Ø3. Liniowość

Z muzyką w nieznane

Inaczej niż w świecie gier komputerowych, w muzyce liniowość jest cechą i rzadką, i pożądaną. Przed dominacją repetycji zdołały się uchronić w zasadzie tylko gatunki najbardziej (free/avant) i najmniej (poważka) improwizowane. Pomiędzy nimi leży kraina zwrotek i refrenów powtarzanych po kilka razy na piosenkę, a jeśli takowych brakuje – jak w rozmaitych odmianach elektroniki, mniej zarenbizowanym hip-hopie czy punku – znaczy to zwykle tyle, że repetowane są fragmenty jeszcze krótsze.

I tak w 99 procentach przypadków po jednej minucie da się mniej więcej w przewidzieć, dokąd utwór zamierza nas poprowadzić. Będzie obrastał w aranżację, będą rozrastające się chórki, będzie mostek, kulminacja i półminutowe wyciszenie, a może nawet jakaś solówka (a właśnie: poprzedni odcinek Narzędzi istotnie primaaprilisem zdecydowanie był). Wszystko to jednak w ramach zarysowanego na wstępie planu, który linię mety sytuuje nieopodal bloków startowych. Utwór liniowy tymczasem do punktu wyjścia nie wraca. A jeśli wraca, to nie dlatego, że nigdy nie zjechał z ronda.

Automatycznie jako przykłady narzucają się suity (prog)rockowe. I słusznie, choć tylko do pewnego stopnia. Bo pod przykrywką 20-minutowych tasiemców często skrywają po prostu repetycje dłuższych segmentów (większość „Atom Heart Mother” Pink Floyd). Albo też okazują się sklejką zupełnie repetywywnych piosenek („Supper’s Ready” Genesis czy „Grendel” Marillion, obie kocham od małości), które w zasadzie można by podzielić na kilka odrębnych utworów już zupełnie repetytywnych. Sztuką jest skomponować fabułę nieprzewidywalną, lecz ciągłą.

Mistrzostwo wszech czasów w tym zakresie wywalczyła na płycie „Ys” Joanna Newsom. Samym głosem i samą harfą potrafiła wysnuć muzyczny labirynt gwarantujący utratę orientacji, jak chociażby w „Sawdust & Diamonds”. Sygnalizowane na początku dwa akordy rozwinęła w bodaj czternaście, a spróbuj człowieku zgadnąć, gdzie za pół minuty poszybuje wokalnie. W pozostałych utworach sytuację komplikuje jeszcze Van Dyke Parks cudownie nieuchwytnymi partyturami.

Szczytem liniowości w snuciu opowieści jest bez mała 17-minutowe „Only Skin”. I nie chodzi tylko o długość, absurdalną liczbę tematów oraz kombinacji głos-harfa-smyczki-dodatki. Nawet jeden i ten sam element akompaniamentu Joanna za każdym razem gra inaczej. A gdy ma ochotę na zmianę wątku, dokonuje tego bez oglądania się na kreskę taktową i zmieniając zaraz potem metrum. Oba te zwyczaje można już w pierwszej minucie utworu usłyszeć:
.

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

.
I zobaczyć:

W rezultacie po sześciu latach obcowania „Ys” wciąż pozostaje dla mnie płytą-tajemnicą.

Podobnie mam z „Cosmogramma” Flying Lotusa i nie sądzę, by chodziło o krótszy staż. Tak jak w przypadku Newsom liniowość FlyLo nie ogranicza się do kompozycji (w dwu-, trzyminutowych utworach nie miałby zresztą wielkiego pola do popisu). Dotyczy także. a raczej przede wszystkim, ewoluującej produkcji. „Zodiac Shit” rozpoczyna się hypnagogicznym stękaniem, a kończy feerią serialowych mikrotematów. Yorke’owe „And the World Laughs With You” trzyma się w miarę kreski taktowej, lecz każdy z tych taktów brzmi inaczej. „Arkestry” to abstrakcja również stylistyczna. Co tu wyliczać, cała „Cosmogramma”  jest jedną wielką grą w kosmos.

Pokłady liniowości nie ograniczają się oczywiście do muzyki najbardziej współczesnej. Bawili się nią Velvet Underground na ten sam repetytywny sposób co krautrockowcy. Kombinowali co nieco panowie z Roxy Music czy Scritti Politti. Podobnie The Stranglers oraz The Clash, a po wielokroć Porcupine Tree oraz Radiohead. I obowiązkowo Queen i Beatlesi, od ostentacyjnego „Strawberry Fields Forever” po skromne „Here Comes the Sun” (które będzie powracać chyba w każdym odcinku tej serii), wreszcie na całej drugiej stronie „Abbey Road”. Zainteresowanie tematem wykazywało też Wilco, ale rezygnacja z powtarzania kilka akordów skończyła się powtarzaniem jednego akordu. Sufjanowi poszło lepiej.

Wiele wskazuje na to, że tej liniowości będzie w muzyce popularnej więcej. Po pierwsze, rośnie świadomość i osłuchanie tworzących, a zatem i ambicje muzyczne. (Czemu sprzyja fakt, że ambicje dotyczące po staremu rozumianej kariery hodować coraz trudniej). Po drugie, dorasta nam chyba pierwsze pokolenie słuchających cokolwiek zmęczonych formułą „zwykłej piosenki”, stąd przedziwne rzeczy dobijają się nawet do mainstreamu. A po trzecie: technologia.

Björk opowiadała przy okazji premiery „Biophilii” o konsekwencjach, jakie jej piosenkopisarstwu przyniosło przerzucenie się na aplikacje iPadowe. Od dzieciństwa komponowała, nucąc podczas długich spacerów. A to, mówiła, owocowało dosyć stabilnymi harmonicznie utworami. „To dlatego, że zawsze kroczę w tym samym tempie – tłumaczyła całkiem serio. – Dotychczas doświadczałam muzyki rockowej tak, jak gdyby miała kształt kwadratu. Nowe technologie pociągnęły mnie ku innym, częściej spotykanym w naturze kształtom, takim jak trójkąty czy ośmiokąty”. A linie?

.

Fine.




15 komentarzy

  1. jedras pisze:

    Ciekawe. Skąd taka (brak powtórzeń) definicja liniowości?

  2. Mariusz Herma pisze:

    Trochę tak jak z dwiema koncepcjami historii, cykliczną i liniową. Ale nie mam wrażenia, żebym pierwszy używał tego określenia.

    Przy czym nie chodzi o brak jakichkolwiek repetycji, bo bez takowych muzyka (szczególnie popularna) w zasadzie nie istnieje. Raczej o brak jednoznacznej symetrii, regularności. Jakieś gmatwanie kompozycyjne uniemożliwiające przewidywanie zdarzeń. Intuicja powinna podpowiedzieć, o co chodzi.

  3. airborell pisze:

    Najbardziej zdumiewające w “Only Skin” jest to, że tak naprawdę tych motywów wcale aż tak dużo nie ma. Cały utwór to jest właściwie dwukrotnie powtórzona (i przetworzona) trzyczęściowa suita.

    Ja tam w ogóle uważam, że miarą mistrzostwa kompozycyjnego jest ekonomiczne używanie materiału muzycznego. A więc – niekoniecznie liniowość w takim sensie, jak w Twoim poście, ale raczej umiejętne przetworzenie tych samych motywów. Chyba najbardziej znane suity progresywne (a na pewno moje ulubione: CTTE, Awaken, Starless) mają właśnie bardzo zwartą kompozycję.

  4. jedras pisze:

    Intuicja podpowiada, pewnie. Po prostu znaczenia linearności, jakie spotkałem, a spotkałem chyba dwa z takich popularnych, nie przystają do opozycji przewidywalne/nieprzewidywalne, nijak jej nie opisują.

    Pierwsze znaczenie przebiega według podziału melodyczne/harmoniczne (wertykalne i horyzontalne, McCartney i Lennon, etc.), drugie odpowiada każdemu “jednowymiarowemu” ciągowi dźwięków “jeden po drugim”. Myślałem, że prezentujesz jeszcze jakieś inne, stąd pytanie. Gdyby rzeczy, które opisujesz były linarne, nie dałoby się ich opisać tajemniczością czy kosmosem. Chyba że coś mi umyka. Tak się tylko czepiam, bo lubię “Narzędzia” i nie chcę patrzeć jak zwija je policja filozoficzna.

  5. Mariusz Herma pisze:

    @ Airborell – ano wszak takiej liniowości tutaj kibicuję. Nie zawalaniu słuchacza kilkunastoma tematami, bo to są owe suity-zlepki, o których wspominałem, ale o rozwijanie wątków. Ja napisałem “ciągła fabuła”, Ty “zwarta kompozycja”. =.

    @ Jędras – dlatego asekuracyjnie wspomniałem na wstępie, że nie chodzi mi o (negatywne) skojarzenie z grami komputerowymi. Liniowość historii jest chyba najlepszą analogią, na jaką mnie stać. Wydarzenia mają tutaj przyczyny i skutki, jest ciągłość i wszystko w jakimś stopniu “lubi się powtarzać”, ale jednak nie są to cztery pory roku i od nowa.

  6. jedras pisze:

    No tak, wartościujemy postęp, nie pomyślałem. Tylko w takim razie co z repetytywnością rozumianą np. po afrykańsku? Czy wszystkie kompozycje bez nawarstwiania, crescendologii, “logicznego” rozwoju motywów są “skazane” na nieliniowość?

  7. m pisze:

    Adorno się tu może przydać: pisał m. in. o “mechaniczności” muzyki popularnej (korzystającej z utartych formuł, powierzchownie “pseudostandaryzowanych”) przeciwstawianej “organiczności” muzyki poważnej (gdzie motywy się rozwijają tworząc organiczną całośc). Tę linearność rozumiem właśnie jako organiczność – dbałość o organiczny rozwój kompozycji (co przecież nie wyklucza repetytywności, jeśli jest do niej dodana warstwa rozwiajaca sie organicznie; słuszne przykłady z Newsom, którą czasem da się sprowadzić do zasadniczo powtarzanych części – np. “Monkey and Bear”, ale za każdym razem jest to powtórzenie na tyle wariacyjne, wzbogacone, przesunięte narracyjnie dalej, że traci znaczenie na rzecz organicznego rozwoju).

    Cieszę sie z przytoczenia w tym kontekscie Queen – wiele razy słuchając ich kompozycji odnoszę wrażenie, że nie chcieli ich na wzór progresywny rozbudowywać, że ich celem była kondensacja (np w pyszynym pastiszu “The Millionaire Waltz”, w “March of the Black Queen”, w “My Fairy King” i innych). Czasem próbują to samo robić Muse, ale niezbyt często im to wychodzi.

    A propos linearności/organiczności CTTE – pewnie znacie ten esej Covacha, ale na wszelki wypadek wklejam link, świetna analiza, wydobywa na wierzch spójność tej suity: klik

  8. Mariusz Herma pisze:

    Same przypisy, jak widzę, zajmują siedem stron :-) Ale spróbuję przebrnąć.

    Przeciwstawienie mechaniczna-organiczna bardziej nawet niż do czasów Adorna pasuje do współczesnego lepienia utworów metodą kopiuj-wklej. Ułatwia ono wiele, ale skłania też do dosłownie mechanicznego powtarzania i równania wszystkiego do prowadnic.

    Jedras, trudno uogólniać taką kopalnię stylów, ale faktycznie kojarzy się Afryka głównie z pętelkami. Chociaż polirytmie np. Konono No.1 dają spore pole do gmatwania, podobnie tuareskie bajania.

  9. airborell pisze:

    A w ogóle to przez Ciebie posłuchałem po raz pierwszy od ponad roku Only Skin. Będziesz mnie miał na sumieniu.

  10. Mariusz Herma pisze:

    Byłeś na odwyku?

  11. Pablo Renato pisze:

    Nie wiem, dlaczego linearność miałaby być bardziej “pożądana”, niż powtarzalność (pomijam specyficzną definicję linearności w kontekście oryginalności), ani dlaczego linearność mieliby wybierać “bardziej świadomi i osłuchani” twórcy, zwłaszcza, że powtarzalność jest dla nas po prostu bardziej naturalna.

    Nawet jeśli pomijam trance music, i Reicha, i afrykańskie rytmy, to przecież biologicznie bliżej nam do formy piosenki, niż free jazzu.

    Życie jest powtarzalne: mamy zwrotki śniadań i kolacji, poniedziałków i piątków, przerywane refrenami weekendów. Codzienne rytuały, od picia kawy po golenie, wschody i zachody słońca – wszystko to pozwala nam zbudować bezpieczną strukturę czasu, a więc i świata. Sama koncepcja czasu jako linii z węzłami kolejnych momentów jest stosunkowo świeża, wiele kultur traktuje/traktowało czas raczej jako okrąg.

  12. Mariusz Herma pisze:

    Pożądana, bo rzadka. Tak jak np. z łamaniem rytmu. Nie chodzi przecież o to, żeby wszystek muzyki był połamany i linearny, bo tak jest obiektywnie lepiej. Gdyby tak brzmiało 99% muzyki, to marzyłbym o superrepetytywnym 4/4.

    > ani dlaczego linearność mieliby wybierać
    > „bardziej świadomi i osłuchani” twórcy

    Bo żeby coś wybrać, trzeba to mieć w zestawie narzędzi. Mniej “świadomi i osłuchani” sięgają po najprostsze rozwiązania z automatu, a nie z wyboru. Co często kończy się oczywiście świetną muzyką. Jednak im więcej osób, których zasób narzędzi jest bogatszy, tym większe prawdopodobieństwo, że te narzędzia będą stosowane.

    Będę przypominać co odcinek: mówimy o tym, co przy odpowiednim zastosowaniu *może* wzbogacić kompozycję. Nie o tym, że linearna > cykliczna, a połamana > regularna.

    > Sama koncepcja czasu jako linii z węzłami kolejnych momentów jest
    > stosunkowo świeża, wiele kultur traktuje/traktowało czas raczej jako okrąg.

    Heliocentryczna koncepcja kosmosu też jest stosunkowo świeża i wiele kultur traktuje/traktowało Ziemię jako centrum wszechświata :-)

    > Życie jest powtarzalne (…)

    Mam wrażenie, że mógłbym wymienić tyle samo przykładów na to, że życie jednak jest linearne – począwszy od kwestii dorastania i starzenia się. Ale nie ma sensu się przepychać, bo przecież jest i powtarzalne, i linearne, w różnych aspektach.

  13. ArtS. pisze:

    Ja za takie rozwijanie się bez powtarzania zawsze uwielbiałem płytę “Omnio” In The Woods…

  14. […] będą rozmaite groove’y okładane kolejnymi warstwami narracji. A coraz trudniej będzie o twory liniowe. Pharrell Williams, miłośnik tradycyjnych syntezatorów i analogowych taśm, który wręcza swoim […]

  15. […] konstrukcja kompozycji tylko udaje zwyczajną piosenkę, a to wzorcowy przykład liniowości: powtarza się w niej może kilka taktów, a zachowaniu akordów bliżej do free niż niezbędnika […]

Dodaj komentarz