Biją się

Z ramienia Featured Artists Coalition (niezależny brytyjski związek muzyków, od Kate Nash i Annie Lennox po Toma Jonesa, Robbiego Williamsa i Little Boots), powiedzieli Timesowi:

Ed O’Brien z Radiohead:

“My generation grew up with the point of view that you pay for your music. Every generation has a different method. File sharing is like a sampler, like taping your mate’s music. You go, “I like that, I’ll go and buy the album”. Or, “you know what, I’ll go and see them live”. What’s going on is a huge paradigm shift.”

Dave Rowntree z Blur:

“The fact that file sharing goes on, and is as popular as it is, is an incredibly positive thing for the music industry. The fact is that music is so popular that people are willing to break the law to get it. Can you have a big red button that Peter Mandelson [brytyjski minister; zamierza odcinać piratom internet] can press and the problem goes away? No. You\re on the back foot constantly.

As soon as you bring out a method to stop it, they find new methods to get round it. You have to deal with the way the world is. We have to try and bring these people into the fold of doing it legitimately, but with a light touch.”

Nick Mason z Pink Floyd

“The last thing we want to be doing is going to war with our fanbase. File sharing means a new generation of fans for us. It’s a great thing to have another generation discovering your music and thinking you’re rather good. File sharing plays a part in that, because that generation don’t do it any other way.”

Fran Healy z Travis:

“I think if you can afford to buy a record then you should buy it. People who hunt down a record and download it for free will probably talk it up. They are the unsung word-of-mouthers who spread the word and create tipping point situations for a greedy record business that has got so fat it is unable to see its own footsoldiers.”

Doba nie minęła, gdy swoje zdanie wyraziła Lily Allen:

“The Featured Artists Coalition also says file sharing’s fine because it ‘means a new generation of fans for us’. This is great if you’re a big artist at the back end of your career with loads of albums to flog to a new audience, but emerging artists don’t have this luxury.”

“Basically the FAC is saying ‘we’re alright, we’ve made it, so file sharing’s fine’, which is just so unfair to new acts trying to make it in the industry.”

Swoje zdanie każdy może (powinien) mieć, ale Allen wypłynęła dzięki masowemu linkowaniu do jej stron i blogowaniu na temat jej utworów – których raczej nikt nie kupił, bo jeszcze nie było ich w sklepach. Powinna więc lepiej ogarniać temat. Tak intuicja, jak i cała post-napsterowa publicystyka ostatnich 10 lat, podpowiada, że jest dokładnie na opak. Czyli:

Korzystają mali, dla których miejsce w p2p/MySpace jest historycznie pierwszą przestrzenią w sieci dystrybucyjnej. Nie było dla nich miejsca na półkach, ramówkach i gazetach, więc przygarnęli ich piraci i bloggerzy. Czy bez p2p sprzedaliby więcej płyt? Przekonajcie mnie. Wiem za to, że bez p2p i okolic nie byłoby ani kilku tysięcy ludzi na festiwalu Nowa Muzyka gdzieś w Europie Środkowej, ani porównywalnej z T.Love frekwencji na ostatnich koncertach God is an Astronaut.

Tracą medialne krowy, które kiedyś martwiły się tylko o to, aby nikt ich nie zepchnął z piedestału. Teraz ten piedestał – wznoszony w latach 40. i 50. przez radio, a w kolejnych dekadach przez TV – sypie się. Uwaga publiczności, odkrywającej w sobie alternatywne (własne!) gusta, rozprasza się po niszach. A gdy raz wdepniesz w niszę, to prędko nie odpuścisz. Za to na zawsze uodpornisz się na propagandę bestsellerów. Duzi tracą, bo publiczność sprawdza produkt przed przesłuchaniem. Tracą, bo bazują na singlach, a te łatwo ściągnąć/kupić w sieci. Itd.

Więc jasne – ktoś zyskuje, ktoś traci, nie ma rewolucji bez ofiar. Ale niedouczeniem albo tanią propagandą pachnie zarzucanie dawcom plików, że tłamszą maluczkich, a O’Brienowi fundują siódmą limuzynę.

Fine.




Jeden komentarz

  1. Kamil pisze:

    Panna Allen widocznie wyszła na większą hipokrytkę niż myślałem. Racja co do niszy. Ludzie wolą posłuchać czegoś co nie zna milion osób, ale powiedzmy tysiąc. Te rozproszenia są fascynujące, bo co by nie mówić, można odkryć tyle niesamowitych rzeczy na przykład u użytkowników portalu Rate Your Music (do którego należę też), że aż czasem trudno to pojąć. No i najważniejsza dla mnie kwestia, czyli sprawdzenie albumów przed ich ukazaniem. Dzięki takim udogodnieniom nie kupuję czegoś na ślepo (ryzyko jest fajne, ale portfel nie może być ciągle pusty), a jeżeli mi się dane dzieło spodoba to i tak prędzej czy później je kupię. Z kolei taki faworyt słuchaczy niszowej muzyki jak Natural Snow Buildings bez internetu i blogerów na pewno nie byłby teraz, gdzie jest.

Dodaj komentarz