Najlepsze z Great September

Najlepsze z Great September

Na wstępie trzy rzeczy:

1. Nowy (drugi rok) łódzki showcase Great September należy do festiwali średnio rozstrzelonych, a więc tramwajami czy taksówkami jeździć nie trzeba, ale elektryczna hulajnoga już by się przydała, w związku z czym przegapiłem co najmniej dziesięć (z ponad stu) koncertów, na których mi zależało – jak Byty czy Hage-O. I tak dobrze, że pogoda była letnia, więc biegać się nawet chciało.

2. Nie widziałem ani jednego z występów, które Jędrzej Słodkowski opisuje wśród swoich faworytów, więc mogłem kogoś świetnego przegapić.

3. Prowadziłem na konferencji panel o sztucznej inteligencji w muzyce (sam słuchałem panelistów z arcyzaciekawieniem!), więc są tu konszachty z organizator(k)ami.

*

Przechodząc do rzeczy, chciałbym zobaczyć jeszcze raz, a nawet pięć razy:

Pola Chobot i Artur Baran. Ależ gorąco zostali przyjęci, totalnie się nie spodziewali, jak na koncercie dla hardcore’owych fanów, a nie na niewdzięcznym festiwalu typu showcase. Entuzjazm ten udzielił się przechodniom, którzy wpadali i zostawali. I słusznie, bo w te pół godziny duet (z towarzyszami) wygrał swoje największe przeboje i jedną nowość, wszystko fenomenalnie.

Älskar. Wokalistka narzekała na problemy ze sprzętem i chyba także na własną formę wokalną, więc zacząłem się zastanawiać, jak bardzo by mi się podobali w swojej pełni – szczególnie bez rockowej konkurencji z piętra wyżej, przekrzykującej ich delikatności. W streamingu ich mikroprzeboje brzmią ładnie, na żywo pięknie.

Błoto. Pewniacy, wiadomo, ale nie bez ale. Bo gdy kombinują – imponują. A gdy lecą w transowe, rozciągnięte mantry, to na żywo – szczególnie na festiwalu showcase’owym, gdy nad każdą chwilą ciąży FOMO – chce się przewinąć do kolejnej jazzowo-syntetycznej kulminacji. Ale i tak żal było, gdy kończyli, mimo że przypadła im cała godzina (inni zwykle mieli pół).

Bart Gałązka. Pozytywne zaskoczenie! Chyba dla niego także, bo ponoć był to sceniczny debiut. Zgrabne, chwytliwe piosenki przechodzące od razu do konkretu, fajnie zmieniające dynamikę i pozwalające się Bartowemu wokalowi pokazywać w różnych barwach. Dodałem do obserwowanych.

NAOMS and The Arrougates. Kategoria punk / post-punk rzadko zatrzymuje mnie na dłużej, także z powodów nagłośnieniowych, tutaj po wejściu wyjść się nie dało. Zbyt imponująco brzmieli, zbyt fenomenalna jest wokalistka-gitarzystka, zbyt wiele się działo. Organizator festiwalu MENT ma już ode mnie maila, że powinien ich ściągnąć.

Skalpel. Bardzo przyjemna podróż w czasie, tym bardziej że zgodnie z teorią o 20-letnich cyklach muzycznych powinniśmy teraz mieć powrót mody na nu-jazz czy post-rock (i mam wrażenie, że trochę mamy). Co mnie najbardziej ucieszyło – wybaczcie panowie – to że pod sceną wcale nie było tłumu, ludzie pobiegli na młodszych. Tak trzymać.

Agata Radziszewska. Od niej chyba zacząłem festiwal i był to bardzo udany początek, szczególnie gdy już zdołałem wbić się z przedsionka do salki. Pomysłowe, zgrabne i zwarte piosenki w zacnym wykonaniu, wokalnym i ogólnym.

Mud/o. Na szarym końcu, bo zdążyłem dobiec tylko na ostatni utwór. Ale spowodował (wraz z tym, jak pożegnała ich publiczność), że pożałowałem zwłoki. Podobało mi się też, że wychodzące obok mnie dziewczyny w pierwszej kolejności komplementowały grę perkusisty.

Z lotu ptaka: mnóstwo muzyki po polsku, nawet jeśli z na wskroś anglosaskimi inspiracjami, angielski wręcz dziwił.

No i osobne wrażenie zrobiła – po latach od poprzedniej wizyty – sama Łódź.

 




Dodaj komentarz