Czego uczą Czesi

23.07.2014 Skomentuj

colours of ostrava
(fot. Jaroslav Holaň / Colours of Ostrava)

Koledzy z Francji, Hiszpanii czy Holandii nie mogli wyjść ze zdumienia, że na dużym festiwalu mogą kupić równie duże niechrzczone piwo za równowartość nieco ponad 1 euro. U nas – stwierdził Hiszpan – zapłaciłbyś 6 euro. A przecież kwestia piwna – dodał Francuz – przekłada się bezpośrednio na atmosferę festiwalu. Dobre i tanie piwo gwarantuje dobrą i długą zabawę. W przeciwnym razie ludzie w złych humorach i z pustymi kieszeniami zwijają się z pola tuż po północy.

Kwestia piwna to tylko jeden z powodów, dla których na największy w Czechach festiwal Colours of Ostrava miało ściągnąć w tym roku rekordowe 40 tys. osób. W tym jakieś 2-3 tys. z Polski. Bo jeśli mieszka się na Śląsku, to po co jechać cały dzień na dwukrotnie droższego Open’era, gdy w godzinę ląduje się w Ostrawie? Atuty imprezy są przy tym w dużej mierze pozamuzyczne - nie wydaje mi się, żeby Robert Plant, The National czy ZAZ byli aż tak atrakcyjnymi headlinerami, o MGMT nie wspominając.

Sceneria. Na stronie Polityki mamy małą fotogalerię. Kluczenie pomiędzy murami, rurami, przęsłami dawnego ostrawskiego konglomeratu węglowego, którego widok cieszył towarzyszy przyjeżdżających z bratnich krajów komunistycznych, to przygoda sama w sobie. Szczególnie goście z zachodu byli wniebowzięci. Może szkoda, że w Nowej Hucie tylko sporadycznie rozbrzmiewają koncerty Sacrum Profanum? Właściciel ten sam.

Sceny. Industrialne instalacje gwarantują i klimat, i dźwięk. Bo hamują fale dźwiękowe. Dzięki temu 15 scen festiwalu – z czego może 10 koncertowych – organizatorzy umieścili stosunkowo blisko siebie bez ryzyka zagłuszania. Są też szalenie zróżnicowane. Od głównej, pod którą na koncercie ZAZ szalało chyba 20 tys. osób znających na pamięć francuskie teksty (!), po zamknięty filharmoniczny amfiteatr z ograniczoną pojemnością. Ulokowane tam występy Ólafura Arnaldsa czy Jamiego Woona transmitowano jednak na telebimie ustawionym obok budynku wraz z wygodnymi krzesełkami. Pora relaksu.

Miasto. Górnicza Ostrawa ma piękną starówkę kilkakrotnie większą, niż obarczone nieco podobnym losem Katowice. Do tego ma wulkan. Czyli wielką hałdę, która cały czas (się) grzeje i gwarantuje widok na pół regionu. Starówkę od pola festiwalowego dzieli kilka przystanków albo 20/30-minutowy spacer. A jako że bliskość działa w obie strony…

Przystępność. Lokalsi przychodzą całymi rodzinami. Także tacy, którym nigdy by do głowy nie przyszło – albo nie mogliby sobie pozwolić – na jakiś festiwal wyjechać. Nigdzie też nie widziałem tylu osób na wózkach inwalidzkich i o kulach. A zatem teren odpowiednio dla nich przygotowano, na czele z dedykowanymi platformami przy głównych scenach i odpowiednimi oznaczeniami na temat tras, które na wózku pokonać trudno.

Piwo. Jako się rzekło, cena/jakość nie do pobicia. Dochodzi do tego jednak swoboda poruszania się z trunkami, bo Czesi oszczędzili sobie stref piwnych z uciążliwymi, korkującymi się bramkami, gdy ochrona po zmroku usiłuje analizować zawartość kubków. Co w takim razie z jakością trawników pod scenami? Proste: do piwa (37 koron) trzeba dopłacić kaucję (50 koron) za kubek. W rezultacie przez cały wieczór nosi się jedno i to samo naczynie. Pełne w ręce, puste przypięty do paska. I grzecznie zwraca przy wyjściu.
.

Muzycznie żałuję kilku przegapionych kapel z Czech i Słowacji. Jednakże – skąd my to znamy – miejscowi często grali absurdalnie wcześnie. Choć trzeba sąsiadom oddać, że wydzielili sobie Czech Stage i ta grała przeważnie od popołudnia do północy. A w przeddzień inauguracji festiwalu zorganizowali showcase lokalnych wykonawców, które wygrało oczywiście DVA.

Z importu najbardziej podobali mi się John Grant, Mø i przede wszystkim Emiliana Torrini, na którą też najbardziej liczyłem. Co cenne, pozwoliła sobie na zupełnie intymne show, mimo że występowała na jednej z dwóch głównych scen, a te wolą dosadnych. Przyznała zresztą pod koniec, że dla tak dużej publiczności jeszcze nie koncertowała i dlatego przez cały występ „srała w gacie”.

.

Fine.

Punkt widzenia

22.07.2014 Skomentuj

Serwis MTV Iggy opublikował kilka dni temu krótką relację z Open’era. Najwięcej mówi się o entuzjazmie polskiej publiczności, występują pierogi (a raczej „pergoi”), nie występuje komunizm. Autorka narzeka na umiejscowienie w programie lokalnych wykonawców, dla których ponoć przyjechała – choć ostatecznie rzuca tylko sześcioma nazwami w jednym zdaniu.

Moją uwagę przyciągnął fragment, w którym spekuluje się (być może słusznie) na temat przyczyn owej polskiej euforii. Bo nam się wydawało, że mamy festiwalowy przesyt, a tymczasem…

The country tends to be a secondary tour market — and only hosts a small number of festivals a year.
.

Traktowaniu miejscowych kapel przyglądałem się właśnie na festiwalu Colours of Ostrava tuż przy granicy polsko-czeskiej, o którym może w oddzielnym wpisie.

.

Fine.

Warushawa

15.07.2014 3 odpowiedzi

warszawa

Właśnie odkryłem, że Japończycy mają wytwórnię o swojskiej nazwie. I to, jak się wydaje, całkiem prężną. Nie żebym się łudził, że inspirację zaczerpnęli z mapy, bo to raczej zasługa Davida Bowiego i/lub Joy Division.

.

Fine.

Muzyka i polityka

10.07.2014 6 odpowiedzi

muzyka a polityka Pierwszą polityczną decyzję musiałem podjąć wtedy, gdy rysowałem kontur Ukrainy. Z miejsca stało się oczywiste, że sympatii jednego z większych narodów świata sobie nie zaskarbimy. Po starcie serwisu upomniał mnie jeden z naszych korespondentów z Izraela, ponieważ mieliśmy „złą mapkę”. I załączył taką, na której zabrakło terytoriów palestyńskich. Zaprotestowałem, że zgapiłem od CIA, której raczej nie można zarzucić postawy antyizraelskiej.

Później była kwestia Wysp Owczych – ponoć u progu niepodległości, więc uwzględniliśmy – a czekam jeszcze na pretensje związane z Barceloną czy Hong Kongiem. Strach myśleć o granicy pakistańsko-indyjskiej i kilku innych w regionie, a przynajmniej pół tuzina azjatyckich nacji prędzej czy później dopatrzy się u nas braku pewnych mikroskopijnych wysepek.

Ale już dzisiaj komplikacje przekroczyły, nomen omen, wszelkie granice. Tuż po wrzutce serbsko-macedońskiej, zrazu otagowanej takim właśnie podwójnym obywatelstwem i macedońskim obrysem, dostałem alarmującego maila:

Nie interesuję się polityką i nie wierzę w narodowości, plemiona i inne takie, ale obawiam się, że wielu moich rodaków Greków będzie oburzonych „Macedonią”. Przynajmniej tak długo, jak długo nazwa ta nie zostanie uznana za oficjalną. Pogrzeb w temacie, pogadaj z tamtejszym autorem i zrób, jak chcesz. Osobiście nie mam z tym problemu, ale niektórzy Grecy mogą mieć.
.

Spytałem więc naszego chorwackiego autora komentarza, co o tym wszystkim myśli. Zasugerował, żeby ograniczyć się do oznaczenia samej Serbii. Bo wprawdzie długowłosa grupa Ti pochodzi z Macedonii, ale duet zamieszkuje od dłuższego czasu w Belgradzie i śpiewa po serbsku. W ten sposób sprytnie pozbędziemy się dylematu Macedonia-FYROM (Former Yugoslavian Republic of Macedonia). Tyle że….

Z drugiej strony pojawi się problem granicy Serbii. Z Kosowem czy bez?
.

Gdybym dziś pisał magisterkę o politycznych aspektach muzyki, wyglądałaby zupełnie inaczej.

.

Fine.

Tony w genach

09.07.2014 Skomentuj

Kibicuję od lat tezie, że śpiewać każdy może, mimo że życie często jej zaprzecza. Bo faktycznie trafiają się przypadki beznadziejnego, zdawałoby się, błądzenia nie tylko pomiędzy liniami, ale także taktami pięciolinii. Gdyby treningowi uszu poświęcić jednak odpowiednią ilość czasu, czy nie udałoby się ich wyczyścić choćby do ćwierćtonów? Ano wychodzi na to, że nie.

W nowym numerze „Economist” streszcza badania szwedzkiego Karolinska Institute, które opublikowało właśnie „Psychological Science”. Chodziło o sprawdzenie, jaki wpływ na predyspozycje muzyczne mają geny. W tym celu przetestowano trzy podstawowe umiejętności muzyczne – rozpoznawania wysokości dźwięku, odróżniania melodii oraz rytmów – na prawie 2600 bliźniąt urodzonych w latach 1959-1985, z których mniej więcej połowę stanowiły bliźnięta jednojajowe.

Jednocześnie oszacowano, ile czasu każdy z respondentów poświęcił praktykowaniu muzyki (jeśli w ogóle). Naukowców interesowała szczególnie odpowiedź na pytanie, czy pracą da się nadrobić ewentualny brak talentu. Otóż niezbyt:

Pomiędzy ilością ćwiczeń a sprawdzanymi umiejętnościami brakowało jakiejkolwiek zależności. Bliźnięta muzykujący częściej od swoich identycznych współbliźniąt wcale nie przejawiały większych zdolności. W jednym z przypadków różnica wynosiła ponad 20 tysięcy godzin ćwiczeń, a mimo to umiejętności obu badanych okazały się takie same.

Oczywiście nie chodzi o to, że nauka śpiewu czy gry na instrumencie na niewiele się zda. Będzie bezcelowa wyłącznie wtedy, gdy zabraknie odpowiednich genów. Ale nawet w przypadku utalentowanych jej pozytywny wpływ jest ograniczony. Bo z innych badań wynika, że intensywność ćwiczeń odpowiada mniej więcej za jedną piątą ostatecznego rezultatu. Choć i tak więcej – 21% kontra 18% – niż w sporcie.

.

Fine.

Frank

06.07.2014 3 odpowiedzi

Frank MoviePudło rezonansowe

Początkujące beztalencie muzyczne szuka inspiracji w czymkolwiek, co spotka na ulicy, a generowane ad hoc teksty wtłacza w równie losowe melodie. Złapawszy cokolwiek nie zasługującego na niezwłoczne zapomnienie, pędzi do sypialnianego studia zanotować pomysł, zanim do zapomnienia jednak dojdzie. Z poślizgiem łapie się na autoplagiacie. Po minie widać, że nie po raz pierwszy.

Nawet jeśli „Frank” nie jest filmem bardzo dobrym, to przynajmniej w kwestiach dotyczących muzyki – bardzo prawdziwym. I nie chodzi mi tylko o zakotwiczenie fabuły w oryginale Franka Sidebottoma (czyli Chrisa Sieveya), którego scenarzyści mieli podrasować strzępami Capitana Beefhearta, Franka Zappy czy Daniela Johnstona. Jeden z owych scenarzystów, Jon Ronson, miał zresztą grać na klawiszach w zespole Sidebottoma, a z perspektywy klawiszowca Jona poznajemy też Franka filmowego. I pewnie wiele kuriozalnych scen potrafiłby wybronić tym, że zdarzyły się naprawdę.

Ale „Frank” prawdziwy wyda się także każdemu, kto kiedykolwiek próbował parać się muzykopisaniem. Mnożenie niezgrabnych melodii, z który sporadycznie wyłoni się coś jawiącego się przyszłym standardem, by po chwili okazać przeszłym. Skanowanie otoczenia w poszukiwaniu idei na tyle mętnych, by ewentualny słuchacz nie zorientował się, że piosenka jest o niczym. Odkrywanie miałkości własnej twórczości akurat w momencie, gdy przychodzi ją komuś zaprezentować. Kasowanie jedny kliknięciem gigabajtów dźwięków gromadzony miesiącami i latami.

Odwróciłbym więc hierarchię wątków „Franka” i na wierzch wyciągnął samotne zmagania beznadziejnego Jona (Domhnall Gleeson) z własnym brakiem talentu. Po pierwsze dlatego, że te same bóle przeżywa w tej chwili siedemnaście milionów sypialnianych muzykantów i prawie żadnemu nie uda się wyrwać poza plagiat i plumkanie. A po drugie, bo przecież Jon Ronson ewidentnie chciał opowiedzieć pod przykrywką przygód Franka o przykrościach własnego dorastania, tyle że – wspomnienie z młodości – kto chciałby słuchać?

Do tła zepchnąłbym za to dramaty grupowe. Nigdy nie grałem w Zespole Muzycznym, ale we frakcjach Frankowej ferajny odbijają się biografie legend rocka i zapewne tkwi w nich sporo prawdy. Tyle że po pierwsze, znamy to wszystko doskonale z owych niezliczonych biografii. Po drugie, Lenny Abrahamson nakręcił swój komediodramat w taki sposób, że wątki komediowe ustawił (zbyt) komediowo, a dramatyczne (zbyt) dramatycznie. Gdyby je skrzyżował, może oddałby wiernie słodko-gorzką dolę Franka. A tak wyszła – jak w sypialni Jona – przyjemna sztampa.

Ciekawy trend zaczyna nam się za to rysować w skali makro. Kilka miesięcy temu Scarlett Johansson wystąpiła w filmie „Her” wyłącznie głosem. I z perspektywy właśnie jej „kreację” pamięta i wspomina się najlepiej. Teraz z wnętrza pękatego papier-mâché jedną ze swoich życiowych ról wygadał i wyśpiewał Michael Fassbender. Jeszcze trochę i może doczekamy się oddzielnego Oscara – za grę tembrem.

.

Fine.

Festiwalowy lipiec

01.07.2014 3 odpowiedzi

W tych okolicznościach odwołania trzeciej dużej imprezy w ciągu trzech miesięcy raczej nie odczujemy. Uzupełnienia jak zawsze mile widziane.

1 lipca – Gojira, Progresja, Warszawa
2 lipca – Phil Anselmo & the Illegals, Progresja, Warszawa
2-5 lipca - Open’er, Gdynia (The Black Keys, Faith No More, Pearl Jam, Haim, Lykke Li, Jack White)
3 lipca - Of Mice & Men, Pod Minogą, Poznań
4 lipca - Jacky Terrasson Trio, Studio im. W. Lutosławskiego, Warszawa (Jazz na Starówce)
5 lipca - Joey Calderazzo Trio, Rynek Starego Miasta, Warszawa (Jazz na Starówce)
4-5 lipca – Festiwal Legend Rocka, Dolina Charlotty (Bob Dylan, Jethro Tull, Fish)
4-5 lipca – Olsztyńskie Noce Bluesowe (Eugene Hideaway Bridges, Diunna Greenleaf)
4 lipca – Ignite, Alibi, Wrocław
4-17 lipca - Brave Festival, Wrocław (Divana Ensemble, Balega, Rupinder)
5, 6, 8 lipca - Daniel Higgs & Michael Zerang, Poznań / Bydgoszcz / Warszawa
7 lipca - Deap Vally, Lizard King, Kraków
7, 8 lipca – Kylesa, Progresja, Warszawa / B90, Gdańsk
8-13 lipca – Inne Brzmienia, Lublin (Goldfrapp, Asian Dub Foundation, Yegor Zabelov)
10-12 lipca - Suwałki Blues Festival, Suwałki (Vanilla Fudge, Ginger Baker)
10-13 lipca – Warsaw Summer Jazz Days (Gary Peacock, Jack De Johnette, Dave Holland)
10, 11, 12, 15, 16, 17 lipca – Uburen, Wrocław / Kraków / Bielsko-Biała / Warszawa / Łódź / Poznań
11 lipca – Sonisphere, Warszawa (Metallica, Alice In Chains, Kvelertak, Anthrax)
11-19 lipca – Ladies’ Jazz Festival, Gdynia (Banda Magda, Nikki Yanofsky, Monsieur Perine)
5 lipca - Reis Demuth Wiltgen Trio, Rynek Starego Miasta, Warszawa (Jazz na Starówce)
13 lipca - Talib Kweli, Palladium, Warszawa
14 lipca – Dream Theater, Arena, Gdynia
16 lipca - Emilíana Torrini, Basen, Warszawa
17, 19 lipca – Sun Ra Arkestra, Zamek Książąt Pomorskich, Szczecin / B90, Gdańsk
17-20 lipca – Castle Party, Bolków (Deine Lakaien, The Klinik, Sui Generis Umbra, She Past Away)
18-20 lipca – Jarocin (Anathema, Matisyahu, The Real McKenzies)
18-19 lipca – Days of Ceremony, Hydrozagadka, W-wa (Church of Misery, Suma, Conan)
19-20 lipca - Tattoo Konwent, Gdańsk (Everlast, The Meteors, AXMusique)
22 lipca – Colin Stetson, Pardon, To Tu, Warszawa
23 lipca – Makoto Kawabata & Jean-Francois Pauvros, Pardon To Tu, W-wa
23-26 lipca – Globaltica, Gdynia (Family Atlantica, Fargana Qasimova, Emilia Amper)
25-26 lipca – Red Smoke Festival, Pleszew ( Sonic Mass, Snake Thursday)
26 lipca – Reggae nad Wartą, Gorzów Wlkp. (Ghetto Priest)
26 lipca – Jessie Ware, Sopot (Sopocka Zatoka Sztuki)
25-27 lipca – Audioriver, Płock (Little Dragon, Naughty Boy, DJ Koze, Booka Shade, Trentemøller)
27, 28, 29 lipca - Hugh Laurie, Aula UAM, Poznań (x2) / Zamek Książąt Pomorskich, Szczecin
31 lipca – Off Festival – Before Party, Katowice (Earth, Dean Wareham, Dirty Beaches)
31 lipca – 2 sierpnia – Przystanek Woodstock, Kostrzyn n. Odrą (Manu Chao, Hatebreed)

.

Fine.

Time Out

30.06.2014 Skomentuj

Pisałem kiedyś o przypadkach w muzyce, które potrafią rodzić całe gatunki muzyczne albo przynajmniej nadawać im nazwy. Potrafią też decydować o kwestiach tak doniosłych, jak długość nośnika, bo dyrektor Sony akurat lubi konkretne wykonanie Dziewiątej Beethovena i koniecznie chce je zmieścić na CD.

Przykłady można by mnożyć, szczególnie gdybyśmy zeszli na poziomy lokalne. NPR opublikowało niedawno rozmowę o tym, jak jazz zadamawiał się w Japonii. I tym razem na fundamentalne decyzje stylistyczne wpłynął czynnik ekonomiczny. Otóż muzykom na parkietach płacono od utworu.

Grali więc krótsze kompozycje i nie przesadzali z solówkami. Chodziło oczywiście o sprzedaż biletów, którymi mężczyźni opłacali tańce z partnerkami do wynajęcia. Im krótsze utwory, tym więcej tańców i tym więcej sprzedawanych biletów. A to wpłynęło na samą muzykę.

Przypadek zadecydował również o geograficznym rozwoju sceny japońskiej. W 1923 roku, gdy na wyspy zaczynał dopiero sprowadzać się swing, stolicę zdewastowało trzęsieni ziemi i późniejszy pożar. Wszelka rozrywka z synkopami włącznie przeniosła się więc na południe i dopiero pod koniec dekady improwizatorzy na dobre wrócili do Tokio.

Co by było, gdyby huragan Katrina przewalił się przez Nowy Orlean o sto lat wcześniej? Albo dwieście wcześniej w Wiedniu?

.

Fine.

Best of Beehype (Wiosna 2014)

22.06.2014 3 odpowiedzi

Capicua Portugal

Serwis wystartował na początku poprzedniej pory roku i od razu przekonfigurował moje słuchanie. Bywa, że na premiery okołopitchforkowe zwyczajnie szkoda mi czasu, skoro alternatywą jest przygoda i szansa na autentyczny zachwyt – a nie kolejne przyzwoite wydawnictwo w duchu poprzednich płyt inspirowanych zamierzchłymi sławami.

Utwory wrzucane na beehype’a przechodzą podwójne filtrowanie – lokalne i globalne – ale mimo to mamy ich już w katalogu ponad 300, a nasza playlista na SoundCloudzie dobija 11 godzin. W zasadzie każdy z kawałków mógłbym uczciwie polecić, ale dokładam filtr trzeci, czyli garść moich prywatnych faworytów z ostatnich trzech miesięcy:

(me llamo) Sebastián - Varita Mágica (Chile)

Przebój ostatnich tygodni, zwarta i chwytliwa piosenka z małymi gmatwaninami ukrytymi między nutami. Plus sympatycznie pocieszny teledysk.

Marten Kuningas - Tagurpidi Vaal (Estonia)

Ballada na głos i kosmicznego stratocastera, pop dla space-, post-, progrockowców. Polecam też śliczny instrumental, który uświadamia, że podstawa to podstawa i na solidnym fundamencie można zaśpiewać cokolwiek.

Lili Limit - To… (Japonia)

Gdyby math-rock poszedł w tym kierunku – niebywale inteligentnej i precyzyjnie skontruowanej muzyki, której da się jednak słuchać bez ciągot matematycznych – byłbym mathrockowcem. W tym duchu oczywiście także dziewczęta (i chłopak) z Tricot oraz podobnie mieszane płciowo i również ścisło-humamistyczne Uchuconbini. Czyżby sekret krył się właśnie w dwóch płciach?

Okudzhav - Vzroslye (Rosja)

Niełatwo się ostatnio zachwycać tamtejszą kulturą, ale pewnie tym bardziej trzeba. Окуджав nie pozostawiają zresztą wielkiego wyboru – ani w tym singlu, ani w poprzednim. Z wierzchu prosta chwytliwość, pod powierzchnią dziwny niepokój i napięcie.

Yasmine Hamdan - Beirut (Liban)
• Fayrouz Karawya - Ras Shebaky (Egipt)

Dopiero włóczenie się po Soundcloudzie uświadomiło mi, jak bogaty i w muzykę, i w świadomych słuchaczy jest ignorowany przez nas teren Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej (MENA). Czyli zamieszkiwany przez 400 milionów ludzi, których muzyczne tradycje sięgają początków cywilizacji. Sytuację korzystnie komplikuje tamtejsza wspólnota językowa. Jak już docenimy Latynosów, przyjdzie czas na Arabów.

The Bambir - Khio (Armenia)

Ormianie muzykują obecnie głównie poza granicami własnego kraju, większość lokalnej muzyki dostarcza diaspora. Ale The Bambir – specyficzna instytucja przekazywana z lidera na lidera raczej niż typowy zespół – grają na miejscu. Słuchać, oglądać i tęsknić.

Natisú - Mañana (Chile)

Przez tę piosenkę kibicuję w mundialu Chilijczykom. No i sama Natisú ucieszyła się bardzo z wychwycenia jej, jako pierwsza, ale nie ostatnia, uświadamiając mi, że nie robimy serwisu tylko dla słuchaczy.

Raz Shmueli – On Me & You (Izrael)

Brazylia, Japonia, Korea czy Francja – wiadomo, że dzieją się tam rzeczy niezwykłe i można by się ograniczyć do słuchania dowolnego jednego z nich. Ale kilka innych krajów zupełnie niespodziewanie okazało się zagłębiami fenomenalnej muzyki. Chile, Indonezji czy właśnie Izraelowi się przelewa.

• Prodavac - Malý Ráje (Czechy)

To samo dotyczy Czech i Słowacji, do których mam dodatkową słabość ze względu na urok języków. Korespondenci w obu tych krajach znikli nam ostatnio i wrzuciliśmy jeno ten prosty kawałek, ale polecam archiwum obu krajów. Koniecznie „Otec”.

Cléa Vincent - Retiens mon désir (Francja)

A jednak przebój „All That She Wants” miał sens. Było nim zainspirowanie tego coveru zupełnie nowej dziewczyny na francuskiej scenie.

Juçara Marçal  - Velho Amarelo (Brazylia)

Solowa debiutantka, ale ma za sobą ponad 20 lat kariery i pół wieku życia. W zespole lokalne sławy, wśród inspiracji i autorów części materiału brazylijskie legendy. Jedna z lepszych płyt roku.

Szabó Balázs Bandája - Hétköznapi (Węgry)

Folku wiele nie prezentujemy, ale czasem trafiają się hity i to jeden z nich – wynaleziony zresztą przez Michała Wieczorka. Miks nie tylko stylistyczny, ale i lingwistyczny, węgiersko-francuski.

• Neon Bunny – It’s You (Korea Południowa)

K-pop nie-zły.

Yoshida Yohei Group - Boulevard (Japonia)

Pogodna ekipa reprezentująca niejaki „city pop”, tutaj w piosence rozbudowanej o trochę przyjaznych partii instrumentalnych. Wrzuciliśmy ją tydzień temu i od tego czasu muszę ją przesłuchać przynajmniej raz dziennie.

Capicua - Vayorken (Portugalia)

I jeszcze dziewczyna z obrazka powyżej. Polubiłem ją wtórnie, widząc reakcję świata, bo utwór zebrał wyłącznie entuzjastyczne recenzje z kierunków wszelakich. Co imponuje tym bardziej, że hip-hop, najbardziej językowy z gatunków, sprawdzał się nam dotąd umiarkowanie. Koniecznie z teledyskiem.

*

I jeszcze obserwacja: większość wrzucanych przez nas utworów okazuje się mieć na Soundcloudzie czy YouTube po kilka tysięcy, a czasem ledwo kilkaset odsłon. Także ostatnie typy z Polski – Oxford Drama, Martina M, Natasza Ptakova – to postacie z mniejszą liczbą lajków na fejsie od nas. Wspaniałych czasów dożyliśmy, że możemy się tak odnajdywać z pominięciem całego układu pokarmowego. I że artyści mogą wychodzić w świat bez względu na recepcję w kraju.

.

beehype

Festiwal miejski

17.06.2014 Skomentuj

orange warsaw 2014Wystarczyłby Orlik?

W niedawnym wywiadzie kompozytor David Lang tłumaczył się z festiwalu w Carnegie Hall, w programie którego obok poważnych wykonawców umieścił Aesop Rocka, Sama Amidona czy strywializowanego nieco Nico Muhly’ego. A wykonywano chociażby Franza Liszta, Johna Cage’a oraz jeden utwór samego Langa. Zdziwiony tym ostatnim faktem dziennikarz spytał:

Dlaczego tak mało?

W NYC sporo gra się mojej muzyki, a przecież współpracuję z wieloma innymi kompozytorami. Odkąd założyliśmy grupę Bang on a Can, starałem się przekonać ludzi, że wszyscy tworzymy jedną wielką sieć. Łatwo byłoby zrobić trzy koncerty z moją muzyką podpartą utworami trzech wielkich kompozytorów naszych czasów, przy których wyglądałbym na ważnego. Ale mnie interesują zupełnie inne pytania.

Takie jak?

Co się dzieje, gdy różnorakiej muzyki słuchasz w ten sam sposób? Jak przekonać ludzi, że jeśli przyzwyczają uszy do określonej muzyki wykonywanej w określonym miejscu, to będą gotowi na dowolną muzykę wykonywaną w dowolnych miejscach? Bo nam się wydaje, że to, czego dowiemy się na temat słuchania muzyki klasycznej, nie przyda się do niczego w zetknięciu z popem. 

*

Na tydzień przed rozpoczęciem lata festiwalowy przesyt już dał o sobie znać, przynajmniej w Warszawie. Mimo wcześniejszego odwołania dwóch ważnych imprez, Free Formu i Pozytywnych Wibracji, w ostatni weekend wiosny skumulowały się w stolicy aż trzy imprezy muzyczne. Wielki Orange Warsaw, średnie Instalakcje oraz kameralny Monotype Fest. Całe szczęście, że części muzycznej nie dorobił się jeszcze Big Book Festival.

Skoro większość znajomych wybrała się do Centrum Sztuki Współczesnej na Monotype, obstawiłem dwie pozostałe imprezy. Przy okazji realizując postulaty Langa, które skądinąd sam postuluję od zarania muzycznego zainteresowania.  Zacząłem więc i skończyłem na Stadionie, a w międzyczasie trzykrotnie zajrzałem do Nowego Teatru na Mokotowie. Zacząłem od smutnej konstatacji odnośnie tego pierwszego, skończyłem na radosnej wizji ukulturalnionego miasta.

Orange Warsaw 2014Zostało jeszcze parę miejsc.

Wniosek gorzki, to że na Stadionie Narodowym nigdy nie uda się zorganizować dobrej imprezy muzycznej. Orange rozrósł się do trzech dni i do trzech scen (przynajmniej w porywach), mogliśmy więc jego festiwalowe predyspozycje zweryfikować. Katastrofa w całej rozciągłości.

Brzmienie. Próbowałem górnej trybuny (utwory Queens of the Stone Age nie są do siebie aż tak podobne), próbowałem pod samą sceną (OutKast dawało się zrozumieć tylko dzięki temu, że fani recytowali teksty z pamięci). A to basy waliły po flakach, a to góry biły rekordy bilokacji. Przy zapełnieniu obiektu sięgającym 10% pojemności zamiast głośników grał beton. Ale lepiej nie było nawet przy lepszej frekwencji podczas zeszłorocznej wizyty Beyoncé. Być może wybitni realizatorzy Paula McCartneya potrafili Stadion nieco opanować, po pierwsze jednak lżejsze dźwięki, a po drugie mogli dopasować się do potrzeb jednego wykonawcy. Na przeglądzie kilkunastu czy kilkudziesięciu kapel takiej możliwości nie ma. I nie ma ratunku dla Stadionu, pisała o tym zresztą niedawno Polityka.

Atmosfera. Poza doświadczeniem muzycznym – tutaj przegranym – festiwale przyciągają obietnicą przeżycia wspólnotowego i nieprzypadkowo ich popularność rośnie proporcjonalnie do skali sieciowej s@motności. Pomyślany jako naczynie masowej euforii sportowej, w ten weekend Stadion Narodowy mógł tylko pogłębić poczucie atomizacji. Smutnym był sam w sobie widok dramatycznych pustek na trybunach – obsadzonych jedynie naprzeciw sceny, a i tam w kratkę, no i poszatkowanych na piętra. Pomiędzy krzesełkami a sceną ziała ziemia niczyja, bo płytę największe gwiazdy zdołałby zapełnić jeno do połowy. Część ludzi pozostała poza stadionem, bo tylko tam dało się faktycznie słuchać. Część czaiła się w tunelach. Jedni siedzieli na schodach, inni stali przy stoiskach z jedzeniem. Nawet te ostatnie utraciły zresztą walor społeczny. Bo gdy ogródki gastronomiczne na festiwalach pełnią zazwyczaj funkcję głównych integratorów, tutaj kuchnię rozrzucono wokół trybun i to po obu stronach murów. Rozsypka.

Przestrzeń. Mieszkańcy Warszawy boleśnie przekonali się, jak inwazyjna akustycznie jest scena stadionowa. Z tego względu scenę drugą trzeba było możliwie oddalić. Żeby do niej dotrzeć, trzeba było pokonać pełnowymiarowe boisko piłkarskie (niestety bez murawy), wspiąć po potężnych schodach, przebić przez tunel, zejść z powrotem na parter, obejść pół stadionu i jeszcze przewędrować wielki plac, a po drodze kilkakrotnie poddać się kontroli ochrony. Przydługawe spacery nie są niczym nowym w krainie festiwali, ale co innego spacerować po łące czy pasie startowym na otwartym powietrzu, a co innego przemierzać wte i wewte gigantyczną infrastrukturę miejską. To nie jest przyjazny obiekt dla wędrówek i to nie jest otoczenie, w którym chciałoby się spędzić cały dzień. A co dopiero trzy.

Do tego dochodzi dziwna relacja z miastem. Stadion znajduje się niby blisko centrum stolicy i jest z nim świetnie skomunikowany. Mimo to impreza wydaje się od Warszawy odizolowana. Wynika to zarówno z powodu wspomnianych odległości pieszych, jak i zaniku komunikacji wieczorem: jeździły tylko autobusy nocne, do których część ludzi czekających na przystanku po 20-30 minut zwyczajnie się nie mieściła. Blokadę pogłębia jeszcze polityka organizatorów:

orange warsaw 2014Sytuacja bez wyjścia.

Ani więc słuchać, ani uspołeczniać się, ani chłonąć miasto.

Czyli przeciwieństwo tego, co działo się w tym samym czasie w mokotowskim Nowym Teatrze, mimo że sam budynek też niespecjalnie kojarzy się z muzyką - poprzemysłowa hala przy betonowym placu służącym za parking. Na antenie radia Tok FM kompozytor Paweł Mykietyn, opiekun duchowy festiwalu Instalakcje, ostrzegał, że trudno propozycję artystyczną imprezy. Najlepiej będzie więc mówić o sztuce współczesnej.

Już w trakcie pierwszego wieczoru zastanawiałem się, czy i to nie określenie nie jest zbyt wąskie. Fantastycznie skomponowany spektakl, podczas którego cztery utwory czterech różnych autorów scalono w jedną opowieść, mieścił w sobie nie tylko elementy muzyki współczesnej, teatru, wideoartu, rzeźby czy performance’u, ale także wykładu o szympansach (mimo żartobliwej otoczki – jednak wykład!) czy kabaretu.

I nie chodzi mi tylko o skafander astronauty, w którym wyszła na scenę sopranistka Barbara Kinga Majewska. Gdy na oczach publiczności zrzuciła go na rzecz różowej sukienki, hełm zamieniła na perukę, a kosmiczne buciory na obcasy (a więc jeszcze moda) i wspólnie z Kwadrofonikiem zaczęła Andrzeja Kwiecińskiego radosny opus „Non si puo fuggire na głos i fortepian flażoletowy na osiem rąk”, odruchowo pomyślałem, że równie dobrze mógłby się go podjąć kabaret Mumio w okresie swojej świetności.

Barbara Kinga Majewska - InstalakcjePierwsza Polka w kosmosie (foto stąd)

Na przykładzie cokolwiek wyśrubowanych wymagań, jakie postawiono Majewskiej – świetnie wszystkim sprostała – najłatwiej zresztą prześledzić, jak bardzo się nam granice sztuk porozciągały. Wykładała i śpiewała w kilku językach, piszczała i partyturowo oddychała, grała gestem i na kilku różnych instrumentach – w tym opakowaniu po lodach – uprawiała konferansjerkę i odstawiała teatr. Gospodarz festiwalu Wojciech Blecharz zlecił jej i Kwadrofonikowi niemal wyłącznie szepty, szelesty, szumy i salwy szalonego shutthefuckup!

Gdyby przyszło jej wystąpić dnia następnego, musiałaby jeszcze rozebrać się do półnagości i ekspresyjnie wyzwalać z przezroczystej folii, cały czas stymulując przyczepione do ciała mikrofony i psychodeliczną kamerę. Wszystko to w „Homo sonans” Karola Nepelskiego, szczególnym połączeniu radykalnej improwizacji elektroakustycznej z audiowizualną. W tym kontekście konwencjonalnym wręcz wydało się popołudniowe wykonanie „Symfonii Zwycięstwo” Marcina Maseckiego, który poprowadził fantastyczną Orkiestrę Dętą Ochotniczej Straży Pożarnej w Słupcy i sam udzielił się kilka razy na klawiszach.

Ochocze zwycięstwo.

Wszystko to za darmo, w sercu Mokotowa, można więc było do woli wychodzić – chociażby na Stadion albo zupełnie nieodległego CSW – i wracać.

Gdy tak sobie kursowałem między batutą a betonem, teatrem a trybuną, zastanawiałem się, ile osób obiera dziś podobną taktykę. Bo z roku na rok konsekwentnie zasypujemy przepaści dzielące najodleglejsze stylistyki muzyczne i – szerzej – dziedziny sztuk, a równolegle rozwijają się sceny wszelakie i te kumulacje trafiają się coraz częściej. Dzięki temu nowoodkrytą ciekawość wszystkiego przynajmniej w większych miastach można zaspokoić, w ciągu jednego weekendu odwiedzając stadion, muzeum, teatr, księgarnię. I to rzeczywiście byłby festiwal miejski.

.

Fine.