Off Beat

Off Beat 08.08.2016 — 3 komentarzy

W piątek ucieszyła bardzo Brodka. W sobotę frakcja nieanglosaska. A niedziela była dziwna.

Off Festival kojarzył się dotąd z amerykańskimi gitarami. Tymczasem o ile sobotę można było spędzić na Skrzyżowaniu Kultur, o tyle niedzielę – na Nowej Muzyce. Często równolegle odbywały się dwa koncerty około-elektroniczne i rockiści nie mieli gdzie się podziać. Kero Kero Bonito czy Heroiny? Pantha du Prince czy Powell? Kiasmos czy Basiński?

Festiwal w ogóle zdominowała w tym roku Scena Electronic Beats, po części przez czarną serię odwołanych koncertów, które miały się odbyć na Scenę Głównej. Ale w pokrewnych bitach często pulsowała także Scena Eksperymentalna, w poprzednich latach kojarzona z garażowymi i akustycznymi.

Zwrot ku elektronice jest wyraźny, niejasna dla mnie jest tylko przyczyna. Czy ten przechył wziął się z myślenia o muzyce (takie czasy)? O publiczności (takie oczekiwania)? O pieniądzach (taki sponsor)? O konkurencji (także miejscowej)? Czy może gust zmienił się samemu Rojkowi?

off festival 2016 headliners

Ze zdumiewającego festiwalu nieszczęść podczas tegorocznego Offa można paradoksalnie wyciągnąć kilka pozytywnych wniosków i przemyśleń na przyszłość – bo wierzmy, że mimo katastrofy i malejących środków Rojek nie odpuści. A główna obserwacja jest taka, że słuchacze ufają Offowi i Off może spokojnie zaufać słuchaczom. Znacznie bardziej, niż się Rojkowi wydawało.

Problemem tegorocznej edycji nie był wcale brak wydrapanych powyżej wykonawców. Na poziom festiwalu specjalnie by nie wpłynęli. Problemem było samo ich odwoływanie. Skompromitowało festiwal, zepsuło atmosferę, budziło dezorientację. Gdyby jednak trzy pierwsze rzędy powyższej ulotki wydrapać jeszcze przed festiwalem, a w ich miejsce wpisać kilka innych Goatów, Jambinajów, Juliusów, Islamów i Kiasmosów? Uff!

Pewnie sprzeda się trochę mniej biletów, ale i pieniędzy się zaoszczędzi. Poza tym od lat mówi się o tym, że publiczność przyjeżdża na Offa, a nie na konkretnych wykonawców. I w tym roku była okazja tę tezę zweryfikować. Bo nawet w optymistycznym kształcie tegoroczny program nie zachwycał. A na polu festiwalowym i tak był tłum, były też kolejki do bramek, toalet i godniejszych jadłodajni. Zapewne ludzi ściągają przyjemne okoliczności przyrody i dobre żarcie, ale także poczucie, że „na Offie trzeba być”. 

Kiedyś trzeba było być, bo Off pomagał nadrobić zaległości i pozwalał dotknąć zachodnich indie. Po dziesięciu latach możemy chyba uznać, że lekcja zaliczona. A nieobecność niedysponowanych gwiazd z przeszłości pokazała, że Offowa publiczność (mimo wszystko) lubi organizatorów, wierzy ich gustom, daje się urabiać i nagradza wysoką jakość jeszcze wyższą frekwencją. I takim entuzjazmem, jakiego wielu przyjezdnych jeszcze nie fotografowało.

Notabene nasz japoński korespondent twierdzi, że w swej ojczyźnie Goat gra zazwyczaj dla kilkudziesięciu osób. Paru stojących pod sceną przeżyło pewnie w Katowicach koncert życia, ale na scenie może też.

Fine.


Obfita sobota na Offie

Obfita sobota na Offie 07.08.2016 — Skomentuj

Wielu zapamięta tegoroczny Off z koncertów, które się nie odbyły. Począwszy od The Kills, przez GZA, po Zomby i mającego zastąpić tego przedostatniego Wileya.

Tyle że dzięki temu chociażby koreańskie Jambinai zasłużenie stało się gwiazdą sobotniego wieczoru Off Festivalu. Na głównej scenie ich mix post-rocka, etno i kulminacji głośniejszych frakcji wybrzmiał pięknie i potężnie, ludzie sami się schodzili. A chwalącemu ich potem Arturowi Rojkowi chciałbym przypomnieć, że początkowo ustawiono ich w programie na środek nocy. ¯\_(ツ)_/¯

Wcześniej największy chyba aplauz festiwalu zebrali Japończycy z Goat. Znałem ich m.in. z bihajpowego podsumowania, ale słuchanie nagrań a oglądanie na żywo, to jak słuchanie wykładu z matematyki wyższej a bycie jedną ze zmiennych. Stereotypowo azjatycka precyzja wykonania była, ale była też wirująca czupryna perkusisty i fantastyczne skąpstwo w dawkowaniu wybuchów.

Imponującą imprezę urządził ze swoimi dwoma bębniarzami egipski Islam Chipsy, w związku z czym po występie planowanym dostał bonusowy na scenie głównej (w miejsce Wileya). Wcześniej konkurował z nim o podrygi publiczności Janusz Prusinowski i jeśli przegrał, to tylko dlatego, że realizatorzy zapomnieli włączyć subwoofer.

I wreszcie 70-letni ciałem, 30-letni duchem Orlando Julius z zespołem The Heliocentrics. Zagrał chyba najfajniejszy koncert afrobeatowy, jakiego byłem świadkiem. Kończąc dla mnie jeden z najlepszych dni Offowych, w jakich przez te lata uczestniczyłem. A może to było Skrzyżowanie Kultur?

Foto z sieci.

Fine.


Brodka na Offie

Brodka na Offie 06.08.2016 — Skomentuj

Wcale mi nie będzie przykro, jeśli okaże się, a zapewne tak będzie, że najlepszy koncert tegorocznego Off Festivalu jest już za nami i że po trzech latach znów odpowiada za niego artysta z Polski.

Grała, brzmiała, śpiewała i wyglądała nieporównywalnie lepiej niż na mniejszych scenach wiosną. Oczywiście, wielkość zespołu, sceny i publiczności robi swoje. Ale trzeba też umieć z nich skorzystać. Brodka umie.

Przyłapałem się na myśli: Co by było, gdyby materiał z „Clashes” nie stał na wysokim poziomie, ale tak jego jego wykonanie – wybitnym? Może następnym razem.

Foto z sieci.

 

Fine.


35 utworów z lipca

35 utworów z lipca 31.07.2016 — Skomentuj

Gorąco polecam.

Fine.


Jak się (nie) komunikować z dziennikarzami

Jak się (nie) komunikować z dziennikarzami 26.07.2016 — Skomentuj

Dwa razy przysłuchiwałem się ostatnio dyskusjom, w których radzono młodym muzykom, jak uderzać do starych dziennikarzy. Podczas konferencji Spring Break mówili o tym przedstawiciele „Gazety Magnetofonowej”. A na ostatnim Indie Talks zacne grono mieszane.

Podstawowe rady dotyczące maili powtarzały się na obu spotkaniach:

  • Informacje. Te podstawowe – „kto?” i „co?”, a dla mnie osobiście najciekawsze obecnie „skąd?”  – wypada zawrzeć w pierwszych kilku zdaniach. I do tych kilku zdań najlepiej się ograniczyć, a po więcej odesłać na stronę. Na widok opowieści liczącej parę tysięcy znaków i to bez podziału na akapity kursor sam wędruje do kosza.
  • Muzyka. Wielu woli słuchać, niż czytać i warto od razu podać kilka linków do słuchania bez ściągania. Mój ulubiony format załącznika muzycznego: nasz ostatni singiel [link do Soundclouda], nasz ostatni teledysk [link do YouTube], nasz ostatni album [link do Bandcampa].
  • Załączniki. Żadnych załączników! Materiały dodatkowe umieszczamy na Dropboksie lub w innej chmurze, bo nawet Gmail ma limit. Ta święta zasada niestety łamana jest nawet przez rzekomych profesjonalistów, którzy wysyłają PDF-y po pół mega i foty na parę. Choć ostatnio – bez proszenia – dostałem „zdjęcie do publikacji” ważące 18MB. Poza irytacją oznacza to, że zamiast maila zarchiwizować, od razu go kasuję. I nawet gdybym potem chciał do danej kapeli wrócić…
  • Estetyka maila. Najbardziej liczy się czytelność i nie mam nic przeciwko poczciwemu mailowi bez HTML-a. Ale na pewnym poziomie profesjonalizacji pewnie warto zadbać o zgrabny template. Byle z umiarem. Symboliczna fotka na otwarcie, bo oko lubi się na czymś zawiesić. Duży komunikat główny: Nowa płyta / teledysk / trasa. Kilka zdań rozwinięcia. Linki. Dane kontaktowe. Pozdro.
  • Personalizacja. Nieobowiązkowa, ale polecana. Już samo „Cześć Mariusz / hello beehype” dodaje 10 pkt. do sympatii. Zwykle na tym kończy się pisanie do mnie, a zaczyna pisanie do całej blogosfery. Więc jeśli nadawca faktycznie wie, do kogo pisze, to dostaje 100 pkt. Wszystkie wiadomości skanuję, takie czytam. Na wszystkie staram się odpowiadać, na takie – odpisuję. Muzyki słucham, nie przesłuchuję. Bo zwykle ktoś domaga się ode mnie poświecenia 5 minut jego nowemu dziełu, a sam nie zechciał poświęcić 5 sekund na sprawdzenie, czy Ziemia Niczyja to ja czy my.
  • Porównania. Byle z umiarem. Że gracie alternatywnego rocka z elementami muzyki kameralnej – w porządku. Ale niekoniecznie, że „w stylu Phila Collinsa post-Genesis skrzyżowanego z szerokimi inspiracjami od Franka Oceana, Liars, Kanyego Westa, Run the Jewels, Disclosure po Blood Orange”, jak mi napisał parę dni temu niejaki Billy Nelson z Kentucky. Linkuję, nie słuchałem.

*

I to są podstawy; i to w zasadzie wystarczy. Pozwolę sobie jednak dopisać dwie uwagi, jedną zainspirowaną świadectwem Tobiasza Bilińskiego a.k.a. Coldair wygłoszonym podczas wspomnianego IndieTalks. Drugą doświadczeniem bihajpowym.

1

Zagadnięty o drogę do sukcesu, czyli recenzji na Pitchforku, Tobiasz ujawnił niebywałą konsekwencję. Na początku kariery założył bazę danych z namiarami na dziennikarzy, z którymi się kontaktował. Kto odpowiedział, kto napisał, komu można i komu warto się w przyszłości narzucać. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu. I tak po latach zgromadził bazę danych, która dawała bazę do skoku wzwyż.

Przy okazji odkrył na sobie inną ważną rzecz. Otóż wielcy influencerzy mają swoich osobistych influencerów. Dziennikarze czytają portale. Portale czytają blogerów. Blogerzy czytają fejsbuka. I do tych na dole piramidy trzeba uderzać, jeśli myśli się o faraonach.

2

„Dać komuś palec, a weźmie całą rękę”. Słucham niemal wszystkiego, co dostaję osobiście i co przychodzi na skrzynki bihajpowe. I staram(y) się na wszystkie wiadomości odpowiadać. Ale nadawców często prowadzi to do wniosku, że skoro zareagowaliśmy, trzeba nas tym silniej przyatakować. I systematycznie sprawdzać, czy rzeczywiście posłuchaliśmy. Domagać jeśli nie publikacji, to ekskluzywnej opinii zwrotnej. Przykład tego mamy na wstępie postu.

Domyślam się, że to jakaś genialna blogowa szkoła autopromocji wmawia młodym muzykom, że list zaczepny zadziała skuteczniej, jeśli po tygodniu się przypomnimy: Hey guys, did you have a chance to listen? I po dwóch znowu. Jeśli nawet planowałem coś napisać, to właśnie mi się odechciewa. Bo my naprawdę chcemy się zajmować muzyką, a nie korespondencją. Grasz fajnie? Sami się odezwiemy.

*

Z całą tą komunikacją o dziwo najlepiej radzą sobie ci zupełnie początkujący. Bo po prostu piszą maile, jak człowiek do człowieka, a nie jak mailchimp do inboxa. Majorsi tymczasem co tydzień przypominają mi, że RIHANNA NADAL NA PIERWSZYM MIEJSCU BILLBOARDU!!! Niech spada.

Przy czym podobnie jak w przypadku reguł muzycznych, wiele z powyższych zasad można łamać – poza tą dotyczącą załączników. Czasem nawet należy. Ale świadomie i z minimalnym szacunkiem dla odbiorcy albo chociaż z humorem. Ostatnio rozbawił mnie niejaki Tim Carter z Atlanty, który napisał:

I am an indie rock musician from Atlanta, GA. My original songs sound like R.E.M. meets 60s and 70s pop-rock. I have studio quality songs here. The first 11 songs listed are the best.

I dla tego ostatniego zdania posłuchałem dwóch kawałków, aż tak bardzo nie żałuję.

 

Fine.


Bo czasem trzeba impulsu z zewnątrz

Bo czasem trzeba impulsu z zewnątrz 06.07.2016 — Skomentuj

Skompromitowałem się podczas wczorajszego spotkania IndieTalks, bo zamiast w obiecanych 20 minutach ledwie w 40 zmieściłem opowieść o doświadczeniach (z) bihajpa. Obecnym dziękuję za życzliwą cierpliwość. A na swoją obronę: wybrałem kilkanaście wątków z kilkudziesięciu, które wydawały się warte poruszenia.

Po spotkaniu zgodnie z intencją organizatorów poznałem kilka osób, które powinienem był znać od dawna – bo od lat mailujemy, a przynajmniej „widzimy się” wirtualnie czy na rozmaitych łamach. Ale nie było okazji. Okazję tę stworzył Szkot. Bo gdy przyjechał do Polski i zaczął się tutaj zajmować muzyką, ze zdumieniem odkrył, że branża średnio się kumpluje, a co dopiero mówić o współpracy.

Ale nie jesteśmy wyjątkiem. Muzyczne biuro eksportowe w Czechii tworzy w tej chwili Węgier, bo lokalsi jakoś się nie zorganizowali. Jednym z czołowych spójników i dokumentalistów japońskiej sceny niezależnej jest Ian Martin, który właśnie objeżdża na rowerze lokalne sceny w całym kraju i publicznie to relacjonuje. Filipiński odpowiednik festiwalu Spring Break, o którym wspominałem na początku prezentacji, to import z Francji.

Kwestia współpracy jest o tyle istotna, że wydaje się kluczowym warunkiem jeśli nie w ogóle płodności, to przynajmniej potencjału eksportowego danego kraju. Kiedyś dowodziłem, że fenomen Islandii wyrósł z szeregu czynników. Ale niewiele byłoby z tego wszystkiego, gdyby nie rodzinny klimat tamtejszej sceny – co potwierdził szef Iceland Music Export na niedawnej prelekcji w Poznaniu.

Island Songs Ólafur Arnalds

Gdy islandzkiemu żółtodziobowi zamarzy się debiut w Londynie, idzie do starszych kolegów i prosi o wskazówki, kontakty, referencje – i je z automatu dostaje. Czasem o wsparcie nawet nie musi prosić. Ólafur Arnalds właśnie wyruszył w trasę po najdalszych zakątkach wyspy, gdzie szuka nowych talentów i chwali się nimi przed swoją globalną już publicznością. W Polsce taka akcja przydałaby się nawet dla celów lokalnych.

Przykładów owocnej współpracy jest jednak więcej. Nieproporcjonalnie bogatą scenę ma Chile. Dlaczego? Może dlatego, że cała frakcja niezależna potrafi się skonsolidować i wspólnymi siłami pchać muzę za granicę. Boom muzyczny w Estonii zaczął się od tego, że branża zaczęła spotykać się na Tallin Music Week. Teraz jeden z najmniejszych krajów Europy ma jedną z najprężniejszych scen kontynentu. Arcybogaty Izrael? Wszyscy grają ze wszystkimi.

Zatem dla Neila (oraz osób wspierających) za to, że porwał się na niemożliwe i chce uczynić Polskę drugą Islandią – dzięki, powodzenia.

Edit: I jeszcze postscriptum z Pakistanu.

Fine.


30 najlepszych płyt z Japonii

30 najlepszych płyt z Japonii 25.06.2016 — Skomentuj

Dawno temu, kiedy zaczynałem interesować się muzyką japońską, przeszukiwałem sieć w nadziei na znalezienie listy najważniejszych płyt w historii tej sceny, od jakich roi się na Zachodzie. Ale trafiałem tylko na zestawienia, które przygotowali krytycy anglosascy. A chciałem poznać opinię ekspertów japońskich.

Dzisiaj sobie myślę, że ten brak, że ta chęć skonsultowania się z lokalsami, mogła dać zaczątek ideai bihajpa. Symboliczną więc jest dla mnie nasza dzisiejsza publikacja. Rezultat kilku miesięcy pracy, dziesiątek konsultacji, setek poprawek – ale w końcu jest.

Mamy nadzieję, że tylko pierwszy z serii tego rodzaju przewodników. I że Polska będzie jednym z następnych.

*

Dwa lata doświadczeń bihajpowych spróbuję streścić w 20 minutach podczas drugiej edycji IndieTalks. Czyli co-kwartalnego spotkania osób zaangażowanych czy choć zainteresowanych polską sceną muzyczną, którego celem jest wymiana doświadczeń, a przede wszystkim kontaktów – żebyśmy byli jak Islandia.

Co ciekawe/znamienne, inicjatywa integracji przyszła z imigracji.

Spotkanie odbędzie się we wtorek 5 lipca w Pardon To Tu. We własnej pogadance spróbuję wymienić najważniejsze „odkrycia” okołobihajpowe: od muzycznych przez kulturowe po ludzkie. Licząc na to, że każdy znajdzie coś przydatnego dla siebie. A później z przyjemnością posłucham panelowej dyskusji o komunikowaniu siebie i – wymienię kontaktami.

Owari


Korzenie Magnetofonowej

Korzenie Magnetofonowej 17.06.2016 — Skomentuj

Trzeci numer „Gazety Magnetofonowej” poświęcony jest – że skrócę informację prasową do esencji – słowiańskości, Bogu, ziołom, romskiemu dziedzictwu, piłce, muzyce żydowskiej, śląskim szlagrom i warszawskim Combom oraz Orkiestrom, muzyce polskich emigrantów i muzyce Zygmunta Starego.

Streszczam notkę, bo numeru jeszcze w rękach nie trzymałem, ale już dla samej okładki (znów) chcę. Chcę także dlatego, że do korzennego tematu okładkowego ręki nie przyłożyłem. Z radością więc, po prostu, poczytam.

Ode mnie w numerze dwa drobiazgi: o debiucie Bovskiej i Karoliny Cichej wypadzie do Pakistanu. I oczywiście stała rubryka Sami Swoi oddawana Polakom poza Polską. Tym razem o młodym francuskim szansoniście o wdzięcznym nazwisku Stankiewicz.

gazeta magnetofonowa icon


Szansa na rykoszet, czyli raz jeszcze o Brodce

Szansa na rykoszet, czyli raz jeszcze o Brodce 04.06.2016 — Skomentuj

Torwar wypełnił się dziś po brzegi z okazji japońskiego minifestiwalu Matsuri, co sugerowałoby, że swój nowy teledysk Brodka słusznie oddała Japończykowi. Powinien się Polakom spodobać. Komu jeszcze?

Mnie się podoba nie tylko ze względu na wiadome sympatie. Oglądanie ludzi wybitnych w robieniu (zaryzykuję) czegokolwiek wciąga. A Atsushi Takenouchi ma mimikę mistrzowską. Plus przyjemnie prosty pomysł i takaż jego realizacja, podobno własną ręką Brodki. I finał fajny, choć przewidywalny.

Jest też umiarkowanie przemyślane mieszanie trzech kultur – do polskiego lasu zaprasza się aktora japońskiego tańcoteatru Butoh, by z ilustrować latynoskie obłaskawianie Świętej Śmierci. Ale raz: takie czasy. Dwa: ta karkołomna kombinacja harmonizuje z latynoskim podejściem do chrześcijaństwa i japońskim do (pop)kultury.

Przede wszystkim jednak mam wrażenie, że wylazła z Brodki autentyczna fascynacja talentem Takenouchiego i Japonią w ogóle. W ekspresowym Q&A towarzyszącym premierze teledysku przyznaje się do inspiracji Japonią i pragnienia powrotu (i tu się rozumiemy). Tak jak okładka „Clashes”, widać po tym całkiem odważnym teledysku, że ją Japonia kręci i jakoś ją rozumie. Po japońsku każe widzowi czekać i czekać – a potem zasłania puentę.

Te japońskie akcenty „Clashes” przemawiają do mnie bardziej, niż mity o roku w Nowym Jorku i zaczarowanej gitarze Devendry Banharta. Bo coraz wyraźniej widać, że premiera tej nowej płyty ma jakby dwa oblicza. Jednym jest marzenie o podboju świata i związany z nim cały program działań promocyjnych. Drugim zwyczajna chęć tworzenia i dzielenia się osobistymi fascynacjami.

*

Z podbojem świata ciągle do końca nie wiadomo. Niby pisały o „Clashes” m.in. „Clash”, „Fader”, „Line of the Best Fit”, „Pop Justice” i parę innych. Ale każdy z nich codziennie ogłasza wielkie odkrycia, generując kilkaset, w porywach kilka tysięcy odsłon na Youtube. (Kolega zwrócił mi uwagę, że gdy jaraliśmy się postami o Brodce na jakichś blogach, o Wacławie Zimplu pisał New York Times).

Jeśli „Horses” nazbierało prawie półtora miliona kliknięć, to dzięki fejsbukowi samej Brodki i jedynce na Trójkowej liście przebojów. Premierę nowego klipu ugościło u siebie szacowne „The Independent” i jest to pewien sukces. Ale głównie prestiżowy. Obstawiam, że z dotychczasowych 90 tys. odsłon jakieś 90 proc. pochodzi z ojczyzny. A więc podobnie, jak z występami Brodki z tym materiałem: szacun, bez ekscytacji.

*

A może nie szkodzi? Z każdym rokiem, z każdym miesiącem sam ten sposób myślenia – musimy dostać stempel od brytyjskich delegatów i krytyków, aby wyruszyć w wielki świat – wydaje mi się coraz bardziej niedzisiejszy. I zwyczajnie głupi. Pomyślmy ekonomicznie: chcielibyśmy zacząć eksportować polski produkt. Czy zaczynamy od rynku najbardziej nasyconego, atakowanego przez konkurencję z całego świata? Czy szukamy raczej rynków wygłodzonych? Takich, gdzie Polska budzi ciekawość?

To prawda, że przez jakieś sto lat dwie centrale – Londyn i Nowy Jork – decydowały o tym, czego będzie słuchać reszta świata. I bez ich akceptu szans na zaistnienie nie było nawet u najbliższych sąsiadów. Zdarzało się, że i we własnym kraju doceniali cię dopiero po Zachodzie. Ale te czasy mijają. I zdarza się, że Polacy ściągają Koreańczyków czy Islandczyków na ich pierwsze koncerty na europejskim kontynencie. Czemu nie miałoby to zadziałać w drugą stronę?

*

Na szczęście fortuna lubi chodzić własnymi drogami. Największym sukcesem medialnym Brodki w całej tej międzynarodowej eskapadzie mnie osobiście wydaje się ta oto wzmianka, o której doniósł nasz bihajpowy korespondent w Japonii:

brodka fudge japonia clashes

Uwagę popularnego magazynu modowego z Tokio zwróciło oczywiście kimono Brodki z okładki „Clashes” oraz fotek okolicznościowych. Dzięki temu detalowi Brodka wraz ze swoją płytą dostała w owym piśmie całą stronę.

I mam wrażenie, że w tych ciekawych czasach – gdy dziennikarze słuchają słuchaczy raczej niż na odwrót – od tego rodzaju niereżyserowanych wzmianek rozpoczynają się kariery. A nie od umawianych przez wpływową wytwórnię zdawkowych Q&A w upadającej prasie. Mam więc cichą nadzieję, że podobnym rykoszetem odbije się „Santa Muerte”. Jeśli nie w Japonii, to może w Meksyku?

Na wspomnianym pikniku japońskim na Torwarze zaprezentowała się Polska Grupa (Teatru) Nō Ryokurankai. I mimo że tak kameralna i niedzisiejsza sztuka kłóci się z hałaśliwymi warunkami hali sportowo-targowej, spektakl przyjęto z entuzjazmem. Pomysł na następny teledysk? Nō!

Owari