Love, Apple

Love, Apple 23.06.2015 — Jeden komentarz

Apple zamierzało niepłacić artystom za to, co użytkownicy nowego serwisu streamingowego Apple Music wystrimują podczas trzymiesięcznego okresu próbnego. Taylor Swift zirytowała się i napisała list. Apple przeczytało i skapitulowało:

Taylor Apple

Po pierwsze: ależ czasów dożyliśmy. Oto jedna gwiazda jednym wpisem zmienia decyzje potężnego koncernu warte miliony dolarów. Może trochę przesady w tym, że jest królową internetu. Na kilka dni przed wielką premierą Apple wystraszyłby lament wielu innych pierwszoligowych. Mit o wszechmocy Swift pozostanie jednak z nami na jakiś czas. Podobnie jak oczekiwania, że będzie interweniować w wielu innych podobnych sprawach, a może nawet czuwać nad przyzwoitością Apple Music.

Pojawia się jeszcze drugi wątek: jak Apple rozegrało tę sytuację. Zgodnie ze zwyczajem hegemona nie tyle zaproponowało, co bezczelnie narzuciło wszystkim pomysł grania cudzej muzyki za darmo w celu promowania swojego nowego produktu. I gdyby nie nasza królowa, moglibyśmy się nawet o tym nie dowiedzieć.

Przyłapane na gorącym uczynku, Apple szczodrze zmieniło zdanie. I tak gdy Spotify pozostaje „ostatnim desperackim pierdnięciem zdychającego trupa” (via Thom Yorke), Apple „zawsze będzie dbać o to, by artystom płacono”. Bo proponuje wykonawcom to samo, co wszyscy inni – tyle że dopiero pod przymusem?

Znamienne, że nawet w swoim krytycznym przecież liście Taylor krytykowała „historycznie postępową i hojną firmę”. A na wieść o nawróceniu grzesznika wyznała poczucie „ekscytacji i ulgi”. Patrzę na rosnącą z rok na rok potęgę Apple i nie mogę wyjść z podziwu, jak – w przeciwieństwie do Google czy Facebooka – koncern zdołał zachować wizerunek sympatycznej, niezależnej firemki, do której pisze się listy miłosne nawet doznawszy krzywdy.

Fine.

 


O chińskim internecie

O chińskim internecie 19.06.2015 — 2 komentarzy

Przełamanie internetowego Wielkiego Muru okazało się znacznie prostsze, niż się spodziewałem. Wystarczyło ściągnąć darmowego VPN-a (oczywiście przed wyjazdem) i poza godzinami szczytu dostanie się do Gmaila, YouTube’a, Twittera, Facebooka czy na stronę „New York Timesa” zajmowało maksymalnie kilka minut, zazwyczaj kilka sekund.

Tylko w newralgicznych porach ciężko było znaleźć wolne miejsce na którymś z kilkudziesięciu zagranicznych serwerów, dzięki którym laptop wirtualnie lądował w Japonii, Turcji czy na Islandii. Ale to tylko świadczy o popularności rozwiązania. A więc chcący Chińczyk powinien sobie z cenzurą poradzić.

Ale niekoniecznie chce i między innymi o tym w tekście o Chinternecie.

Icon-China


Studio Ghibli ma 30 lat

Studio Ghibli ma 30 lat 15.06.2015 — 3 komentarzy

I ma się kiepsko. Niespełna rok temu dowiedzieliśmy się, że 74-letni Hayao Miyazaki – najwyraźniej tym razem na serio – przechodzi na emeryturę, a przynajmniej rezygnuje z długiego metrażu. Równocześnie samo Studio Ghibli ogłosiło wielką pauzę na pozbieranie się. Oficjalnie po odejściu swojego sternika musi pomyśleć, dokąd płynie.

Nieoficjalnie mówi się o potrzebie poważnej restrukturyzacji, bo z finansami nie najlepiej. Jak donosi japońska prasa, ostatnie produkcje Studia się nie sprzedają, a nowy szef chce „rozebrać” kosztowny proces produkcji wymyślony przez Miyazakiego.

Ten z jednej strony zatrudniał rysowników na pełen etat, z drugiej tak dbał o szczegóły, że w Studiu powstawało średnio 5 minut animacji miesięcznie. Teraz mówi się o przeniesieniu produkcji do któregoś z tańszych krajów Azji Południowo-Wschodniej.

I ma się świetnie. Co pokazują obrazki powyżej i poniżej. Takich remiksów „Mojego sąsiada Totoro” oraz disneyowskiej „Wielkiej Szóstki” („Big Hero 6″), zasłużonego zdobywcy ostatniego Oscara za długometrażową animację, jest w sieci mnóstwo. Od premiery minęły prawie trzy dekady, a Totoro dalej podglądają zastępy zachodnich rysowników. Reżyser „Wielkiej Szóstki” ściągania z Ghibli nawet nie próbuje ukrywać.

Za tego rodzaju inspiracjami w ostatnich kilkunastu latach trudno było nadążyć. Twórcy „Avatara” przerysowywali „Laputę” i „Księżniczkę Mononoke”, a bracia Wachowscy „Nausikeę z Doliny Wiatru” w ostatniej części „Matriksa”. Powstają też dziesiątki adaptacji dzieł Ghibli przenoszonych do teatru, komiksów, książek.

Jak głęboko sięga wpływ Japończyków pokazuje to, że twórcy „Big Hero 6″ pożyczyli od nich nie tylko Totoro, ale także pierwszego bohatera z azjatyckimi rysami. Gdyby to była wyłącznie kalkulacja rynkowa, to zamiast Japończyka daliby Chińczyka.

my neighbour totoro - big hero 6

I trudno powiedzieć. Niby wpływ Studia na Hollywood nie słabnie, a ostatnio oficjalnie przystęplowała go Akademia, wręczając Miyazakiemu honorowego Oscara za całokształt twórczości. Zresztą równo dziesięć lat po tym, jak analogiczną nagrodę dostał na Festiwalu w Wenecji.

Wydawałoby się, że Europejczycy się trochę pospieszyli. Przecież Miyazaki miał jeszcze nakręcić dwa filmy. „Ponyo on the Cliff”, gdzie w pełni zrealizowało się jego zamiłowanie do patrzenia na świat tak, jak patrzą dzieci. Oraz „Zrywa się wiatr”, gdzie w pełni zrealizowało się jego zamiłowanie do patrzenia na świat z lotu ptaka.

Tyle że oba filmy, jakkolwiek udane i urocze, nie mają takiej mocy zapadania w pamięć indywidualną i kształtowania otoczenia ogólnego, jaką miały dzieła z poprzednich dekad. „Mój sąsiad Totoro” i „Nausicaä z doliny wiatru” w latach 80., „Księżniczka Mononoke” w kolejnej dekadzie, oscarowe „Spirited Away” i romansujący z 3D „Ruchomy Zamek Hauru” z lat dwutysięcznych. „Ponyo” i „Zrywa się wiatr” wydają się jakby jednorazowe. Coś się kończy.

I bardzo dobrze. Wszystkie laurki wystawiane Studiu Ghibli wychwalają osobowość studia, jego unikatowy charakter – w opozycji do zachodnich fabryk animacji. Pokochaliśmy Ghibli za to, że jest tak bardzo ludzkie. Że w każdej klatce widać człowieka, który ją wymyślił i rysował, a przynajmniej nadzorował. Jego pasje, marzenia, obawy. Ale ludzie się starzeją, wreszcie odchodzą. Schyłek Ghibli to nieunikniony etap dziejów studia, poniekąd potwierdzający jego niezwykłość.

I w pewnym sensie pożądany. Bo alternatywą byłaby zamiana „japońskiego Disneya” w faktycznego Disneya – scenariusz, który nowy szef pracowni wydaje się niestety rozważać. Mam szczerą nadzieję, że mu się nie powiedzie. I chociaż za 10, 20, 50 lat Studia Ghibli już nie będzie, to kolejne szlagiery Disneya sprowokują takie same remiksy, jak te powyżej. A kolejne Oscary przyznawane zachodnim animacjom tworzonym przez bataliony grafików i renderfarmy będą po części Oscarami dla pewnej garstki rysowników z Tokio.

Dopiero niedawno obejrzałem pierwszy film Miyazakiego z 1979 roku, czyli jeszcze sprzed założenia Ghibli. „Zamek Cagliostro” przypomina wprawdzie raczej produkcje kolegów reżysera niż jego baśniowy dorobek, ale już wtedy objawiły się chociażby mechaniczno-lotnicze pasje Miyazakiego. Zestawienie jego pierwszej pełnometrażówki z prawdopodobnie ostatnią spina dorobek jego życia niezwykłą, podniebną klamrą.

Japan


Kto odróżnia mp3 od CD, ręka w górę

Kto odróżnia mp3 od CD, ręka w górę 12.06.2015 — 7 komentarzy

NPR publikuje serię artykułów poświęconych muzyce w sieci. Wśród nich prosty akustyczny test, który pozwala sprawdzić, czy jesteś w stanie rozpoznać nagranie dobrej jakości od średnio i mocno skompresowanej empetrójki.

Dostajemy sześć utworów, każdy w trzech wersjach: bezstratny plik wav, porządna empetrójka 320 kbps, kiepska empetrójka 128 kbps. Jest stary i nowy pop, jest hip-hop, jest klasyka rocka i klasyka klasyki. Należy wskazać nagranie najlepszej jakości.

Przeraziłbym się własnym wynikiem, gdybym asekuracyjnie nie zwalił winy na tanie Kossy podłączone bezpośrednio do laptopa – i gdyby nie rezultaty innych testujących się:

audio blind test

Wyniki głosowania były odrobinę lepsze niż losowe. Biorąc pod uwagę zasięg NPR, w teście wzięło zapewne udział przynajmniej kilka-kilkanaście tysięcy osób. A to pozwala generalnie zamknąć temat znaczenia jakości audio dla przeciętnego użytkownika.

Rezultaty byłyby może lepsze, gdyby głosujący słuchali na lepszym sprzęcie. Aczkolwiek konwertera DAC używał co dziesiąty z ankietujących się, a wszystkie utwory poprawnie wskazało tylko 1,6 proc. osób – pięć wytypowało 4,5 proc. Połowa przeinwestowała?

Zapewne pomogłoby też wyuczenie się, jak przyłapać kompresję: chociażby szczególnie uważać na góry i doły. Samo NPR podsuwa pewne tricki. Tyle że z reguły nie słuchamy muzyki w ten laboratoryjny sposób. Zabawa miała sprawdzić, czy przy normalnym użytku warto inwestować w bezstratny streaming oferowany przez kolejne serwisy.

Wyniki sugerują, że większość osób powinna poprzestać na YouTube. O ile trudność w odróżnieniu pliku wav (35-37 proc. głosów) od pliku lekko skompresowanego (32-34 proc.) mnie w ogóle nie dziwi, bo nawet profesjonaliści mają z tym kłopot, o tyle w teście niemal równie często obstawiano słynne trzeszczące mp3 (29-30 proc. typów).

W przypadku Coldplay te ostatnie wręcz wygrały. Pozornie potwierdzając w ten sposób słynne obserwacje prof. Jonathana Bergera ze Stanfordu, który od kilkunastu lat puszcza kolejnym rocznikom studentów nagrania o różnym stopniu kompresji i co roku wzrasta odsetek tych, którzy wolą mp3 od CD.

Ale losowe wyniki całego testu pokazują raczej, że jakość brzmienia po prostu nie ma znaczenia. Nie tyle przyzwyczailiśmy się do mp3, nie tyle używamy zbyt kiepskiego sprzętu lub jesteśmy zbytnimi leniami, żeby docenić lepsze audio, co zwyczajnie nie odróżniamy tych formatów mimo szczerych chęci. Strzelamy w ciemno.

Z jednym wyjątkiem: winylu. Tutaj różnicę widać, słychać, a nawet czuć. I może stąd też cały ten boom.

Fine.


Apple Music, czyli lepiej późno niż wcześnie

Apple Music, czyli lepiej późno niż wcześnie 09.06.2015 — Skomentuj

We wrześniu 1998 roku firma Diamond Multimedia zaprezentowała odtwarzacz mp3 Rio PMP300, jedno z pierwszych urządzeń tego rodzaju. Wkrótce pierwsze sztuki trafiły na amerykańskie półki sklepowe.

Bateria playera wytrzymywała nawet 12 godzin, za playera z 32 MB pamięci trzeba było zapłacić 200 dolarów, za dwukrotnie większą pojemność – 250 dol. Wraz z premierą odtwarzacza Rio wystartował sklep z legalnymi empetrójkami, RioPort.

Zaledwie trzy tygodnie po premierze futurystycznego wynalazku RIAA, osławione amerykańskie stowarzyszenie przemysłu muzycznego, zaapelowało do kalifornijskiego sądu o to, by nakazał wstrzymanie sprzedaży Rio, ponieważ jego producent miał złamać ustawę o ochronie praw autorskich.

Sąd początkowo się zgodził i dystrybucję Rio wstrzymano. I chociaż odtwarzacz został potem uniewinniony, i chociaż ostatecznie kupiło go ponad 200 tys. egzemplarzy, czym to jest w porównaniu z 400 milionami. Bo mniej więcej tyle iPodów od spóźnionej o trzy lata premiery sprzedało dotąd Apple.

*

Nie tylko historia odtwarzaczy mp3 uczy, że w branży muzycznej czy szerzej – rozrywkowej, technologicznej – pośpiech często nie popłaca. Dlatego pomimo powszechnego rozczarowania Apple Music…

daniel ek spotify apple music

…bardzo prawdopodobne, że Apple pomaszeruje teraz ścieżką wykarczowaną przez poprzedników, których będziemy sobie kiedyś wspominać tak, jak Rio. Być moze 15 mln płacących użytkowników robi pewne wrażenie, ale tylko bez kontekstu. Swego czasu sprzedanie 200 tys. odtwarzaczy mp3 też imponowało.

Fine.


Bez zdartych płyt

Bez zdartych płyt 07.06.2015 — Skomentuj

Badania potwierdzają intuicję: ponad połowa abonentów serwisów streamingowych ogranicza repetowanie płyt i utworów po wielokroć ze względu na bogactwo muzyki – 30 mln utworów – od którego dzielą ich jedynie kliknięcia. W przypadku rozczarowania szybko szukają szczęścia gdzie indziej.

50 zł zainwestowane w CD domagało się przynajmniej kilkakrotnego podejścia do kosztownego materiału. Do przeciętnych nawet rzeczy człowiek starał się samego siebie przekonać. Często nie było zresztą alternatywy – kolejny zakup przy kolejnej wypłacie. Skutek: „Słaba płyta, ale nawet ją polubiłem”.

Niby stymulowało to sławetne relacje z muzyką. Zawsze próbuję to jednak – ryzykownie – przełożyć na inne dziedziny sztuki i nie tylko sztuki. Czy chcielibyśmy ograniczyć zasoby bibliotek, liczbę dostępnych filmów i seriali, zakres kuchni oferowanych w danym mieście czy kierunków wyjazdowych – żeby wymusić „relację”, wybronić nas przed powierzchownym konsumpcjonizmem?

Autorzy grafiki piszą:

Dobry marketing i porządny singiel mogą przekonać ludzi do kupna słabego albumu. Ale jak dotąd nie wynaleziono sposobu, by przekonać ich do słuchania płyt, które im się nie podobają.

Podobnie jak w innych dziedzinach życia – także tych poważniejszych niż układanie playlisty – ochłonięcie z ekscytacji otwartym nagle kramem alternatyw może nam zając dłuższą chwilę. Szczególnie starszym pokoleniom, bo młodsze dorastają już w warunkach nadpodaży i z radością nurzają się w morzu możliwości.

Ciekawe tylko, jaki będzie kształt świata muzyki mocniejszej (wymuszonej streamingiem i „rozpakowaniem” albumu), z którą łączą nas jednak słabsze relacje (bo skaczemy z kwiatka na kwiatek). A może odpowiedź co roku poznajemy już od dawna przy okazji letnich festiwali.

Fine.


Koncerty czerwcowe (można uzupełniać)

Koncerty czerwcowe (można uzupełniać) 02.06.2015 — 3 komentarzy

1 czerwca – Russell / Beresford / Edwards / Solberg, Pardon To Tu, Warszawa
2 czerwca – Testament, B90, Gdańsk
3 czerwca – President Bongo, B90, Gdańsk
4, 5, 6, 7 czerwca – theUse, Poznań / Toruń / Aleksandrów Kujawski / Włocławek
5-6 czerwca – LDZ Music Festival, Łódź (Kristen, The Phantom, Paweł Szamburski)
7 czerwca – Rock In Summer, Hala Wisły, Kraków (Limp Bizkit)
7 czerwca – Die Dicken Finger, Pardon To Tu, Warszawa
7-28 czerwca – Basso, Warszawa (Ivan Monighetti, Irena i Vojtěch Havlovi)
8, 9 czerwca – Buke and Gase, Kulturalna, Warszawa / Betel, Kraków
9 czerwca- La Dispute, Hydrozagadka, Warszawa
9 czerwca – Impact Festival, Łódź (Slipknot, Gojira, Godsmack, Lion Shepherd)
9, 10, 11 czerwca – Airbourne, Alibi, Wrocław / Proxima, Warszawa / B90, Gdańsk
10 czerwca – Slow Magic, Miłość, Warszawa
10, 11 czerwca – Alexander von Schlippenbach Trio, Pardon To Tu, Warszawa
11-14 czerwca – Ethno Port, Poznań (Noura Mint Seymali, Bassekou Kouyate, Catrin Finch)
12 czerwca – Noel Gallagher, Torwar, Warszawa
12 czerwca – Fiordmoss, Plac Wolności, Poznań (Malta Festival)
11-13 czerwca – Match & Fuse, Warszawa (Fire!, Kinsky, Acre, The Jist, Alfie Ryner)
12-14 czerwca – Orange Warsaw, Warszawa (Mark Ronson, Muse, Benjamin Clementine)
13 czerwca – Coreyah, Park Agrykola, Warszawa (Korea Festival)
16 czerwca – Rock In Summer, Progresja, W-wa (Body Count & Ice-T, Suicidal Tendencies)
16-20 czerwca – Life Festival, Oświęcim (Manu Chao, Chris De Burgh)
17 czerwca – The Gaslight Anthem, Proxima, Warszawa
18, 19 czerwca – Jozef van Wissem, Pardon To Tu, Warszawa / Festiwal 4 Kultur, Łódź
19-21 czerwca – Art of Improvisation, Wrocław (John Butcher Trio, Trapist, Help Me To Crash)
20 czerwca – The Charlatans, Podzamcze, Warszawa (Wianki)
20, 21 czerwca – Carsick Cars, Chmury, Warszawa / Wrocławskie Neony, Wrocław
22 czerwca – Roxette, Torwar, Warszawa
22, 23 czerwca – Nothing But Thieves, Pod Minogą, Poznań / Hydrozagadka, Warszawa
22, 23 czerwca – King Ayisoba, Plac Zabaw, Warszawa / Re, Kraków
23 czerwca – Cakes Da Killa, Plac Wolności, Poznań (Malta Festival)
23 czerwca – Flying Lotus, Teatr Studio, Warszawa
25 czerwca – The Sweet Serenades, Plac Wolności, Poznań (Malta Festival)
26-28 czerwca – Halfway Festival, Białystok (Sharon Van Etten, The Antlers, Vök, Maggie Björklund)
27 czerwca – Judas Priest, Atlas Arena, Łódź
27 czerwca – Michael Nyman Band, Poznań (Malta Festival)
28 czerwca – Lodovica Comello, Arena Ursynów, Warszaw
29 czerwca – Antemasque, Proxima, Warszawa
27, 28, 29 czerwca – Zs, Dwie Zmiany, Sopot / Plac Zabaw, Warszawa / Re, Kraków

Fine.



e-Festiwale

e-Festiwale 25.05.2015 — Skomentuj

Z badań zrealizowanych w 2014 r. dla Live Nation Entertainment w Stanach Zjednoczonych wynika, że podczas koncertów 85 proc. badanych robi zdjęcia telefonami, 68 proc. wysyła esemesy, a 57 proc. pisze o wydarzeniu na Facebooku.

Jakub Knera w tekście o koncertowym savoir-vivrze.

Fine.