Fucked Up – wywiad

Przyjeżdżacie do Polski po raz pierwszy. Przedstawisz się?
Damian Abraham: – Spodziewajcie się wspaniałego gościa z bardzo niską samooceną!

I co gracie?
– Psychodeliczny punk rock.

Nie żałujecie, że nie urodziliście się 25 lat wcześniej? Przegapiliście rewolucję punkrockową.
– No, w pewnym sensie to nasza życiowa porażka. Najbardziej w tym wszystkim podobał mi się rozkwit filozofii DIY (Do It Yourself – zrób to sam), niezależność tych wszystkich kapel, eksplozja nowych scen… Hüsker Dü było dla Fucked Up bardzo ważne, ale też My Bloody Valentine czy Dinosaur Jr. Ale gdybyśmy się urodzili wcześniej – moglibyśmy ich przeoczyć.

Wydaliście dwa longplaye, ale wolicie 7-calowe single.
– Pisanie i nagrywanie albumów to katorga. Single – czysta rozkosz. Piszesz dwie piosenki, wydajesz i jedziesz dalej. Niedawno skończyliśmy nasz drugi album, ale bezsprzecznie mamy fioła na punkcie siedmiocalówek.

A może reagujecie na internetową modę na single?
– Coś ty, my? Hardcore’owe dzieci punk rocka? Dorastaliśmy, wymieniając się czarnymi płytami, handlując singlami. Efekt jest taki, że teraz czujemy się zobowiązani kontynuować tę tradycję i podtrzymywać przy życiu świat naszych młodzieńczych obsesji. Taka nasza punkrockowa rewolucja w miniaturze.

Jak to się stało, że nagle wyszliście z podziemia?
– To jakieś kuriozum. Chyba jednak byliśmy we właściwym miejscu we właściwym czasie. Wiele osób dorastających w erze punk rocka kieruje dzisiaj poważnymi mediami, pisze do dużych magazynów. Jest więc zaleta tego, że jednak nie urodziliśmy się ćwierć wieku wcześniej. Normalnie taka kapela jak Fucked Up nie miałaby najmniejszych szans trafić na łamy „New York Timesa”.

Media mają sporo kłopotu z waszą nazwą.
– Nigdy by nam to nie przyszło do głowy, gdy zakładaliśmy zespół. Z drugiej strony – i tak byśmy się nie przejęli. To nie nasz problem! A tak na serio, to gdy zaczęło się całe to zamieszanie, byliśmy kompletnie nieprzygotowani, nie mieliśmy pojęcia, jak zareagować. Przeżywamy jeden szok po drugim, ale bierzemy to na luzie.

Bawicie się tak dobrze jak kiedyś?
– Ciągle gramy po piwnicach, dajemy małe podziemne koncerty. Czerpiemy z obu światów to, co jest w nich najfajniejsze. Jednego dnia mamy minikoncert w jakiejś artystycznej budzie, a następnego jedziemy do Kalifornii na festiwal Coachella. Dzięki temu mamy szansę na takie rzadkie doświadczenia jak koncert w Polsce!

A co waszymi punkowymi ekscesami na scenie i przed nią? Nie odbiorą wam tego te wielkie sceny?
– Jesteśmy świadomi tego ryzyka i bardzo nas to frapuje. Ja nie wyobrażam sobie koncertów bez skakania w objęcia tłumu. Czy to nie groteskowe spędzić cały wieczór na scenie? Zwykle większość czasu jestem pod nią…

Przychodzi organizator i prosi, żebyście się ten jeden raz powstrzymali…
– To się zdarza na okrągło. Cóż możemy powiedzieć? Klepiemy go po ramieniu i mówimy: „Nie martw się, stary, będziemy grzeczni”. Słyszałeś o koncercie, który urządziliśmy w listopadzie dla MTV?

Uszkodzony sufit, ściany do remontu, sprzęt w szczątkach. Podobno mieliście tam nawet motocykl?
– Przed koncertem powiedzieli nam: róbcie, co chcecie, wariujcie! Posłuchaliśmy, a oni przerwali koncert po pierwszym kawałku w obawie o nasze bezpieczeństwo.

Mam nadzieję, że w Polsce zagracie dłużej. Wielkie dzięki za rozmowę.
– Czekaj, macie tam jeszcze ten zespół Disorder? The Zorder?

Dezerter??
– Właśnie! Słuchaj, sprowadzaliśmy sobie do Kanady ich winyle. To bohaterowie naszej młodości!

(“Przekrój”)

 

 

Fine.




Dodaj komentarz