Jak Pitchfork dorastał

Jak Pitchfork dorastał

To opisał w swoim niedawnym artykule „Bloomberg”. Generalnie ton opowieści przypomina artykuły, które pisywaliśmy w okolicach boomu na Arcade Fire: że z Pitchforkiem trzeba się liczyć.

Wydaje się więc nieco spóźniony, przeczytać jednak nie zaszkodzi. A moją uwagę zwróciły dwie niejako poboczne informacje:

– Jak szybko Pitchfork zaczął zarabiać sensowne pieniądze: już w połowie lat 2000 dostawali z reklam 5 mln dolarów. Niezły wynik jak na „dużego bloga”, który dopiero miał osiągnąć mainstreamową rozpoznawalność. Polskie serwisy, mimo że u szczytu popularności, walczyły wtedy o zarobienie na koszty serwera.

– Że liczba czytelników Pitchforka stale rośnie: w październiku 2015 roku mieli 2,7 mln odwiedzających, a rok później aż 4,1 mln. Chciałbym wiedzieć, z czego ten wzrost wynika: bo raczej nie z docierania do kolejnych fanów ambitnej krytyki muzycznej. Tych ostatnio przecież ubywa raczej niż przybywa – ewentualnie wystarcza im Facebook?

Obstawiam raczej poszerzenie bazy dzięki produkcjom wideo czy rozmaitym współpracom. Ale jednocześnie po samej stronie Pitchforka nie widać specjalnie, żeby przeszli na lifestyle. Przyznam, że od dłuższego czasu nie czytuję recenzji Pitchforka – ale poziomu chyba też specjalnie nie spłycili?

Cały tekst pisany jest w kontekście przejęcia Pitchforka przez Condé Nast, czyli wydawcę „New Yorkera”, „Vanity Fair”, „Vogue” oraz „Wired”. Wydaje się, że straszący upadkiem ostatniego bastionu alternatywy też nieco przesadzali.

Tymczasem przypomniało mi się, że 6 lat temu sam rozmawiałem z naczelnym Pitchforka. Ciekawie w kontekście bihajpa brzmią te słowa:

Mój pomysł na Pitchfork miał bardzo prostą formułę: wzorcowo realizować zasadniczy obowiązek prasy muzycznej, jakim jest przedstawianie słuchaczom nowych wykonawców. A nie odczekiwanie, co stanie się popularne i relacjonowanie tego po fakcie.

 

Fine.


33 utwory z kwietnia

33 utwory z kwietnia

Gorąco polecam przynajmniej pierwszą połowę. I przy okazji gorąco – a wydawało się, że szkoda wyjeżdżać w środku polskiej wiosny – pozdrawiam z krainy gejsz z iphone’ami.

 


Polska muzyka na eksport + wywiad z Hańbą!

Polska muzyka na eksport + wywiad z Hańbą!

W dzisiejszej „Polityce” próbuję podsumować muzyczne sukcesy eksportowe Polaków, choć w 12 tysiącach znaków dało się wymienić tylko część nazwisk zasługujących na wymienienie.

Z tekstu powinna wyłonić się jedna ogólna obserwacja: przełomu jak nie było, tak nie ma, ale zamiast wymarzonej Björk mamy rozrastający się (przepraszam) polski plankton muzyczny, który coraz liczniej poczyna sobie coraz śmielej na świecie. I gdy połączyć kropki, wyłania się pewien kształt, rosnąca obecność w obiegu międzynarodowym i świadomości influencerów.

Punktem wyjścia dla artykułu była Hańba!, która w niezwykle wdzięczny sposób organizuje sobie wyjazdy do dalszej i bliższej zagranicy. Na papierze zmieściły się tylko fragmenty naszej rozmowy, całość poniżej. Zespołowi dziękuję i – duma!

*

Skąd wziął się wyjazd na SXSW?

Hańba!: Zaproszenie na SXSW było po części jednym z owoców nieco już odległej, ale wciąż ważnej sesji dla KEXP nagranej w sierpniu 2015 roku. Co istotne, z pierwszego, ubiegłorocznego zaproszenia zrezygnowaliśmy na rzecz normalnej, trzytygodniowej trasy w maju i czerwcu. W Austin zagraliśmy łącznie na 3 koncertach: dwóch oficjalnych showcase’ach i jednej luźniejszej imprezie organizowanej przez szalonych Japończyków z Nowego Jorku– Peelander Z. Każdy z występów to osobna historia. Bez wątpienia najbardziej udany był ten ostatni, w Russian House, gdy o 1 w nocy specjalnie dla nas została grubo ponad setka ludzi.

Coś was w Teksasie zaskoczyło?

Zaskoczenia były dwa, oba niekoniecznie miłe. Po pierwsze, za wszystko, dosłownie wszystko – od wypożyczenia backline’u po opaskę dla menedżera – trzeba zapłacić. Nawet gdy jest się zaproszonym zespołem. Po drugie, na festiwalu odbywającym się w klubach w centrum miasta byliśmy po raz pierwszy i dochodzimy do wniosku, że bardziej odpowiadają nam mniejsze imprezy, takie jak słowacka Pohoda, katowicki OFF czy niewielkie Folkowisko.

W kontekście takich wyjazdów powraca pytanie: czy to się w ogóle „opłaca”, lecieć tak przez cały świat?

Zależy, co rozumiemy przez określenie „opłaca”. Zresztą w pytaniu zawarłeś niejako odpowiedź, czyli owe „przez cały świat”. Nie będąc etatowymi uczestnikami rynku muzycznego, nieco inaczej patrzymy na kwestię wyjazdów i ich dochodowości. Dla nas zawsze ważny jest właśnie czynnik krajoznawczy. Czyli jeśli tylko mamy szansę (i czas) zboczyć, objechać, spać w ciekawym miejscu – tak robimy.

Na przykład do Austin dotarliśmy przez Florydę i Nowy Orlean. Do tego dochodzi mniej lub bardziej świadomie obrana idea DIY. Sami organizujemy sobie trasy, sami prowadzimy busa, czasem jedynie korzystając z pomocy finansowej, m.in. Instytutu Adama Mickiewicza i Wydziału Kultury UM Krakowa.

A jak to było z zeszłorocznymi koncertami w USA? I tegorocznymi w Europie? Jak do nich dochodzi?

Wszystko zaczyna się od Izoldy, naszej impresario, ważnego ogniwa orkiestry zbuntowanej od samego początku jej poważnego funkcjonowania. Iza swoim uporem, odpowiednim nastawieniem i entuzjazmem łapie kontakt z kolejnymi organizatorami czy bookerami. Potem do akcji wkraczamy my i wspólnie planujemy trasy, szukamy miejsc po drodze, załatwiamy samochód, wysyłamy plakaty.

Zagraniczne koncerty były dla nas wszystkich sprawą dosyć naturalną. Od samego początku próbowaliśmy swoich sił w niedalekiej przecież Ostrawie czy związanej partnerskimi więzami z Krakowem Norymberdze.

Zeszłoroczne USA zostało „sprowokowane” sesją dla KEXP, która natchnęła organizatorów Nelsonville Music Festival w Ohio do zaproszenia nas. I co lepsze, do zapłacenia nam godziwie za występ (śmiech). Dzięki temu poza świetnym festiwalem i jeszcze lepszymi koncertami, w tym nocną imprezą dla kilkuset osób na polu namiotowym, mogliśmy zaplanować dłuższą trasę po północno-wschodnich stanach. Nieocenioną pomocą wykazała się przy tym polska organizacja – The Polish Mission w Orchard Lake.

I jaki jest cel tego zagranicznego koncertowania?

Cel jest zawsze ten sam – dotrzeć z naszą muzyczną opowieścią do jak najszerszego grona odbiorców. Mimo silnego osadzenia w polskiej historii i oczywiście bariery językowej, jest ona po prostu uniwersalna. Podejrzewamy nawet, że właśnie ten mocny kontekst jest czynnikiem uatrakcyjniającym to, co robimy w oczach zagranicznych odbiorców.

Poza celem czysto artystycznym jest też motywacja nieco bardziej przyziemna, o której już wspomnieliśmy: chęć poznawania świata, zaglądania w ciekawe miejsca. Bez Hańby! na pewno nie dotarlibyśmy tam, gdzie już byliśmy czy dopiero będziemy.

Niektórzy polscy artyści „eksportowi” po jakimś czasie rezygnują z karier zagranicznych, czasem dość obiecujących. I wracają do kraju. Chyba uznają, że gra nie warta wysiłku. Co o tym myślici?

Wracamy do pierwszych pytań: po co się gra koncerty? Jeśli dla kasy i sławy – ok, można i tak, z tym że to nie nasza droga. Dlatego między innymi z chęcią wracamy do Czech czy Słowacji. Może to nie jest tak spektakularne, jak lot za Atlantyk, i nie zostanie dostrzeżone w mediach ani poważnie potraktowane przez słuchaczy. Ale da nam i – mamy nadzieję– słuchaczom sporo radości. I z tego, co się orientujemy, nie jesteśmy osamotnieni w tym podejściu wśród polskich zespołów.

Poprzedni rok, a nawet ostatnie tygodnie, pozwoliły nam przekonać się, że niektóre festiwale i kluby u południowych sąsiadów – zarówno te duże i z bogatymi sponsorami, jak i te małe w zapomnianych miejscowościach – bywają o wiele lepiej poukładane. Zarówno pod kątem czysto organizacyjnym, jak i finansowym.

Co radzilibyście młodym polskim muzykom, którzy marzą o graniu za granicą?

Po pierwsze w graniu – nieważne, czy zagranicą, czy w Polsce – najważniejsza jest determinacja i pracowitość wszystkich członków zespołu i managera. Po prostu trzeba chcieć i próbować. Po drugie – język polski nie jest przeszkodą, wręcz przeciwnie. Vide wspomniana KZWW czy wspaniałe dziewczyny z Sutari, które ze swoją wizją słowiańszczyzny zawędrowały już chociażby do Brazylii.

Czy ktoś dla was był inspiracją w kwestii grania na eksport?

Na folkowym podwórku mamy świetny przykład płynący od Kapeli ze Wsi Warszawa. Niezmienny podziw budzi w nas również determinacja z jaką poza Polskę ruszyła kiedyś scena metalowa. Fajną historię napisała również Paprika Korps, która jest gwiazdą w Finlandii.

Niestety nie dowiemy się już, jak potoczyłaby się wizja wydającego nas Arka Marczyńskiego z Anteny Krzyku, który z mocną reprezentacją polskiej alternatywy nie dotarł do Nowego Jorku przez wydarzenia 11 września.

*

Odnośnie ostatniego wątku: według skromnych informacji, które udało mi się zdobyć, w trasę po USA mieli we wrześniu 2001 roku wspólnie ruszyć Robotobibok, Something Like Elvis oraz dwa inne zespoły (proszę o uzupełnienie). Wylecieli z Polski 10 września, ale gdy dzień później dolecieli do USA, samolot został zawrócony. Wrócili do Stanów półtora roku później, ale – jak to ktoś ujął – to były już „gorsze miejsca i gorsza chemia”.

Fot. Ondrej Koscik

Fine.


Muzyka jako narzędzie?

Muzyka jako narzędzie?

Nawet wygórowane oczekiwania estoński festiwal Tallinn Music Week przerósł moje oczekiwania i okazał się fantastycznym doświadczeniem na każdym poziomie.

Na stronie „Polityki” piszę o pozamuzycznych aspektach tego wydarzenia. Stały się tak widoczne, zdaniem niektórych wręcz dominujące, że pytają o sens środkowego słowa w nazwie festiwalu. Może na wzór MTV należałoby ją skrócić do TMW? Podobno niektóre zespoły wręcz obrażają się na myśl, że ich muzyka ma być „narzędziem przemiany” społecznej czy technologicznej; niejako pretekstem do dyskusji na „poważniejsze” tematy.

Szefowa festiwalu podczas własnego przemówienia tłumaczyła zamysł przewodzącej tegorocznemu festiwalowi grafiki (tej powyżej). Jaskrawa czerwień na powierzchni: to muzyka, zabawa, od zawsze i na zawsze podstawa TMW. Ale pod spodem kryje się coś głębszego, niekoniecznie wesołego. Jak mówiła, zespół festiwalu nie wypruwałby sobie żył, gdyby chodziło „tylko o muzykę”.

Sam z ciekawością słuchałem takich dyskusji, bo niejako podobny dylemat mamy na bihajpie. Miało w nim chodzić tylko o dźwięki, świadomie unikaliśmy stawania po którejś ze stron licznych barykad, ale przecież czasem się nie da. I tych pozamuzycznych wątków jest coraz więcej, to chyba widać też na tym blogu.

*

Wracając do muzyki, takich wykonawców bez wahania zaprosiłbym na własny festiwal muzyczny:

• za wokal i najlepszy kower Britney – Siv Jakobsen (Norwegia)
• za riffy i energię – Sheep Got Waxed (Litwa)
• za riffy i energię – Židrūns (Łotwa)
• za riffy i energię – Žen (Chorwacja)
• za psychodelię i klimat – Mikko Joensuu (Sweden)
• za rap taki, że nie trzeba rozumieć – Daf (Estonia)

Zabawna sytuacja z tymi ostatnimi. Po koncercie zaczepiłem siedzącą obok parę, która była równie wpatrzona w tego kolesia, jak ja. „O czym on rapował?!” – pytam. „A nie wiemy – odparli. – Jesteśmy z Finlandii”.

Widziałem też oba koncerty duetu Maarja Nuut – Hendrik Kaljujärv, czyli wokale plus elektronika. Towarzysz wiele jej nie ubogacił, ale też specjalnie nie przeszkadzał. Już się tu kiedyś Maarją zachwycałem, więc powiem tylko, że pozostaje moją ulubioną istotą pozaziemską.

 


Tallinn Music Wreszcie

Tallinn Music Wreszcie

W ilu krajach festiwale muzyczne otwiera prezydent kraju? Tallinn Music Week przez lata otwierał znany meloman Toomas Hendrik Ilves. Teraz wraz z urzędem prezydenckim jego obowiązki przejęła Kersti Kaljulaid. Na niedawnej konferencji pokojowej w Monachium moderator jednej z dyskusji oddał jej głos słowami: „This young lady over there?”.

Jeśli przynajmniej muzycznie Estonii ignorować się nie da, to w dużej mierze dzięki Tallinn Music Week właśnie. Po raz pierwszy streszczałem go na odległość trzy lata temu i każdego kolejnego roku chciałem się wybrać, bo urzekł mnie TMW swoim zakresem stylistycznym, wpływem na scenę lokalną i regionalną, a także postacią założycielki Helen Sildna, której prezentacji na rozmaitych konferencjach należą do najciekawszych. Ale jakoś nigdy nie pojechałem.

Jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, wybieram się do Estonii w najbliższy czwartek, przede wszystkim słuchać, a trochę też dyskutować o muzycznym kuratorowaniu ludzkim i mechanicznym – czym zajmuję się, odpowiednio, czynnie na bihajpie i biernie jako dziennikarz.

Postaram się zdać choć krótką relację, a tymczasem jadącym i niejadącym polecam nasz bihajpowy zestaw 15 artystów z 15 krajów, którzy wystąpią na tegorocznym Tallinn Music Week, rekomendowanych naturalnie przez lokalsów z poszczególnych krajów. Z Polską trafiło mi się, bo tego samego dnia artystki wypuściły nowy klip.

Fine.


Milcząc o Talk Talk

Milcząc o Talk Talk

Od trzech lat Talk Talk patronuje bihajpowi w związku ze wspólnym świętowaniem pierwszego dnia wiosny. I dziś trzykrotnie przesłuchałem „The Colour of Spring”, przygotowując dla naszych korespondentów krótkie podsumowanie ubiegłego roku i pod wieloma względami rekordowego Best of 2016.

Napisałem im o tym, że choć nie staliśmy się drugim Pitchforkiem i nie zmieniliśmy (jeszcze) gustów muzycznych świata, to w zeszłym roku mieliśmy gości ze 188 krajów, wyglądamy coraz poważniej na Facebooku czy Soundcloudzie, jakoś mimochodem zebraliśmy więcej „followersów” niż większość artystów, których prezentujemy. Niektórzy chwalą się naszymi wzmiankami o sobie. beehype zaczął się nawet pojawiać na egzaminach.

Odkryliśmy też, szczególnie w ciągu ostatniego roku, że pomyślany dla zwykłych słuchaczy bihajp staje się narzędziem dla ludzi z branży. Otwarcie i skrycie inspirowane nami teksty publikuje Bandcamp. Jakiś student w Stanach z podobnej inspiracji uruchomił światową audycję radiową. A ktoś w Portugalii co tydzień prezentuje w eterze kolejne listy z naszego podsumowania 2016, kraj po kraju.

Mnie cieszy najbardziej, gdy jakiś prezentowany przez nas artysta po obejrzeniu poświęconego sobie tekstu zaczyna słuchać tego, co rekomendujemy obok niego. Na przykład gdy słowacki producent Fallgrapp odkrył turecką kapelę No Land i aż się wpisał do pamiętnika. Albo gdy uda się spotkać taką Danielę Spallę z Danielem Spaleniakiem – dalej marzę o tzw. kolaboracji.

*

Pisząc i słuchając, zastanawiałem się, czy ktokolwiek z korespondentów wspomniał kiedykolwiek na łamach bihajpa o Talk Talk. Obstawiałem, że mógłbym to być ja – ale jednak nie. Tylko Grek, w swoim podsumowaniu 2016, w notce poświęconej niejakiemu Sundayman. Takie Radiohead pojawia się tymczasem jakieś 45 razy.

Z drugiej strony wspomniany Pitchfork właśnie oddał Radiohead swoje łamy na cały tydzień, celebrując dwudziestolecie „OK Computer”. Tymczasem o „The Colour of Spring” w całej swej historii wspomina najwyraźniej tylko trzy razy, Trzy razy pisano w ogóle o zespole w ciągu ostatniego roku – versus pół tysiąca wzmianek o Radiohead. Co ciekawe, obie nazwy pojawiają się obok siebie w niedawnej recenzji wokalisty The Antlers:

For a lot of listeners, it’s a short step from Radiohead to Talk Talk and Impermanence unsurprisingly evokes Laughing Stock, the gold standard for mid-career, post-rock spiritual cleansing: “Karuna” begins with a few seconds of low amp buzz and a loosely knotted guitar chord that has to be an overt homage to “Myrrhman.”

Ano rzeczywiście pobrzmiewa.

*

Żeby trochę okiełznać niegasnące bihajpowe zachłyśnięcie nowymi dźwiękami zewsząd, sam od tego roku postanowiłem odświeżać sobie w weekendy dawne ulubione płyty, od Mozartów po Sufjanów. „Illinois” tego ostatniego w ogóle krąży u mnie ostatnio częściej, niż gdy się nawracałem dzięki recenzji Kuby Radkowskiego na Screenagers. (Radiohead vs. Talk Talk: 673 – 96, za to jest cały przegląd twórczości TT).

I w tych sentymentalnych powrotach często bywa tak, że dawni giganci okazują się właśnie stać na glinianych nogach czystego sentymentu. Do większości z nich pewnie już nigdy nie wrócę. Ale jak słuchałem dziś trzeci raz „The Colour of Spring”, to poczucie przejrzystości, prostoty tej płyty, łączyło się z pewnością jej niegasnącej jakości, niezależnej od wspominek.

Oczywiście, że bez rozmachu „OK Computer”, ale i bez jej ciężaru i pretensji do bycia legendą. Przecież żadnej płyty Radiohead bym trzy razy z rzędu nie wysłuchał, a co dopiero tej. A już w ogóle w pierwszy dzień wiosny.

*

Na koniec listu do bihajpowców napisałem:

3 years is a long time for a bee, but it’s just a short moment for a beehive. We’re still earning to fly. What would make you enjoy beehype more?

Co by się Tobie przydało na Ziemi Niczyjej?


Muzyka zaangażowana

Muzyka zaangażowana

Pisaliśmy niedawno o ważnym, zdaniem niektórych Słowaków najważniejszym utworze hiphopowym na lokalnej scenie od lat, niejakiego Tono S, zatytułowanym „Neublížil som”, czyli „Nikogo nie skrzywdziłem”.

Tytuł zaczerpnięto od byłego premiera Vladimíra Mečiara, konkretnie jego wpół-wyśpiewanej pożegnalnej wypowiedzi w telewizji – link na końcu postu. Sam utwór dotyczy wciąż niewyjaśnionego politycznego morderstwa Róberta Remiáš.

Rzadko na bihajpie prezentujemy hip-hop, bo tutaj bez rozumienia tekstu (zwykle) ani rusz. Ale „Neublížil som”, mimo że jakimś muzycznym objawieniem nie jest, zwróciło naszą uwagę i pozostało w pamięci. Przy czym przesłanie i kontekst poznaliśmy dopiero przy publikacji – razem z czytelnikami. Wcześniej mieliśmy sam link.

*

Sytuacja ta przypomniała mi o jednym z największych bihajpowych odkryć, które towarzyszy nam regularnie od startu serwisu i przy każdym powrocie rośnie wzmacnia we mnie przekonanie co do prawdziwości pewnej teorii. Oto pojawia się piosenka, w której zakochuję się… z niewiadomego powodu. Muzycznie wydaje się zupełnie zwykła, nawet słabawa. Ale „coś w niej jest”. Uderza przy pierwszym zetknięciu i skłania do powrotów.

Kilka dni czy tygodni później nasz korespondent podsyła komentarz. I okazuje się, że ten niezwykły choć zwykły kawałek z Tajwanu dotyczy szkód, jakie środowisku naturalnemu wyspy wyrządził przemysł petrochemiczny – w wykonaniu kapeli, która podjęła krucjatę. Albo że w tej zwykłej-niezwykłej balladzie z Turcji, nagranej tuż po niedoszłym puczu, artystka wyznaje: Dziś chciałam wyjechać z mojego kraju. Albo trafiasz na dramatyczny teledysk Pianoboya o „Ziemi ojczystej„, choć najpierw zachwycił sam utwór.

Takich momentów było w ciągu ostatnich lat przynajmniej kilkanaście. I prowadziły do wniosku, że muzyka zaangażowana angażuje mocniej nawet wtedy, gdy owego zaangażowania się nie rozumie, a nawet o nim nie ma pojęcie.

I tę wizję równie dobrze można uznać za absurdalną i wymyśloną – co za oczywistą i naturalną. Bo przecież pisanie utworu z przejęciem powinno przełożyć się także na zaangażowanie w kompozycję i wykonanie, mocne słowa na mocne dźwięki. I nawet słuchacz zagraniczny powinien to zauważyć, a przynajmniej intuicyjnie odczuć ukryte emocje. Takie przynajmniej mamy doświadczenie.

*

Przypomina mi to o niedawnej dyskusji, która w Polsce toczyła się przy okazji podsumowań roku, że w polskiej muzyce tego zaangażowania brakuje. Sam sygnalizowałem pod koniec roku, że z perspektywy bihajpowej widać i słychać narastający niepokój. I potwierdziły to nasze podsumowania 2016 roku.

Było to widać w tematach poruszanych na najważniejszych płytach w części krajów: polecam przejrzenie Brazylii. Ale także w komentarzach, jakimi wybrane przez siebie płyty otaczali nasi korespondenci. Nawet przy wyborze ilustracji swojej listy Koreańczyk lobbował za wspomnieniami tych, którzy utonęli w katastrofie promu Sewol, bo to zdjęcie oddaje obecny nastrój w kraju. Rumun niewyspany od protestów bardzo bronił się przed sielankowym widoczkiem, który ostatecznie daliśmy – dla przeciwwagi. Każdy Wenezuelczyk, który choćby próbował nagrać w ubiegłym roku płytę, dla nas zasłużył na miano bohatera.

W tym świetle w Polsce rzeczywiście gęby na kłódkę, choć paru kontrybutorów dopisało polityczny kontekst do niekoniecznie politycznych płyt z naszej trzydziestki. Ale z drugiej strony – może szukamy nie tam, gdzie trzeba? Współcześni indierockowcy czy odjechani avant-jazzmeni nie zwykli się kojarzyć ze spontanicznymi manifestami politycznymi czy społecznymi. Może należałoby raczej zajrzeć do byłych punkowców, poezję śpiewających albo kompozytorów bardzo poważnych? Generalnie kręgów, które w takich podsumowaniach kompletnie olewamy.

Oczywiście w tym olewaniu pewnie nierzadko jest pewna słuszność. Ale jeśli opisana wyżej teoria jest słuszna, może wyjątkowo zaangażowanie przełoży się także na tę muzykę i ku własnemu zaskoczeniu się przejmiemy?


Fiszki Polityki

Fiszki Polityki

Półtora roku zaczęliśmy rozmawiać z około 50 młodymi ludźmi. Czytaliśmy, dyskutowaliśmy, na koniec zorganizowaliśmy hackathon, którego celem było wymyślenie nowego medium dla smartfonowców: przystępnego i ambitnego zarazem. Niemożliwe?

Postanowiliśmy spróbować.

Aplikacja Fiszki Polityki powstawała przez rok, testowaliśmy ją na wszystkie możliwe sposoby i pokazywaliśmy naszym młodym ekspertom, wprowadzając potem korekty. Mimo to wychodzimy z założenia, że to dopiero punkt wyjścia – i sami jesteśmy ciekawi, dokąd dopłyniemy.

Za piękno zewnętrzne aplikacji odpowiada łodzianin Maciej Blaźniak, za bebechy szczecinianie z Teonite.


O beehype w Radiu Kampus

O beehype w Radiu Kampus

Za tydzień wyjaśni się, co poza bihajpem przyciszyło Ziemię Niczyją na ostatni rok. Powiem tyle, że tak zapracowanej codzienności jeszcze nie miałem – na szczęście wszystko cieszy.

Tymczasem przy okazji naszego wciąż trwającego, już rekordowego podsumowania 2016 roku – ostatnio doszły Haiti, Dominikana i Gwatemala – rozmawialiśmy o muzyce nieanglosaskiej z Kasią Wojtasik w Radiu Kampus.

Skądinąd wracamy do tematu „Bo czasem trzeba impulsu z zewnątrz″, skoro zaproszenie od Kasi było pokłosiem zeszłorocznego spotkania na IndieTalks.

fine4


Big in Japan

Big in Japan

Ciekawy artykuł o szansach artystów zagranicznych w Japonii opublikował właśnie „Japan Times”. Pokazuje on szczególny, nieco schizofreniczny stosunek Japończyków do importu muzycznego czy szerzej – kulturalnego.

Z jednej strony chłonność japońskiej (pop)kultury to historia sięgająca nawet nie końca II Wojny Światowej, ale początku ery Meiji (1868 rok), wielkiego otwarcia na Zachód. Japończycy od półtora wieku chętnie importują zachodnie trendy, a następnie przetwarzają je po swojemu – zdaniem niektórych wręcz je udoskonalają. Przykładem muzycznym jest fantastyczna grupa Happy End, zwycięzcy naszego japońskiego podsumowania wszech czasów. Niby brytyjski rock’n’roll, ale jednak japoński – i lepszy od wszystkiego poza Beatlesami.

Z drugiej wspomniany artykuł pokazuje, jak taka kulturowa higroskopijność funkcjonuje w warunkach silnej wewnętrznej sceny. Mówiąc krótko: nie jest bezwarunkowa. I tu znów można sięgnąć po Beatlesów:

The first and arguably most successful example is U.S. instrumental rock group The Ventures, who sold more records in Japan than the Beatles in the 1960s and regularly toured the archipelago. They still do, twice a year, even though the group’s last founding member retired several years ago.

The Ventures zauważyli Japonię, więc Japonia zauważyła ich. Przeciwnie było z Adele, która zrobiła największą dotąd karierę XXI wieku absolutnie wszędzie – z wyjątkiem Japonii właśnie. Dlaczego? Bo się nie postarała. Japońska publiczność zdaniem gazety jest najbardziej entuzjastyczną na świecie – ile razy słyszałem do samo w Polsce? – ale jest też publicznością wymagającą. Żeby artysta przyjechał, pokazał się i pokazał, że mu zależy.

I tym chyba się w Polsce różnimy. Nie spotkałem się w Polsce z sytuacją obrażenia się na artystę. Takie Radiohead: olewali nas przez piętnaście lat. Ale gdy w końcu przyjechali do Poznania, byliśmy tym wdzięczniejsi, że w końcu okazali łaskę. I będziemy znów na tegorocznym Opene’rze.

*

Wymownym wskaźnikiem są jest udział płyt lokalnych i globalnych w ogólnej sprzedaży płyt w obu krajach. Superchłonna japońska publiczność przez dekady przeznaczała jakieś 75 proc. wydatków muzycznych na produkcję krajową. Obecnie wskaźnik ten sięga podobno 90 proc.

W Polsce tymczasem ogłoszono ostatnio w tonie sensacji, że w rekordowym 2016 roku na wydawnictwa rodzime przypadło 60 proc. całości sprzedaży, podczas gdy rok wcześniej było to 51 proc.

*

A propos Japonii:

  • polecam inny ciekawy artykuł o tym, dlaczego kraj ten ma więcej oldskulowych sklepów muzycznych niż jakikolwiek inny
  • polecam nowy numer filmowego magazynu „Ekrany”, poświęcony nowemu kinu japońskiemu – w otwierającym artykule sporo mówi się właśnie o relacjach kraj-zagranica, choć bardziej pod kątem eksportu
  • z opóźnieniem i z przejęciem czytam książkę „Ganbare” Katarzyny Boni o wielkim tsunami z 2011 roku
  • a wszystko to chyba dlatego, że zaraz wracam!

Na zdjęciu Cyndi Lauper, dla której Japonia jest od dawna sceną numer jeden, ale jakże się o to postarała.