Fiszki Polityki

Fiszki Polityki

Półtora roku zaczęliśmy rozmawiać z około 50 młodymi ludźmi. Czytaliśmy, dyskutowaliśmy, na koniec zorganizowaliśmy hackathon, którego celem było wymyślenie nowego medium dla smartfonowców: przystępnego i ambitnego zarazem. Niemożliwe?

Postanowiliśmy spróbować.

Aplikacja Fiszki Polityki powstawała przez rok, testowaliśmy ją na wszystkie możliwe sposoby i pokazywaliśmy naszym młodym ekspertom, wprowadzając potem korekty. Mimo to wychodzimy z założenia, że to dopiero punkt wyjścia – i sami jesteśmy ciekawi, dokąd dopłyniemy.

Za piękno zewnętrzne aplikacji odpowiada łodzianin Maciej Blaźniak, za bebechy szczecinianie z Teonite.


O beehype w Radiu Kampus

O beehype w Radiu Kampus

Za tydzień wyjaśni się, co poza bihajpem przyciszyło Ziemię Niczyją na ostatni rok. Powiem tyle, że tak zapracowanej codzienności jeszcze nie miałem – na szczęście wszystko cieszy.

Tymczasem przy okazji naszego wciąż trwającego, już rekordowego podsumowania 2016 roku – ostatnio doszły Haiti, Dominikana i Gwatemala – rozmawialiśmy o muzyce nieanglosaskiej z Kasią Wojtasik w Radiu Kampus.

Skądinąd wracamy do tematu „Bo czasem trzeba impulsu z zewnątrz″, skoro zaproszenie od Kasi było pokłosiem zeszłorocznego spotkania na IndieTalks.

fine4


Big in Japan

Big in Japan

Ciekawy artykuł o szansach artystów zagranicznych w Japonii opublikował właśnie „Japan Times”. Pokazuje on szczególny, nieco schizofreniczny stosunek Japończyków do importu muzycznego czy szerzej – kulturalnego.

Z jednej strony chłonność japońskiej (pop)kultury to historia sięgająca nawet nie końca II Wojny Światowej, ale początku ery Meiji (1868 rok), wielkiego otwarcia na Zachód. Japończycy od półtora wieku chętnie importują zachodnie trendy, a następnie przetwarzają je po swojemu – zdaniem niektórych wręcz je udoskonalają. Przykładem muzycznym jest fantastyczna grupa Happy End, zwycięzcy naszego japońskiego podsumowania wszech czasów. Niby brytyjski rock’n’roll, ale jednak japoński – i lepszy od wszystkiego poza Beatlesami.

Z drugiej wspomniany artykuł pokazuje, jak taka kulturowa higroskopijność funkcjonuje w warunkach silnej wewnętrznej sceny. Mówiąc krótko: nie jest bezwarunkowa. I tu znów można sięgnąć po Beatlesów:

The first and arguably most successful example is U.S. instrumental rock group The Ventures, who sold more records in Japan than the Beatles in the 1960s and regularly toured the archipelago. They still do, twice a year, even though the group’s last founding member retired several years ago.

The Ventures zauważyli Japonię, więc Japonia zauważyła ich. Przeciwnie było z Adele, która zrobiła największą dotąd karierę XXI wieku absolutnie wszędzie – z wyjątkiem Japonii właśnie. Dlaczego? Bo się nie postarała. Japońska publiczność zdaniem gazety jest najbardziej entuzjastyczną na świecie – ile razy słyszałem do samo w Polsce? – ale jest też publicznością wymagającą. Żeby artysta przyjechał, pokazał się i pokazał, że mu zależy.

I tym chyba się w Polsce różnimy. Nie spotkałem się w Polsce z sytuacją obrażenia się na artystę. Takie Radiohead: olewali nas przez piętnaście lat. Ale gdy w końcu przyjechali do Poznania, byliśmy tym wdzięczniejsi, że w końcu okazali łaskę. I będziemy znów na tegorocznym Opene’rze.

*

Wymownym wskaźnikiem są jest udział płyt lokalnych i globalnych w ogólnej sprzedaży płyt w obu krajach. Superchłonna japońska publiczność przez dekady przeznaczała jakieś 75 proc. wydatków muzycznych na produkcję krajową. Obecnie wskaźnik ten sięga podobno 90 proc.

W Polsce tymczasem ogłoszono ostatnio w tonie sensacji, że w rekordowym 2016 roku na wydawnictwa rodzime przypadło 60 proc. całości sprzedaży, podczas gdy rok wcześniej było to 51 proc.

*

A propos Japonii:

  • polecam inny ciekawy artykuł o tym, dlaczego kraj ten ma więcej oldskulowych sklepów muzycznych niż jakikolwiek inny
  • polecam nowy numer filmowego magazynu „Ekrany”, poświęcony nowemu kinu japońskiemu – w otwierającym artykule sporo mówi się właśnie o relacjach kraj-zagranica, choć bardziej pod kątem eksportu
  • z opóźnieniem i z przejęciem czytam książkę „Ganbare” Katarzyny Boni o wielkim tsunami z 2011 roku
  • a wszystko to chyba dlatego, że zaraz wracam!

Na zdjęciu Cyndi Lauper, dla której Japonia jest od dawna sceną numer jeden, ale jakże się o to postarała.

 


30 polskich płyt z 2016 roku

30 polskich płyt z 2016 roku

Przedwczoraj wystartowaliśmy z podsumowaniami roku na bihajpie, od dalekiej Mongolii po naszych najbliższych sąsiadów. Dziś przyszedł czas na Polskę.

W gronie 21 dziennikarzy i blogerów wybraliśmy 30 płyt z ubiegłego roku. Zwycięzcy mocno zdystansowali całą resztę, bo głosowało na nich aż 12 osób.

A poniżej lista wszystkich płyt zgłoszonych we wstępnej fazie naszego przedsięwzięcia – do drugiej rundy przeszły płyty, które nominowały przynajmniej dwie osoby.

*

Abel – Hannibal
Arkona – Lunaris
ARRM – ARRM
Andrzej Kwieciński / Royal String Quartet – Umbrae
Andrzej Nowak – Cocktail Paint
Anna Kwiatkowska / Joanna Opalińska – EIDOS
Anna Zaradny – Go Go Theurgy
Another One – ZIIIIIING!
Artykuły rolne – Dobrze to już było
Baasch – Re_corr
Banda Nella Nebbia
Barbara Kinga Majewska – Winterreise
Bartek Kujawski – A kto jest słaby niech jada jarzyny
Bartek Kujawski – Daily Bread
Bartosz Kruczyński – Baltic Beat
Beneficjenci Splendoru – Sellfie
Better Person – It’s Only You
Bisz/Radex – Wilczy humor
Blackberry Hill – House of Bones EP
Błażej Malinowski – Mort
Bogusz Rupniewski – Zweiheitsmusik
Brodka – Clashes
CNC – Weird Years
Coldair – The Provider
Computer Says No – Enfant Terrible
Comoc – Muzyka
Cukierki – Euforia
Daniel Spaleniak – Back Home
Das Komplex – All for Love
DJ Sajko – Cutman
Duit – Now I’m Here
Duży Jack – Uczucia
Earth Trax / Newborn Jr. – Sax & Flute
ehh hahah – kaseta
Eldo – PSI
Entropia – Ufonaut
Eskaubei & Tomek Nowak Quartet – Tego chciałem
Fisz Emade Tworzywo – Drony
Furia – Księżyc milczy luty
George Dorn Screams – Spacja Kosmiczna
Ghédalia Tazartès, Paweł Romańczuk & Andrzej Załęski – Carp’s Head
Hańba – Hańba!
Heart & Soul – Missing Link
HEY – Błysk
Hubert Zemler – Pupation of dissonance
Innercity Ensemble – III
Jacek Sienkiewicz – Hideland
Jacek Staniszewski – Zawstydzający dar
Jachna/Mazurkiewicz/Buhl – Dźwięki ukryte
Jesień – Jeleń
Joanna Szumacher i Paweł Cieślak – Kopyta zła
Julia Marcell – Proxy
Kaliber 44 – Ułamek tarcia
KęKę – Trzecie Rzeczy
Kordian Trudny – Dobry pedofil
Kristen – LAS
Kroki – Stairs
Król – Przez Sen
Kuba Kapsa Ensemble – Vantdraught IV
Kubaterra – If You Don’t Mind It Doesn’t Matter
Krzysztof Zalewski – Złoto
LAM – LAM
Lautbild – Pulsus frequens
Lelek – Zmierzch bogów
Liście – Liście
Lonker See – Split Image
Lotto – Elite Feline
LTV – WWA16
LXMP – Żony w Pracy
Łąki Łan – Syntonia
Łona i Webber – Nawiasem mówiąc
Maaaa – Abhorrence And Dismay
Maciej Maciągowski – goddnadog
Maria Peszek – Karabin
Maria Pomianowska Ensemble – Stwórco łaskawy
Martyna Poznańska – Speculative resonances
Mateusz Franczak – Long story short
Meeting by Chance – Inside Out
Michał Wolski – La Mer
Miejscovi – Tak się nie gra
Mikołaj Trzaska i Orkiestra Klezmerska Teatru Sejneńskiego – Wołyń
Mirt – Random Soundtrack
Modular string trio – Part Of The Process
Mooryc – Wiped Out
Morte Plays – Anomalia
Mosaik – Wolno!
MOST – The Beginning
Mutant Goat – Yonder
Naphta – 7th Expedition
Niebiescy i Kutman – Skrzydło motyle
Niechęć – Niechęć
Niemoc – Paramaribo
Normal Bias – Normal Bias
Obscure Sphinx – Epitaphs
O.S.T.R. – Życie po Śmierci
Ola Blińska – Libelid
Oleś Brothers & Jorgos Skolias – Maggid
Olgierd Dokalski – Mirza Tarak
Organek – Czarna Madonna
Osty – Biblical times
Otsochodzi – Slam
Palcolor – Muranów Workshop
Pasts – Inner Hiss
Pękala/Kordylasińska/Pękala – Utwory na perkusję i urządzenia elektroakustyczne
Pictorial Candi – Forever Till You Die
Pimpono Ensemble – Hope Love Peace Faith
Pink Freud – Plays Autechre
Pio Szorstkien – Signum
Piotr Zioła – Revolving Door
PRO8L3M – PRO8L3M
Rafał Flejter – Siunjata
Rafał Gorzycki Trio – Playing
Ragehammer – The Hammer Doctrine
Rara – Wiatr
Rasmentalizm – 1985
Rebeka – Davos
Remek Hanaj – Nagrania terenowe snów
Resina – Resina
Rhythm Baboon – The Lizard King
Robert Piotrowicz – Walser
Romantic Fellas – How To Be Romantic
Rosalie – Enuff
Różni wykonawcy – GZW CZL KZK
RSS B0YS – Body Flow
Ryby – Kenia
Sarius x Soulpete – Zero Starań
Sebastian Buczek – Stara przyroda – oddech ludzi
Shy Albatross – Woman Blue
So Slow – Nomads
Sonar – Pętle
Soniamiki – Federico
Sorry Boys – Roma
SOWA (Michał Szturomski) – Sowy Polski. Podział gatunkowy…
Szkatulski & Kosmalski – Mind Parasites
Taco Hemingway – Hotel Marmur
Ten Typ Mes – AŁA.
The Bartenders – Poles are movin
The KDMS – New Old Normal
The Returners – Nowa stara szkoła
Tides From Nebula – Safehaven
Tomasz Mreńca – Land
Tomasz Sroczyński Trio – Primal
Tropy – Eight Pieces
Tsar – Medusa
Ucieczka z Kolonii – Ucieczka z Kolonii
Twardowski is a Synth Freak – When We Were Astronauts
Wacław Zimpel – Lines
Warszawskie Combo Taneczne – Dancing, salon, ulica
We Draw A – Ghosts
We Will Fail – Hand That Heals / Hand That Bites
Wędrujący Wiatr – O turniach, jeziorach i nocnych szlakach
WIDT – WIDT
X-Navi:et – Technosis
Zakrocki/Olak/Wielecki – Spontaneous Chamber Music vol. 1
Zamilska – Undone
ZXSinclair – 001-999
Złota Jesień – czyściec EP
Żywizna – Zaświeć niesiącku and other Kurpian songs


150 utworów z 2016 roku

150 utworów z 2016 roku

Na jednej playliście, która pozwala na chwilę uwierzyć, że ubiegły rok był jednak dobry. Bo już nie tylko medialne podsumowania roku, ale nawet nasze bihajpowe rażą pesymizmem.

Od kilku tygodni przygotowujemy się do maratonu muzycznego – nie krótszego niż rok czy dwa temu. Może będzie nawet będzie nas więcej, bo dołączyły chociażby Mongolia, Liban czy Nowa Zelandia. I w komentarzach do płyt z przeróżnych krajów przewijają się zwroty w rodzaju „harsh album for a harsh year”. Tego wcześniej nie było.

I nie chodzi nawet o Trumpa. Koreańczycy. Brazylijczycy. Wenezuelczycy. A w końcówce roku – Niemcy. Mieli się czym martwić u siebie. Wczoraj tuż przed sylwestrowym wieczorem domykaliśmy z tureckim korespondentem jego nieprawdopodobne podsumowanie 40 płyt roku. Kilka godzin później kolejna tragedia. „Żeby nie zwariować – powiedział mi dziś rano – piszę o muzyce”.

O zmartwieniach polskich w kontekście powyższego jakoś głupio pisać. Ale poniekąd też żeby nie zwariować, jak w poprzednich latach wybraliśmy równo 30 płyt w gronie nieco ponad 20 dziennikarzy i blogerów. Podsumowania nasze i innych krajów odpalamy już za kilka dni.

A tymczasem zapraszam do czysto muzycznego streszczenia rocznej pracy stu pszczół.



Czy powstanie scena środkowoeuropejska?

Czy powstanie scena środkowoeuropejska?

Takie pytanie postawili organizatorzy konferencji i festiwalu Budapest Showcase Hub, która zadebiutowała tydzień temu w stolicy Węgier. Debatowaliśmy nad tym zagadnieniem w gronach rozmaitych, czasem absurdalnie dużych i sięgających od morza do morza (patrz niżej).

Pytanie wzięło się stąd, że mimo starań i inwestycji Zachód jakoś ciągle nie chce zainteresować się muzykami z naszego regionu. Niemal każdy z krajów na swój sposób próbuje eksportować lokalne talenty. Ale wiele mówi to, że międzynarodowe osiągnięcia Brodki czy estońskiego Ewert and the Two Dragons uważa się właśnie za sukces. W niszach od metalu po awangardowy jazz radzimy sobie znakomicie, ale marzy się nam taka Björk, która odmieni los regionu.

Wśród rozważanych scenariuszy dominowały dwa:

  • Stworzyć wspólną markę, dajmy na to New East, i promować objętą tym parasolem muzykę z regionu na Zachodzie jako coś nowego, egzotycznego, modnego. Problem w tym, że byłby to twór sztuczny, wydmuszka. Bo przecież taki wspólny blok muzyczny wcale nie istnieje. Poza tym po ćwierćwieczu uciekania od „bloku postsowieckiego” mało kto chce teraz do niego wracać.
  • Stworzyć faktyczną scenę regionalną, zaciekawić się sobą nawzajem i sprawić, by młody zdolny wykonawca z Estonii czy Słowenii nie myślał od razu o Berlinie i Londynie, lecz mógł sobie pograć po sąsiedzku: od Bałtyku do Adriatyku. Jeśli taka integracja nastąpi, powstanie silny środkowoeuropejski rynek o naturalnym, a nie pompowanym potencjale eksportowym.

Mnie podoba się oczywiście bardziej wizja numer dwa. Także dlatego, że sami próbujemy ją realizować na bihajpie. Z perspektywy jakości samej muzyki regionu rozwiązanie to wydaje się wręcz oczywistością, gorzej z perspektywą marketingowo-zarobkową. Ale gwarantuję przykładem własnym i rosnącej grupy znajomych, że da się i że warto przestawić uwagę z tego, co dyktują nam centra anglosaskie – na słuchanie rozproszone.

Aby do takiej środkowoeuropejskiej integracji doszło, na poziomie regionalnym musiałoby się jednak powtórzyć to, co wydarzyło się w ostatnich latach na poziomie lokalnym.

budapest-showcase-hub-bush-meeting

Weźmy Polskę. Najpierw zaczęły pojawiać się fantastyczne kapele. Pojedyncze, potem całe zastępy. Wreszcie znokautował nas Spring Break, który co roku prezentuje nową setkę młodych zdolnych. Jest i poświęcona samym swoim „Gazeta Magnetofonowa”.

Słuchanie polskiej muzyki stało się więc możliwe, potem uzasadnione, w końcu czymś oczywistym. 10 lat temu wcale tak nie było! Tony Duckworth z oddziału PIAS na nasze okolice wspominał, że gdy przeprowadzał się do Polski, był w stanie słuchać kilku rodzimych kapel. Teraz dziesiątki dorównują konkurencji międzynarodowej. Zmianę widać nawet w ofercie mniej patriotycznych festiwali, od Open’era po Offa. Reprezentacja krajowa z roku na rok zyskuje na nich coraz większe – i coraz lepsze – miejsce.

Musi więc być muzyka. Potem rodzi się świadomość jej istnienia. Wreszcie punktowe zainteresowanie przeradza się w modę i wypada, trzeba wręcz wytwórnie krajowe śledzić. Te trzy kroki doprowadziły nas do obecnego boomu polskiego grania. Słusznie uważamy, że gra się u nas nie gorzej niż u nich. Nikt nie ma wątpliwości, że w kraju można znaleźć tyle świetnej muzyki, że można by się wręcz ograniczyć do słuchania tylko jej. I że jest ważna. Muzyka dzieje się (także) tutaj.

*

I teraz pytanie: czy uda się przeprowadzić podobny proces na poziomie regionu?

Muzyka już jest. Czeka na to, by o jej istnieniu dowiedziały się publiczności sąsiednich krajów. Sprzyjają temu regionalne festiwale w rodzaju Tallin Music Week, słoweńskiego MENT czy właśnie Budapest Showcase Hub. Ale to wciąż egzotyka, skok w bok. Rzadko traktujemy muzykę sąsiadów jako coś istotnego i/lub atrakcyjnego. Z reguły funkcjonujemy w dychotomii: scena krajowa vs. scena zachodnia. Czy „większa reszta” wciśnie się między te dwie dominujące mniejszości?

Kłopot może polegać na tym, że owa muzyka „regionalna” znajduje się gdzieś pomiędzy „tam” oraz „tutaj”. Wiadomo, że „tam” jest granie ważne i modne. Piszą o tym Pitchforki. Wiadomo, że „tutaj” też jest ważne i modne. Mówią i postują o tym znajomi. Czy za lokalną, naszą, uznamy także muzykę zza miedzy? Czy może pozostanie wciąż obcą, aczkolwiek nie tak ważną, jak ta bardziej obca – zachodnia?

*

Pewną podpowiedzią może być boom na małe browary. Popularność zyskała instytucja piwa lokalnego jako takiego. W pierwszej kolejności na tej nowej modzie skorzystali oczywiście rzemieślnicy krajowi. Ale uwaga spłynęła także na czeskich, litewskich, niemieckich czy ukraińskich browarników. Zakupy u zachodnich koncernów stały się za to obciachem.

Kibicowałbym więc temu, by promować słuchanie lokalnej muzyki jako takiej. Prosto od producenta. Craft music. Bo słuchanie młodziutkiego duetu z Krakowa, sypialnianego producenta z Bratysławy czy wschodzącej kapeli indie z Santiago de Chile to poniekąd podobne doznania. Dźwięki niefiltrowane. Tak przynajmniej podpowiada mi doświadczenie bihajpowe.

*

W Budapeszcie wystąpiło 26 wykonawców, z których dwudziestu – miło mi powiedzieć – prezentowaliśmy już na bihajpie. Stąd łatwo przyszło nam zrobić festiwalową playlistę. Ta playlista skądinąd pokazała, jak zdumiewająco przywiązani jesteśmy do przekonania, że jak śpiewać dla zagranicy, to tylko po angielsku. Spoko, rozumiem argumenty, ale trochę nuda.

brodka-budapest-showcase-hub

Bardzo dobrze wypadła w Budapeszcie polska reprezentacja. Brodka, która notabene trafiła na okładkę lokalnego periodyku muzycznego, zagrała na wieczorze otwarcia dla największej publiczności na całym festiwalu. Wyluzowany, radosny koncert, daleki od tego z The Great Escape. Mocny, ale bez patosu z występu (też świetnego) na Offie.

Wielkim zaskoczeniem był dla mnie Buslav, którego widziałem na żywo po raz pierwszy i od razu zapragnąłem powtórki. Coals zagrali w najbardziej kameralnym klubie i w tym miejscu, w swojej sennej kategorii, również byli jedni z lepszych.

Ten polski zestaw – BBC – sugerowałby swoją drogą, że przy wyborze nazwy lub pseudonimu warto ustawiać się na początku alfabetu.

lovely-quinces-croatia

Na festiwale showcase’owe jeździ się jednak po odkrycia. Dla mnie takim zdumiewającym odkryciem był kameralny, samotny, potężny występ sympatycznej studyjnie, fenomenalnej scenicznie Chorwatki Lovely Quinces. Na żywo to żywioł kalibru – tak! – PJ Harvey.

Tym większa niespodzianka, że był to pierwszy koncert tego wieczoru. Skazany niejako na porażkę. A ona wyszła tylko z gitarą i mikrofonem podpiętym do oktawera i dla tych kilku zgromadzonych osób zaczęła grać tak, jakby stało przed nią kilka tysięcy. Jeszcze sam sobie pozazdroszczę, że oglądałem ją w tak małym gronie. Które jednak z utworu na utwór rosło, bo kto przychodził, ten już zostawał, wyjść się nie dało.

Odtąd kibicuję jej więc jak swojej.

 

hungary_640


34 utwory z października

34 utwory z października

To że na blogu niewiele się dzieje, wynika z tego, że wszędzie indziej dzieje się bardzo dużo. Wkrótce kilka rozmaitych info muzycznych i niemuzycznych.

Ostatecznie dźwięki > słowa, zapraszam więc do odsłuchu naszej kolekcji październikowej.

fine4


Wyspy Owcze

Wyspy Owcze

Czuję się zaszczycony, gdy przed resztą świata mogę odkryć tak utalentowanych wykonawców jak Konni Kass z Wysp Owczych. A co dopiero wymienić z nią parę maili.

Najbardziej chciałbym ją usłyszeć śpiewającą po farersku, ale – niestety! – na debiucie wszystko będzie po angielsku. Ale „Sounds” to i tak jedna z piękniejszych+ciekawszych piosenek, jakie w tym roku słyszałem.

 

fine4


Polskie teledyski na eksport: Motion Pikczer

Polskie teledyski na eksport: Motion Pikczer

Z winy serwisu beehype obejrzałem w ostatnich latach kilka tysięcy teledysków z całego świata. I co jakiś czas wpadały mi w oko polskie nazwiska czy też polsko brzmiące nazwy studiów filmowych. Stąd też wziął się pomysł na artykuł o polskich twórcach zagranicznych teledysków oraz rozmowa z Michałem Marczakiem o jego klipie dla Marka Pritcharda z udziałem Thoma Yorke.

Podczas gdy Marczak dopiero zadebiutował w świecie teledysków, jedną z osób o polsko brzmiącym nazwisku, jakie najczęściej spotykałem podczas takich eskapad za granicę, był Michał Liszcz. Pod szyldem grupy filmowej Motion Pikczer nakręcił już blisko dwadzieścia zagranicznych teledysków. Dlatego wydało się naturalnym, by to z nim o eksportowych współpracach dłużej porozmawiać.

Poniżej rozmowa z reżyserem, a wcześniej mały wybór naszych eksportowych klipów – można uzupełniać:

*

Jak wygląda wasze obecne teledyskowe portfolio?

Michał Liszcz, Motion Pikczer: W ciągu pięciu lat funkcjonowania Motion Piczker nakręciliśmy 18 teledysków dla różnych wykonawców. Przy czym pierwsze dwa lata to na dobrą sprawę zbieranie chętnych artystów, żeby wyrobić sobie markę i stworzyć portfolio. Wtedy powstało około pięć teledysków. Ostatnie lata są zdecydowanie bardziej owocne. W tej chwili mamy zaklepane kolejne dwie realizacje muzyczne.

Skąd wzięło się u was to eksportowe nastawienie?

Budując swoje portfolio, zaczynaliśmy od razu za granicą. Polscy wykonawcy czy raczej agencje często są nieufne. Jeśli proponuje się im coś za darmo, z dobroci serca – zapala się czerwona lampka. „Czego do cholery od nas chcecie!?”. A początkujący twórca klipów największy problem ma właśnie z artystami. Konkretnie ich brakiem. Dziś mamy już pewną markę i polscy twórcy zgłaszają się do nas tabunami. Czasem w ciągu tygodnia dostajemy kilkanaście zapytań o same teledyski. Bardzo nam to schlebia, bo to znaczy, że praca nie poszła w las.

W praktyce jak wyglądały kontakty z zagranicznymi wykonawcami?

Głównie była to współpraca na odległość. Muzyk przesyłał utwór, my tworzyliśmy scenariusz. Po zaakceptowaniu wizji, zbieraliśmy ekipę i znajomych aktorów i kręciliśmy. W Polsce. Bo trzeba sobie powiedzieć, że dla zagranicznych artystów widoki z Polski są tak egzotyczne i niesamowite, jak dla nas widoki planów w USA czy Japonii.

Jak długo taki teledysk zazwyczaj powstaje?

Mając utwór, w ciągu około tygodnia tworzymy scenariusz i dogadujemy szczegóły dotyczące aktorów, lokacji. Czas nagrywania to najczęściej jeden, dwa dni zdjęciowe. Postprodukcja i montaż zajmują 10-15 dni roboczych. W sumie wychodzi więc około 20 dni. Obecnie nie podejmujemy się produkcji więcej niż 2-3 teledysków miesięcznie, głównie ze względu na szacunek do artystów. Każdemu trzeba poświęcić sporo czasu i serca. Motion Pikczer zajmuje się na równi produkcją teledysków i spotów reklamowych. Więc decyzję o współpracy z muzykami podejmujemy świadomie. Nie wyobrażam sobie robienia tego na pół gwizdka.

A budżet takiego teledysku?

To chyba najbardziej zróżnicowana kwestia. Rozrzut jest olbrzymi. Robiliśmy teledyski o łącznym budżecie od pięciu do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Znając budżet, już podczas kreowania scenariusza wiemy, na co możemy sobie pozwolić, a gdzie nie możemy przegiąć. Bo wycena naszej pracy zależy od naszego zaangażowania w projekt, liczby dni zdjęciowych, gaży aktorów, wynajmu lokacji. Oczywiście nie kierujemy się tylko cyferkami. Wiele technik czy pomysłów da się stworzyć własnymi środkami.

Motion Pikczer_klipy7

Z jakimi oczekiwaniami zgłaszają się do was muzycy?

Tak naprawdę nie ma standardowych życzeń. To jest najbardziej pociągające w tej branży. Muzycy są świadomi, jakie teledyski ma ich „konkurencja”. Każdego ciągnie do odważnych i nowatorskich pomysłów. Nie zawsze ma to sens, bo ile filmów rocznie robi się o miłości?

A nie jest tak, że wszyscy liczą na swoje „Gangnam Style” i „Happy”?

Wizja takiego zasięgu jest kusząca. Umówmy się jednak, że taki viral to łut szczęścia. Często kampanie, które od samego początku nastawione są na zasięg globalny, wykręcają kilkadziesiąt wyświetleń na YouTube. Oczywiście jeżeli wszystkie czynniki są sprzyjające – znana gwiazda, świeży pomysł, humor – to łatwiej o taki łut. Tak było chociażby z naszym teledyskiem dla Sea Oleeny i dla dziewczyn z Lor. Wiedzieliśmy, że materiał jest świetny. Ale wszystko wyszło głęboko z serca i z chęci pomocy młodym artystkom. Dla nas to doskonała odskocznia od biznesowego aspektu Motion Pikczer. A tu nagle taka sytuacja!

Znacie się z innymi polskimi twórcami teledysków? Jaka jest atmosfera w branży?

Raczej nikt ze sobą nie rozmawia, nie wymienia się uwagami. Jedni kręcą disco polo, drudzy komercyjny pop, inni idą w alternatywę. Każdy trzyma swoje know-how głęboko w głowach. Tak jak gdyby nie dało się 99% tych informacji znaleźć na YouTube. My staramy się uświadamiać naszych klientów i ludzi zainteresowanych teledyskami, jak to wygląda od kuchni. Dlatego prowadzimy bloga i wrzucamy wiele treści do mediów społecznościowych.

A konkurencja ze strony amatorów – gdy klip można w zasadzie nakręcić smartfonem? Czy granica pomiędzy amatorami i profesjonalistami się rozmyła, czy paradoksalnie – przeciwnie?

Wszystko zależy od charakteru zespołu i jego wizerunku. Amatorskie nagrywanie mini filmików zza kulis podczas koncertów? To ma wielki urok. I to jest moja ulubiona część YouTube. W internecie znajdzie się miejsce dla wszystkich. Sam jednak wiem, jak wiele wizerunkowo potrafi zrobić profesjonalnie zrealizowany teledysk. Dla wielu muzyków, z którymi pracowaliśmy, była to trampolina na wyższy poziom.

Jak na myślenie o teledyskach w ogóle wpłynął YouTube?

To wszystko bardzo szybko się zmienia. Trzeba się trochę poddać nurtowi, mniej trzymać się zasad jak kiedyś. Dziś często wykorzystujemy właśnie elementy amatorskiego YouTube, by wyrazić autentyczność. Każdy ma dostęp do kamery. Chociażby w swoim smartfonie. I mnie to cieszy. A ludzie się tego boją. Konkurencja czuje, że nie będzie pracy, bo każdy zrobi to sam. Nieprawda, wideo to po prostu kolejny sposób komunikowania.

Motion Pikczer_klipy5

Co myślisz o nowych trendach – teledyskach 360 stopni czy ekspansji dronów?

Jestem za! Osobiście jestem gadżeciarzem, dlatego tak bardzo lubię produkcję filmów. Sporo tutaj fajnego elektronicznego sprzętu. Nie zapominajmy, że to tylko inne medium. Czy będzie to dron, klip w 360, czy rozszerzona rzeczywistość – najważniejsze są emocje i historia. Pamiętasz telewizory 3D? Nawet ich posiadacze często nie pamiętają, gdzie w menu mają taką opcję. Wiele z tych technik na pewno odejdzie za parę lat.

A sama rola teledysku?

Myślę, że to nie zmieniło się od samego początku. Chodzi o promocję artysty. Nawet jeśli ktoś robi artystyczny, czarno-biały, jednoujęciowy klip z widokami z Islandii. Chodzi o zaciekawienie odbiorcy. Bodźcie wizualne dobrze zespolone z muzyką potrafią zatrzymać ludzi przynajmniej na parę sekund. A te kilka sekund wystarczy, żeby zalajkować fanpage, zasubskrybować kanał i być z artystą za pan brat. Tak jak dzisiejsze firmy doskonale rozumieją rolę wideo w budowaniu marki, tak twórcy szukają ekip, które stworzą klip, za którym przyjdą fani. Naszą rozpoznawalną cechą jest mieszanie technik używanych w teledyskach w filmach reklamowych i na odwrót. Spot reklamowy dużego przedsiębiorstwa w kolorystyce vintage z lekkim ziarnem? Jak najbardziej! Nowoczesny klip w czystej, korporacyjnej kolorystyce? To kolejny miks.

Spośród wszystkich teledysków Motion Pikczer, z których jesteś najbardziej zadowolony?

Paradoksalnie z każdego najnowszego. Jako perfekcjonista staram się wykonać robotę najlepiej, jak w danej chwili potrafię. Wiadomo, że są momenty, które można by poprawić, zmienić. Ważne, żeby iść do przodu, ścigać się z samym sobą. Tylko wtedy w perspektywie roku możesz powiedzieć sobie szczerze: „Tak, w tym roku zrobiliśmy lepsze filmy niż w ubiegłym”. Na pewno każdy w naszej ekipie ma jakiś ulubiony klip. Ale myślę, że od samej jakości teledysku ważniejsze są emocje, które towarzyszą jego tworzeniu.

A jakiemu artyście bez najmniejszego zawahania zgodzilibyście się nakręcić teledysk?

Radiohead, Sigur Rós i na pewno komuś w stylu Beyoncé czy Rihanna (śmiech). Ważne, by nie ograniczać się do jednego podwórka.

 

fine4