Arcyhajp

Nie chcę nikomu psuć zabawy, ale…
.

my bloody valentine mbvMy Bloody Valentine – m b v  (self-released)

Ocena-3-6

 

Maraton odroczeń zakończony lapidarnym newsem, który sprowokował bodaj najbardziej zmasowany DoS w dziejach muzyki niezależnej, w jakiś czas po premierze (tak jak i przed nią) wydaje się bardziej kuriozalny niż romantyczny. Ale że kuriozalna wyda się z perspektywy sama zawartość „m b v”, to już niespodzianka. No bo magia eterycznych wokali przybranych w rajski brud czy kuglarskie pojękiwania podparte kwadratowym rzępoleniem, które nie tyle pogłębia, co maskuje rozstrzelony w stereo przester? Intrygujące zderzenie początku lat 90. z końcówką dekady czy przerażające oderwaniem od realiów współczesnych sięganie po ówczesne nowinki stylistyczne bez retro-cudzysłowu, a zatem w roli faktycznych nowinek?

Ostatecznie największym muzycznym atutem płyty, czyli nie licząc wskrzeszenia „przeżycia wspólnotowego” i fascynującej konfrontacji nowych mediów ze starą sytuacją, tkwić się wydaje w unikatowej fizyczności brzmienia My Bloody Valentine, jego namacalności i ciężarze. Albo raczej wadze, żeby ominąć skojarzenia z masywnością metalową. Owoc sczepienia tuzinów kostek gitarowych i godzin spędzonych nad ustawieniem mikrofonu piecyka basowego. Dwanaście lat wciśnięte w trzy kwadranse, czyli po roku i czterech miesiącach na utwór, niespecjalnie przełożyły się na walory kompozycyjne czy stylistyczne płyty (ewentualnie wszystko przypadło tandemowi „New You” – „In Another Way”). Skondensowały się za to w warstwie akustycznej. I gdybym słuchał „m b v” z winylu, poczułbym pewnie pokusę uznania jej za „prawdziwą muzykę”. Tyle że wciąż niezbyt dobrą.

*

david bowie - the next dayDavid Bowie – The Next Day (Columbia)

Ocena-3-6

 

Zestarzał się głos Bowiego i nie bardzo pasuje do muzyki młodzieżowej – nawet według standardów jego pokolenia. Dlatego w sentymentalnym i zahaczającym o kicz „Where Are We Now?” odnalazł się tak znakomicie, za to o śmieszność ociera się w rasowych rock’n’rollach pokroju tytułowego „The Next Day”. Przypomina w nich nieśmiertelnych oldbojów wypełniających areny siłą swej legendy i nadzieją na to, że emeryt emerytowi wieku nie wytknie.

Bowie miał do dyspozycji dwie inne opcje, które zresztą sam testuje na nowej, zawahałem się przy tym słowie, płycie. Publiczne starzenie się jak we wspomnianym „Where Are We Now?” wiążą się wprawdzie z ryzykiem obciachu – pierwsze takty walczykowego „You Feel So Lonely You Could Die” wizualizują mi sceny weselne – może jednak przynieść arcydzieła jesieni życia. I jak pokazał Johnny Cash, potrafią faktycznie i zasłużenie wskrzesić karierę i wprowadzić ją w fazę nie mniej istotną niż huczna młodość. Szlachetne, niewymuszone „Heat” (najładniejszy fragment płyty), które w swej powściągliwości nie sili się nawet na refren, pokazuje znakomicie, że elegancka siwizna tylko dodaje Bowiemu majestatu i wiarygodności.

Alternatywą wyższego ryzyka, ale i potencjalnego zwrotu, byłoby poszukanie dla siebie nowej formuły na wzór Scotta Walkera czy Davida Sylviana. A raczej na wzór samego Bowiego z tych momentów kariery, którymi w tym roku uzasadniano zajmowanie się Bowiem współczesnym. Podejście takie markuje tylko wszechstronnie połamany „If You Can See Me” (najciekawszy fragment płyty). Reszta płyty bezpiecznie przechadza się po dźwiękach czasów minionych i jeszcze wyraźniej niż w przypadku My Bloody Valentine brakuje mrugnięcia okiem dla zasygnalizowania zamierzonej retromanii.

„The Next Day” pasuje do lat 70. nie tylko ze względu na stylistykę czy brzmienie. Przestarzałe są także wykraczające poza samo słuchanie wymagania, jakie płyta zdaje się stawiać słuchaczowi złaknionemu kompletnego doznania. Wchodzenie w konteksty, tropienie aluzji do biografii i dyskografii artysty, gra skojarzeniami. I pięknie, tylko kto ma dzisiaj na to czas i ochotę? Ten skorzysta.
.

daft punk - random access memoriesDaft Punk – Random Access Memories (Columbia)

Ocena-3-6

 

Tak jakby wykalkulowali, że fani fosforyzujący się na parkietach przy ich poprzednich płytach wiążą dziś krawaty i spłacają kredyty, a w ich systemie muzycznych wartości ciekawość ustąpiła miejsca przekazywanej z pokolenia na pokolenie tęsknocie za prawdą i życiem. I stąd w studiu żywi muzycy z prawdziwymi instrumentami. Ale Francuzi najwyraźniej niczego kalkulować nie potrzebowali: mimo braku kredytów i krawatów po prostu weszli ten sam etap, co sygnalizują już w tytule.

Wycyzelowane „Random Access Memories” przyciąga oczywiście mistrzowskim rzemiosłem, szczególnie że obłędne brzmienie zabarwiono tak ciepło. Najbardziej daftpunkowe fragmenty – syntetyzowane wokale i syntezatorowe pasaże – paradoksalnie wydają się tu nie na miejscu. Ale to ciepło złudne. Zamaszyste pierwsze takty płyty po głębszym namyśle skojarzą się kwaśno z kapelą programu „Jaka to Melodia?”, a melodyjki „Within” ze sztampą łzawego K-Popu. Wyłącznie o trwałości patentów Kraftwerkowych świadczy „motoryka” utworu „Instant Crush”, choć do szesnastkowych refrenów Juliana Casablancasa mam akurat słabość .

W drugiej części „Giorgio by Moroder” przepychają się z kolei dwa równie złe zjawiska z lat 80.: heavymetalowa gitara prowadząca z patosem bogatego wyłącznie po stronie budżetu kinem. Wyćwiczeni „Tronem” szczyt hollywoodzkiego uniesienia Daft Punk zdobywają w „Touch”, gdy i tak już emocjonujący dwugłos chóru dziecięcego i smyczków podkręca na koniec wibrująca elektronika jak z finału „E.T.”, „A.I.” lub innego familijnego S-F. Gwiezdne wrota domyka musicalowa koda. Bezpretensjonalne „Get Lucky” w tym wszystkim okazuje się o klasę wyższe muzycznie. Choć z drugiej strony ileż razy można słuchać tej samej przechwałki (na tę samą melodię), że komuś wieczór się udał? Naprawdę 42 razy?

Wiele osób zwraca uwagę na miałkość kompozycyjną „RAM” nieprzystającą do środków wyłożonych na nagrania i kampanię. Jak gdyby Daft Punk stracili ogólne rozeznanie co do rzeczy w muzyce istotnych i zamiast tu i ówdzie dopisać szlachetniejszą melodię, woleli ściągnąć do czwartego studia dziewiętnastego muzyka. Wskutek czego ogólnie sympatyczny wydźwięk płyty psują fragmenty nadęte, kiczowate czy zwyczajnie niepotrzebne. Rozciąganie utworów na funkową modłę jest w porządku, o ile jest co rozciągać. W przeciwnym razie materiał prześwituje. A jeśli chodzi o odwrót od maszyn, to jak zauważył Philip Sherburne, już dziesięć lat temu ogłosili go Boards of Canada, a wyśpiewał James Murphy.

*

…ale mnie zabawę zepsuły kłopotliwe trzy pytania powracające przy każdej z tych trzech premier. Czy potrafię wskazać elementy, o która dana płyta wzbogaca współczesną muzykę (a nie gwar okołomuzyczny)? Czy wybitny songwriting pozwala zignorować ewentualną negatywną odpowiedź na poprzednie pytanie? Czy przesłuchałbym daną płytę po raz czwarty, gdyby nagrał ją anonimowy wykonawca? 

.

Fine.




15 komentarzy

  1. …ale czy aby nie zepsułeś sobie, jeśli u DP dostrzegasz patos i przesadę? To bądź co bądź stałe elementy, a “Touch” to najpiękniejszy kawałek kontrolowanego kiczu, jaki w tym roku słyszałem. Swoją drogą – także papierek lakmusowy albumu. Zauważyłem, że kto nie lubi tego kawałka, nie lubi i płyty.

  2. Mariusz Herma pisze:

    Z patosem jak z cholesterolem, bywa zły i dobry :-)

    Wszystkich tych trzech płyt przyjemnie mi się słucha – są przecież rzemieślniczą ekstraklasą – ale w tle. Przy odrobinie uwagi ciężko zdzierżyć choćby to daftpunkowe tanie manipulowanie emocjami. No a jeśli odrobina uwagi psuje zabawę, ups.

  3. koko pisze:

    ta polerka studyjna u Daft Punk jest po prostu bardzo smaczna. Uszy to lubią i chłoną,serce myślę też. A rozum? No cóż, czasami odejmie 2 gwiazdki. Żałuję, że nie żyje Zaucha, i że nie spotkał takich producentów.

  4. Bartek Winczewski pisze:

    @Bartek Chacinski – ciekawe co piszesz o “Touch” Daft Punk. ja akurat mam tak, ze płytę nawet lubię, jednak “Touch” od początku jest dla mnie nie do przejścia :) inna sprawa, ze z DP mam tak, ze to dla mnie jedyny chyba zespół, który po genialnym debiucie tak mocno mnie rozczarował, ze nic co nagrali pózniej nie stopilo juz lodu w moim sercu. owszem, zdarzyło sie kilka świetnych numerów, ale to juz nie było to. zaczęła sie zabawa w roboty i czar prysl. przynajmniej dla mnie.
    a pamiętasz, ze miałem kiedyś okazje z nimi rozmawiać, i to w Paryżu? zupełnie niedawno sobie o tym przypomnialem. całkiem fajny materiał z tego wyszedł :)

  5. @Bartek Winczewski –> ha, rozmawiałeś chyba jeszcze zanim zamienili się w roboty! Ale to znaczy, że Ty z kolei wolisz ten DP z “Homework” niż ten z “Discovery”?

  6. Bartek Winczewski pisze:

    tak, zdecydowanie wole DP z “Homework” niz z pozniejszych plyt.
    a rozmawialem z nimi przy okazji premiery “Discovery”. zilustrowalismy ten material juz pieknymi zdjeciami robotow :) ech, super czasy…

  7. Do Bowiego i MBV faktycznie nie chce mi się wracać i nie słyszałem tam nic specjalnego, ale “RAM” to dla mnie póki co pierwsza dziesiątka tegorocznych płyt (inna sprawa, że tych faktycznie wyróżnionych jest m-a-l-u-t-e-ń-k-o).

  8. Mariusz Herma pisze:

    A pierwsza trójka?

  9. wieczór pisze:

    ja do tej trójki przehajpowanych płyt dodałbym od siebie, niestety, nowe QOTSA. Akcja marketingowa podobnie rozbuchana do tej towarzyszącej “RAM”, brzmienie fantastyczne, goście z najwyższej półki, ale w ogólnym rozrachunku z “…Like Clockwork” wieje straszliwą nudą. Sześć lat oczekiwania poszło na marne.

  10. Mariusz Herma pisze:

    QotSA to już w ogóle słuchać się nie chce.

  11. Hennessy Williams pisze:

    O pierwszej nie chce mi się pisać. O drugiej mogę tyle, że podobał mi się ten pierwszy singiel od czapy, choć raczej było pewne, że to zmyłka, i że całość The Next Day nie może być taka. W jakiś sposób nawet mnie ten numer wzruszał. Cała płyta? Jak piszesz. Parę highlightów, ale i tak nie podskakujących do średnich starszych numerów. Już nawet takie Black Tie White Noise było bardziej porywające. O trzecim albumie – produkcyjnie dla mnie jest to może nawet najlepsza rzecz, jaką słyszałem od czasów Bad. Kompozycyjnie różnie, ale – jak już napisano wyżej – smacznie. A Touch? Sorry, ale koleś, który napisał numer dla Kermita, ma u mnie dożywotnie propsy. Reasumując, odpowiadam na trzy trudne pytania: 1/ Nie, Nie, Nie, 2/ Nie, Nie, Nie, 3/ Nie, Nie, Tak.

  12. Mariusz Herma pisze:

    Jeśli o jakości muzyki świadczy również to, jakie inne dzieła inspiruje, to DP zasługują jednak na szóstkę:
    https://soundcloud.com/pvnova/evolution-of-get-lucky-daft

  13. Przemek Skoczyński pisze:

    MBV – nie wiem
    Bowie – 7/10
    DP 8/10

  14. […] z nich teoretycznie byłaby wówczas bardziej na miejscu. Słusznie Mariusz Herma zadawał ostatnio pytanie o elementy, jakimi dana płyta wzbogaca współczesną muzykę. Wskazanie naprawdę rewolucyjnych sfer w […]

Dodaj komentarz