Brodka jak Björk?

Brodka jak Björk? 23.05.2016 — Skomentuj

By nie zwariować od nadmiaru możliwości, na starcie postanowiłem zupełnie zignorować brytyjskich i amerykańskich wykonawców na tegorocznym The Great Escape. I skoncentrować się na reszcie świata i w jej kontekście występach Polaków.

O tych ostatnich piszę w dłuższym tekście z ryzykowną Björk w tytule.

*

Oficjalnie jechałem dla naszych, a tak naprawdę dla urodzonej w RPA, zamieszkałej w Niemczech dziewczyny, która zaczynała od grania na ulicach europejskich stolic i tę szkołę doskonale widać było na koncercie w Brighton. Nagłośnienie trzykrotnie jej nawalało, ale problemy obracała w żart, tylko zyskując sympatię publiczności. A po odzyskaniu fonii z tą samą lekkością pokrzykiwała na ostatnie rzędy, by ucichli, bo „właśnie obnaża głębię swej duszy”.

O ile po Alice Phoebe Lou spodziewałem się pięknego występu, choć pewnie nie aż tak, a Songhoy Blues gwarantowali nadmiar radości – skądinąd zagrali przed największym i najbardziej roztańczonym tłumem, jaki widziałem na tym festiwalu – o tyle zaskoczyła mnie swym magnetyzmem norweska EERA. Skrzyżowanie charyzmy PJ Harvey z precyzją Radiohead, mocnego wokalu z ciągłym główkowaniem nad gryfem = jestem fanem.

*

Wspólnymi siłami na the Great Escape walczyli o uwagę Litwini i Łotysze. Alina Orlova w kościele przypominała trochę Gabę Kulkę za tym swoim nieprzewidywalnym fortepianem. Świetnie wypadł młody duet Howling Owl, zdrowo porąbany, efektowny wizualnie, a do tego perkusista obsługuje jednocześnie bębny i klawisze. Odkryta przez nas niedawno Alise Joste zagrała przyjemny akustyczny set.

*

Jednak widziałem Amerykanów.

Fine.


iNowa Tradycja

iNowa Tradycja 18.05.2016 — Skomentuj

Na początku był iPhone. Mistrz indyjskiej muzyki klasycznej wykonywanej na inkrustowanej lap slide guitar zbudowanej według jego własnego projektu pożyczył od swego uturbanowanego tablisty smartfon i zapodał newage’owy tamburowy/sitarowy (?) loop. Uroczysty finał tegorocznej Nowej Tradycji nie zapowiadał się zbyt dobrze.

Ale loop szybko schował się w tle. Debashish Bhattacharya senne plumkanie zaczął stopniowo rozkręcać aż do manualnej akrobatyki – oj było co podziwiać z drugiego rzędu. A towarzyszący mu Gurdain Rayatt okazał się bębniarskim wymiataczem i scenicznym wrażliwcem, bo swemu mistrzowi czytał z metalowych naparstków. Było hipnotycznie, bywało ekscytująco.

Wcześniej na scenę Lutosławskiego wstępowali tegoroczni zwycięzcy Nowej Tradycji. Najbardziej urzekł mnie duet Maniucha i Ksawery – niezwykły miks ludowego śpiewu i avantowej półimprowizacji – a najbardziej ucieszyła nagroda specjalna Złote Gęśle dla Wojciecha Zaziąbło z zespołu Tryptyk. Bo grupa to z Tylmanowej, rzut kamieniem z moich rodzinnych Pienin.

*

Z okazji kolejnej Nowej Tradycji w „Polityce” ukazała się rozmowa z Simonem Broughtonem, uroczym człowiekiem i szefem worldmusikowej wyroczni „Songlines”, od której wspomniany Debashish otrzymał niedawno regionalną nagrodę.

Broughton jest też pewnie największym znawcą polskiej muzyki korzeni poza Polską. A pewnie i w kraju wielu konkurentów nie ma. Ma za to przewagę stażu. Nasze tradycje zaczął zgłębiać już na początku lat 90., gdy przeprowadził się do Krakowa.

A wtedy, jak mówi, „Polaków lokalna muzyka tradycyjna nie obchodziła”:

Polacy przez długi czas czuli się zakłopotani wyczynami niektórych wykonawców niby związanych z muzyką ludową. Czy to ze względu na „efekt Śląska”, czy to przez przekonanie, że polska muzyka tradycyjna jest zbyt prymitywna, by cokolwiek osiągnąć na szczeblu światowym.

I rzeczywiście nie ma co liczyć na sukcesy porównywalne z gwiazdami muzyki kubańskiej, brazylijskiej czy afrykańskiej. Już sam tropikalny nastrój muzyki z południa kojarzy się ze słońcem, przyjemnie spędzonym czasem.

A z czym kojarzy się polska muzyka?

Z intensywnością. Pewnym… udręczeniem. Na pewno nie obiecuje chwili relaksu, ale raczej refleksji. Ma w sobie ogromny ładunek emocjonalny. Osobiście mam problem z muzyką brazylijską, bo wydaje mi się nijaka.

Polskich wykonawców ten problem nie dotyczy. Bywają wymagający, początkowo nawet trudni do słuchania. Ale ten wysiłek się zwraca. To znana zasada: jeśli zainwestujesz w muzykę więcej uwagi, ona ci się za to odwdzięczy.

Cały wywiad tutaj.

Fine.


Pozycja dominująca

Pozycja dominująca 12.05.2016 — 2 komentarzy

„Wywołaliśmy pożar tym wywiadem” – napisał mi nasz grecki korespondent po publikacji tego niewinnego wywiadu. Poszło o zdanie, w którym artysta tłumaczył powód zmiany wytwórni z lokalnej (Inner Ear) na globalną (The Native Sound):

In Greece, when we refer to Greek record labels we basically mean Inner-Ear, which functions as an umbrella to most of the indie sound. I think that the way they work is quite amateurish compared to labels abroad, and it was a big mistake to sign with them when I started.

Podobno przez cała resztę dnia artysta i jego ekswytwórnia przerzucali się argumentami, a prywatnie może i zniewagami. A dyskusji uważnie przysłuchiwały się szeregi słuchaczy, a przede wszystkim muzyków. Bo w greckim niezalu Inner Ear to niemal monopolista, wybór tyleż oczywisty dla młodych wykonawców, co poniekąd jedyny.

*

Przypomniała mi ta sytuacja prezentację rodzimych dystrybutorów kontentu cyfrowego, którzy opowiadali o sobie w ramach konferencji towarzyszącej niedawnemu festiwalowi Spring Break. Jeden z nich – nie pamiętam czy, przedstawiciel Independent Digital czy e-Muzyki – wspomniał, że jego firma współpracuje z szeregiem niezależnych oficyn krajowych, których liczba przekracza bodaj dwieście. A może nawet 250?

Przypomniał mi się także ciekawy artykuł Kaśki Paluch o wytwórniach U Know Me Records oraz Lado ABC, które niedługo spotkają się na jednej scenie. Z jej rozmów z bohaterami rodzimej alternatywy dało się odczuć, jak szeroka zrobiła się ta nasza scena, skoro dwie tak prominentne instytucje spotykają się dopiero teraz. W mniejszym świecie muzycy i wydawcy z tych wytwórni kolaborowaliby permanentnie. A po drugie: dzięki takiemu rozproszeniu same wytwórnie miewają charakter nie mniej wyrazisty niż wykonawcy, których reprezentują.

Ma pewne zalety monolit w stylu greckim, a do pewnego stopnia także słowackim (Slnko Records), czeskim (Indie Scope), czy w głębokim niezalu nawet francuskim (La Souterraine). Z perspektywy wewnętrznej chodzi o siłę przebicia, takie instytucje odgrywającą rolę fonograficznego Off Festivalu. Dla słuchaczy zagranicznych czy leniwych miejscowych to z kolei wygoda. Wystarczy śledzić jeden label i ogarnia się większość lokalnego niezalu. Dzięki kanałowi Inner Ear często dowiaduję się o greckich nowinkach przed tamtejszymi pitchforkami.

A w Polsce? Gdybyście chcieli mnie pytać, kto, z kim, kiedy i co wydaje – z góry się poddaję.

*

A propos pozycji dominującej, Bartek Chaciński dokonał czynu niegodnego i po latach niemal codziennego publikowania wpisów na Polifonii w ramach jubileuszu bloga publikował dziś wcale niekrótkie wpisy co godzinę.

Dziennikarsko podziwiam, koleżeńsko gratuluję, czytelniczo dziękuję. Dla współblogerów wszelako – litości.

*

A propos sporów i Bartka, który przed laty zamówił u mnie artykuł o pisanym języku mówionym, wygląda na to, że tydzień temu wspiąłem się na szczyt kariery publicystycznej.

Przy czym featuring na maturze z polskiego z tym właśnie tekstem o tyle bawi, że owa publikacja została pierwotnie oprotestowana przez pewnego wrażliwego językowo czytelnika. Skarżył się on redakcji, pisownia oryginalna, następująco:

Z satysfakcją przeczytałem „NIEZBĘDNIK o języku”.Udany numer,w moim przekonaniu,ale trafiła się Wam niezła wtopa w artykule Mariusza Hermy „Pisany język mówiony” – autor (chyba nie językoznawca jednak),kończąc swój tekst używa sformułowania – cytuję – „…bo wszak nie o nośnik,lecz o treść SIĘ ROZCHODZI (podkr. moje-RS).” Zgroza,i to właśnie w numerze o języku,jego prawidłach,etc.Nie będę przywoływał znanego pytania „co się rozchodzi?” bo wszyscy chyba znają na nie odpowiedź…Z poważaniem,

Zdecydowanie nie językoznawca. Dobrze, że chociaż matura zdana.

Fine.



Kogo zobaczę na Spring Breaku

Kogo zobaczę na Spring Breaku 20.04.2016 — Skomentuj

106 wykonawców ma wystąpić na rozpoczynającym się jutro festiwalu Spring Break. Z tego tylko – choć w kontekście poprzednich edycji imprezy może „aż” – trzynastu przyjedzie z zagranicy bliższej (wschodzące łotewskie gwiazdy Carnival Youth) lub dalszej (ktoś tam ze Stanów). Ilu uda się zobaczyć?

Kilka miesięcy temu przysłuchiwałem się dyskusji o showcase’ach, w której uczestniczyła Magda Jensen, turmenedżerka Brodki czy opiekunka Pauli & Karola. W 15 minut wyłożyła plan działań, jakie jakie każdy wykonawca powinien podjąć przed takim branżowym zlotem, żeby odczuć jakikolwiek efekt po. Od uruchamiania znajomości po rozdawanie ulotek.

Żałuję, że tego miniwykładu nie nagrałem, bo coraz wyraźniej widać, że takiej podstawowej wiedzy naszym zespołom brakuje. A przede wszystkim brakuje ludzi, którzy mogliby ich w takich działaniach wyręczyć. Uświadamianie sobie tej luki wynika zapewne z faktu, że artyści sprofesjonalizowali się nam w innych aspektach. I mają już produkty na światowym poziomie, lecz nie potrafią ich światu sprzedać. Owocują też wreszcie sponsorowane kontakty z zagranicą i przyglądanie się, jak to robią inni.

A jak to robią inni?

Drobny, ale znamienny przykład z mojej działki: przed festiwalem MENT Lublana przez cały tydzień dostawałem maile od menedżerów i zespołów z zaproszeniami na ich występy i linkami do najbardziej korzystnych youtube’ów. Z niektórymi nawet pomailowałem, potem masa pocztowa mnie przerosła. Ale kilka z kilkudziesięciu samochwał przekonało mnie do wybrania się na ich koncert, który w przeciwnym razie bym zupełnie przegapił lub niesprawiedliwie zbagatelizował.

Ilu wykonawców przed Spring Breakiem przejrzało gotowca, jakim jest lista delegatów? Jeśli mnie Gmail nie myli, osobiście otrzymałem dwa listy. Od menedżerki zespołu Bibobit oraz agencji Follow The Step, „która jest odpowiedzialna za takich artystów, jak KVBA, New Rome czy Jakub Kusior„. Żadnego z tych wykonawców dotąd nie znałem, więc tym chętniej sprawdziłem linki.

Milczenie reszty wynikać może z nieświadomości lub przekonania, że prawdziwa sztuka sprzeda się sama. Tylko dlaczego w takim razie w ogóle ciągać ową sztukę na bazar, bo tym właśnie są festiwale showcase’owe? Jeszcze pożałuję tego apelu, ale naprawdę: piszcie!

Fine.


Kultura z algorytmu

Kultura z algorytmu 16.04.2016 — 4 komentarzy

Nie tylko o Netfliksie i serialu „House of Cards”, wyreżyserowanym niejako przez big data, rozmawiałem z analitykiem firmy, która Netfliksa w tych niebywałych rachunkach wspiera.

Tekst okazał się jednym z tych, które pisze się bez większego przekonania, czy mają większy sens. Bo przecież wszyscy wszystko to wiemy. A potem przychodzą maile o treści: Wstrząsające.

Co ciekawe, tę przerażającą niektórych inwigilację inni wymieniają wśród głównych powodów, dla których pokochali Netfliksa. Że uch rozpoznaje, że wie, gdzie przerwali oglądanie.

Obstawiam więc, że odważne prognozy z końca artykułu nie tylko staną się rzeczywistością szybciej, niż byśmy sądzili, ale też że uznamy te usprawnienia za naturalne – tak jak wszystkie dotychczasowe.

Fine.


Wschód niezachu

Wschód niezachu 08.04.2016 — Skomentuj

Kilka dni temu jedna moich ulubionych młodych artystek koreańskich ogłosiła hucznie swoją pierwszą trasę europejską. Rozpiska: Warsaw, Poznan, London. Przy czym ten ostatni jeszcze nie do końca potwierdzony.

Trudno pochwalić menedżera artystki za takie osiągnięcie – bo z naszej perspektywy wygląda to raczej na żart – i powinniśmy raczej przypisać te wydarzenia stronie polskiej. Ale z Korei taka trasa wygląda inaczej. Kiedyś nasz koreański korespondent pochwalił mi się, że właśnie wraz z grupą przyjaciół spędził parę godzin na wystawie polskiej sztuki w Seulu. (Pisałem o jej chińskiej edycji). Na pytanie, co im strzeliło do głowy, odparł: bo my tu w Korei bardzo lubimy Europę Północną!

Z perspektywy azjatyckiej jesteśmy zachodem albo północą – tak czy inaczej budzimy ciekawość, kojarzymy się z jakością i nowocześnią. I to warto wykorzystywać w działaniach importowych, bo Azjaci przyjadą do nas bez poczucia, że robią łaskę. I tak naprawdę chodzi im tylko o to, by odbić się z Warszawy do Paryża.

Ale korzystne skojarzenia przede wszystkim sprzyjają działaniom eksportowym, co potwierdził chociażby odzew na polskich jazzmanów w Chinach. Po zeszłorocznej trasie Pink Freud i Jazzpospolitej na ten rok szykowana jest jeszcze większa jazzująca wyprawa. Na festiwalu Strawberry w Szanghaju i Pekinie – lokalnym odpowiedniku Glastonbury – wystąpią Tides from Nebula. I będą tam traktowani zupełnie inaczej niż na festiwalach zachodnioeuropejskich czy przereklamowanym SXSW.

*

Tymczasem niezach – jak to określił ostatnio Bartek Chaciński na wzór niezalu – będzie miał w Polsce fantastyczny rok. Przed chwilą Off Festival ogłosił swoich najważniejszych tegorocznych artystów (choć może jeszcze o tym nie wie). Czyli japońskie goat – piąte miejsce z naszego lokalnego Best of 2015 – koreańskie Jambinai, egipskie Islam Chipsy, znakomitą norweską Jenny Hval, nigeryjskiego saksofonistę Orlando Juliusa wraz z The Heliocentrics i ghańskiego Aka Kak.

Gdyby nie te ostatnie katowickie ogłoszenia, miłośników niezachu należałoby wysłać przede wszystkim do Białegostoku na Halfway Festival. Dwa niebywałe rarytasy: islandzki Mammút, których podejrzewam o jeszcze bardziej wyraziste koncerty niż to, co prezentują w studiu, oraz Eivør z Wysp Owczych, która właśnie zgarnęła lokalne nagrody fonograficzne. Poza tym z Norwegii przyjedzie Ane Brun. Będzie izraelsko-londyńskie Acollective. Białoruskie Intelligency. Estońskie Odd Hugo. I w tym fantastycznym kontekście dopiero na końcu chce się wymienić Destroyera i Wilco. Właśnie takich proporcji życzyłbym wszystkim festiwalom.

To tylko dwa mocne akcenty festiwalowe. A przecież coraz trudniej nadążyć za pojedynczymi koncertami – nawet tylko niezachowymi, nawet tylko w stolicy. Wczoraj w Progresji grali Rodrigo y Gabriela. Za chwilę to samo miejsce nawiedzi Kiasmos, czyli nowy projekt Ólafura Arnaldsa. Pod koniec miesiąca wpadnie szwajcarska Tunezyjka Soraya Ksontini. A w maju powrócą Konono n°1. Potem wspomniana Neon Bunny, a w czerwcu eksperymentujący chilijski Föllakzoid…

Mam świadomość, że moja zakładka koncertowa jest coraz bardziej dziurawa. I tylko mnie to cieszy.

*

Oczywiście największym tegorocznym świętem niezachu będzie poznański Spring Break, ale o nim napiszę jeszcze oddzielnie.

I oczywiście jestem przekonany, że o żadnym niezachu nie będzie mowy. Bo za jakiś czas to będzie po prostu „muzyka”, a wprowadzimy raczej etykietkę „zach” dla muzyków z pewnej niewielkiej anglosaskiej enklawy. Kilku krajów, dla których kiedyś zapomnieliśmy o kilkudziesięciu innych. Na szczęście właśnie sobie o nich przypominamy, a one o nas.

Fine.



Scena beehype na Off Festivalu

Scena beehype na Off Festivalu 01.04.2016 — 8 komentarzy

Rozmowy trwały całe dwa lata, pierwotnie umownym warunkiem było przekroczenie 10 tysięcy lajków na fejsie, ale dostaliśmy rabat. Drugiego i trzeciego dnia Off Festivalu już oficjalnie zapraszam przed scenę beehype, ulokowaną ustronnie za eksperymentalną.

Na 99% mamy potwierdzonych następujących wykonawców:

Do tej piętnastki ktoś może jeszcze dołączyć, a ktoś z niej ubyć. Ostateczny program powinien mieć jednak kształt bliski powyższemu i z podobnymi proporcjami geograficznymi (za rok obiecujemy więcej Afryki).

Przy okazji wielkie podziękowanie dla sympatyków bihajpa, którzy pomagali w kontaktach i negocjacjach, a także dla instytucji wspierających: EEA Grants, Beirut and BeyondCool JapanKorean Wave oraz Hivos International.

Fine.

 


Drugi debiut Julii

Drugi debiut Julii 26.03.2016 — 5 komentarzy

Tematem drugiego numeru Gazety Magnetofonowej nie powinno być DIY, ale polskie dziewczyny. Zrób-to-sam zdominowały spore wywiady – według kolejności występowania – z Justyną z Domowych Melodii, Julią Marcell, Marią Peszek, Rebeką, Anią Dąbrowską i Brodką.

I fajnie. Bo początek roku zapowiadał się dziewczęco i z tygodnia na tydzień takim właśnie okazuje. Mamy już za sobą parę mocnych premier, a tej wiosny jeszcze chociażby Xxanaxx z jednej strony, Soniamiki z drugiej, Reni Jusis z trzeciej, i najciekawsze zapewne debiuty sceniczne na Spring Breaku.

A propos debiutów:

Graliśmy kiedyś w Tallinie. Organizatorzy skupili się na promowaniu muzyki ze wschodu, lokalnych rynków, co uważam za wspaniały pomysł. Kompletnie nikogo nie znałam, wybieranie koncertów było jak ruletka.

W ulotce z line-upem przy niektórych nazwach znajdowały się takie małe gwiazdeczki, sugerujące, że warto zainteresować się tymi występami. Ogromny przekrój muzyczny, każdy z tych zespołów był naprawdę dobry, interesujący, śpiewali głównie po angielsku. Można wybrać na ślepo i zawsze trafisz na coś fajnego, to niesamowite.

I to też dało mi poczucie, że warto wspierać i promować lokalne sceny wśród lokalnej publiczności. Przy takim nawale propozycji z każdej strony, dostępnych na kliknięcie myszki, przy tej masie zespołów ze wszystkich stron świata, walczących o twoją uwagę, najbardziej interesuje mnie właśnie muzyka, która powstaje w Polsce.

To z wywiadu Anny Nicz z Julią Marcell dla „Gazety Magnetofonowej” właśnie. Fragment ten niby nie dotyczy samej płyty. Ale mnie pomógł zrozumieć przyczyny świetności „Proxy”, a konkretnie muzyczną niepolskość tej pierwszego polskiego wyczynu Julii.

Gdy rodzimy artyści, którzy śpiewają przeważnie po angielsku – automatycznie muzykę bardzo anglosaską – decydują się zrobić wyjątek i skorzystać z polszczyzny, zazwyczaj od razu polską staje się również ich muzyka. Język wydaje się tak narzucać muzyce, że inspiracje londyńskie magicznie odmieniają się w dziedzictwo polskiego songwritingu czy postodołowego punku.

I tak też było w przypadku Julii, gdy na poprzedniej płycie zaśpiewała swój pierwszy polski kawałek. Wraz z tekstem od razu zmieniło się wszystko: charakter, melodie, akcenty, brzmienie, a przede wszystkim sam wokal Julii. Inny język = inna artystka.

Z „Proxy” jest inaczej. W większości utworów można by podmienić słowa z lokalnych i aktualnych na angielskie i ogólnikowe, a pozostałyby tymi samymi utworami. Refrenowe „Zmie-ni-łeś-mi-us-trój” mogłoby być pjharveyowym „Oh-Eng-land-oh-Eng-land” albo coldplayowym „I’ll-love-you-to-mor-row”. A gdyby wokale zastąpić wokalizami, nie odgadłbym, czy to twór krajowy czy zachodni. Zresztą krótki refren „Andrew”, który mógłby być i Maleńczukowym, i Waitsowym, sama Julia w końcu wyśpiewuje na „a”, by potem oddać go smykom.

Przy fascynacji eskalacją polskiej sceny muzycznej i rosnącym jej bogactwem w tych ostatnich latach wciąż miałem poczucie, że muzycznie funkcjonują na niej dwa równoległe światy: śpiewających po polsku i śpiewających po angielsku. I nie chodzi o konkretne osoby, bo wielu z nich – od Rycerzyków po Dawida Podsiadło – bywa tu i tam. I ma jakby dwa odrębne repertuary.

„Proxy” zachwyca syntezą zachodnich inspiracji, wieloletnich doświadczeń Julii oraz jej przyzwyczajeń wykonawczych z neofickim, dziecięcym wręcz zachwytem mową ojczystą. Jest syntezą, na jaką czekałem chyba od „Lake & Flames”. Czyli gdy nasi zaczęli z coraz większą częstotliwością pokazywać, że potrafią tworzyć zachodnie piosenki na zachodnim poziomie – dziś już nikogo to nie dziwi.

Z każdą kolejną światowo brzmiącą premierą narastało jednak pytanie, czy przy okazji muszą zatracać się w oceanie genealogicznie anonimowych wykonawców i gubić pochodzenie, które przestaje być mankamentem, a staje się – patrz ostatnie zdanie z wypowiedzi Julii, patrz sukces Spring Breaku – atutem.

I choć „Proxy” nie jest zapewne pierwszym udanym przykładem polsko-anglosaskiej fuzji, wydaje mi się być pierwszym tak zauważalnym i kompletnym przykładem tego, jak nasi wykonawcy mogą światowe inspiracje i ambicje łączyć z polską genezą, a nie porzucać jedne dla drugich. I stąd ten „debiut”, którym wydaje mi się czwarta płyta Julii Marcell dla niej i dla sceny.

Fine.