Skaranie w Caracas

28.07.2014 Skomentuj

bracia golcowie

Trzy lata temu jedni umartwiali się, inni cieszyli z nowelizacji ustawy radiowej, która podniosła obowiązkowy udział muzyki polskiej w (dziennym) czasie antenowym. Jako że dla nowych przepisów liczył się język, w ich świetle polskimi nie byli ani Chopin i Górecki, ani Stańko i Masecki, ani Paula i Karol.

Długotrwałego wpływu tych regulacji na rodzimą scenę muzyczną jeszcze nie znamy. Ale że taki wpływ może być, pokazuje przykład Wenezueli. Tam podobna, choć jeszcze bardziej kontrowersyjna ustawa radykalnie zdeformowała atmosferę eteru.

Mówi Miguel Angel Salguero, nasz bihajpowy korespondent w Caracas i naczelny serwisu Las Reseñas de la Nonna:

W 2004 roku Zgromadzenie Narodowe przyjęło ustawę o nazwie Ley de Responsabilidad Social de la Radio y Televisión (Prawo społecznej odpowiedzialności radia i telewizji). Reguluje ona ilość czasu, jaką stacje radiowe muszą zarezerwować dla muzyki lokalnej. Czyli takiej, która może wykazać się przynajmniej 70-procentowym udziałem wenezuelskiego personelu, wykonawców, kapitału oraz wartości kulturowych.

Wyobrażasz sobie, jak trudno coś takiego zmierzyć? Które wartości kulturowe są wenezuelskie? Kto o tym decyduje?

By zagwarantować sobie miejsce w czasie radiowym, zespoły zaczęły więc inkorporować elementy tutejszego folku, o którego lokalności trudno dyskutować. Rozgłośnie były zadowolone, bo miały pewność, że spełniają wymogi ustawodawcy. I tak zaczął się wenezuelski NEOFOLKLOR. Rodzaj fusion, którym ludzie parają się nie dlatego, że wydaje im się to sensownym pomysłem, ale ponieważ muszą. Śmierdzi to okrutnie.

Przypomniał mi sie szczyt popularności braci Golców i ucieszyłem, że nasz ustawodawca poprzestał na języku. A przecież bracia Golcowie ewidentnie wierzą w sens swojego fusion. A potem uświadomiłem sobie, że muszę mieć wtyki w polityce. Przecież wspólnie z Marcinem Maseckim zaczynali karierę w instrumentalnej jazzowej grupie Alchemik, ale zawczasu zmienili front.

.

Fine.

Teledysk

26.07.2014 Skomentuj

Pianoboy
.

Czego uczą Czesi

23.07.2014 1 odpowiedź

colours of ostrava
(fot. Jaroslav Holaň / Colours of Ostrava)

Koledzy z Francji, Hiszpanii czy Holandii nie mogli wyjść ze zdumienia, że na dużym festiwalu mogą kupić równie duże niechrzczone piwo za równowartość nieco ponad 1 euro. U nas – stwierdził Hiszpan – zapłaciłbyś 6 euro. A przecież kwestia piwna – dodał Francuz – przekłada się bezpośrednio na atmosferę festiwalu. Dobre i tanie piwo gwarantuje dobrą i długą zabawę. W przeciwnym razie ludzie w złych humorach i z pustymi kieszeniami zwijają się z pola tuż po północy.

Kwestia piwna to tylko jeden z powodów, dla których na największy w Czechach festiwal Colours of Ostrava miało ściągnąć w tym roku rekordowe 40 tys. osób. W tym jakieś 2-3 tys. z Polski. Bo jeśli mieszka się na Śląsku, to po co jechać cały dzień na dwukrotnie droższego Open’era, gdy w godzinę ląduje się w Ostrawie? Atuty imprezy są przy tym w dużej mierze pozamuzyczne - nie wydaje mi się, żeby Robert Plant, The National czy ZAZ byli aż tak atrakcyjnymi headlinerami, o MGMT nie wspominając.

Sceneria. Na stronie Polityki mamy małą fotogalerię. Kluczenie pomiędzy murami, rurami, przęsłami dawnego ostrawskiego konglomeratu węglowego, którego widok cieszył towarzyszy przyjeżdżających z bratnich krajów komunistycznych, to przygoda sama w sobie. Szczególnie goście z zachodu byli wniebowzięci. Może szkoda, że w Nowej Hucie tylko sporadycznie rozbrzmiewają koncerty Sacrum Profanum? Właściciel ten sam.

Sceny. Industrialne instalacje gwarantują i klimat, i dźwięk. Bo hamują fale dźwiękowe. Dzięki temu 15 scen festiwalu – z czego może 10 koncertowych – organizatorzy umieścili stosunkowo blisko siebie bez ryzyka zagłuszania. Są też szalenie zróżnicowane. Od głównej, pod którą na koncercie ZAZ szalało chyba 20 tys. osób znających na pamięć francuskie teksty (!), po zamknięty filharmoniczny amfiteatr z ograniczoną pojemnością. Ulokowane tam występy Ólafura Arnaldsa czy Jamiego Woona transmitowano jednak na telebimie ustawionym obok budynku wraz z wygodnymi krzesełkami. Pora relaksu.

Miasto. Górnicza Ostrawa ma piękną starówkę kilkakrotnie większą, niż obarczone nieco podobnym losem Katowice. Do tego ma wulkan. Czyli wielką hałdę, która cały czas (się) grzeje i gwarantuje widok na pół regionu. Starówkę od pola festiwalowego dzieli kilka przystanków albo 20/30-minutowy spacer. A jako że bliskość działa w obie strony…

Przystępność. Lokalsi przychodzą całymi rodzinami. Także tacy, którym nigdy by do głowy nie przyszło – albo nie mogliby sobie pozwolić – na jakiś festiwal wyjechać. Nigdzie też nie widziałem tylu osób na wózkach inwalidzkich i o kulach. A zatem teren odpowiednio dla nich przygotowano, na czele z dedykowanymi platformami przy głównych scenach i odpowiednimi oznaczeniami na temat tras, które na wózku pokonać trudno.

Piwo. Jako się rzekło, cena/jakość nie do pobicia. Dochodzi do tego jednak swoboda poruszania się z trunkami, bo Czesi oszczędzili sobie stref piwnych z uciążliwymi, korkującymi się bramkami, gdy ochrona po zmroku usiłuje analizować zawartość kubków. Co w takim razie z jakością trawników pod scenami? Proste: do piwa (37 koron) trzeba dopłacić kaucję (50 koron) za kubek. W rezultacie przez cały wieczór nosi się jedno i to samo naczynie. Pełne w ręce, puste przypięty do paska. I grzecznie zwraca przy wyjściu.
.

Muzycznie żałuję kilku przegapionych kapel z Czech i Słowacji. Jednakże – skąd my to znamy – miejscowi często grali absurdalnie wcześnie. Choć trzeba sąsiadom oddać, że wydzielili sobie Czech Stage i ta grała przeważnie od popołudnia do północy. A w przeddzień inauguracji festiwalu zorganizowali showcase lokalnych wykonawców, które wygrało oczywiście DVA.

Z importu najbardziej podobali mi się John Grant, Mø i przede wszystkim Emiliana Torrini, na którą też najbardziej liczyłem. Co cenne, pozwoliła sobie na zupełnie intymne show, mimo że występowała na jednej z dwóch głównych scen, a te wolą dosadnych. Przyznała zresztą pod koniec, że dla tak dużej publiczności jeszcze nie koncertowała i dlatego przez cały występ „srała w gacie”.

.

Fine.

Punkt widzenia

22.07.2014 Skomentuj

Serwis MTV Iggy opublikował kilka dni temu krótką relację z Open’era. Najwięcej mówi się o entuzjazmie polskiej publiczności, występują pierogi (a raczej „pergoi”), nie występuje komunizm. Autorka narzeka na umiejscowienie w programie lokalnych wykonawców, dla których ponoć przyjechała – choć ostatecznie rzuca tylko sześcioma nazwami w jednym zdaniu.

Moją uwagę przyciągnął fragment, w którym spekuluje się (być może słusznie) na temat przyczyn owej polskiej euforii. Bo nam się wydawało, że mamy festiwalowy przesyt, a tymczasem…

The country tends to be a secondary tour market — and only hosts a small number of festivals a year.
.

Traktowaniu miejscowych kapel przyglądałem się właśnie na festiwalu Colours of Ostrava tuż przy granicy polsko-czeskiej, o którym może w oddzielnym wpisie.

.

Fine.

Warushawa

15.07.2014 3 odpowiedzi

warszawa

Właśnie odkryłem, że Japończycy mają wytwórnię o swojskiej nazwie. I to, jak się wydaje, całkiem prężną. Nie żebym się łudził, że inspirację zaczerpnęli z mapy, bo to raczej zasługa Davida Bowiego i/lub Joy Division.

.

Fine.

Muzyka i polityka

10.07.2014 6 odpowiedzi

muzyka a polityka Pierwszą polityczną decyzję musiałem podjąć wtedy, gdy rysowałem kontur Ukrainy. Z miejsca stało się oczywiste, że sympatii jednego z większych narodów świata sobie nie zaskarbimy. Po starcie serwisu upomniał mnie jeden z naszych korespondentów z Izraela, ponieważ mieliśmy „złą mapkę”. I załączył taką, na której zabrakło terytoriów palestyńskich. Zaprotestowałem, że zgapiłem od CIA, której raczej nie można zarzucić postawy antyizraelskiej.

Później była kwestia Wysp Owczych – ponoć u progu niepodległości, więc uwzględniliśmy – a czekam jeszcze na pretensje związane z Barceloną czy Hong Kongiem. Strach myśleć o granicy pakistańsko-indyjskiej i kilku innych w regionie, a przynajmniej pół tuzina azjatyckich nacji prędzej czy później dopatrzy się u nas braku pewnych mikroskopijnych wysepek.

Ale już dzisiaj komplikacje przekroczyły, nomen omen, wszelkie granice. Tuż po wrzutce serbsko-macedońskiej, zrazu otagowanej takim właśnie podwójnym obywatelstwem i macedońskim obrysem, dostałem alarmującego maila:

Nie interesuję się polityką i nie wierzę w narodowości, plemiona i inne takie, ale obawiam się, że wielu moich rodaków Greków będzie oburzonych „Macedonią”. Przynajmniej tak długo, jak długo nazwa ta nie zostanie uznana za oficjalną. Pogrzeb w temacie, pogadaj z tamtejszym autorem i zrób, jak chcesz. Osobiście nie mam z tym problemu, ale niektórzy Grecy mogą mieć.
.

Spytałem więc naszego chorwackiego autora komentarza, co o tym wszystkim myśli. Zasugerował, żeby ograniczyć się do oznaczenia samej Serbii. Bo wprawdzie długowłosa grupa Ti pochodzi z Macedonii, ale duet zamieszkuje od dłuższego czasu w Belgradzie i śpiewa po serbsku. W ten sposób sprytnie pozbędziemy się dylematu Macedonia-FYROM (Former Yugoslavian Republic of Macedonia). Tyle że….

Z drugiej strony pojawi się problem granicy Serbii. Z Kosowem czy bez?
.

Gdybym dziś pisał magisterkę o politycznych aspektach muzyki, wyglądałaby zupełnie inaczej.

.

Fine.

Tony w genach

09.07.2014 Skomentuj

Kibicuję od lat tezie, że śpiewać każdy może, mimo że życie często jej zaprzecza. Bo faktycznie trafiają się przypadki beznadziejnego, zdawałoby się, błądzenia nie tylko pomiędzy liniami, ale także taktami pięciolinii. Gdyby treningowi uszu poświęcić jednak odpowiednią ilość czasu, czy nie udałoby się ich wyczyścić choćby do ćwierćtonów? Ano wychodzi na to, że nie.

W nowym numerze „Economist” streszcza badania szwedzkiego Karolinska Institute, które opublikowało właśnie „Psychological Science”. Chodziło o sprawdzenie, jaki wpływ na predyspozycje muzyczne mają geny. W tym celu przetestowano trzy podstawowe umiejętności muzyczne – rozpoznawania wysokości dźwięku, odróżniania melodii oraz rytmów – na prawie 2600 bliźniąt urodzonych w latach 1959-1985, z których mniej więcej połowę stanowiły bliźnięta jednojajowe.

Jednocześnie oszacowano, ile czasu każdy z respondentów poświęcił praktykowaniu muzyki (jeśli w ogóle). Naukowców interesowała szczególnie odpowiedź na pytanie, czy pracą da się nadrobić ewentualny brak talentu. Otóż niezbyt:

Pomiędzy ilością ćwiczeń a sprawdzanymi umiejętnościami brakowało jakiejkolwiek zależności. Bliźnięta muzykujący częściej od swoich identycznych współbliźniąt wcale nie przejawiały większych zdolności. W jednym z przypadków różnica wynosiła ponad 20 tysięcy godzin ćwiczeń, a mimo to umiejętności obu badanych okazały się takie same.

Oczywiście nie chodzi o to, że nauka śpiewu czy gry na instrumencie na niewiele się zda. Będzie bezcelowa wyłącznie wtedy, gdy zabraknie odpowiednich genów. Ale nawet w przypadku utalentowanych jej pozytywny wpływ jest ograniczony. Bo z innych badań wynika, że intensywność ćwiczeń odpowiada mniej więcej za jedną piątą ostatecznego rezultatu. Choć i tak więcej – 21% kontra 18% – niż w sporcie.

.

Fine.

Frank

06.07.2014 3 odpowiedzi

Frank MoviePudło rezonansowe

Początkujące beztalencie muzyczne szuka inspiracji w czymkolwiek, co spotka na ulicy, a generowane ad hoc teksty wtłacza w równie losowe melodie. Złapawszy cokolwiek nie zasługującego na niezwłoczne zapomnienie, pędzi do sypialnianego studia zanotować pomysł, zanim do zapomnienia jednak dojdzie. Z poślizgiem łapie się na autoplagiacie. Po minie widać, że nie po raz pierwszy.

Nawet jeśli „Frank” nie jest filmem bardzo dobrym, to przynajmniej w kwestiach dotyczących muzyki – bardzo prawdziwym. I nie chodzi mi tylko o zakotwiczenie fabuły w oryginale Franka Sidebottoma (czyli Chrisa Sieveya), którego scenarzyści mieli podrasować strzępami Capitana Beefhearta, Franka Zappy czy Daniela Johnstona. Jeden z owych scenarzystów, Jon Ronson, miał zresztą grać na klawiszach w zespole Sidebottoma, a z perspektywy klawiszowca Jona poznajemy też Franka filmowego. I pewnie wiele kuriozalnych scen potrafiłby wybronić tym, że zdarzyły się naprawdę.

Ale „Frank” prawdziwy wyda się także każdemu, kto kiedykolwiek próbował parać się muzykopisaniem. Mnożenie niezgrabnych melodii, z który sporadycznie wyłoni się coś jawiącego się przyszłym standardem, by po chwili okazać przeszłym. Skanowanie otoczenia w poszukiwaniu idei na tyle mętnych, by ewentualny słuchacz nie zorientował się, że piosenka jest o niczym. Odkrywanie miałkości własnej twórczości akurat w momencie, gdy przychodzi ją komuś zaprezentować. Kasowanie jedny kliknięciem gigabajtów dźwięków gromadzony miesiącami i latami.

Odwróciłbym więc hierarchię wątków „Franka” i na wierzch wyciągnął samotne zmagania beznadziejnego Jona (Domhnall Gleeson) z własnym brakiem talentu. Po pierwsze dlatego, że te same bóle przeżywa w tej chwili siedemnaście milionów sypialnianych muzykantów i prawie żadnemu nie uda się wyrwać poza plagiat i plumkanie. A po drugie, bo przecież Jon Ronson ewidentnie chciał opowiedzieć pod przykrywką przygód Franka o przykrościach własnego dorastania, tyle że – wspomnienie z młodości – kto chciałby słuchać?

Do tła zepchnąłbym za to dramaty grupowe. Nigdy nie grałem w Zespole Muzycznym, ale we frakcjach Frankowej ferajny odbijają się biografie legend rocka i zapewne tkwi w nich sporo prawdy. Tyle że po pierwsze, znamy to wszystko doskonale z owych niezliczonych biografii. Po drugie, Lenny Abrahamson nakręcił swój komediodramat w taki sposób, że wątki komediowe ustawił (zbyt) komediowo, a dramatyczne (zbyt) dramatycznie. Gdyby je skrzyżował, może oddałby wiernie słodko-gorzką dolę Franka. A tak wyszła – jak w sypialni Jona – przyjemna sztampa.

Ciekawy trend zaczyna nam się za to rysować w skali makro. Kilka miesięcy temu Scarlett Johansson wystąpiła w filmie „Her” wyłącznie głosem. I z perspektywy właśnie jej „kreację” pamięta i wspomina się najlepiej. Teraz z wnętrza pękatego papier-mâché jedną ze swoich życiowych ról wygadał i wyśpiewał Michael Fassbender. Jeszcze trochę i może doczekamy się oddzielnego Oscara – za grę tembrem.

.

Fine.

Festiwalowy lipiec

01.07.2014 3 odpowiedzi

W tych okolicznościach odwołania trzeciej dużej imprezy w ciągu trzech miesięcy raczej nie odczujemy. Uzupełnienia jak zawsze mile widziane.

1 lipca – Gojira, Progresja, Warszawa
2 lipca – Phil Anselmo & the Illegals, Progresja, Warszawa
2-5 lipca - Open’er, Gdynia (The Black Keys, Faith No More, Pearl Jam, Haim, Lykke Li, Jack White)
3 lipca - Of Mice & Men, Pod Minogą, Poznań
4 lipca - Jacky Terrasson Trio, Studio im. W. Lutosławskiego, Warszawa (Jazz na Starówce)
5 lipca - Joey Calderazzo Trio, Rynek Starego Miasta, Warszawa (Jazz na Starówce)
4-5 lipca – Festiwal Legend Rocka, Dolina Charlotty (Bob Dylan, Jethro Tull, Fish)
4-5 lipca – Olsztyńskie Noce Bluesowe (Eugene Hideaway Bridges, Diunna Greenleaf)
4 lipca – Ignite, Alibi, Wrocław
4-17 lipca - Brave Festival, Wrocław (Divana Ensemble, Balega, Rupinder)
5, 6, 8 lipca - Daniel Higgs & Michael Zerang, Poznań / Bydgoszcz / Warszawa
7 lipca - Deap Vally, Lizard King, Kraków
7, 8 lipca – Kylesa, Progresja, Warszawa / B90, Gdańsk
8-13 lipca – Inne Brzmienia, Lublin (Goldfrapp, Asian Dub Foundation, Yegor Zabelov)
10-12 lipca - Suwałki Blues Festival, Suwałki (Vanilla Fudge, Ginger Baker)
10-13 lipca – Warsaw Summer Jazz Days (Gary Peacock, Jack De Johnette, Dave Holland)
10, 11, 12, 15, 16, 17 lipca – Uburen, Wrocław / Kraków / Bielsko-Biała / Warszawa / Łódź / Poznań
11 lipca – Sonisphere, Warszawa (Metallica, Alice In Chains, Kvelertak, Anthrax)
11-19 lipca – Ladies’ Jazz Festival, Gdynia (Banda Magda, Nikki Yanofsky, Monsieur Perine)
5 lipca - Reis Demuth Wiltgen Trio, Rynek Starego Miasta, Warszawa (Jazz na Starówce)
13 lipca - Talib Kweli, Palladium, Warszawa
14 lipca – Dream Theater, Arena, Gdynia
16 lipca - Emilíana Torrini, Basen, Warszawa
17, 19 lipca – Sun Ra Arkestra, Zamek Książąt Pomorskich, Szczecin / B90, Gdańsk
17-20 lipca – Castle Party, Bolków (Deine Lakaien, The Klinik, Sui Generis Umbra, She Past Away)
18-20 lipca – Jarocin (Anathema, Matisyahu, The Real McKenzies)
18-19 lipca – Days of Ceremony, Hydrozagadka, W-wa (Church of Misery, Suma, Conan)
19-20 lipca - Tattoo Konwent, Gdańsk (Everlast, The Meteors, AXMusique)
22 lipca – Colin Stetson, Pardon, To Tu, Warszawa
23 lipca – Makoto Kawabata & Jean-Francois Pauvros, Pardon To Tu, W-wa
23-26 lipca – Globaltica, Gdynia (Family Atlantica, Fargana Qasimova, Emilia Amper)
25-26 lipca – Red Smoke Festival, Pleszew ( Sonic Mass, Snake Thursday)
26 lipca – Reggae nad Wartą, Gorzów Wlkp. (Ghetto Priest)
26 lipca – Jessie Ware, Sopot (Sopocka Zatoka Sztuki)
25-27 lipca – Audioriver, Płock (Little Dragon, Naughty Boy, DJ Koze, Booka Shade, Trentemøller)
27, 28, 29 lipca - Hugh Laurie, Aula UAM, Poznań (x2) / Zamek Książąt Pomorskich, Szczecin
31 lipca – Off Festival – Before Party, Katowice (Earth, Dean Wareham, Dirty Beaches)
31 lipca – 2 sierpnia – Przystanek Woodstock, Kostrzyn n. Odrą (Manu Chao, Hatebreed)

.

Fine.

Time Out

30.06.2014 Skomentuj

Pisałem kiedyś o przypadkach w muzyce, które potrafią rodzić całe gatunki muzyczne albo przynajmniej nadawać im nazwy. Potrafią też decydować o kwestiach tak doniosłych, jak długość nośnika, bo dyrektor Sony akurat lubi konkretne wykonanie Dziewiątej Beethovena i koniecznie chce je zmieścić na CD.

Przykłady można by mnożyć, szczególnie gdybyśmy zeszli na poziomy lokalne. NPR opublikowało niedawno rozmowę o tym, jak jazz zadamawiał się w Japonii. I tym razem na fundamentalne decyzje stylistyczne wpłynął czynnik ekonomiczny. Otóż muzykom na parkietach płacono od utworu.

Grali więc krótsze kompozycje i nie przesadzali z solówkami. Chodziło oczywiście o sprzedaż biletów, którymi mężczyźni opłacali tańce z partnerkami do wynajęcia. Im krótsze utwory, tym więcej tańców i tym więcej sprzedawanych biletów. A to wpłynęło na samą muzykę.

Przypadek zadecydował również o geograficznym rozwoju sceny japońskiej. W 1923 roku, gdy na wyspy zaczynał dopiero sprowadzać się swing, stolicę zdewastowało trzęsieni ziemi i późniejszy pożar. Wszelka rozrywka z synkopami włącznie przeniosła się więc na południe i dopiero pod koniec dekady improwizatorzy na dobre wrócili do Tokio.

Co by było, gdyby huragan Katrina przewalił się przez Nowy Orlean o sto lat wcześniej? Albo dwieście wcześniej w Wiedniu?

.

Fine.