Znaki czasu

Znaki czasu 16.09.2014 — Skomentuj

Znajoma, z którą obejrzałem wreszcie „Boyhood”, stwierdziła po wyjściu z sympatycznie opustoszałego jak zawsze kina Iluzjon, że to jeden z tych filmów, po obejrzeniu których w zasadzie nie ma się nic do powiedzenia. Dopiero po jakimś tygodniu, przy jakimś śniadaniu, łapiesz się na tym, że opowiadasz współbiesiadnikom, jaki to fenomenalny film widziałeś przed tygodniem.

A omawiać można mnogość aspektów. Od fenomenalnego pomysłu i wszystkiego, co musiało stać za realizacją tego karkołomnego przedsięwzięcia – choćby skrzykiwanie tej samej ekipy, której najważniejszy aktor w zasadzie nie jest aktorem – po efektowne przełożenie tych 12 lat kręcenia na 165 minut wyświetlania. Być może za tydzień dopadnę kogoś przy jakimś śniadaniu. Tu chciałem o jednym: znacznikach czasu.

Reżyser nie musi po każdym cięciu wypisywać rzeczy w rodzaju „3 years later”, bo upływ lat w przybliżeniu można wyczytać z twarzy bohaterów. A precyzyjnie z ich dialogów. Wyścig Obamy z Bushem. Dyskusje o być albo nie być na Facebooku. Wątek podsłuchów NSA. W tej oderwanej od świata historii świata jest wbrew pozorom całkiem sporo. No i są znaczniki muzyczne.

„Boyhood” zaczyna się od „Yellow” Coldplay, zaraz potem słyszymy „Oops I Did It Again” w wykonaniu córki reżysera. Dalej The Hives, Blink 182, Aaliyah, Cat Power. Wiemy, gdzie jesteśmy. Przez Gnarls Barkley docieramy do Vampire Weekend i Phoenix, wreszcie wraz z Lady Gagą wkraczamy w dorosłość. Potem rock po raz kolejny zmartwychwstaje dzięki Kings of Leon, Arcade Fire czy The Black Keys. Za chwilę konkretną datę znowu wypunktują Gotye i Kimbra.

W sumie naliczyłem ponad 50 piosenek, z których sporą część (współ)śpiewają aktorzy. O dobór piosenek reżysera filmu, Richarda Linklatera, pytał Janusz Wróblewski, a ten szczerze odpowiedział:

Nie miałem pojęcia, czego słuchają ośmio-, dwunastolatki. Pomagali mi się w tym rozeznać konsultanci. Z Ethanem [Hawke], który ma wyrobiony gust, sprawa była prosta. On lubi Pink Floyd, Radiohead, Beatelsów, i to dyktowało wybór. Przebój „Get Lucky” Daft Punk w finale poniekąd narzucał się sam.

I tu pojawia się ciekawy wyłom w konsekwencji reżysera. Bohaterowie „Boyhood” rozmawiają o Obamie, Iraku, Facebooku i NSA, bo w chwili kręcenia danych scen rzeczywiście tematy te dominowały w codziennych rozmowach. Wyglądają tak, jak wyglądają, bo tak wówczas wyglądali. Z muzyką jest inaczej.

Znaczniki muzyczne nie zapisywały się na filmie wraz z jego kręceniem. Z nielicznymi wyjątkami – gdy Samantha jara się klipami Lady Gagi albo gdy Mason senior puszcza Masonowi juniorowi Wilco – znaczniki muzyczne dodano po fakcie. Dzisiaj. Według dzisiejszych wyobrażeń na temat powszechnych fascynacji sprzed lat. I to przefiltrowanych przez gust jednego z aktorów – wcale nie pierwszoplanowego.

W tym jednym wymiarze „Boyhood” nie jest więc (bezcennym) zapisem, ale (tylko) próbą odtworzenia ówczesnego ducha (ówczesnych duchów). Mimo że filmu słucha się równie dobrze, jak go ogląda, w tym jednym aspekcie wydaje się więc straconą szansą. Dobrze pokazuje to zresztą przypadek Daft Punk, o którym wspomina wyżej reżyser. Rzeczywiście narzucał się sam. Tyle że z finalnej wersji – przynajmniej tej dystrybuowanej w Polsce – reżyser „Get Lucky” ostatecznie wyciął.

 

Fine.


Kolekcjoner

Kolekcjoner 12.09.2014 — Skomentuj

Jesienią ubiegłego roku pod bankrutujący sklep płytowy w Pittsburghu – jego właściciel twierdził, że ma największą kolekcję winylów na świecie – podjechało osiem tirów. Po załadowaniu do pełna czarnymi płytami, odjechały na południe. Konkretnie do pewnego magazynu w São Paulo, gdzie 17 stażystów dzień po dniu usiłuje katalogować kolejne dostawy długo- i krótkograjów, po pół tysiąca dziennie.

Właściciel magazynów i pracodawca stażystów nazywa się Zero Freitas i na co dzień zarządza czołową brazylijską firmą autobusową. W czasie wolnym rozrzuca po prasie muzycznej ogłoszenia w stylu:

RECORD COLLECTIONS. We BUY any record collection. Any style of music. We pay HIGHER prices than anyone else.

Mimo że na półkach (i podłogach) leży już kilka milionów płyt, Freitas wciąż cieszy się każdym nowym egzemplarzem. Pytany o powody tego wszystkiego, odpowiada: „Nie wiem”.

Na weekend serdecznie polecam lekturę artykułu o największym kolekcjonerze winyli na świecie.

Fine.


Gaba Kulka

Gaba Kulka 10.09.2014 — Jeden komentarz

Wykonuję dziwny zawód. Pracuję emocjami swoimi i słuchacza. Co jakiś czas zostawiam dom i jadę w obce miejsce, do obcych ludzi. I pokazuję im coś, co jest najbliżej mojego serca – bliżej nieraz niż to, czym dzielę się z rodziną i przyjaciółmi. Z drugiej strony uciekam w ten sposób do równoległego świata koncertów, scen, publiczności. Tworzę coś ulotnego, co jest zarazem niebywale silnym przeżyciem. Trudno potem zejść z tych wyżyn endorfin.

Technika powinna zabezpieczać człowieka przed tym, by nie rozpadł się na milion kawałków. Ale po każdym koncercie musisz od nowa zbierać te kawałki, pakować je do walizki i wracać do domu. Ale nasz basista Wojtek Traczyk pocieszał mnie kiedyś: „Nie przejmuj się, aktorzy mają gorzej”.

Na dzień przed wylotem do Londynu na jeden z powrotnych koncertów Kate Bush – zamiast siedzieć w Polsce i promować swój nowy album – Gaba Kulka spotkała się ze mną i z Olą Żelazińską, by opowiedzieć o „The Escapist”, kamerach na koncertach i streamingu w domu.

Cały wywiad w dzisiejszej „Polityce”, fragment online.

Fine.


Nośniki konsensusu

Nośniki konsensusu 09.09.2014 — 2 komentarzy

Pitchfork przedrukowuje esej „Worth Their Wait” Simona Reynoldsa o złotych czasach drukowanej prasy muzycznej. Tekst pierwotnie ukazał się w papierowym kwartalniku The Pitchfork Review. Jak to zwykle u Reynoldsa, wątki prywatne przeplatają się w nim z obserwacjami makro. I jak to zwykle u Reynoldsa, warto przeczytać całość.

Część opowieści wyda się nam egzotyczna. Chociażby szacunkowe wyliczenie, że na przełomie lat 70. i 80. mniej więcej co dwudziesty Brytyjczyk czytał któreś z głównych brytyjskich pism muzycznych: przede wszystkim New Musical Express, ale także Melody Maker, Sounds oraz Record Mirror. Wpływ tego pierwszego na grupę docelową sprawiał, że reklamodawcy musieli i chcieli regularnie bulić. W rezultacie NME stać było na zadrukowywanie 80 stron tygodniowo.

Masowy posłuch sprawiał, że prasa przestała jedynie dokumentować przebieg wydarzeń na scenie muzycznej. A postanowiła je kreować. Zachowuj się tak – pisze Reynolds – jakbyś był władny nawracać muzykę we właściwym kierunku, a wkrótce ludzie ci uwierzą. I rzeczywiście będziesz nimi sterował. Do ciebie udadzą po informację, co w muzyce się dzieje – i dokąd zmierza.

Po tego rodzaju wyroczniach nie pozostał dziś oczywiście ślad, czego autor nie omieszkał zauważyć:

Gdybym miał streścić wszystkie przenikające się aspekty prasy papierowej w kilku słowach, byłyby to: synchronizacja, koncentracja, względna trwałość, aura instytucjonalności i władzy (autorytet). Wszystkie one uległy wyczerpaniu, uszkodzeniu lub wprost zanikły w obecnym krajobrazie muzycznym.

Z tą synchronizacją bym się trochę spierał. Sam Reynolds zauważa, że wieści z Wysp docierały z niemal rocznym opóźnieniem do Nowej Zelandii czy Australii, o rynkach nieanglosaskich nie wspominając. A że w tamtych dekadach trendy muzyczne potrafiły się zmieniać z roku na rok, ludzie (w miarę) tej samej kultury przeżywali np. w 1976 roku zupełnie inne momenty muzyczne.

Nawet jeśli Reynolds myśli tylko o Wielkiej Brytanii, to i tak trudno o większą synchronizację, niż w epoce internetu. W ciągu minuty wieść o wycieku nowej płyty obiega kraj (i świat). W ciągu godziny mamy pierwsze recenzje. Po tygodniu temat zamknięty. Ledwie kilka tygodni temu usłyszeliśmy, że w 2014 roku (!) wytwórnie wreszcie postanowiły ujednolicić globalne daty premier, tak aby żaden kontynent nie czuł się poszkodowany – i zmuszony kupować/ściągać kontent z zagranicy.

Istotniejsze wydaje się jednak pytanie, czy rzeczywiście zatraciliśmy poczucie i nośniki konsensusu odnośnie tego, „co się dzieje w muzyce”. Czuć muzyczny zeitgeist bez wątpienia łatwiej było w czasach, gdy na rynku panowały trzy gazety zamiast trzech milionów blogów. Choć jako się rzekło: można mieć wątpliwości, czy rzetelnie to poczucie kreowały.

Wydaje mi się jednak, że pustka po wymierającej prasie w tym akurat względzie została wypełniona. Że jest inne skoncentrowane, względnie trwałe i dzierżące autorytet – władzę! – medium. Że daje ono możliwość regularnego orientowania się, „co się dzieje” – a nawet bezpośredniego włączania się w bieg wydarzeń. I właśnie ta nowa rola obok innych powodów tłumaczyłaby, być może, zbieg schyłku prasy muzycznej z hossą festiwalową.

Fine.


Jak przetrwać freelancerkę

Jak przetrwać freelancerkę 01.09.2014 — 22 komentarzy

Kiedy kilka lat temu podzieliłem się tutaj obserwacjami z freelancerki, wiele osób dziękowało za wlanie w serca nadziei, że w ten sposób się da. Ku mojemu zaskoczeniu, bo wcale zachętą nie zamierzałem tamtego wpisu czynić. I trochę ku mojej obawie.

Za tymi kawiarenkami, łąkami i klikaniem we własnym mieszkaniu kryje się przecież permanentna praca w pojedynkę. Dowolność wstawania pociąga za sobą podobny rozstrzał zasypiania. Brak zwierzchnika często oznacza brak mobilizacji. No i typowo freelancerskie branże w dobrej kondycji się wówczas nie znajdowały. Potem było zaś tylko gorzej. Freelancerom, nie ukrywajmy, płaci się najmniej i z nich najszybciej rezygnuje, szczególnie tych zaczynających. A to wśród debiutantów wspomniany wpis wzbudził najwięcej entuzjazmu.

Entuzjazm zdziwił mnie także dlatego, że z perspektywy czasu freelancerka okazała się narzędziem samym w sobie neutralnym. Można ją obrócić na swoją korzyść. Może się też obrócić przeciw tobie. Wyobrażam sobie, że dla niemałego odsetka pracujących z wolnej stopy kończy się ona totalnym brakiem efektywności, głębokim poczuciem samotności i brakiem czasu naprawdę wolnego. Bo jeśli nigdy nie wychodzisz do pracy, to i nigdy nie wychodzisz z niej.

Obłaskawianie swobody potrafi zająć lata. I po prawdzie nigdy się nie kończy. Do stałych elementów gry nawet wśród weteranów należy zmaganie się z rozproszeniami i sieciowym włóczęgostwem, ciągła niepewność zleceń czy uświadamianie otoczenia, że niewychodzenie z domu nie oznacza niepracowania. Bardzo trudno pozwolić sobie na prawdziwy urlop. Można by o tym napisać – i pewnie napisano – niejeden poradnik.

Sam chciałbym się podzielić kilkoma podstawowymi sugestiami, które pomagały mi się moją freelancerką cieszyć, a nie męczyć. Lista to oczywiście niepełna i oparta wyłącznie na indywidualnych doświadczeniach. A też nie oznacza to moje radzenie, że radziłem sobie z realizacją owych postulatów tak, jak sugerowałby ton. Niemniej jednak, freelancerze:

• Korzystaj z wolności

Po coś w końcu nie masz tego etatu, szefa, ani wyznaczonych godzin i miejsca pracy. Wychodź z domu. Odwiedzaj kawiarenki i parki. Pływaj w opustoszałych basenach. Oglądaj filmy w opustoszałych kinach. Kupuj w pustych biedronkach i lidlach – uważaj tylko na przedobiedni szczyt emerytalny. Testuj oferty lunchowe obiadowni bliższych i dalszych, a najlepiej dołączaj do znajomych w ich pracy. Wyjeżdżaj na święta i długie weekendy na dzień przed innymi. I wracaj przynajmniej dzień po nich.

Długo by wymieniać, na pewne rzeczy możesz wpaść tylko ty. Sam odkryłem na przykład, jak niezwykła wartość ma możliwość oglądania przyjaciół w pracy. Zazwyczaj nie mamy pojęcia, jak naprawdę wygląda większość życia nawet najbliższych osób. Jacy są, gdy robią to, w czym są zawodowcami. Gdy wykładają, projektują, szkolą, malują, haftują, wożą, ścinają drzewa. Czasem można się nawet przydać. Oczywiście własne obowiązki trzeba potem odpracować wieczorem lub w weekend, ale warto.

Inny patent: gdy ostatniej zimy cała Polska popadała ponoć w depresję z powodu niedoboru słońca, ja odkryłem, że w Green Coffe przy pl. Unii Lubelskiej mniej więcej od 10-12 w dni bezchmurne słońce świeci prosto w południowe okno lokalu – patrz zdjęcie powyżej – zapewniając freelancerom i obibokom niezbędną dawkę witaminy D.

• Skup się

Godziny, dni, tygodnie, miesiące – potrafią przelecieć, nie pozostawiwszy po sobie namacalnego (nawet dla procesora) śladu. Śniadanie, prasówka, kawa, maile, obiad, prasówka, kawa, maile, o! Już wieczór! A gdy ktoś lubi sobie jeszcze włączyć grę albo pobłądzić po YouTubie… Najtrudniej oczywiście zabrać się do pracy. Przygotowania potrafią trwać kilkakrotnie dłużej, niż właściwa realizacja. Wciąż na nowo odkrywa się prawdziwość twierdzenia, że większość zadań zabierze ci dokładnie tyle czasu, ile będziesz miał do dyspozycji.

Poza deadlinem nie ma lepszego środka na mobilizację, niż odcięcie się od alternatyw. Nigdzie nie pracowało mi się tak efektywnie, jak w pociągu. Być może w TLK-ach jeszcze przez chwilę nie będzie sensownego wi-fi. Podobnie w bibliotekach. Sam korzystałem z BUW-u i Biblioteki Narodowej, gdzie kawa jest wystarczająco podła, internet wystarczająco słaby, a do kibla wystarczająco daleko, żeby przy ekranie jednak trochę posiedzieć. Do tego głupio się obijać, gdy ludzie dookoła (udają że) pracują.

Ze żalem muszę stwierdzić, że w konkretnej pracy muzyka – tak jak zupełna cisza – jednak przeszkadzają, zgodnie zresztą z badaniami naukowymi. Dlatego polecam chociażby kawiarnie, które okazują się także bardzo stymulujące. A gdy jednak trzeba dać z siebie wszystko w domu, polecam Coffitivity. Działa!

• Odpoczywaj od ekranu

Rób przerwy. Uwaga: z dala od komputera. Nie maile. Nie newsy. Nie gierki. Nie filmiki. Nie fejsy. Zrób herbatę, weź gazetę, idź na spacer, pogap się za okno, posłuchaj muzyki – ale nie z komputera, a przynajmniej nie przy nim. Jeśli twoim odpoczynkiem od skakania po zakładkach i oknach będzie skakanie po zakładkach i oknach, to mimo zmiany treści – zmęczenie będzie się tylko kumulowało.

Odkryłem to szalenie późno. I to niestety nie sam, lecz dzięki wpisowi jakiejś amerykańskiej freelancerki, której w tej chwili nie potrafię namierzyć. Do tego czasu żyłem w przekonaniu, że w natłoku zajęć nic bardziej mnie nie zresetuje, niż szybka prasówka albo piętnastominutowa partyjeczka czegoś online. Ależ pudło.

O dziwo trudniej dać sobie pięć minut faktycznego relaksu, niż pięćdziesiąt pozornego, ale offline naprawdę działa. Polecam też regularne ćwiczenia w domu. Oprócz owocnego odpoczynku odkryjesz, że za darmo możesz dać ciału więcej, niż etatowi znajomi osławionymi multisportami.

• Zadbaj o urlop

Mimo że boli. Bo czegoś takiego jak płatne wolne nie ma. Kiedy chcesz wyjechać, musisz z wyprzedzeniem pokończyć dotychczasowe projekty – zawsze mogą być konieczne poprawki. A po powrocie przynajmniej tygodnia-dwóch potrzebujesz na ponowny rozruch, poszukiwanie pomysłów i zleceń. Kasa spłynie najwcześniej za miesiąc. Do tego nie możesz ogłosić w biurze, że bierzesz wolne i proszę nie dzwonić. Będą dzwonić i będą pisać. A ty będziesz odbierać i odpisywać, bo każde zlecenie odbija się na koncie.

Mimo to: zostaw laptopa, wyłącz komórę, jedź gdzieś na dwa tygodnie. Przynajmniej raz na dwa lata. Najlepiej dwa razy w roku.

• Szanuj się

Szukaj zleceniodawców, którzy szanują ludzi i ich pracę. Jako freelancer stoisz na słabszej pozycji. Można ci wybrzydzać i domagać się niezliczonych poprawek, bo nie płaci ci się od godziny, ale od wierszówki czy innego dzieła. Można nawet dzieła ostatecznie nie przepuścić i powiedzieć sorry, bo co zrobisz? Często tego sorry zresztą nie usłyszysz. Źli ludzie potrafią zatruć życie, zepsuć pasję – przecież główny powód, dla którego wybiera się trudną freelancerkę zamiast łatwego etatu – i jeszcze groźnie nadwerężać budżet.

Jeśli to możliwe, znajdź zleceniodawców, którzy będą cię traktować jak członka swojego zespołu, bronić twoich tekstów jak własnych i płacić ci tak, jakby płacili sobie.
.

Dlaczego teraz o tym piszę? Bo wkrótce mogę zapomnieć. Przez siedem lat broniłem się przed etatem – najpierw z braku sensownych opcji, potem bardziej z umiłowania wolności. Był rok w Dzienniku i ponad trzy w Przekroju, ale względnie elastyczne. A ostatnie kilka lat to już czysta freelancerka. Miesiąc temu przerwałem jednak bicie rekordu dla kultury w internetowej Polityce.

Część trosk więc odpadnie, przybędą pewnie inne. Ale że media żyją własnym rytmem, a kultura już w ogóle, toteż mam nadzieję na uratowanie części wspomnianych odkryć. Szkoda byłoby stracić coś tak cennego.

*

PS. Gdyby na nowej Ziemi coś szwankowało, piszcie.

Fine.


O prasie muzycznej (odc. 43)

O prasie muzycznej (odc. 43) 29.08.2014 — 4 komentarzy

Pomyliłem się. Dwa i pół roku temu obstawiałem, że gdy sprzedaż legendarnego pisma New Musical Express spadnie poniżej 20 tysięcy egzemplarzy – czyli czerwonej linii w żywocie równie zasłużonego Melody Makera – tytuł zniknie. Tymczasem ostatnie dane mówią o 14 tysiącach grzbietów, plus tysiącu w sprzedaży cyfrowej. A papierowe NME wciąż trwa.

Jak długo jeszcze? Zainteresowanie nim spada w tempie 20-30 proc. rocznie. Podobnie jest z prestiżowym Q. I tylko nieco lepiej z Mojo oraz Uncutem, którym co roku ubywa co dziesiąty czytelnik. O czym przypomniał mi wpis Bartosza Nowickiego, nawiązujący z kolei do marcowej dyskusji toczącej się tutaj.

Jeśli nigdzie nie dojrzycie u mnie żalu za takim stanem rzeczy, to nie dlatego, że nigdy nie przestawałem w empikach przy półce z prasą muzyczną, polską i zagraniczną. Wynika to raczej ze świadomości, że dziś bym nie przestawał. Nawet gdyby półki te wypełniały najmocniejsze tytuły z przeszłości, w kondycji równie dobrej, jak przed laty.

Ówczesna formuła pisania o muzyce spełniła swoją rolę, ale zużyła się. Teksty legend krajowych i światowych – wówczas bezcenne i równie ekscytujące, co muzyka, o której opowiadały – czytane dzisiaj zazwyczaj nudzą. Potwierdza to stosunkowo skutecznie broniące się przed upływem lat „The Wire”. Już kilka lat temu odechciało mi się je czytać, choć dopiero rok temu zdałem sobie z tego sprawę. Z ulgą. Za to nie potrafiłbym zliczyć, ile świetnych tekstów o muzyce przeczytałem w ciągu ostatniej dekady w internecie.

Idealizowanie przeszłości wynika według mnie nie tylko z faktu, że tak po prostu jesteśmy skonstruowani: płyty, filmy, książki, miejsca, ludzie poznawani w latach nastoletnio-studenckich mają tendencję do pozostawania na zawsze tymi najlepszymi. W przypadku słuchacza/czytelnika z naszego kawałka świata dochodzi jeszcze kwestia apetytu. Zaspokajanie głębokiego głodu rodzi satysfakcję niezależnie od tego, czym się ów głód zaspokaja. Bartosz pisze:

Mam wrażenie, że w tamtym okresie doszło do totalnej synergii między autorami, którzy bez pomocy internetu dogłębnie, przystępnie i z pasją prezentowali swoją wiedzę na temat awangardy muzycznej i kontrkultury a czytelnikami, którzy obdarzyli swoich wybrańców pełnym zaufaniem, co do ich wiedzy i estetycznych wyborów.

(…)

Swoimi autentycznymi i bezkompromisowymi sądami wywoływali niejedną kulturową i muzyczną dyskusję. Nazwiska ich były sygnaturą fachowości i erudycji dziennikarskiej, i nie bez przyczyny stały się ikonami inspirującymi całe kolejne pokolenie krytyków. Magazyny zaś w dużej mierze kupowane były właśnie ze względu na skład redakcyjny.

Przypomina mi się onetowy wywiad z Rafałem Księżykiem. Wspomina tam, że „w owych czasach świetności w redakcji paliło się jointy. Czas spędzało się bardzo miło, non stop słuchało się dużo muzyki i nie było problemem przyjść wcześniej do pracy po to, żeby do popołudnia mieć przesłuchanych dziesięć płyt i kilka zrecenzowanych”.

W tej arkadyjskiej atmosferze mógł faktycznie objawiać się jakiś geniusz, który pozwalał do południa przesłuchać 10 płyt i połowę z nich kompetentnie zrecenzować. Nie wiem. Mnie porządna recenzja zabiera dzień pisania poprzedzony kilkoma słuchania. Obstawiam jednak, że owe teksty nie były ani lepsze, ani gorsze merytorycznie – choć może efektowniejsze stylistycznie – od powstających dziś. Ekscytowały nas bardziej przez wspomniany głód: muzyki i publicystyki. Tak jak zdzierało się taśmy, których dziś byśmy nawet nie przeskipowali, tak też pożerało się teksty o artystach i płytach, których nie dało się znaleźć w prasie internetowej. Bo jej jeszcze nie było.

We wczesnej podstawówce poza półką z kasetami magnetofonowymi miałem klaser, w którym kolekcjonowałem folie zdarte – a raczej zdjęte z chirurgiczną ostrożnością – z pudełek kaset czystych. Miałem też kolekcję zużytych baterii duracell. Jeśli dzisiaj za tamtymi utraconymi emocjami jakoś tęsknimy, to warto pamiętać, że wywoływała je tyleż sama muzyka/krytyka, co kontekst, w którym je chłonęliśmy. Nie oznacza to, że nie kibicuję papierowej rezurekcji. Kibicuję każdej nowej inicjatywie papierowej. Dokładnie tak samo, jak kibicowałbym internetowej.

Fine.


Ćwierć cyfry 26.08.2014 — Skomentuj

Muzyka cyfrowa w PL: Pierwsze półroczne 2014

Polski digital pnie się. Według opublikowanych właśnie szacunków ZPAV, w pierwszym półroczu tego roku muzyka cyfrowo wygenerowała 1/4 wartości polskiego rynku muzycznego i wydaje się rosnąć w godnym tempie – tym bardziej że analogowi wciąż jako-tako udaje się przyciągać muzycznych materialistów. Dzięki czemu cały rynek trzyma poziom.

Przy tym według ZPAV-u sektor fizyczny najwięcej zawdzięcza płytom jazzowym, o ile za takie można uznać dzieła w rodzaju dziesięciopłytowej składanki „European Jazz”, zaledwie podwójne, za to w trzynastej już odsłonie „Smooth Jazz Cafe” Marka Niedźwiedzkiego, no i nieuniknioną „Night in Calisia” Włodka Pawlika.

Jeśli chodzi o cyfrę, to zgodnie z przewidywaniami doświadczamy boomu streamingowego. Co było mniej oczywiste, niektórzy Polacy chcą jednak płacić. Zainteresowanie tzw. subskrypcjami – czyli głównie Deezerem, Spotify czy WiMP-em – w ciągu roku wzrosło o 61,30% i dobiło relatywnie rozsądnych kwot, szczególnie w połączeniu ze streamingiem darmowym finansowanym reklamami:

Polski rynek muzyczny 2014

Co sądzić o tej cyfrowej ćwiartce? Żałośnie wypadamy na pewno w porównaniu z sąsiadami z północy, bo w Szwecji czy Norwegii obrót niematerialny dobił 70% wartości runku. A warto pamiętać, że punktem wyjścia do tych rekordów było skrajne piractwo, a więc przynajmniej punkt wyjścia mamy podobny.

Poza różnicą zamożności winny naszej ślamazarności może być wspomniany konserwatyzm. Gdyby sprzedaż płyt runęła, sama matematyka przyznałaby cyfrze większy udział, a dodatkowo bardziej zmobilizowałoby to przemysł do promowania streamingu. W obecnej sytuacji wciąż bardziej opłaca im się zatrzymać klienta przy kompakcie.

Na tle całego świata też wyglądamy na zacofanych, bo globalna średnia cyfrowa wynosi według IFPI 39%. Warto jednak pamiętać, że to nie tylko zasługa Skandynawów, Amerykanów czy Koreańczyków, ale także specyficznych Indii (60%) czy nawet Chin (ponad 80%, których nawet IFPI nie traktuje jednak do końca poważnie). Gdy porównać się z podobnej wielkości krajami europejskimi, wypadniemy w środku stawki: za Holendrami czy Hiszpanami, za to przed Niemcami i pobliżu Francji.

*

Na koniec dorzucam listę najlepiej sprzedających się albumów rodzimych. Pozwoliłem sobie podkreślić czarujące kombo w połowie stawki.

TOP 30 albumy polskie OLiS (I półrocze 2014)

1 O.S.T.R. & Marco Polo – Kartagina
2 Dawid Podsiadło – Comfort And Happiness
3 Włodek Pawlik – Night In Calisia
4 Luxtorpeda – A Morał Tej Historii Mógłby Być Taki, Mimo Że Cukrowe, To Jednak Buraki
5 Bednarek- Jestem …
6 Eldo – Chi
7 Tede – #KURT_ROLSON
8 Sylwia Grzeszczak – Komponując Siebie
9 Chada – Syn Bogdana
10 Kult – Mtv Unplugged Kult
11 Dawid Kwiatkowski – „9893″ Akustycznie
12 Perfect – Dadadam
13 Paluch – Lepszego Życia Diler
14 Dżem – Złota Kolekcja (ZŁOTY Paw / Kim Jestem – Jestem Sobie)
15 Artur Rojek – Składam Się Z Ciągłych Powtórzeń
16 Perfect – Perfect (2013)
17 Ten Typ Mes – Trzeba Było Zostać Dresiarzem
18 Behemoth – Satanist
19 Illusion – Opowieści
20 Sokół I Marysia Starosta – Czarna Biała Magia
21 Piersi – Piersi I Przyjaciele 2
22 Kaen – Piątek 13-Go
23 Dawid Kwiatkowski – „9893″
24 Adam Strug, Stanisław Soyka – Strug.Leśmian.Soyka
25 Bednarek – Przystanek Woodstock 2013
26 Bezczel – Słowo Honoru
27 Grzegorz Hyży & Tabb – Z Całych Sił
28 Mela Koteluk – Spadochron
29 Rasmentalism – Za Młodzi Na Heroda
30 Pięć Dwa – N.E.O.

.

Fine.



Muzyka złych ludzi 12.08.2014 — Skomentuj

candace allen

Wielu gigantów czarnej muzyki odebrało przecież staranne wykształcenie z teorii muzyki – najlepszym tego przykładem Miles Davis, w końcu studiował w słynnej Juilliard School.

Ale mimo umiejętności nie wpuszczano ich do profesjonalnych orkiestr. Dlatego przenosili to swoje akademickie doświadczenie do muzyki popularnej, windując ją na niespotykane wcześniej poziomy. Stąd bogactwo i złożoność jazzu, ale również popu z lat 60. czy 70.

W tej chwili podobny proces obserwujemy w Wenezueli, gdzie absolwenci młodzieżowych orkiestr z sieci El Sistema zakładają dziesiątki zespołów rockowych i grają muzykę, jakiej ten kraj nigdy przedtem nie słyszał.

O otwieraniu filharmonii rozmawiałem z Candace Allen, która mimo rozstania z dyrygentem Simonem Rattlem wciąż słucha.

.

Fine.


M/I 05.08.2014 — Skomentuj

Gdyby ktoś wciąż miał ochotę poczytać o (dobrej) muzyce z (ładnego) papieru, można sobie tę przyjemność zafundować.

.

Fine.