Tego nie przeżyjesz: Japoński hardkor w pigułce

Tego nie przeżyjesz: Japoński hardkor w pigułce

Pod taką nazwą spontanicznie zrodził się pomysł na prezentację japońskich ekstremów w ramach unikatowego w skali kraju, kontynentu, może i świata festiwalu Radio Azja.

Festiwal rozpoczyna się w niedzielę 17 grudnia, i tego samego dnia wspólnie z Arturem Szareckim będziemy próbowali przegnać śmiałków prezentacją tuzina pogiętych klipów z naszej bodaj ulubionej sceny świata:

Od ekstremalnego metalu z udziałem nastoletnich dziewcząt, przez awangardowe wariactwo, zmutowany rock, dekonstrukcyjne kowery anglosaskich klasyków, aż po bastard jazz oraz piłowanie wiolonczeli w wykonaniu mistrza muzycznego performansu.

Przy okazji sprawdzimy, czy prezentowane ekstrema mówią nam coś o japońskiej kulturze i społeczeństwie, czy też są zjawiskami zupełnie osobnymi – lub nie występują wyłącznie w Japonii.

Kiedy: Niedziela 17 grudnia, godz 16:00
Gdzie: CSW / Laboratorium w Warszawie
Cena: Wstęp wolny


Scena beehype

Scena beehype

Słyszy się czasem, że jeśli masz jakiś pomysł, marzenie, cel – szczególnie taki na granicy wykonalności – realizację najlepiej zacząć od opowiadania o nim. Z jednej strony znajomi zaczną cię wkrótce nagabywać, „jak tam twój pomysł”. Głupio wciąż odpowiadać, że nijak, więc będzie cię to mobilizować. Z drugiej strony można trafić na kogoś, kto będzie mógł i chciał pomóc, może się przyłączy, a może wręcz zrobi to za ciebie.

Tak też było z bihajpem, a teraz – z bihajpową sceną.

Najpierw rozpowiadałem o pomyśle na serwis, a potem musiałem między spotkaniami ze znajomymi zrobić minimum postępów, żeby nie było wstydu. „W tym tygodniu zwerbowałem Brazylijczyka i Greka” – fajnie było coś takiego ogłosić. Ze znajomym programistą, kumplem jeszcze z liceum, który miał własny szalony pomysł internetowy, umówiliśmy się nawet na cotygodniowe skype’y, by wzajemnie zdawać sobie relację z postępów. Sam bihajp był jednak czymś, co poniekąd mogłem zrobić „własnoręcznie” – pomijając kodowanie strony.

Po odpaleniu serwisu stopniowo zaczął się jednak rodzić pomysł przeniesienia bihajpowych odkryć do realnego świata. W materii festiwalowej moje doświadczenie i kompetencje wynoszą jednak zero – dysponowałem tylko przekonaniem, że dzięki stuosobowemu globalnemu mózgowi bihajpa możemy zaproponować niesztampowy, odlotowy zestaw artystów z miejsc nieoczywistych. Tutaj więc zaczęła się strategia drugiego typu: gadania o tym pomyśle ludziom bardziej zorientowanym. Nawet na blogu pozwoliłem sobie na małą wrzutkę, która była czymś więcej niż tylko żartem kwietniowym. A nuż ktoś podchwyci?

Podchwycił kilka miesięcy temu Andraž Kajzer, twórca znakomitego festiwalu MENT Ljubljana, którą to imprezę – los się teraz uśmiecha – opisywałem tutaj swego czasu w poście zatytułowanym „Gdybym organizował festiwal muzyczny„. Andraž jest zarazem bihajpowym korespondentem w Słowenii, więc wszystko pasuje. Jeden wieczór w jednym festiwalowym klubie ma być więc nasz, a oprócz tego panel konferencyjny o lokalnych językach w muzyce, pokaz najlepszych nieanglosaskich teledysków z ostatnich lat, może językowa składanka, no i rodzinny miting.

Gdy wieść o słoweńskiej scenie zaczęła się nieść, parę osób stwierdziło, że debiut festiwalowej sceny serwisu narodzonego w Polsce także powinien był się odbyć w Polsce. Na to już trochę za późno, ale gdyby ktoś chciał pociągnąć temat… Tak tylko mówię.



Najlepsze Skrzyżowanie?

Najlepsze Skrzyżowanie?

Tydzień po zakończeniu tegorocznego Skrzyżowania Kultur wciąż pozostaje we mnie poczucie, że należało do najlepszych, w jakich uczestniczyłem – a miałem szczęście być na większości z trzynastu dotychczasowych.

Niby nie było takich spektakularnych koncertów jak – przed wielu laty – Alim Qasimov, Aynur Dogan, Mayra Andrade, Ladysmith Black Mambazo czy ostatnio Ester Rada, imponująca wykonawczo. Ale nie było też pseudofolkowej maskarady, która w ostatnich latach dość często skłaniała do ewakuacji jeszcze w trakcie pierwszego utworu. Czy zwykłej nudy.

Było więc bardzo równo, może najrówniej dotąd: bez wspomnień na całe życie, ale i bez ewidentnych pomyłek.

Wspaniale zaczęła Kolumbijka Marta Gomez, łącząc słodycz muzyczną utworów i takież wykonanie z zaangażowaną tematyką, w którą nas przed prawie każdym utworem wprowadzała.

Imponujące były Indie w obu odsłonach: instrumentalnym-wirtuzerskim (Purbayan Chatterjee) oraz odjechanym-wokalnym (siostry Ranjani & Gayatri). Dzięki nim wróciło częste w przypadku tego festiwalu poczucie obcowania z niebywałymi profesjonalistami, którzy tysiące godzin poświęcili na doskonalenie fachu. Tacy „najlepsi na świecie” w swoich działkach.

Odkryciem festiwalu było dla mnie jednak spotkanie naszych lokalnych debeściaków, czyli Adama Struga z Warszawską Orkiestrą Sentymentalną, których talenty się nie tyle dodały, co spotęgowały. Szczególnie że wchodziłem do namiotu z przekonaniem, że to nie moja muzyka – a zaraz potem kiwałem się wspólnie z setkami osób w wieku dwa razy moim.

Eksperymenty festiwalu – Kapela ze Wsi Warszawa z również niemłodymi gośćmi z Mazowsza, odjechany czwartek z udziałem tureckiej Baby Zuli, łączącego prostą Afrykę z imprezką Kondi Band oraz kolumbijskiego Meridian Brothers – też nie zaszkodziły. Choć ci ostatni zrobili coś niebywale głupiego i swój najbardziej pogięty utwór „Delirio” zagrali na samym wstępie. Czym natychmiast przepędzili z namiotu 1/4 publiczności. A przecież resztę dałoby się znieść.

Wreszcie pewną niespodziankę przyniósł dzień ostatni: wyczekiwana Aziza Brahim imponowała wokalnie, ale wrócił znany i nielubiany syndrom ciekawego niebiałego artysty z nieciekawym białym zespołem. Progrockowe solówki do pieśni ludu Sahrawi? Był jeden cudowny moment tego koncertu: gdy została na scenie sama z bębniarzem. Bez niego byłoby jeszcze lepiej.

Pierwszą połowę finałowego wieczoru spędziliśmy z innym czarno-białym połączeniem, czyli malijsko-francuskim duetem Ballaké Sissoko & Vincent Segal. Ewidentnie ten drugi przewodzi parze i to raczej jego pasje zaspokajają na scenie (grając muzykę nie tylko afrykańską). Jednak atmosfera, wyobraźnia i – znowu – poziom wykonawczy podarowały nam jedną z najprzyjemniejszych godzin festiwalu.

Skrzyżowania Kultur co roku kończę z myślą „widzimy się za rok”, ale tym razem jakoś bardziej.

Fotki z FB Festiwalu.

Fine.


Playlista wrześniowa

Playlista wrześniowa

Do usłyszenia na Soundcloudzie i (wciąż w mocno limitowanej wersji) na Spotify.

Często mam tak, że przy gromadzeniu tych utworów w ciągu miesiąca mam wątpliwości, czy naprawdę jest się czym dzielić. A potem słyszy się tę pierwszą dziesiątkę razem, piękno obok piękna, i same endorfiny zamykają temat.

Słonecznej jesieni!

Fine.


Producentka spod Monte Cassino

Producentka spod Monte Cassino

Do Buenos Aires dziadek przyjechał z żoną Włoszką. Poznał ją po zakończeniu bitwy pod Monte Cassino. Ich pierwsze dziecko urodziło się jeszcze przed wyjazdem, to była moja ciocia. Kilka miesięcy po wylądowaniu w Buenos urodził się mój ojciec.

Dziadkowie Heidi Lewandowski – młodej argentyńskiej producentki tworzącej pod pseudonimem Kaleema – przyjechali do Buenos z czterech różnych krajów: Polski, Hiszpanii, Włoch i Libanu.

Kilka miesięcy temu trafiłem przypadkiem na jej cudną kolaborację z moją ulubioną Kolumbijką i od razu namówiłem na wywiad. Stąd w jesiennym numerze „Gazety Magnetofonowej” wraca po krótkiej przerwie rubryka „Sami Swoi”.

 


Tradycyjna muzyka z Tajwanu

Tradycyjna muzyka z Tajwanu

Odezwało się do nas niedawno muzyczne biuro eksportowe z Tajwanu z propozycją, by napisać na temat rdzennej muzyki tego kraju. Oto i rezultat – pióra naszego lokalnego korespondenta – nie tylko o muzyce, ale także jej odbiorze wśród lokalnej publiczności.

Ktoś podejmie się zrobienia czegoś podobnego o Polsce?

Fine.


33 utwory z sierpnia

33 utwory z sierpnia

Ekwador, Norwegia, Mali, Egipt, Turcja, Szwecja, Japonia, Syria, Litwa, Portoryko, Tajlandia – jest i coś z Polski. Czyli nasza sierpniowa playlista bihajpowa – pełna na Soundcloudzie i częściowa na Spotify.

A na okładce producentka z Argentyny, której dziadkowie pochodzili z Polski, Włoch, Libanu i Hiszpanii. Jeszcze o niej będzie.

Fine.


A gdyby Offa nie było

A gdyby Offa nie było

W miniony weekend po raz pierwszy przyłapałem się na takim pytaniu. Zrodziło się, podejrzewam, z połączenia tegorocznego line-upu Off Festivalu z bardzo piknikową w te upały atmosferą, gdy ludzi zgromadzonych w ogródkach gastronomicznych i przysypiających gdzieś pod lasem już nie chwilami, ale w zasadzie stale więcej było niż pod scenami.

Off Festival przez te wszystkie lata był tym „obowiązkowym” wydarzeniem, na którym nie wypadało nie być. Pamiętam którąś edycję, gdy ten sam weekend musiałem/chciałem spędzić w górach. Mimo to wsiadłem w pożyczony samochód, przejechałem sam 222 km, obejrzałem kilka koncertów i przejechałem z powrotem 222 km. Byle nie było, że nie byłem, bo na Offie trzeba było być. No właśnie: było?

Rola Offa oczywiście musi ewoluować, bo wraz z Arturem Rojkiem nadrobiliśmy to, co było do nadrobienia. I tak jak obowiązkowy Off co roku przyciągał obowiązkowymi koncertami, to w tym roku najbliżej do tego miana było reaktywowanemu Łoskotowi i PJ Harvey. Ten pierwszy historycznie może ważny i muzycznie bardzo dobry, ale czy do wspominania? Ta druga grywała u nas ostatnio, a koncert tylko i aż „profesjonalny”. Już zeszłorocznej Brodce bliżej było do miana wydarzenia wiekopomnego, o Wodeckim nie wspominając.

Można było w ogóle odnieść wrażenie, że większe zaskoczenie/zainteresowanie niż program festiwalu budziły – jak na innych, zwykłych festiwalach? – nowości w foodtrackach.

Być może Off staje się więc festiwalem zwykłym, na którym fajnie być, ale można też nie być, szczególnie gdy znajdzie się w miarę sensowne alibi (dawniej nieobecność usprawiedliwiały tylko jakieś topowe zachodnie alternatywy). I stąd pewnie niebezpieczne, ale jakoś kuszące pytanie – staje się festiwalem, którego mogłoby nie być? Co by się wtedy stało? Gdzie byśmy pojechali? Kto i z czym wskoczyłby w to miejsce?

Oczywiście życzę Offowi kolejnych 88 lat, spędziłem świetny weekend w pięknej okolicy, spotkałem sporo starych znajomych i jeśli mam jechać na jakichś openerowy festiwal za rok, to pewnie znów będzie Off. Ale już bez poczucia, że tam dzieje się muzyka, że jest niezbędny choćby w wymiarze lokalnym. Może się mylę.

*

Głupio się powtarzać, ale dla odnotowania: na liście najlepszych występów w tym roku są znowu nieanglosascy, czyli;

  • Noura Mint Seymali – zaczynała przed pustym namiotem, a kończyła jako wodzirej imprezy dnia; ona tańczyła dłońmi, a publiczność naprawdę, i to mimo słonecznej jeszcze pory
  • Kikagaku Moyo – perfekcyjna retropsychodelia Japończyków idealnie połączyła się z popołudniowym leżakowaniem i dla mnie był to bodaj najprzyjemniejszy moment całego festiwalu, mogliby tak grać cały dzień

Gorzej wypadli „udawani” nieanglosasi, czyli Helado Negro i Janka Nabay, ściągnięci ze Stanów. Ten pierwszy na początku jakoś cieszył, ale w dużej mierze dzięki towarzystwu dwóch złotych yeti.

Fine.


30 utworów z lipca

30 utworów z lipca

Tajlandia, Gruzja, Islandia, Estonia, Filipiny, Japonia, Włochy, Rosja, Ukraina, Finlandia, Liban, Australia, Brazylia itd. itp.

Do posłuchania na Soundcloudzie i wciąż tylko po części na Spotify.

Fine.