Stara muzyka

Stara muzyka 21.10.2014 — 2 komentarzy

Niespełna rok temu zachwycałem się tutaj występem koreańskiego zespołu UhUhBoo Project. Widoczny na zdjęciu w podlinkowanym wpisie basista właśnie znów odwiedził Warszawę. Tym razem narzucał jednak tempo zza kulis – sam na scenie się nie pojawił.

Jang Young-gyu jest pomysłodawcą i reżyserem projektu Be-being, który bardzo szlachetnie odświeża tradycje buddyjskie nie tylko w warstwie muzycznej. Pięciu grającym w TR Warszawa towarzyszyło dwóch tańczących mnichów, którzy mają także czuwać nad ortodoksją spektaklu osadzonego na buddyjskich ceremoniach. Fenomenalne zawodzenia (czytaj: śpiew pansori) głównej wokalistki grupy, lokalna cytra i fidel, tuziny dzwoneczków, flet podobno trzcinowy i azjatyckie bębny – godzinna medytacja dobra dla ucha i ducha.

Występ Be-being odbył się w ramach muzycznego festiwalu Radio Azja zakotwiczonego przy filmowym festiwalu Pięć Smaków. (Parę lat temu pojawili się na festiwalu Brave). Pod koniec listopada z Japonii z kolei przybędzie ultraoryginał Hiromichi Sakamoto – znany z opisywanego tu kiedyś filmu „I tak nie zależy nam na muzyce” – a w grudniu DaWangGang, jeden z ciekawszych znanych mi tradycyjnych muzyków chińskich.

Ale na moment wrócę jeszcze do Korei. W przeddzień swojego występu Be-being nawiedzili także premierowy pokaz „Bitter, Sweet, Seoul”, filmowego portretu koreańskiej stolicy, który bracia Park Chan-wook oraz Park Chan-kyong skleili z setek klipów nadesłanych przez internautów. I w którym sami się udzielają. Krótką rozmowę z zespołem po seansie tłumaczył niegdyś rodowity seulczyk, obecnie 19-letni student Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie.

Skorzystałem z okazji i zagadnąłem go o koreańską muzykę, podpytując przy okazji, czy kojarzy swoich rodaków, których prezentujemy na bihajpie. Nie kojarzył. Tłumaczył się, że od artystów współczesnych odstrasza go badziewie dominujące na listach przebojów – czyli K-pop. Dlatego słucha „starej muzyki”. Spodziewałem się usłyszeć wreszcie coś o koreańskich Beatlesach i Floydach, a tymczasem mój rozmówca doprecyzował, że chodzi… „o rzeczy z lat 2005-2007”.

W tym okolicznościach szczytowe osiągnięcia przysłowiowych „Radiohead i Sigur Rós” wypada więc uznać za muzykę wręcz dawną. Może i ją ktoś kiedyś nabożnie wskrzesi.

 

Fine.


Powiedz mi, czego słuchasz, a powiem ci, kim jesteś

Powiedz mi, czego słuchasz, a powiem ci, kim jesteś 19.10.2014 — Skomentuj

Według „New York Timesa” powiedzenie to straciło aktualność. Bo wraz z nastaniem ery streamingu każdy „ma” tę samą muzykę i decyzja, którą się zapoda, nie świadczy już tak bardzo o zapodającym:

Before Spotify solved the problem with music forever, esoteric taste was a measure of commitment. When every band was more or less difficult to hear by virtue of its distance from a major label, what you liked was a rough indicator of the resources you had invested in music.

Przypominają mi się rzesze nowych fanów Bon Iver zaimportowanych od Kanyego Westa i kiwam głową zdecydowanie. Potem myślę o uczestnikach Off Festivalu i też kiwam, ale trochę mniej pewnie. No bo w swojej większości to jednak inna publiczność od openerowej, co można odczuć i pod sceną, i pod plenerowym barem. Wizualizuję sobie stałych bywalców Pardon To Tu i niszowych portali i zupełnie zmieniam zdanie. A potem słyszę alternatywę w reklamówkach, widzę krytyków przeskakujących z Orange na Unsound, fanów surfujących po falach hype’u od hardkorowego hip-hopu do upopowionego dubstepu.

I tylko naszywki na kostkach dzielnie trwają i świadczą.

.

Fine.



Nie taki nowy Yorke

Nie taki nowy Yorke 08.10.2014 — 10 komentarzy

Cieszę się z własnego spóźnienia w komentowaniu ostatniego wyczynu Thoma Yorke’a. Bo z perspektywy – zabawne, że o dwóch tygodniach można dziś powiedzieć „z perspektywy” – łatwiej odpowiedzieć na podstawowe pytanie: czy ma on jakiekolwiek znaczenie.

Miało znaczenie udostępnienie „In Rainbows” przed siedmiu laty poprzez stronę Radiohead, przy jednoczesnej pozwoleniu nabywcom, by sami decydowali o cenie płyty. Po pierwsze, popularyzowało to, a dla wielkiego biznesu wręcz legalizowało narzędzie dystrybucji, jakim naprawdę niezależni posługiwali się od lat. I w latach kolejnych. Jakaś część tych, którzy udostępniają dziś swoją muzykę na Bandcampie za płać-ile-chcesz, naśladuje w ten sposób swoich idoli. Po drugie, poznaliśmy nieco prawdy o zachowaniach masowej – wciąż „ambitnej” – publiczności w sieci. Nawet kultowemu Radiohead fani poskąpili pieniędzy, a często woleli darmowego pirata z torrentów od darmowego legala ze strony oficjalnej. Jednocześnie okazali pewną lojalność, bo gdy pojawiły się CD, ochoczo sięgnęli do portfela i zapłacili za materialną wersję materiału, który zna na pamięć. Wreszcie Radiohead uświadomiło innym wielkim świata muzyki to, że czasem łatwiej zwrócić na siebie uwagę metodą dystrybucji, niż jej przedmiotem. Stąd przedświąteczna niespodzianka Beyonce i stąd niedawne U2 rozdane milionom za free.

Wrzucenie „Tomorrow’s Modern Boxes” do sieci BitTorrent zapowiadało konsekwencje jeszcze donioślejsze. Oto piracki oręż oficjalnie zaprzęgnięto w służbie dobra, czyli dla ominięcia korporacyjnej sitwy w jej nowoczesnej, streamingowej postaci – a nawet poczciwych firm hostingowych. Nikt konkretny materiału nie przechowywał ani nie dystrybuował. Rozchodził się niejako sam. Przynosząc za to niebagatelny zysk: 90 proc. od utargu przy zachowaniu przyzwoitej ceny 6 dolarów od sztuki. Teoretycznie hit, w praktyce – wydaje się – klapa.

Według dotychczasowych informacji album ściągnięto z BitTorrenta 100 tysięcy razy w ciągu pierwszej doby oraz ponad milion razy w ciągu tygodnia. Tyle że chodzi o pakiet darmowy. O wersji płatnej nic nie wiemy. Ale skoro przed kilku laty większość zrezygnowała z darmowego egzemplarza umieszczonego na oficjalnej stronie na rzecz torrentów, to ile osób oleje płatne torrenty chociażby na rzecz darmowego, oswojonego YouTube?

Tym bardziej że Yorke wybrał metodę:

Niepraktyczną. W sieci liczy się wygoda, która mierzy się liczbą wymaganych kliknięć i pól do wypełnienia. Nabycie płyty w sklepie internetowym w dowolnym formacie to dziś kwestia minuty. Znalezienie jej w streamingu – sekund. Tymczasem sam przymus instalowania czegokolwiek dodatkowego na komputerze może odrzucać, a w przypadku oprogramowania kojarzonego z piractwem – wręcz niepokoić. Wprawdzie szczególnie wytrwali zdołali oprotestować ten obowiązek i mimo to dostać muzykę, ale wymaga to jeszcze większej liczby kliknięć. Kiedy ostatnio kupowanie płyty wymagało pisania listu?

• Przestarzałą. Torrenty i inne podobne obiegi nieoficjalne były w modzie, kiedy dawały dostęp do ograniczonych i/lub drogich dóbr kultury. Poniekąd dzięki presji ich obecności doczekaliśmy się czasów, kiedy dobra te – a przynajmniej ich bliższa mainstreamowi część, do której Yorke zdecydowanie się zalicza – są już dostępne i łatwo, i tanio. Albo wręcz za darmo. W tym kontekście cofanie się do epoki p2p trudno nazwać odkrywaniem przyszłości. Dystrybucja przez p2p przyniosła Yorke’owi nadspodziewane efekty, ale to było 15 lat temu.

Nieuzasadnioną. Yorke tłumaczy, że chce artystom oddać z powrotem (?) kontrolę nad ich dziełami. Tak aby mogli sprzedawać je samodzielnie z pominięciem tzw. gate-keeperów. Rzecz w tym, że artyści od dobrych kilku lat prezentują i sprzedają swoją twórczość dokładnie w taki sposób, jaki sobie tylko wymarzą. Jedni wybierają YouTube, inni Bandcampa, jedni stawiają na crowdfunding, inni handlują na własnej stronie. Jeśli nikt przedtem nie wpadł na pomysł, by sprzedawać płyty poprzez sieci p2p, to raczej nie chodzi o to, że to pomysł wybitnie oryginalny.

Na pewno wybitnie korzystny dla BitTorrenta. Yorke oddaje firmie 10 proc. utargu, mimo że faktyczną dystrybucją zajmują się internauci. Oni grosza za swoją przysługę jednak nie otrzymają. A to może budzić wprawdzie dalekie, ale jednak skojarzenia z niesławną aferą Amandy Palmer, która po zebraniu miliona na Kickstarterze wciąż chciała outsourcingować aranżacje za piwo. Yorke’a stać na to, by zapłacić 10 proc. za dystrybucję ludziom, którzy faktycznie się nią zajmują. Chociażby poczciwemu Bandcampowi.

Specjalnością muzyków Radiohead nigdy nie było wymyślanie nowego, ale raczej recycling i popularyzowanie cudzych wynalazków. Tak było (muzycznie) z „Kid A” i tak było (ekonomicznie) z „In Rainbows”. Po raz pierwszy Thom Yorke spróbował czegoś własnego i, niestety, nie wyszło. A po dwóch tygodniach wiemy również, że zawartość „Tomorrow’s Modern Boxes” – niech padnie wreszcie tytuł albumu – też do rewolucyjnych nie należy.

Fine.


Koncerty październikowe

Koncerty październikowe 01.10.2014 — 7 komentarzy

Proszę uzupełniać, korygować.

*

2-4 października – Najstarsze Pieśni Europy, Lublin
3 października – James Blunt, Torwar, Warszawa
3-4 października – FreeFormFestival, Warszawa (Moderat, Modesstep, Trentemøller, DJ Koze)
4 października – SOJA, Proxima Warszawa
4, 5 października – Erlend Øye, Studio, Kraków / Basen, Warszawa / Eskulap, Poznań
7 października – Fu Manchu, Proxima, Warszawa
8, 9 października – SOHN, Hipnoza, Katowice / SQ, Poznań
8, 9 października – Enter Shikari, Progresja, Warszawa / Kwadrat, Kraków
8-12 października – Sopot Jazz Festival (Trilok Gurtu, Jon Irabagon, Matthias Schubert)
9 października – Les Musiciens du Louvre-Grenoble, Marc Minkowski, Kraków (Opera Rara)
9 października – Dope D.O.D., Alibi, Wrocław
9 października – Demdike Stare, MCK, Bydgoszcz
9 października – Peter Evans, Pardon To Tu, Warszawa
9, 10 października – Animals As Leaders, TesseracT, Proxima, Warszawa / Fabryka, Kraków
9, 10, 11, 12 paźdz. – Staer, Poino, Warszawa / Bydgoszcz / Poznań / Wrocław
10-11 października – Rawa Blues, Katowice (Robert Randolph, The Blind Boys Of Alabama)
11 października – Ginger Baker’s Jazz Confusion, Chorzowskie Centrum Kultury, Chorzów
12, 13 października – Donna Regina, Owoce i Warzywa, Łódź / Klubokawiarnia Polonez, Warszawa
12-19 października – Unsound, Kraków (Swans, The Bug, Nurse With Wound, Jenny Hval, Zs)
13 października – Lindsey Stirling, Torwar, Warszawa
13 października – Agnes Obel, Stodoła, Warszawa
13 października – Jozef Van Wissem, Pardon To Tu, Warszawa
14, 15 października – Kadavar, Liverpool, Wrocław / Hydrozagadka, Warszawa
14, 15, 16 października – Pendragon, Blue Note, Poznań / Kuźnia, Bydgoszcz / Rialto, Katowice
15 października – Marissa Nadler, Pardon To Tu, Warszawa
15 października – Tycho, Basen, Warszawa
15, 20 października – Parov Stelar, Teatr Łaźnia, Kraków / Torwar, Warszawa
17, 18 października – The Toy Dolls, Alibi, Wrocław / Proxima, Warszawa
7-18 paźdz. – Avant Art, Wrocław (Supersilent & John Paul Jones,  Keiji Haino, Haxan Cloak)
19 października – Be-Being (Korea Płd.), Teatr Rozmaitości, Warszawa (Radio Azja)
19-24 października – Richard Bona, Głogów / Kraków / Poznań / Szczecin / Gdynia / Bydgoszcz
20 października – The 1975, Palladium, Warszawa
21, 22, 23 października – Taylor McFerrin, Bytom / Wrocław / Poznań
22 października – FKA Twigs, Basen, Warszawa
24 października – John Legend, Torwar, Warszawa
23-25 października – Nostalgia Festival, Poznań (Tigran Mansurian, Anja Lechner, Neo Quartet)
24-25 października – Soundedit, Łódź (John Cale, Laibach, Karl Bartos, Patrick Wolf)
26 października – Truckfighters, Hydrozagadka, Warszawa
27 października – Opeth, Progresja, Warszawa
28 października – Skillet, Stodoła, Warszawa
28, 29, 30, 31 paźdz. – Tricky, Warszawa / Gdańsk / Łódź / Katowice
30 października – Kylie Minogue, Atlas Arena, Łódź

Fine.



Kung-fu jesień

Kung-fu jesień 26.09.2014 — 11 komentarzy

Jeśli wirtuoz chińskiego gǔzhēngu stuka w obudowę zamiast szarpać struny, rozbiera instrument na części, smyra go jakąś odmianą eBowa i zaczepia kartą kredytową, a gdy z głośników dobiegają odgłosy bijatyki z jakiegoś filmu kung-fu – do rytmu chlasta się po twarzy, to musi być Warszawska Jesień.

Utwór „Ouvertures”, kompozytor Simon Steen-Andersen, solista Le Liu, wczesne wykonanie do zobaczenia tutaj, niestety jeszcze bez bijatyk i chlastania.

Fine.

 


Best of Beehype (Lato 2014)

Best of Beehype (Lato 2014) 23.09.2014 — 2 komentarzy

Zgodnie z nową tradycją podrzucam garść wykonawców, którzy w ostatnim, drugim kwartale beehype’owej działalności ucieszyli mnie najbardziej.

Oprócz poniższych pojedynczych strzałów polecam rosnące paczki regionalne na Soundcloudzie dedykowane Azji, Europie, Ameryce Łacińskiej, Afryce i krajom arabskim.

*

Australia

Empat Lima „Hanoi” (kilka języków na jednej płycie)

Białoruś

Mustelide „Smisl” (bo nie po angielsku)

Belgia

Lightning Vishwa Experience „Love When You Don’t Want It” (najlepsze retro sezonu)

Brazylia

Nobat „LSD” (dwugłos brazylijsko-angielski)
Don L „Morra bem, viva rápido” (western rapowy)
Romulo Fróes „Ó” (tembr roku)
Mombojó feat. Laetitia Sadier „Summer Long” (bynajmniej nie z sentymentu do Stereolab)
Russo Passapusso „Paraquedas” (parę brazylijskich kawałków można by jeszcze dopisać)

Chile

Berni Martínez „Cambié los ojos” (gra ciszą, głos, melodia)
El Gato, la Virgen y el Diablo „Piletu” (zaszumione ambienty + chwytliwy songwriting)
Arranquemos del Invierno „Tu en las montañas y yo en el mar” (chilijski Bon Iver)

Chorwacja

Sara Renar feat Barbara Munjas „Ljubav” (mogłoby hulać w polskich radiach)

Czechy

Bratři Orffové „Vymazán” (chyba najbardziej klimatyczna kapela czeska)

Dominikana

Carolina Camacho „Aire Libertad” (jedno z większych odkryć, cała płytka na Spotify)

Ghana/UK

Eric Lau & Tawiah „Let’s Begin” (z mocnej EP-ki dostępnej tutaj)

Grecja

Larry Gus „With All Your Eyes Look” (Sufjan Stevens z Grecji)

Gruzja/Ukraina

Sophie Villy „Man In The Mist” (>Katie Melua)

Filipiny

Cheats „Accidents” (z pozoru lekki indiepop, ale przyczepia się)
No Rome „Heaven”  („Czy twoja mama wie, że nagrywasz tak dobrą muzykę?”)

Francja

Moodoïd „La lune” (jak bardzo w muzyce słychać Francję)
Odezenne „Chimpanzé” (poza „Stalingradem” (?) nie rozumiem ani słowa, ale wzruszyłem się)

Indie

Sandunes (ft. Nicholson) „Slybounce” (>James Blake)
Tritha „Maacher Bajaar” (muzyka + obraz = total)

Indonezja

Dialog Dini Hari „Tentang Rumahku” (Indonezja kolebką melodystów¹)
Kunto Aji „Terlalu Lama Sendiri” (Indonezja kolebką melodystów²)

Islandia

Mammút „Þau svæfa” (mocny teledysk do mocnego utworu)

Izrael

theAngelcy „My Baby Boy” (zaczynał od europejskich ulic, skończy na open’erach)

Japonia

Shintaro Sakamoto „Nama de Odorou” (raz spotkaliśmy się z Pitchforkiem)
Uchuu Conbini „Everything Changes” (choć „Pyramid” było lepsze)
YankaNoi „Chigireta Umi” (walczyk roku, a za pianinem Shugo Tokumaru)

Kenia

Jarel „Let Go” (czyli czarna muzyka z czarnego kontynentu)
Naomi Wachira „I’m Alive” (jak wyżej)

Korea Płd.

Danpyunsun and the Sailors „공 Ball” (człek nawiedzony, ale muzyka na tym zyskuje)

Kostaryka

424 „Al Hueco” (dla teledysku – nie tylko dla fanów René Magritte’a)

Łotwa

Sturi Zevele „Taurini” (fanom folku polecam całą płytę)
Laika Suns „Ir Jau Vels” (gdyby Radiohead zależało na radiach)

Malezja

Noh Salleh „Angin Kencang” (Beatlesi żyją)
Heymun „Sailor” (z teledyskiem w stylu „Gerry”)

Mali

Anansy Cissé „Fati Ka” (rdzennie)

Meksyk

Porter „Murciélago” (czemu oni nie grają na polskich festiwalach?)
Ceci Bastida „Una Vez Más” (polecam na dzień dobry)

Niemcy

Von wegen Lisbeth „Kafka Luise” (niemiecki da się lubić)

Pakistan

Mai Dhai Band „Sarak Sarak” (rdzennie, od pierwszego usłyszenia)
The Tamaashbeens „Duniya Re” (rdzennie, od pierwszego usłyszenia)

Palestyna / Chile

Ana Tijoux y Shadia Mansour „Somos Sur” (z cyklu protest songi XXI wieku)

Portoryko

Samalot „Valle De Luz” (NIE TO NIE ISLANDIA, choć też wyspa)

Portugalia

Guta Naki „O Homem Que Dança” (ogólnie ładnie, ale zachwycili mnie anty-refrenem)

Republika Zielonego Przylądka / Brazylia

Marcia Castro ft. Mayra Andrade „Na Menina dos Meus Olhos” (ależ dwugłos)

RPA

Zaki Ibrahim „Draw the Line” (przejmujące w całej popowości)

Słowacja

Korben Dallas & Jana Kirschner „Spolu” (przebój na rytm i szept)

Tajlandia

Basement Tape „Parp-Derm” (tajlindie)
Two Million Thanks „1.9 มิติ” (piękne sceny)

Tajwan

Elephant Gym „Light” (Azja w ogóle ostoją math-popu)

Ukraina

Pianoboy „Rodeena” (niestety teledysk roku)

Włochy

Maria Antonietta „Abbracci” (dwie piosenki w dwóch minutach)

*

Polska jak zwykle zaskoczyła: trafili się pewniacy, ale międzynarodowe gremium postawiło też na artystów, o których większość moich znajomych – także po fachu – jeszcze nie słyszała. Notopop, Maja Koman, Natasza Ptakova, Martina M czy Oxford Drama to nie są wykonawcy z tysiącami kciuków na fejsie.

Ale dotyczy to większości wykonawców z innych krajów, i to też jakoś cieszy.

beehype

 


O „Manierach”

O „Manierach” 19.09.2014 — 4 komentarzy

„A marzenie na tę chwilę, to wreszcie trasa koncertowa” – mówiła mi pięć lat temu Julia Marcell.

Od tego czasu objechała sporą część Europy, a za miesiąc znów rusza w Polskę. Kto wie, może jej dzisiejsza wizyta na bihajpie trochę pomoże w dalszej ekspansji, tym bardziej że „Manners” zachwyciło chociażby naszą reprezentację latynoską.

Oby.

Fine.


Schyłek ściszeń

Schyłek ściszeń 18.09.2014 — 2 komentarzy

Niegdyś wszechobecne piosenki kończące się wyciszeniami są na wymarciu – odnotowuje Salon. W latach 80. i 90. absolutnie dominowały na listach przebojów. W ostatnich latach w końcoworocznych Top10 trafiało się tylko po jednym takim kawałku. W roku ubiegłym „Blurred Lines” Robina Thicke, które jednak trudno nazwać utworem współczesnym.

Skąd w ogóle wzięła się moda na fade-outy? Najpierw z braku czasu, by na poziomie wykonania dostosować długość utworów do potrzeb stacji radiowych i pojemności winylowego singla. Rozwój technologii nagraniowej sprawił, że inżynier dźwięku mógł sam uporać się z tym problemem.

Później wyciszenie stało się narzędziem estetycznym. Akceptowanym o tyle, że muzyka nagrywana się wyemancypowała. Nie miała już dokumentować (imitować) nagrania na żywo, była samodzielnym bytem. Dublowanie ścieżek, dodatkowy pogłos i inne efekty – w tym wyciszenia – były więc przez słuchaczy akceptowane, wręcz pożądane.

Salon przywołuje tu za książką Iana MacDonalda „Revolution in the Head” przykład Beatlesów. Przez większość kariery ucinali piosenki, tak jak robili to na koncertach. Ale gdy zeszli ze sceny i przestali myśleć o swoich piosenkach przez pryzmat wykonań na żywo, zaczęli kombinować. Także z zakończeniami – i tak powstało przynajmniej kilka świetnych wyciszeń.

A nagły odwrót od łagodnych zakończeń? Przede wszystkim: iPod. Odtwarzacze mp3 wystawiły słuchaczy na stałą pokusę przeskakiwania do kolejnego utworu, zanim zakończy się bieżący. A co dopiero, gdy owo kończenie się trwa kilkanaście, nawet kilkadziesiąt sekund. I to jakimś instrumentalnym dżemowaniem tudzież umiarkowanie treściwą wokalizą.

Powód drugi odnosi się do samych początków zakończeń. Z obecnymi możliwościami edycyjnymi inżynierowie dźwięku mogą dowolnie manipulować materiałem bez zawracania głowy wykonawcom. A więc także skracać utwory – choćby wycinając dwa wersy w drugiej zwrotce – a cięcia i tak nikt nie zauważy. Salon przypomina, że pierwsze wyciszenie w “Strawberry Fields Forever” Beatlesów byłoby niepotrzebne, gdyby George Martin mógł zamaskować niedoskonałości tego fragmentu w inny sposób.

Wreszcie wyjaśnienie trzecie: po prostu minęła moda. Co oznacza, że wkrótce wróci.

Fine.