czasu do czasu jest tam zapraszany. Po za tym, w zakresie japońskiego rynku muzycznego, warto wspomnieć, iż sprzedaż jest tam w główniej mierze napędzana przez wydania fizyczne.

  2. Mariusz Herma napisał(a):

    Tak, wspominają o tym w tekście – rezultat jest taki, że od paru lat to największy rynek na świecie pod względem sprzedaży nośników. Poniekąd przez a) podwójne/potrójne ceny CD w stosunku do cen zachodnich b) wynalazki w rodzaju wielokrotnych wydań grup typu AKB48, gdy ta sama płyta ma wiele wersji i to z kuponami do głosowania.

    Ale niedawno weszło tam Spotify, więc pewnie stopniowo się wyrówna.

Dodaj komentarz