A gdyby Offa nie było

A gdyby Offa nie było

W miniony weekend po raz pierwszy przyłapałem się na takim pytaniu. Zrodziło się, podejrzewam, z połączenia tegorocznego line-upu Off Festivalu z bardzo piknikową w te upały atmosferą, gdy ludzi zgromadzonych w ogródkach gastronomicznych i przysypiających gdzieś pod lasem już nie chwilami, ale w zasadzie stale więcej było niż pod scenami.

Off Festival przez te wszystkie lata był tym „obowiązkowym” wydarzeniem, na którym nie wypadało nie być. Pamiętam którąś edycję, gdy ten sam weekend musiałem/chciałem spędzić w górach. Mimo to wsiadłem w pożyczony samochód, przejechałem sam 222 km, obejrzałem kilka koncertów i przejechałem z powrotem 222 km. Byle nie było, że nie byłem, bo na Offie trzeba było być. No właśnie: było?

Rola Offa oczywiście musi ewoluować, bo wraz z Arturem Rojkiem nadrobiliśmy to, co było do nadrobienia. I tak jak obowiązkowy Off co roku przyciągał obowiązkowymi koncertami, to w tym roku najbliżej do tego miana było reaktywowanemu Łoskotowi i PJ Harvey. Ten pierwszy historycznie może ważny i muzycznie bardzo dobry, ale czy do wspominania? Ta druga grywała u nas ostatnio, a koncert tylko i aż „profesjonalny”. Już zeszłorocznej Brodce bliżej było do miana wydarzenia wiekopomnego, o Wodeckim nie wspominając.

Można było w ogóle odnieść wrażenie, że większe zaskoczenie/zainteresowanie niż program festiwalu budziły – jak na innych, zwykłych festiwalach? – nowości w foodtrackach.

Być może Off staje się więc festiwalem zwykłym, na którym fajnie być, ale można też nie być, szczególnie gdy znajdzie się w miarę sensowne alibi (dawniej nieobecność usprawiedliwiały tylko jakieś topowe zachodnie alternatywy). I stąd pewnie niebezpieczne, ale jakoś kuszące pytanie – staje się festiwalem, którego mogłoby nie być? Co by się wtedy stało? Gdzie byśmy pojechali? Kto i z czym wskoczyłby w to miejsce?

Oczywiście życzę Offowi kolejnych 88 lat, spędziłem świetny weekend w pięknej okolicy, spotkałem sporo starych znajomych i jeśli mam jechać na jakichś openerowy festiwal za rok, to pewnie znów będzie Off. Ale już bez poczucia, że tam dzieje się muzyka, że jest niezbędny choćby w wymiarze lokalnym. Może się mylę.

*

Głupio się powtarzać, ale dla odnotowania: na liście najlepszych występów w tym roku są znowu nieanglosascy, czyli;

  • Noura Mint Seymali – zaczynała przed pustym namiotem, a kończyła jako wodzirej imprezy dnia; ona tańczyła dłońmi, a publiczność naprawdę, i to mimo słonecznej jeszcze pory
  • Kikagaku Moyo – perfekcyjna retropsychodelia Japończyków idealnie połączyła się z popołudniowym leżakowaniem i dla mnie był to bodaj najprzyjemniejszy moment całego festiwalu, mogliby tak grać cały dzień

Gorzej wypadli „udawani” nieanglosasi, czyli Helado Negro i Janka Nabay, ściągnięci ze Stanów. Ten pierwszy na początku jakoś cieszył, ale w dużej mierze dzięki towarzystwu dwóch złotych yeti.

Fine.


30 utworów z lipca

30 utworów z lipca

Tajlandia, Gruzja, Islandia, Estonia, Filipiny, Japonia, Włochy, Rosja, Ukraina, Finlandia, Liban, Australia, Brazylia itd. itp.

Do posłuchania na Soundcloudzie i wciąż tylko po części na Spotify.

Fine.


Trafiony zatopiony

Trafiony zatopiony

Doczytałem nowy numer „Gazety Magnetofonowej” dopiero do połowy, ale raczej nic nie przebije wydźwięku tego fragmentu:

„Jeśli chodzi o niszowe i ciężko sprzedawalne, cięzko promowalne rzeczy, to bardzo wiele zależy od indywidualnego profilu wytwórni i indywidualnych upodobań. (…)

I jeśli Universal nie ma wykonawców, którzy wygrywali zeszłoroczne rankingi płyt roku, to tylko dlatego, że wybieraliśmy to, co lubimy.”

Jan Kubicki, prezes Universal Music Polska

Wypowiedź pochodzi z dyskusji poświęconej przepaści między polskimi niszami (które „aż kipią od muzyki na światowym poziomie”) a polskim mainstreamem (który „ledwo bulgocze ciekawymi albumami”).

Fine.


Najlepsze letnie festiwale

Najlepsze letnie festiwale

Letnie w rozumieniu północnopółkulowym, bo w Botswanie niby zima. Na pewno niekompletna, ale chyba najbardziej imponujące zestawienie tego rodzaju, jakie widziałem. I gdyby się dało, chętnie według tego planu przeżyłbym to lato (zimę).

Fine.



W połowie drogi

W połowie drogi

Moim największym przegapieniem tego roku jest prawdopodobnie niestawienie się na prawdopodobnie ostatniej edycji Halfway Festival. Zwijanie się sugerują organizatorzy, choć jak ten Tusk: „I’m a dreamer”. A gdybym sam był włodarzem jakiegoś miasta, to skorzystałbym z okazji i zaimportował Halfway tak, jak Katowice sprowadziły sobie gotowego Offa.

Zgodnie z nazwą Halfway próbował przez te sześć edycji odnaleźć się pomiędzy muzyką anglosaską a resztą świata. I to może najtrudniejsze miejsce. Na zachodnie gwiazdy przychodzą tłumy. Na „muzykę świata” także łatwo łowi się ludzi: popatrzmy na wysyp (świetnych) wydarzeń world music tylko z obecnego miesiąca: Ethno Port, Etno Kraków, Globaltica… Halfway jest w zapomnianym „pomiędzy” i blisko mu w tym chyba tylko do lubelskich Innych Brzmień, które skądinąd będą moim kolejnym przegapieniem.

Poza działalnością misyjną, Halfwayowi jestem wdzięczny także prywatnie. Bo chyba z organizatorem jako pierwszym dyskutowałem o czym takim, jak scena beehype, bodaj po zeszłorocznym żarcie primaaprilisowym. I choć poważniej tematu nie pociągnęliśmy, może ta rozmowa była takim wpołowiedrogi do tego, by scenę bihajpową zainaugurować wkrótce gdzie indziej. Szkoda tylko, że Lublana w styczniu bywa naprawdę zimna…

Tymczasem dziś na scenie Halfwaya przedziwna argentyńska Juana Molina, przegapienie największe.

 

Fine..



Może i mój najlepszy wywiad

Może i mój najlepszy wywiad

Choć w sumie nie do końca mój, dlatego się z niego wyciąłem. Panowie pociągnęli rozmowę tak, że wystarczyło pilnować dyktafonu i tylko od czasu do czasu stuknąć krzesiwem.

Dla mnie to było tak naprawdę pierwsze spotkanie ze Zbigniewem Wodeckim – ostatnim był fenomenalny koncert na Off Festivalu. I jak sądzę w tym epizodycznym, ale jakoś uroczystym i niezwykle radosnym spotkaniu z artystą przy okazji jego powrotu do porzuconych marzeń nie byłem osamotniony.

Superową historię podarowali jemu i całej polskiej muzyce popularnej Mitch & Mitch tym swoim odkryciem i wydobyciem młodego Wodeckiego.

MORETTI: Czyli gdyby nie „Pszczółka Maja”…

WODECKI: Byłbym offowym artystą.

 

Fine.


Jak Pitchfork dorastał

Jak Pitchfork dorastał

To opisał w swoim niedawnym artykule „Bloomberg”. Generalnie ton opowieści przypomina artykuły, które pisywaliśmy w okolicach boomu na Arcade Fire: że z Pitchforkiem trzeba się liczyć.

Wydaje się więc nieco spóźniony, przeczytać jednak nie zaszkodzi. A moją uwagę zwróciły dwie niejako poboczne informacje:

– Jak szybko Pitchfork zaczął zarabiać sensowne pieniądze: już w połowie lat 2000 dostawali z reklam 5 mln dolarów. Niezły wynik jak na „dużego bloga”, który dopiero miał osiągnąć mainstreamową rozpoznawalność. Polskie serwisy, mimo że u szczytu popularności, walczyły wtedy o zarobienie na koszty serwera.

– Że liczba czytelników Pitchforka stale rośnie: w październiku 2015 roku mieli 2,7 mln odwiedzających, a rok później aż 4,1 mln. Chciałbym wiedzieć, z czego ten wzrost wynika: bo raczej nie z docierania do kolejnych fanów ambitnej krytyki muzycznej. Tych ostatnio przecież ubywa raczej niż przybywa – ewentualnie wystarcza im Facebook?

Obstawiam raczej poszerzenie bazy dzięki produkcjom wideo czy rozmaitym współpracom. Ale jednocześnie po samej stronie Pitchforka nie widać specjalnie, żeby przeszli na lifestyle. Przyznam, że od dłuższego czasu nie czytuję recenzji Pitchforka – ale poziomu chyba też specjalnie nie spłycili?

Cały tekst pisany jest w kontekście przejęcia Pitchforka przez Condé Nast, czyli wydawcę „New Yorkera”, „Vanity Fair”, „Vogue” oraz „Wired”. Wydaje się, że straszący upadkiem ostatniego bastionu alternatywy też nieco przesadzali.

Tymczasem przypomniało mi się, że 6 lat temu sam rozmawiałem z naczelnym Pitchforka. Ciekawie w kontekście bihajpa brzmią te słowa:

Mój pomysł na Pitchfork miał bardzo prostą formułę: wzorcowo realizować zasadniczy obowiązek prasy muzycznej, jakim jest przedstawianie słuchaczom nowych wykonawców. A nie odczekiwanie, co stanie się popularne i relacjonowanie tego po fakcie.

 

Fine.


33 utwory z kwietnia

33 utwory z kwietnia

Gorąco polecam przynajmniej pierwszą połowę. I przy okazji gorąco – a wydawało się, że szkoda wyjeżdżać w środku polskiej wiosny – pozdrawiam z krainy gejsz z iphone’ami.