Przeklęty Chopin

Przeklęty Chopin 18.12.2014 — Jeden komentarz

W listopadzie wokalistka Rökkurró wyjaśniała mi fenomen muzyczny swojego kraju efektem skali: „Ludzie nie chcą powielać tego, co robi już ktoś inny, bo mały rynek islandzki nie zdołałby utrzymać wielu artystów grających podobnie”.

Ostatnio miałem okazję pomailować z Óbó (z domu Ólafur Björn Ólafsson), multiinstrumentalistą zasłużonym u boku Sigur Rós i Jónsiego, Emiliany Torrini, múm, Jóhanna Jóhannssona i wielu innych cenionych lokalsów. Zadebiutował właśnie solo krótką i kameralną płytą „Innhverfi” wydaną przez Morr Music, którą zapowiadał śliczny singiel.

I jego spytałem o Islandię:

Przez wieki Islandczycy byli biedni i nie posiadali żadnych instrumentów. Byliśmy oczywiście bardzo odizolowani od bardziej cywilizowanych rejonów świata. Podczas gdy Europejczycy mieli Bacha, Mozarta i Beethovena, Islandczycy mieli beczenie owiec.

Dopiero na początku XX wieku zaczęliśmy importować instrumenty i pomijając wcześniejsze wyjątki w rodzaju kościołów dopiero wtedy zaczęliśmy tak naprawdę uprawiać muzykę. Wydaje mi się więc, że islandzka tożsamość muzyczna – którą uważa się za tak wyjątkową – jest jeszcze bardzo młoda i wciąż się kształtuje.

Bez tego islandzka scena muzyczna byłaby zupełnie inna. I prawdopodobnie dlatego tutejsi muzycy garną się do próbowania coraz to innych rzeczy.

Fine.

 



O przewidywaniu przyszłości

O przewidywaniu przyszłości 08.12.2014 — Jeden komentarz

Czy moglibyście dodać link do Spotify?

Dla naszego rynku muzycznego Spotify jest dosyć ważne. Wszyscy sprawdzają teraz streamy, to główny miernik.

Taką prośbę dostaliśmy od menedżera/przedstawiciela Anwai, dwóch świeżaków prezentowanych niedawno na bihajpie. Wychodzi na to, że po stuleciu liczenia egzemplarzy, dekadzie mp3 i roku czy dwóch odsłon na YouTube – zgodnie z oczekiwaniami nastaje nam powoli era mierzenia streamów.

Powyższa prośba skojarzyła mi się z niedawnym artykułem The Atlantic o „efekcie Shazam” – od słynnej aplikacji rozpoznającej utwór „na słuch” po kilku sekundach i proponującej od razu zakup/odsłuch tejże kompozycji. Dotychczas ściągnięto ją już pół miliarda razy i podobno generuje około 10 proc. obrotów oficjalnymi mp3. A co najciekawsze: potrafi przewidywać przyszłość.

Menedżerowie Shazam natychmiast potrafią wykryć rosnącą liczbę zapytań o daną piosenkę w danym miejscu świata i obserwować, czy zapytania te się rozprzestrzeniają. Wprawdzie po fakcie, ale prześledzili w ten sposób ekspansję „Royals” Lorde. Najpierw nieliczne kwerendy w Nowej Zelandii, potem w Nashville – „duży hum muzyczny, nie tylko dla country”, tłumaczą – następnie oba wybrzeża USA. Gdy „Royals” stało się najczęściej wyszukiwanym utworem w 3 tysiącach amerykańskich miast równocześnie – wiedzieli, że to Next Big Thing, mimo że listy przebojów jeszcze tego nie potwierdzały.

Aż 48 z 50 największych hitów radiowych ubiegłego roku byli w stanie wyekstrapolować ludzie z firmy HitPredictor. Działa w nieco innych sposób: z piosenek kandydujących do list przebojów wycina się „kluczowe fragmenty” i wysyła odpowiedniej próbce internautów, by wypowiedzieli się – a następnie analizuje się ich reakcje. Czyli zautomatyzowana wersja badań, które od dekad przeprowadzają mainstreamowe stacje radiowe na słuchaczach obecnych fizycznie.

Ktoś z wypowiadających się w tekście próbuje uprzedzić komentarze, które od razu usłyszałby, gdyby i on o podobnych rzeczach opowiadał żywej publiczności:

Nie chodzi o wyeliminowanie elementu ludzkiego z radia, ale raczej o pokazanie elementu najbardziej ludzkiego – czyli reakcji publiczności – wyraźniej niż kiedykolwiek.

Dla mnie wspomniany artykuł opowiada przede wszystkim o nowym obliczu AR – czyli skautów artystów. Nie szukają już nowych talentów w klubach. Nie przesłuchują stert CD-rowych demówek. Nie przeklikują się nawet przez YouTube. Patrzą w wykresy. Liczą odsłuchy na Spotify, śledzą wzmianki na Instagramie, szukają trendujących na Twitterze – w czym pomagają im specjalistyczne programy w rodzaju Find (artykuł wspomina o sześciocyfrowych płatnościach za roczny abonament). I obstawiają setkę najlepszych, bo statystyka nie kłamie – dwudziestu z nich wyląduje na Billboardzie.

Co ciekawe, według tychże ekspertów lajki fejsbukowe nie są żadnym prognostykiem przyszłych osiągnięć danego artysty. Wciąż liczą się w pierwszej kolejności odtworzenia radiowe – one zresztą generują w dużej mierze wyszukiwania w Shazam, a te zwracają uwagę radia, koło się zamyka. Na drugim miejscu w kwestii przewidywania przyszłości uplasowały się, o niespodzianko, wejścia na profil danego artysty na starej dobrej Wikipedii.

Fine.


Co było grane

Co było grane 01.12.2014 — Skomentuj

Połowicznie tylko uczestniczyłem w tegorocznych targach Co Jest Grane, bo jedynie w sobotę. Z jej programu najbardziej ciągnęło mnie ku bliźniaczym panelom o Niemczech i krajach Bałtyckich. W obu przypadkach – w relacji do Polski. I z tychże paneli dwie krótkie obserwacje:

Niemcy to rynek pofragmentowany. O ile w innych krajach – od Wysp przez Francję po Polskę – wystarczy zazwyczaj podbić stolicę i reszta podąży, to w Niemczech mają cztery mocno od siebie niezależne centra opiniotwórcze: Berlin, Hamburg, Monachium i Kolonię. Każdy z tych lokalnych rynków ma własne media – ogólnokrajowych rozgłośni innych niż poważne tam brak – każde ma też własne preferencje i nieco inną publiczność. Z każdym trzeba się więc oddzielnie napracować, żeby coś osiągnąć. Ale jak się nie uda z jednym, zawsze można spróbować gdzie indziej.

Kraje bałtyckie dążą nie tyle do integracji swoich scen (trochę o nich pisałem w niby-relacji z Tallin Music Week), co do stworzenia jednej sceny. Tak, aby punktem wyjściowym dla rozpoczynającego karierę artysty z Estonii, Litwy czy Łotwy nie był Tallin, Wilno czy Ryga, lecz wszystkie trzy. Odzwierciedla się to w praktykach tamtejszych biur eksportowych. Jak to ujął któryś z prelegentów, starają się nie działać „egoistycznie”, czyli wyłącznie wpychać własnych artystów w cudze kluby. Ściągają także wykonawców z krajów sąsiednich do siebie. Zatem współpraca na własnym terenie, a nie tylko konkurowanie – najczęściej zresztą o uwagę Londynu czy Berlina.

I tutaj padła bardzo ciekawa obserwacja powiązana z panelem niemieckim, na którym dyskutowano o wbijaniu się na tamtejsze festiwale – albo na amerykańskie SXSW. Ktoś wspomniał, że starania o taką przepustkę oraz ewentualny wysiłek wyjazdowy często okazują się niewspółmierne do rezultatu. Bo oto w słynnym Teksasie pod sceną pojawia się piętnaście osób, z czego połowa to znajomi ekspaci. Najpierw konkuruje się z setkami zespołów o miejsce w line-upie, potem – z dziesiątkami o uwagę publiczności.

Alternatywną opcję zaproponowano na panelu bałtyckim: a gdyby tak przyjechać na litewski Positivus albo wspomniany Tallin Music Week? Łatwiej się dostać, łatwiej zwrócić uwagę, a co najlepsze – szanse na to, iż usłyszy cię dziennikarz brytyjski, niemiecki czy skandynawski albo inny branżowy działacz są w praktyce większe niż na wspomnianych spędach zachodnich. Tym bardziej że festiwale te bardzo świadomie parują wykonawców z zapraszanymi gośćmi. Czyli dość karkołomny, ale po chwili zastanowienia przekonujący pomysł, by podbój Zachodu zaczynać od Wschodu (Północy, Południa).

Z miłych niespodzianek – w gronie prelegentów panelu bałtyckiego niespodziewanie pojawił się bihajpowy korespondent z Białorusi.

*

Nie tylko ze względu na pisany niedawno tekst wybrałem się też na panel o prasie papierowej, ale po raz kolejny składną dyskusję wykluczyła klęska urodzaju. Siedmiu gości, w tym dwoje anglojęzycznych, plus prowadzący – to nie mogło się udać. Samo przedstawianie gości i rundki podsumowujące przy takich składach zajmują ćwierć czasu przewidzianego na debatę.

Ominął mnie gwiazdorski panel kobiecy – jak było?

Na zdjęciu (foto: CJG) Paula i Karol, którzy po tak roześmianym koncercie zebrali pewnie mnóstwo zaproszeń i z zachodu, i ze wschodu.

Fine.


Awangardzista

Awangardzista 27.11.2014 — Skomentuj

Najpiękniej brzmiały ołówki spadające na struny i amplifikowane pudło mocno już sfatygowanego instrumentu. Największe wrażenia węchowe wzbudziła pilarka w starciu z jego nóżką – leciały i iskry. Najzabawniejsza była wiolonczela w roli wiosła metalowego. Najbardziej absurdalne – łączenie tego wszystkiego z filmowo-muzakowymi arpeggiami.

Była też wiertarka (ale bez wiertła), temperówka (temperująca jeden z tuzinów porzuconych wcześniej ołówków), groch w pudle (lub coś podobnego), przepiękne solo smyczkowe na dużej pile (przeważnie w tonacji), bateria efektów bardziej gitarowych niż wiolonczelowych oraz zawias.

W najlepszy z możliwych sposobów Hiromichi Sakamoto zakończył też swój koncert w Teatrze Rozmaitości. Po wyjściu na bis zapodał trochę hałasu, potem liryki, wpuścił to w pętlę, wyjął obcążki i począł rozcinać główny kabel, dezintegrując loop aż do wyzerowania. Przynajmniej nikt się nie łudził, że zagra drugi bis.


Japan


I tak nie zależy mu na muzyce

I tak nie zależy mu na muzyce 26.11.2014 — Skomentuj

Trzy lata temu zachwycałem się tutaj francuskim dokumentem o japońskiej awangardzie „I tak nie zależy nam na muzyce”. Potem miałem przyjemność wracać do filmu, a dzisiaj w kinie Muranów w Warszawie nadarzy się kolejna okazja.

Wyjątkowa, bo podczas seans na sali będzie obecny jeden z bohaterów tej opowieści, cokolwiek niesztampowy wiolonczelista Hiromichi Sakamoto strzelający z pistoletu do instrumentu i traktujący jego nóżkę pilarką.

Po seansie krótkie spotkanie z Hiromichim, toteż będzie go można spytać, czy z podobnym wyposażeniem pojawi się w czwartek w Teatrze Rozmaitości.


Wycena

Wycena 25.11.2014 — Skomentuj

Jakby Pitchforkowych dziesiętnych było mało.

(Arte de tapa = okładka).

 

Fine.


Apostołowie cyfry

Apostołowie cyfry 21.11.2014 — Jeden komentarz

W 40 tysiącach znaków „New Yorker” znakomicie podsumowuje stan rzeczy w świecie streamingu. Zalety i wady, przeciwników i wrogów, ogólną dezorientację, o której wspominałem nieco dwa wpisy niżej – pigułka.

Niby wiemy to wszystko, ale po zakończeniu lektury chce się zacząć ją od nowa. Bo autor z jednej strony zdobył się na wysiłek pogadania z kluczowymi decydentami, przede wszystkim z szefem Spotify, Danielem Ekiem, oraz jego napsterowo-facebookowym przybocznym, Seanem Parkerem. A z drugiej strony sam jest człowiekiem nieco starszej daty. Nie bawi się więc w niuanse, lecz kreśli obraz z perspektywy.

Są jednak wątki przynajmniej dla mnie nowe. Nie znałem historii Ekowego powołania streamingowego, które wzięło się z życiowego dramatu: zbyt młodo stał się zbyt bogaty i po roku balowania zgubił sens życia. Ale chodzi mi przede wszystkim o naświetlenie pewnych zakulisowych, a często kluczowych dealów. Choćby to, jak tandem Ek & Parker przekonał najbardziej opornego wśród majorsów Warnera, by wpuścił swój katalog do strumienia:

W owym czasie Warner rozglądał się za kupcem. Parker powiedział mi, że złożył ofertę przejęcia Warnera wspólnie z Ronem Burklem, inwestorem z Los Angeles.

Kiedy również rosyjski oligarcha Len Blavatnik wyraził zainteresowanie zakupem, Parker miał mu zaproponować: „Słuchaj, jeśli dogadasz się ze Spotify, wycofam moją ofertę i firma będzie twoja”.

W 2011 roku Blavatnik kupił Warnera za 3,3 mld dol. A Parker został członkiem rady nadzorczej Spotify i pomógł serwisowi nawiązać współpracę z Facebookiem.

Zabawnym może się wydawać sam fakt, że muzykę w świat legalnego streamowania wprowadzają ci, którzy wcześniej rozkręcali jej obieg nieoficjalny. Parker zakładał Napstera, Ek robił w Torrentach. Ale po namyśle wydaje się to naturalne. Bo lepiej niż ktokolwiek inny – na pewno niż duże wytwórnie i liczący się artyści – rozumieli potencjał internetu i preferencje internautów. I jak wynikałoby z tekstu, obaj są przekonani, że realizują misję.

Fine.


Druga droga druku

Druga droga druku 18.11.2014 — 14 komentarzy

Udane zbiórki na Kickstarterze przeprowadziło ostatnio kilkanaście (wannabe) pism literackich. Na przykład magazyn „Guernica” otrzymał prawie 17 tys. dolarów na to, by przenieść na papier „te same wartości dziennikarskie i literackie, które od dekady kultywuje w sieci”.

Podobne inicjatywy fotograficzne, muzyczne, modowe, sportowe – ciężko zliczyć. Nawet w Polsce powstało ostatnio muzyczne „M/I”, wróciły komputerowe „Secret Service” i analogowa „Magia i Miecz”. A to tylko crowdfunding. Pisma nowe lub na nowo zakładają pasjonaci (nasz „Noise”) i internauci (od „Pitchfork Review” po szereg serwisów technologicznych).

O powrocie papieru będzie się dyskutować w przyszły weekend na warszawskich targach Co Jest Grane. O czym nie wiedziałem, gdy starałem się przyczyny, odcienie i skalę zjawiska przybliżyć na łamach Polityki. (Tekst jest dostępny w całości, chyba że wykorzystaliście miesięczny limit darmówek).

A jeszcze trzy lata temu dyskutowaliśmy tutaj o upadku prasy muzycznej.

Fine.


Meandry streamingu

Meandry streamingu 15.11.2014 — 3 komentarzy

Uruchomieniem serwisu streamingowego YouTube Music Key koncern Google rozkosznie komplikuje i tak już zagmatwaną sytuację w świecie muzyki cyfrowej. Chaos ten znakomicie ilustrują wyczyny branżowych rewolucjonistów ostatnich miesięcy: Thoma Yorke’a, U2 i Tylor Swift.

Ta ostatnia śladem tego pierwszego postanowiła zniknąć ze Spotify. Jak tłumaczyła, serwisy streamingowe uważa za eksperyment, a nie ma ochoty oddawać owoców swojej ciężkiej pracy w ręce eksperymentatorów, którzy skąpią wynagrodzenia twórcom. Sama w ciągu ostatnich 12 miesięcy miała zarobić na Spotify śmieszne pół miliona dolarów, choć Spotify twierdzi, że były to raczej dwa miliony, a gdyby nie zdezerterowała – dostawałaby nawet 6 mln dol. rocznie. Tak czy inaczej menedżerowie Swift pokazali, że abonamentowe serwisy streamingowe są – a przynajmniej powinny – być miejscem zarabiania kasy. Punktem sprzedaży, sklepem.

Za decyzją o zwinięciu się ze Spotify nie poszła jednak podobna dotycząca YouTube. Wszystkie liczące się single Taylor dostępne są na YouTube za darmo. A nowej płyty – tej zakazanej na Spotify – w dniu premiery bez problemu można było posłuchać na YouTube w całości dzięki nadgorliwym fanom. Zanim je wreszcie usunięto, niektóre z tych wrzutek osiągały po kilkaset tysięcy odsłon. Dlaczego Swift nie zabrała swojej legalnej muzyki z YouTube i niespecjalnie troszczyła się o kopie pirackie? Bo uznaje YouTube za narzędzie promocji. Przestrzeń reklamową, radio.

I tutaj wkracza U2. Nie było, nie ma i raczej nie będzie bardziej „sprzedażowego” miejsca w świecie muzyki cyfrowej niż iTunes. Właśnie dochody z tego serwisu przeciwstawia się od kilku lat streamingowi – narzekając, że dochody z odsłuchów nie zrekompensują tych ze ściągnięć. (Notabene podobnie dissowano wcześniej pliki mp3 w opozycji do CD). iTunes to dla branży godna gotówka. Tymczasem Bono potraktował serwis Apple wprost jako narzędzie promocyjne. Nowy-stary album U2 w trzy tygodnie dotarł do większej liczby słuchaczy, niż słynne „The Joshua Tree” w ciągu trzydziestu lat. I mimo frustracji sporej części użytkowników przymusowo obdarowanych dosyć złą płytą – nie żałował. Bo liczy się rozgłos. A zarobi się gdzie indziej.

Mamy zatem Swift, dla której streamingowe Spotify jest miejscem sprzedaży oraz Bono, który empetrójkowe iTunes potraktował jako banner reklamowy. Do tego dochodzi niedawny numer Thoma Yorke’a, pogłębiający pomieszanie pojęć. Obieg kojarzony z piractwem – od piętnastu lat oskarżany o dewastowanie przychodów z nagrań muzycznych – Yorke wykorzystał i do promocji, i do sprzedaży. Branżowego wroga poskromił dla własnych potrzeb, oczywiście na wzór tysięcy artystów, którzy piractwu zawdzięczają start nieraz całkiem sporych karier. Trudno było tylko zrozumieć, dlaczego Yorke nie zgodził się udostępnić swojej płyty w Spotify (dostałby marne grosze), a niespecjalnie przeszkadzał mu odsłuch całego albumu w YouTube (dostał nic).

W kocioł ten wkracza teraz Music Key. Już w dotychczasowej formule YouTube było niejednoznacznie umiejscowione w promocyjno-sprzedażowym kontinuum. Bo dla Swift może i jest narzędziem służącym wyłącznie do nagłaśniania premier – w przeciwnym razie porównałaby stawki:

streaming price per play

Ale dla innych YouTube to podstawa utrzymania – od discopolowców po raperów.

Właśnie przez tę niejednoznaczność YouTube omijały dotąd burzliwe dyskusje dotyczące wyzysku artystów z jednej strony (bo to niezupełnie poważny serwis – inaczej niż Spotify) oraz piractwa z drugiej (bo to jednak poważny serwis – inaczej niż Grooveshark, Torrenty czy P2P). Dla jednych to najpopularniejsze medium muzyczne wszech czasów, gdzie robi się zawrotne kariery (od Gotye po Psy). Dla innych – radosne zbiorowisko piesków, kotków i tylko przy okazji teledysków, od którego nie należy zbyt wiele wymagać. Bez męczących negocjacji Google dostawało więc ogromny kontent muzyczny – legalny i nielegalny – płacąc tylko za ten pierwszy. I to post factum, dzieląc się zyskiem z reklam, więc bez jakiegokolwiek ryzyka. Mało kto się czepiał.

Wraz z debiutem YouTube Music Key i wprowadzeniem abonamentu (7,99 dol.) Google, chcąc nie chcąc, precyzuje miejsce YouTube w streamingowym krajobrazie. Pewnie spróbuje równolegle rozwijać oba wspomniane modele: z jednej strony niezobowiązującego, darmowego składowiska filmów (promocja), gdzie znajdzie się miejsce i dla majstersztyków OK Go, i dla amatorskich iteracji Harlem Shake; z drugiej strony własnego, płatnego spotify (sprzedaż). Pytanie, gdzie umiejscowią go w swoich odczuciach artyści. Czy zaczną domagać się wyższych stawek podobnie jak od streamingowej już-konkurencji? Czy jednak strach przed konsekwencjami zniknięcia z internetu YouTube przeważy nad żądzą zysku? W podobną ambiwalencję wchodzi teraz także Soundcloud, który czyści katalog i podpisuje umowy z wytwórniami.

W pierwszej połowie tego roku sprzedaż muzyki na CD/mp3 w Stanach Zjednoczonych spadła o prawie 15 proc., podczas gdy streaming zyskał na wadze 28 proc. Ale Taylor Swift i tak sprzedała w Stanach 600 tysięcy egzemplarzy „1989” w ciągu jednej doby oraz 1,3 mln w ciągu tygodnia – najlepszy wynik od 12 lat. Obecność w Spotify raczej by jej w tym nie przeszkodziła, niemniej – jak sama tłumaczy – chodzi o zasady. Żeby jeden fan drugiemu nie wypominał, że naiwnie kupował, gdy mógł za darmo streamować.

Żeby sprawy jeszcze skomplikować, warto dodać, że albumu można było posłuchać w Beats Music czy Rhapsody (bo nie posiadają darmowej wersji) oraz w Rdio (bo darmowa wersja wyklucza słuchanie na żądanie). Wszystko to świadczy o tym, że w świecie muzyki nadal wszyscy negocjują z wszystkimi kształt przyszłego ładu. Pozostaje mieć nadzieję, że z chaosem streamingowym będzie tak samo, jak z pomieszaniem muzycznych etykietek stylistycznych, jakie przyniósł nam nowy wiek. I pokazał, że im większa dezorientacja wokół muzyki, tym lepiej dla niej samej.

Fine.