Trafiony zatopiony

Trafiony zatopiony

Doczytałem nowy numer „Gazety Magnetofonowej” dopiero do połowy, ale raczej nic nie przebije wydźwięku tego fragmentu:

„Jeśli chodzi o niszowe i ciężko sprzedawalne, cięzko promowalne rzeczy, to bardzo wiele zależy od indywidualnego profilu wytwórni i indywidualnych upodobań. (…)

I jeśli Universal nie ma wykonawców, którzy wygrywali zeszłoroczne rankingi płyt roku, to tylko dlatego, że wybieraliśmy to, co lubimy.”

Jan Kubicki, prezes Universal Music Polska

Wypowiedź pochodzi z dyskusji poświęconej przepaści między polskimi niszami (które „aż kipią od muzyki na światowym poziomie”) a polskim mainstreamem (który „ledwo bulgocze ciekawymi albumami”).

Fine.


Najlepsze letnie festiwale

Najlepsze letnie festiwale

Letnie w rozumieniu północnopółkulowym, bo w Botswanie niby zima. Na pewno niekompletna, ale chyba najbardziej imponujące zestawienie tego rodzaju, jakie widziałem. I gdyby się dało, chętnie według tego planu przeżyłbym to lato (zimę).

Fine.



W połowie drogi

W połowie drogi

Moim największym przegapieniem tego roku jest prawdopodobnie niestawienie się na prawdopodobnie ostatniej edycji Halfway Festival. Zwijanie się sugerują organizatorzy, choć jak ten Tusk: „I’m a dreamer”. A gdybym sam był włodarzem jakiegoś miasta, to skorzystałbym z okazji i zaimportował Halfway tak, jak Katowice sprowadziły sobie gotowego Offa.

Zgodnie z nazwą Halfway próbował przez te sześć edycji odnaleźć się pomiędzy muzyką anglosaską a resztą świata. I to może najtrudniejsze miejsce. Na zachodnie gwiazdy przychodzą tłumy. Na „muzykę świata” także łatwo łowi się ludzi: popatrzmy na wysyp (świetnych) wydarzeń world music tylko z obecnego miesiąca: Ethno Port, Etno Kraków, Globaltica… Halfway jest w zapomnianym „pomiędzy” i blisko mu w tym chyba tylko do lubelskich Innych Brzmień, które skądinąd będą moim kolejnym przegapieniem.

Poza działalnością misyjną, Halfwayowi jestem wdzięczny także prywatnie. Bo chyba z organizatorem jako pierwszym dyskutowałem o czym takim, jak scena beehype, bodaj po zeszłorocznym żarcie primaaprilisowym. I choć poważniej tematu nie pociągnęliśmy, może ta rozmowa była takim wpołowiedrogi do tego, by scenę bihajpową zainaugurować wkrótce gdzie indziej. Szkoda tylko, że Lublana w styczniu bywa naprawdę zimna…

Tymczasem dziś na scenie Halfwaya przedziwna argentyńska Juana Molina, przegapienie największe.

 

Fine.



Może i mój najlepszy wywiad

Może i mój najlepszy wywiad

Choć w sumie nie do końca mój, dlatego się z niego wyciąłem. Panowie pociągnęli rozmowę tak, że wystarczyło pilnować dyktafonu i tylko od czasu do czasu stuknąć krzesiwem.

Dla mnie to było tak naprawdę pierwsze spotkanie ze Zbigniewem Wodeckim – ostatnim był fenomenalny koncert na Off Festivalu. I jak sądzę w tym epizodycznym, ale jakoś uroczystym i niezwykle radosnym spotkaniu z artystą przy okazji jego powrotu do porzuconych marzeń nie byłem osamotniony.

Superową historię podarowali jemu i całej polskiej muzyce popularnej Mitch & Mitch tym swoim odkryciem i wydobyciem młodego Wodeckiego.

MORETTI: Czyli gdyby nie „Pszczółka Maja”…

WODECKI: Byłbym offowym artystą.

 

Fine.


Jak Pitchfork dorastał

Jak Pitchfork dorastał

To opisał w swoim niedawnym artykule „Bloomberg”. Generalnie ton opowieści przypomina artykuły, które pisywaliśmy w okolicach boomu na Arcade Fire: że z Pitchforkiem trzeba się liczyć.

Wydaje się więc nieco spóźniony, przeczytać jednak nie zaszkodzi. A moją uwagę zwróciły dwie niejako poboczne informacje:

– Jak szybko Pitchfork zaczął zarabiać sensowne pieniądze: już w połowie lat 2000 dostawali z reklam 5 mln dolarów. Niezły wynik jak na „dużego bloga”, który dopiero miał osiągnąć mainstreamową rozpoznawalność. Polskie serwisy, mimo że u szczytu popularności, walczyły wtedy o zarobienie na koszty serwera.

– Że liczba czytelników Pitchforka stale rośnie: w październiku 2015 roku mieli 2,7 mln odwiedzających, a rok później aż 4,1 mln. Chciałbym wiedzieć, z czego ten wzrost wynika: bo raczej nie z docierania do kolejnych fanów ambitnej krytyki muzycznej. Tych ostatnio przecież ubywa raczej niż przybywa – ewentualnie wystarcza im Facebook?

Obstawiam raczej poszerzenie bazy dzięki produkcjom wideo czy rozmaitym współpracom. Ale jednocześnie po samej stronie Pitchforka nie widać specjalnie, żeby przeszli na lifestyle. Przyznam, że od dłuższego czasu nie czytuję recenzji Pitchforka – ale poziomu chyba też specjalnie nie spłycili?

Cały tekst pisany jest w kontekście przejęcia Pitchforka przez Condé Nast, czyli wydawcę „New Yorkera”, „Vanity Fair”, „Vogue” oraz „Wired”. Wydaje się, że straszący upadkiem ostatniego bastionu alternatywy też nieco przesadzali.

Tymczasem przypomniało mi się, że 6 lat temu sam rozmawiałem z naczelnym Pitchforka. Ciekawie w kontekście bihajpa brzmią te słowa:

Mój pomysł na Pitchfork miał bardzo prostą formułę: wzorcowo realizować zasadniczy obowiązek prasy muzycznej, jakim jest przedstawianie słuchaczom nowych wykonawców. A nie odczekiwanie, co stanie się popularne i relacjonowanie tego po fakcie.

 

Fine.


33 utwory z kwietnia

33 utwory z kwietnia

Gorąco polecam przynajmniej pierwszą połowę. I przy okazji gorąco – a wydawało się, że szkoda wyjeżdżać w środku polskiej wiosny – pozdrawiam z krainy gejsz z iphone’ami.

 


Polska muzyka na eksport + wywiad z Hańbą!

Polska muzyka na eksport + wywiad z Hańbą!

W dzisiejszej „Polityce” próbuję podsumować muzyczne sukcesy eksportowe Polaków, choć w 12 tysiącach znaków dało się wymienić tylko część nazwisk zasługujących na wymienienie.

Z tekstu powinna wyłonić się jedna ogólna obserwacja: przełomu jak nie było, tak nie ma, ale zamiast wymarzonej Björk mamy rozrastający się (przepraszam) polski plankton muzyczny, który coraz liczniej poczyna sobie coraz śmielej na świecie. I gdy połączyć kropki, wyłania się pewien kształt, rosnąca obecność w obiegu międzynarodowym i świadomości influencerów.

Punktem wyjścia dla artykułu była Hańba!, która w niezwykle wdzięczny sposób organizuje sobie wyjazdy do dalszej i bliższej zagranicy. Na papierze zmieściły się tylko fragmenty naszej rozmowy, całość poniżej. Zespołowi dziękuję i – duma!

*

Skąd wziął się wyjazd na SXSW?

Hańba!: Zaproszenie na SXSW było po części jednym z owoców nieco już odległej, ale wciąż ważnej sesji dla KEXP nagranej w sierpniu 2015 roku. Co istotne, z pierwszego, ubiegłorocznego zaproszenia zrezygnowaliśmy na rzecz normalnej, trzytygodniowej trasy w maju i czerwcu. W Austin zagraliśmy łącznie na 3 koncertach: dwóch oficjalnych showcase’ach i jednej luźniejszej imprezie organizowanej przez szalonych Japończyków z Nowego Jorku– Peelander Z. Każdy z występów to osobna historia. Bez wątpienia najbardziej udany był ten ostatni, w Russian House, gdy o 1 w nocy specjalnie dla nas została grubo ponad setka ludzi.

Coś was w Teksasie zaskoczyło?

Zaskoczenia były dwa, oba niekoniecznie miłe. Po pierwsze, za wszystko, dosłownie wszystko – od wypożyczenia backline’u po opaskę dla menedżera – trzeba zapłacić. Nawet gdy jest się zaproszonym zespołem. Po drugie, na festiwalu odbywającym się w klubach w centrum miasta byliśmy po raz pierwszy i dochodzimy do wniosku, że bardziej odpowiadają nam mniejsze imprezy, takie jak słowacka Pohoda, katowicki OFF czy niewielkie Folkowisko.

W kontekście takich wyjazdów powraca pytanie: czy to się w ogóle „opłaca”, lecieć tak przez cały świat?

Zależy, co rozumiemy przez określenie „opłaca”. Zresztą w pytaniu zawarłeś niejako odpowiedź, czyli owe „przez cały świat”. Nie będąc etatowymi uczestnikami rynku muzycznego, nieco inaczej patrzymy na kwestię wyjazdów i ich dochodowości. Dla nas zawsze ważny jest właśnie czynnik krajoznawczy. Czyli jeśli tylko mamy szansę (i czas) zboczyć, objechać, spać w ciekawym miejscu – tak robimy.

Na przykład do Austin dotarliśmy przez Florydę i Nowy Orlean. Do tego dochodzi mniej lub bardziej świadomie obrana idea DIY. Sami organizujemy sobie trasy, sami prowadzimy busa, czasem jedynie korzystając z pomocy finansowej, m.in. Instytutu Adama Mickiewicza i Wydziału Kultury UM Krakowa.

A jak to było z zeszłorocznymi koncertami w USA? I tegorocznymi w Europie? Jak do nich dochodzi?

Wszystko zaczyna się od Izoldy, naszej impresario, ważnego ogniwa orkiestry zbuntowanej od samego początku jej poważnego funkcjonowania. Iza swoim uporem, odpowiednim nastawieniem i entuzjazmem łapie kontakt z kolejnymi organizatorami czy bookerami. Potem do akcji wkraczamy my i wspólnie planujemy trasy, szukamy miejsc po drodze, załatwiamy samochód, wysyłamy plakaty.

Zagraniczne koncerty były dla nas wszystkich sprawą dosyć naturalną. Od samego początku próbowaliśmy swoich sił w niedalekiej przecież Ostrawie czy związanej partnerskimi więzami z Krakowem Norymberdze.

Zeszłoroczne USA zostało „sprowokowane” sesją dla KEXP, która natchnęła organizatorów Nelsonville Music Festival w Ohio do zaproszenia nas. I co lepsze, do zapłacenia nam godziwie za występ (śmiech). Dzięki temu poza świetnym festiwalem i jeszcze lepszymi koncertami, w tym nocną imprezą dla kilkuset osób na polu namiotowym, mogliśmy zaplanować dłuższą trasę po północno-wschodnich stanach. Nieocenioną pomocą wykazała się przy tym polska organizacja – The Polish Mission w Orchard Lake.

I jaki jest cel tego zagranicznego koncertowania?

Cel jest zawsze ten sam – dotrzeć z naszą muzyczną opowieścią do jak najszerszego grona odbiorców. Mimo silnego osadzenia w polskiej historii i oczywiście bariery językowej, jest ona po prostu uniwersalna. Podejrzewamy nawet, że właśnie ten mocny kontekst jest czynnikiem uatrakcyjniającym to, co robimy w oczach zagranicznych odbiorców.

Poza celem czysto artystycznym jest też motywacja nieco bardziej przyziemna, o której już wspomnieliśmy: chęć poznawania świata, zaglądania w ciekawe miejsca. Bez Hańby! na pewno nie dotarlibyśmy tam, gdzie już byliśmy czy dopiero będziemy.

Niektórzy polscy artyści „eksportowi” po jakimś czasie rezygnują z karier zagranicznych, czasem dość obiecujących. I wracają do kraju. Chyba uznają, że gra nie warta wysiłku. Co o tym myślici?

Wracamy do pierwszych pytań: po co się gra koncerty? Jeśli dla kasy i sławy – ok, można i tak, z tym że to nie nasza droga. Dlatego między innymi z chęcią wracamy do Czech czy Słowacji. Może to nie jest tak spektakularne, jak lot za Atlantyk, i nie zostanie dostrzeżone w mediach ani poważnie potraktowane przez słuchaczy. Ale da nam i – mamy nadzieję– słuchaczom sporo radości. I z tego, co się orientujemy, nie jesteśmy osamotnieni w tym podejściu wśród polskich zespołów.

Poprzedni rok, a nawet ostatnie tygodnie, pozwoliły nam przekonać się, że niektóre festiwale i kluby u południowych sąsiadów – zarówno te duże i z bogatymi sponsorami, jak i te małe w zapomnianych miejscowościach – bywają o wiele lepiej poukładane. Zarówno pod kątem czysto organizacyjnym, jak i finansowym.

Co radzilibyście młodym polskim muzykom, którzy marzą o graniu za granicą?

Po pierwsze w graniu – nieważne, czy zagranicą, czy w Polsce – najważniejsza jest determinacja i pracowitość wszystkich członków zespołu i managera. Po prostu trzeba chcieć i próbować. Po drugie – język polski nie jest przeszkodą, wręcz przeciwnie. Vide wspomniana KZWW czy wspaniałe dziewczyny z Sutari, które ze swoją wizją słowiańszczyzny zawędrowały już chociażby do Brazylii.

Czy ktoś dla was był inspiracją w kwestii grania na eksport?

Na folkowym podwórku mamy świetny przykład płynący od Kapeli ze Wsi Warszawa. Niezmienny podziw budzi w nas również determinacja z jaką poza Polskę ruszyła kiedyś scena metalowa. Fajną historię napisała również Paprika Korps, która jest gwiazdą w Finlandii.

Niestety nie dowiemy się już, jak potoczyłaby się wizja wydającego nas Arka Marczyńskiego z Anteny Krzyku, który z mocną reprezentacją polskiej alternatywy nie dotarł do Nowego Jorku przez wydarzenia 11 września.

*

Odnośnie ostatniego wątku: według skromnych informacji, które udało mi się zdobyć, w trasę po USA mieli we wrześniu 2001 roku wspólnie ruszyć Robotobibok, Something Like Elvis oraz dwa inne zespoły (proszę o uzupełnienie). Wylecieli z Polski 10 września, ale gdy dzień później dolecieli do USA, samolot został zawrócony. Wrócili do Stanów półtora roku później, ale – jak to ktoś ujął – to były już „gorsze miejsca i gorsza chemia”.

Fot. Ondrej Koscik

Fine.


Muzyka jako narzędzie?

Muzyka jako narzędzie?

Nawet wygórowane oczekiwania estoński festiwal Tallinn Music Week przerósł moje oczekiwania i okazał się fantastycznym doświadczeniem na każdym poziomie.

Na stronie „Polityki” piszę o pozamuzycznych aspektach tego wydarzenia. Stały się tak widoczne, zdaniem niektórych wręcz dominujące, że pytają o sens środkowego słowa w nazwie festiwalu. Może na wzór MTV należałoby ją skrócić do TMW? Podobno niektóre zespoły wręcz obrażają się na myśl, że ich muzyka ma być „narzędziem przemiany” społecznej czy technologicznej; niejako pretekstem do dyskusji na „poważniejsze” tematy.

Szefowa festiwalu podczas własnego przemówienia tłumaczyła zamysł przewodzącej tegorocznemu festiwalowi grafiki (tej powyżej). Jaskrawa czerwień na powierzchni: to muzyka, zabawa, od zawsze i na zawsze podstawa TMW. Ale pod spodem kryje się coś głębszego, niekoniecznie wesołego. Jak mówiła, zespół festiwalu nie wypruwałby sobie żył, gdyby chodziło „tylko o muzykę”.

Sam z ciekawością słuchałem takich dyskusji, bo niejako podobny dylemat mamy na bihajpie. Miało w nim chodzić tylko o dźwięki, świadomie unikaliśmy stawania po którejś ze stron licznych barykad, ale przecież czasem się nie da. I tych pozamuzycznych wątków jest coraz więcej, to chyba widać też na tym blogu.

*

Wracając do muzyki, takich wykonawców bez wahania zaprosiłbym na własny festiwal muzyczny:

• za wokal i najlepszy kower Britney – Siv Jakobsen (Norwegia)
• za riffy i energię – Sheep Got Waxed (Litwa)
• za riffy i energię – Židrūns (Łotwa)
• za riffy i energię – Žen (Chorwacja)
• za psychodelię i klimat – Mikko Joensuu (Sweden)
• za rap taki, że nie trzeba rozumieć – Daf (Estonia)

Zabawna sytuacja z tymi ostatnimi. Po koncercie zaczepiłem siedzącą obok parę, która była równie wpatrzona w tego kolesia, jak ja. „O czym on rapował?!” – pytam. „A nie wiemy – odparli. – Jesteśmy z Finlandii”.

Widziałem też oba koncerty duetu Maarja Nuut – Hendrik Kaljujärv, czyli wokale plus elektronika. Towarzysz wiele jej nie ubogacił, ale też specjalnie nie przeszkadzał. Już się tu kiedyś Maarją zachwycałem, więc powiem tylko, że pozostaje moją ulubioną istotą pozaziemską.