O niedosycie

O niedosycie

Dowiedziałem się przypadkiem o książce Stevena Wilsona „A Limited Edition of One” (jest też polskie wydanie). O „książce”, bo to tylko po części autobiografia, w połowie dzieło dziennikarza muzycznego, i wcale nie chodzi mi o współautorstwo Micka Walla.

A przypadkiem, bo poczynań mojego dawnego boga muzycznego od dobrej dekady nie śledzę, bo z jednej strony zniechęcił mnie nijaką czy wręcz słabą muzyką, a z drugiej przez bihajp scenę anglosaską traktuję mniej więcej tak, jak większość Anglosasów traktuje sceny nieanglosaskie.

Zacznijmy od tego, że książka jest dobra, miejscami świetna, czytałem z zaciekawieniem z kilku powodów:

Gratka dla fana. Po raz pierwszy tak szczegółowo opowiedziane początki muzyczne Wilsona. Jego wczesne pasje muzyczne i doświadczenia koncertowe (był na pierwszym koncercie Marillion, jeszcze w dziwnymi składzie!), jego pierwsze instrumenty, montowane przez ojca sprzęty do nagrań i pierwsze zespoły, o których chyba nikt dotąd nie wiedział, bo nie zostały z nich żadne kasety, ewentualnie jeden egzemplarz w piwnicy Wilsona. I ta niepewność wokalna, do dziś.

O równoległym rozwijaniu się no-man i Porcupine Tree też można się dowiedzieć nowych rzeczy, jak też o zaskakująco intratnym i o dziwo rozwijającym robieniu muzyki do reklam. Nawet dla eksfana to całe pokłady dodatkowych kontekstów wyjaśniających, skąd wzięły się jedne z moich ulubionych (anglosaskich) nagrań wszech czasów.

Wyjaśnia się też, skąd się wzięły momenty najsłabsze. Rozstaniowa płyta Porcupine Tree „The Incident” była także dla mnie jednym z powodów rozstania z Wilsonem. Okazuje się, że powstała dla odhaczenia kontraktu z wytwórnią. Klasyk. Wilson po raz pierwszy nie czuł, że ma materiał na płytę (no bo nie miał) i przyznaje, że tytułową suitę skleił ze strzępów utworów, które samodzielnie nie nadawały się do rozwinięcia w samodzielne piosenki, z nadzieją, że razem się obronią. Nie obroniły się.

Historia popu. Jest tu portret podlońdyńskich sklepików muzycznych, które prowadziły takie freaki, że trzeba było niemal znać hasło, rodem z sentymentalnych filmów o tych czy innych złotych latach muzyki. Są urokliwe wyprawy dziecka po ten jeden winyl miesięcznie.

Jest wreszcie krytyk opowiadający o dziwnych hitach w historii list przebojów, z powracającymi bliskimi mi nazwiskami: Kate Bush, Peter Gabriel, Talk Talk. Patrzy na całość, przygląda się szczegółom, jak kuriozalne wokale w „Wuthering Heights”. Ku własnej pociesze znajduje wokalistów, którzy mimo braku talentu stali się postaciami wybitnymi.

Zawsze podobało mi się, że Wilson w pierwszym rzędzie był melomanem. Tutaj okazuje się też świetnym krytykiem. Najpierw ze swoimi listami, które jak każdy krytyk uwielbia i zarazem nienawidzi układać. Kiedyś te jego „100 utworów życia” wrzucę na playlistę w Spotify… o, ktoś już to zrobił. A wcześniej może wreszcie zainteresuję się jego i Tima Bownessa podcastem.

Relacje. Pierwsze dość egzotyczne znajomości muzyczne, znowu z niezłymi freakami, potem fascynująca dla każdego fana no-man historia jego poznania się i trwającej do dziś przyjaźni z Timem Bownessem, może najcenniejsza część całej tej kariery. Najwięcej miejsca zajmują jednak szczere opowieści o dynamice w Porcupine Tree i późniejszych zmianach personalnych. Dla równowagi są też fajne scenki z liderem Opeth, nie rozstającym się z butelką wina.

Jest wreszcie filmowy wątek miłosny: oto izraelski gwiazdor Aviv Geffen, miłośnik (słusznie) płyty „Signify”, organizuje Wilsonowi pierwszy występ w Izraelu. Ten poznaje tam niespełna 18-letnią dziewczynę i się zakochuje, ale nic z tego nie wychodzi. Ona wychodzi za mąż, ma z facetem dwie córki. Po 15 latach znów schodzi się z Wilsonem. I teraz on ma dwie córki. Happy end.

A co w książce męczy?

Nienasycenie. Wbrew podtytułowi to nie jest książka o tym, „jak osiągnąć sukces w muzyce, nie będąc częścią mainstreamu”. Choć oczywiście trochę jest, całkiem spore sale Wilson solowo wyprzedaje. Z Porcupine Tree wbrew lamentom też nie miał się czego wstydzić, choć wspomnienie koncertu do pustej sali, już po „Signify”, jest ciosem – także dla czytelnika.

Książka dla mnie jest przede o tym, jak robiąc przez całe życie – lub przynajmniej przez większość czasu – ukochane rzeczy, przeważnie na własnych warunkach i przeważnie ze świetnymi ludźmi, i w końcu osiągając bezpieczeństwo finansowe – pozostać niespełnionym.

Wilson wielokrotnie podkreśla, że ze swojej niezależności, alternatywności jest dumny, że się nie „sprzedał”, by raz po raz wylewać żale. A to że no-man nie zaskoczył tak, jak sugerował sukces pierwszego singla. A to że Porcupine Tree nie stało się nowym Pink Floyd i Radiohead, albo chociaż drugim Muse…

Niebywale gorzki jest finał wspinaczki Porcupine Tree w bardzo drogim studiu w Nowym Jorku z niby żartobliwą obietnicą menedżera, że wkrótce Wilson kupi sobie willę z basenem w kształcie gitary. Której oczywiście by nie kupił, ale fajnie byłoby mieć taką możliwość, co nie? I późniejsze gapienie się Wilsona w rankingi sprzedaży, w których go nie ma, nie ma, i dalej nie ma. A żałosnego teledysku do debilnie wybranego na singiel „Strip the Soul” – hello, co z genialnym „Trains”? – nawet fani Tool nie chcą oglądać. Balon pękł.

A późniejsza kariera solowa, niby tak udana? Wilson chwali się, że z legendarnym Porcupine Tree nigdy tylu tysięcy ludzi pod sceną nie widział, co sam gromadzi obecnie. Kończy jednak rozważaniami o tym, że gdyby nowa płyta wyszła o tydzień wcześniej albo później, to wspięłaby się na szczyt, ale w „jego” tygodniu popowe tuzy wyskoczyły bez zapowiedzi z własnymi premierami. Piewca muzycznych buntowników przynajmniej przyznaje, że zawsze gapił się w rankingi i zawsze marzył o tym, by się w nich pojawić, no bo „dorastał w epoce Billboardu”.

Rozdarta sosna. Czy w końcu lubi tę legendę Porcupine Tree, która po zawieszeniu aktywności dodatkowo urosła i w solowej karierze też ułatwiła mu przebicie się do fanów i mediów – czy jednak tej legendy nienawidzi, bo pozostaje człowiekiem od progrocka (ewentualnie metalu), bo musi uciekać przed tamtą stylistyką, dziennikarzami, festiwalami.

Wilson kocha tę swoją hardcore’ową publiczność i zarazem jej nienawidzi, bo w gruncie rzeczy marzył o mainstreamowej, ale ta go nigdy nie doceniła. Próbuje dogadzać tej pierwszej, bo z czegoś trzeba żyć, by zaraz ostentacyjnie celować w tę masową, ale ona go nie chce. Ależ to jest męczące już przy czytaniu, a jak musiało być męczące przez te dekady dla niego?

Skrzywiona (samo)ocena. Zawsze było tak, że Wilson najbardziej cenił swoje najnowsze płyty. I to wydawało się całkiem zdrowe, nawet jeśli trochę buńczuczne, bo rozumieliśmy, że dzięki temu zachowuje świeżość i satysfakcję z tworzenia nowych rzeczy i grania ich na koncertach.

W głowie jednak mi się nie mieści, że lista zaledwie 11 własnych płyt – spośród tej oficjalnej setki czy coś – które naprawdę ceni, zawiera tylko trzy niedawne albumy Porcupine Tree. Tyle dobrze, że wyłączając „The Incident”. W tym nijaką płytę powrotną, która powstała (tak jak książka zresztą) głównie z powodu covidowych lockdownów. Są też cztery płyty solowe, warte dla mnie mniej niż akustyczne solowe single Wilsona z dawnych czasów. Jest też podobno wybitne Storm Corrosion. Nie ma za to ani „Spotify”, któremu zawdzięcza żonę (i mnie), ani „Returning Jesus”. Z no-man wybrał „Together We’re Stranger” (okej) i „Schoolyard Ghosts” (ojej).

Dorobek lat 90. opisuje wręcz jak coś obciążającego, w zasadzie wolałby skasować go ze swojej dyskografii. Znów: może to pomaga iść naprzód, ale świadczy też o skrzywionym spojrzeniu na własną muzykę, podczas gdy tak znakomicie potrafi rozpoznawać i opisywać klasyki swoich idoli, nawet jeśli też hitami rynkowymi nie były. Jak i skrytykować ich za oczywiste gnioty.

Najbardziej jego własne błędy obciąża to, co sam ceni u innych muzyków – i za co ich zwykł krytykować. Moja recenzja jego drugiej solówki z 2011 r. pozostała niestety aktualna. A już pozbycie się najsympatyczniejszego z jego wszystkich partnerów Colina Edwina z Porcupine Tree dlatego, że w lockdownie Wilson sam pogrywał na basie…

*

Ten powracający refren niedosytu i rozczarowań może być ostrzeżeniem dla muzyków początkujących i marzących o tym samym – i pewnie też okazją, by sobie szczerze odpowiedzieć, czy na pewno chodzi tylko czy głównie o robienie dobrej muzyki. Bez finału na stadionie, bez obrotowej sceny.

Mimo tego refrenu, cienia nienasycenia, książka cieszy i uczy, a swoje żale Wilson przykrywa angielskim humorem. Lekturę trzeba też co chwilę przerywać, żeby znaleźć jakiś nieznany albo zapomniany kawałek któregoś z idolów Wilsona, a często przecież także moich. I to może się okazać tej książki największą zaletą.

 

PS. Książka jest też o tym, że Wilson nie jest muzykiem, jest przede wszystkim reżyserem dźwięku. Zakochany w zegarach Floydów, ta burza z „The Sky Moves Sideways”, multum innych sampli. To też wskazuje, co najlepszego mu się przydarzyło, udało, sprawdziło. Narracje.

PS2. Ależ trafny to był tytuł: „Up the Downstair”. Do góry schodami na dół. Taka ta kariera.

PS3. „Metanoia”, cóż lepszego?

 




Dodaj komentarz