RSS

Wideo, teledysk, klip

22.05.2013 | 6 odpowiedzi

„Guardian” w artykule o szefie Vevo, które uruchomiło właśnie polską wersję:

„For now, though, Jones has more immediate problems, working out how to promote the music video site in Poland. Apparently there’s no Polish word for video. That might be a problem now, but no doubt video will have been trumped by some new sensation-centric medium a few years from now. Maybe there will be a new word in Polish for that”.

.

Fine.

Jan Paweł (Juan Pablo Oczkowski) – wywiad

20.05.2013 | 2 odpowiedzi

Jan Paweł - Juan Pablo Oczkowski

Wyszło podwójne święto. Dwa dni po moim wpisie o Janie Pawle – czyli wenezuelskim songwriterze polskiego pochodzenia Juanie Pablo Oczkowskim – udało nam się zdzwonić i porozmawiać o jego perypetiach osobistych i muzycznych. I to były, zdaje się, akurat jego urodziny. A potem autoryzacja dziwnie się przedłużała, aż wreszcie przyszło wyjaśnienie:

Naprawde bardzo przepraszam za opoznienie. Ten tydzien byl szalony. Dowiedzialem sie ze bede tata. Trudno mi bylo sie na czyms innym skupic.
.

Całe szczęście więc, że zdążyliśmy porozmawiać przed wykonaniem tego zdjęcia.
.

*

Świetna polszczyzna!

U nas w domu zawsze mówiło się po polsku. Ale z pisaniem idzie mi gorzej.

Jak w ogóle trafiliście do Wenezueli?

Rodzice przyjechali do Wenezueli w 1972 roku. Tata pracował wcześniej w Krakowie, był kierownikiem artystycznym zespołu Słowianki. Grał też w tamtejszej Orkiestrze Polskiego Radia i Telewizji. W pewnym momencie zaczął mieć problemy w pracy z powodów politycznych. Był wtedy bardzo – jak to mówicie – wkurwiony? I akurat trafił na ogłoszenie, że potrzebni są muzycy do założenia orkiestry w Maracaibo. Wyjechał. Rok później dołączyła do niego moja mama, która zresztą śpiewała w Słowiankach sopranem. Już w Wenezueli oprócz gry w orkiestrze ojciec założył zespół La Romanza. Zrobili karierę wykonując rosyjskie piosenki. Wydali jedną płytę, grali na dużych imprezach. Mama do dziś trzyma album z wycinkami z gazet na ich temat.

Ty urodziłeś się już w Ameryce?

Tak, i jak sobie możesz wyobrazić, dorastając w takiej rodzinie od początku miałem do czynienia z muzyką. Tata próbował uczyć mnie gry na pianinie, ale w ogóle tego nie lubiłem i unikałem klawiatury, jak mogłem. Nic z tego nie wyszło. Za to mój starszy brat został zawodowym pianistą. Uczy teraz na uniwersytecie w Niemczech. To on podarował mi gitarę, kiedy miałem kilkanaście lat. Słuchałem wtedy takich zespołów jak Smashing Pumpkins – czy później Sonic Youth – więc strasznie spodobał mi się ten prezent. Miałem potem kilka zespołów, eksperymentowaliśmy z różnymi hałasami, sprzężeniami.

A kiedy pojawiły się piosenki?

W 2003 roku rozstałem się z dziewczyną po pięcioletnim związku i bardzo to przeżywałem. Spróbowałem przełożyć to na muzykę. Na początku bardzo się wstydziłem, bo teksty były bardzo… jak by to powiedzieć?

Bezpośrednie?

Ale kilku znajomych, którym je zaśpiewałem, zachęcali mnie do nagrania ich i wydania. W końcu posłuchałem. Chociaż i tak długo grałem w duecie z wokalistką – ja pisałem i grałem na gitarze, ona śpiewała. Takie udawanie, że to nic osobistego, zwykłe piosenki o miłości.

Myślałeś kiedykolwiek, żeby skomponować coś po polsku?

Tak, ale zawsze wydawało mi się, że te byłoby to bardzo ubogie językowo. Rok temu ambasada Polski w Wenezueli ogłosiła mnie Polakiem Miesiąca czy coś takiego. W związku z tym miałem zagrać koncert na 3 maja. Zaśpiewałem jedną polską piosenkę: „W drogę” Czerwonych Gitar.

I jak porównałbyś śpiewanie po polsku z hiszpańskim?

Język polski jest agresywny. Można tak powiedzieć? Siedzę teraz w biurze i jak sobie tak rozmawiamy, to moi koledzy myślą, że od początku się kłócimy. Zbyt dużo tych trudnych głosek: sz, cz, ż… Hiszpański brzmi znacznie bardziej romantycznie.

Także dlatego wielu Polaków woli śpiewać po angielsku. Wenezuelczycy mają podobny dylemat?

Zdarzają się tacy, którzy śpiewają po angielsku, ale bardzo niewielu. Większy sukces osiągają ci wybierający hiszpański. Tutaj nie mamy tego problemu, co w Polsce – nie trzeba korzystać z angielskiego, żeby poszerzyć swoją publiczność. W końcu większość Ameryki i coraz więcej osób w Stanach Zjednoczonych mówi po hiszpańsku.

Ty postawiłeś za to na polski pseudonim. Skąd się wziął Jan Paweł?

Urodziłem się 7 maja 1981 roku, kilka dni później doszło do zamachu na papieża. Wtedy moi rodzice postanowili zmienić Juan Carlos (Jan Karol) – bo tak miałem się nazywać – na Juan Pablo (Jan Paweł). Kiedy zastanawiałem się nad pseudonimem artystycznym, myślałem o zwykłym Juan Pablo. Ale wydawał mi się trochę śmieszny. Wybrałem więc polską wersję moich imion. Teraz kiedy wrzucam „Jana Pawła” w Google, to zawsze pojawia się papież… Trzeba dopisać „Venezuela”.

Też miałem ten problem. Jak wymawiają twój pseudonim Wenezuelczycy?

W najlepszym przypadku jako „Jan Powell”, tak jakby chcieli to powiedzieć po angielsku.

Na jakim etapie drogi czy też kariery muzycznej jesteś w tej chwili?

Na co dzień pracuję w biurze jako edytor filmowy – video postproducer – ale kiedy wydaję nową płytę, to w Wenezueli jest ona raczej zauważona. Niektóre stacje radiowe zawsze coś z niej zagrają. Daję koncerty, ale nie za dużo. Wolę organizować ich mniej, za to w dobrych warunkach. Za tydzień czeka mnie na przykład występ na festiwalu songwriterów w Caracas, organizowanym w bardzo przyjemnym teatrze. Jeśli chodzi o płyty, to wydałem dotychczas dwie: „Conejillo de Indias”…

Przetłumaczysz?

„Królik doświadczalny”. A druga to „Demasiado Viejo Para Morir Joven”, czyli „Zbyt stary, by umrzeć młodo”. Teraz przygotowuję nową EP-kę.

Polecisz nam na koniec jakąś muzykę z Wenezueli, starą lub nową?

Stary folklorysta Simón Díaz to moim zdaniem najciekawszy songwriter w Wenezueli. Wydał już kilkanaście bardzo dobrych płyt. Możesz zacząć od piosenki „Tonada de Luna Llena”. W tej samej wytwórni co ja wydaje także Ulises Hadjis. I podobnie jak ja nie pochodzi z Wenezueli, ale z Grecji. Wykonawców Entorno Domestico można sprawdzić na kanale YouTube. Inne fajne zespoły to Tan frio el veranoLa vida boheme czy Americania.

Janie Pawle, zaglądasz czasem do Polski?

Byłem w Polsce dwa razy: w 1995 roku i potem w 2000. W ubiegłym roku odwiedziłem Europę, ale wtedy chciałem zobaczyć inne kraje. Zacząłem od Hiszpanii, bo miałem tam umówione dwa koncerty, i potem jeszcze jeden we Włoszech. Dotarłem aż do Turcji. Za to w przyszłym roku muszę znowu przyjechać do Polski i zobaczyć kilka miejsc. Na pewno Zakopane. Jestem zakochany w Zakopanem – można tak powiedzieć?

.

Venezuela

Ojej (11)

20.05.2013 | 1 odpowiedź

„Gwiazdami tej edycji Cover Festivalu będą więc zespoły wykonujące piosenki Deep Purple i Led Zeppelin: Brytyjczycy z Deeply Purple oraz Niemcy z Lod Zeppelin”.

.

Fine.

Są (tam)

18.05.2013 | Skomentuj

Ana Mawgood

Na Wolnej Muzyce pojawiła się kontra do artykułu z TMM „o śmierci muzycznej lewicy”, sugerująca przekierować uwagę ku innym rejonom geograficznym:

Zgodzić można się w pełni jedynie z pierwszym słowem tytułu jego tekstu „TU już nie będzie rewolucji”, ona dzieje się gdzie indziej.

Rzeczywiście wystarczy sobie przypomnieć, ile zamieszania w Pakistanie wzbudziła jedna piosenka o gotowanych ziemniakach i jajkach oraz pieczonym kurczaku. Al Jazeera przygotowała później cały program poświęcony nowej fali tamtejszego protest-rocka, a w ostatnim kiosku linkuję do innych rebelii azjatyckich.

Wiele dzieje się w Egipcie, według tamtejszych pogrążającym się niestety z jednego mroku w inny. Wspomniane w polemice śliczne „El Soor” akordeonistki Youssry El Hawary uzupełniłbym jednym z mocniejszych teledysków, jakie widziałem ostatnimi laty – „Ana Mawgood” formacji City Band. Na tabliczkach hasła rewolucji, przesłanie proste. Tytuł oznacza „Jestem (tu)”.

.

Fine.

Odwrót robotów (Kiosk 2/2013)

15.05.2013 | 8 odpowiedzi

Nardwuar & Questlove

Nardwuar okazał się pierwszym dziennikarzem, który zaimponował Kendrickowi Lamarowi. Za największy wyczyn w jego wywiadowczej karierze wypada jednak uznać opadłą przez trzy kwadranse szczękę Questlove z The Roots. David Bowie zadziwił z kolei pewnego krytyka, osobiście tłumacząc mu swój nowy album w 42 słowach. Grimes zaskoczyła z kolei wadliwość fanów, na którą skarży się po swoim pierwszym dużym cyklu płytowo-koncertowym. Nagła sława wzbudziła niezadowolenie w członkach Staff Benda Bilili, którzy w rezultacie się rozpadli.

Okrutnie spóźniony, lecz chyba najlepszy tekst inspirowany Reynoldsową „Retromanią” popełnił The Point Mag. W ramach walki z upływem czasu Joe Muggs próbował bronić kondycji dubstepu, ale w końcu (czyli w komentarzach) puściły mu nerwy. Mark Fell podważa występowanie pomyłek w muzyce, promuje za to dialog z technologią i naginanie obwodów. Stephen Graham przedstawił ciekawą teorię na temat modnego przekonania o pogarszającej się muzyce (sztuce). Po dekadach dyktatury coraz lepiej ma się burmański punk za to pierwszy kaszmirski girlsband zmuszono do rozpadu. Afrykańskie Glastonbury pomimo trudów politycznych trwa.

Muzykolog Timothy Taylor przy okazji premiery książki „The Sounds of Capitalism” rozmawiał z redakcją Pitchforka o dżinglach i reklamach radiowych. Ten sam serwis przepytał także autora analizy porównawczej dwóch ojców założycieli nowoczesnej krytyki muzycznej. Fragment książki  „Democracy of Sound: Music Piracy and the Remaking of American Copyright in the Twentieth Century” o tym, że kradniemy od zawsze, przedrukowuje Salon. Co muzyka ma do kryminałów, tłumaczy jeden z ich twórców. J. Robert Lennon również na własnym przykładzie opisuje podwójne życia literacko-rockowe.

Analizę muzykologiczną raperskiego flow na czterech modelowych przykładach Kanye Westa, Mos Defa, Andre 3000 oraz Eminema warto mieć pod ręką w razie potrzeby obalenia stereotypów. Na fali dyscyplinarek dla Ricka Rossa i Lil’ Wayne’a przyjrzano się trudnej sztuce łączenia hip-hopu ze sponsoringiem, a wizyty tego drugiego w szpitalu przypomniała o roli dragów w rapie. Andrew Nosnitsky tym razem ubolewa nad schyłkiem hiphopowego lo-fi, Complex zwraca uwagę na wcale nie najlepszy skutek uboczny „Illmatic”, za to Ten Typ Mes entuzjastycznie oddał hołd mistrzom postękiwań.

Erykah Badu wspomina J Dillę, Ben Greenman pije za zmarłego Jasona Molinę, a dochodowe pośmiertne życie nieco większych gwiazd od Tupaca po Janis Joplin podliczyło Variety. Brian Eno gawędził z Laurie Anderson, dosyć szczerze o relacjach z Universalem mówił James Blake, a swoje życiowe inspiracje sam streścił Steve Reich. Bartek Chaciński zajął się The Flaming Lips oraz ludźmi niezalu, czyli małymi polskimi wytwórniami, a Daniel Brożek ciszą Michaela Pisaro. Lepiej obejrzeć olśniewający wizualnie ficzer Pitchforka poświęcony Daft Punk, niż słuchać ich nowej płyty, o której rozpisał się wspomniany Reynolds.

Mark Russel w dłuższym artykule (PDF) podsumowuje pokrótce ekspansję zagraniczną koreańskiej popkultury i zestawia ją z eksportem materialnym. W sekcji azjatyckiej także o sygnałach odwrotu od robotów w k-popie, o japońskich netlabelach i tamtejszych echach Loveless”. A także o chowie idoli na przykładzie stajni Johnny’s Entertainment, którą to lekturę warto podeprzeć streszczeniem historii idol-popu. Gwiazdy nie uchroniły japońskiego rynku fonograficznego ani przed zasłużonym kryzysem, ani przed muzycznymi niesnaskami w relacjach z Koreą Południową i Chinami.

Niewesołą dolę kompozytorek opisuje Alex Ross przy okazji muzycznego Pulitzera dla Caroline Shaw, drugiej dopiero kobiety w XXI wieku i bodaj trzeciej w całej historii nagrody (przyznawanej od 1943 roku). Kompozytor Richard Carrick przyjrzał się twórczemu flow, New York Times hossie tanich klasycznych składanek z równie tanimi tytułami, a NPR próbował dociec fenomenu kaszlenia w salach koncertowych – wyjaśnienia szukać jednak należy raczej w pierwszym komentarzu. Dwutygodnik cieszy się wskrzeszaniem dorobku Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia.

Wcale nietrudno wyśrubować karierę na Soundcloudzie, podobnie jak przetrwać 12 miesięcy bez wieczornego streamingu. Lindsay Zoladz wspominała fake’i wczesnego p2p, a po przeczekaniu zawieruchy wróciła też na łamy Emily White, ta od „nigdy nie posiadałam muzyki”. Billboard streścił panel o odkrywaniu 2.0 z nowojorskiej EMP Pop Conference, a Sidewinder porównał, jakie narzędzia dla artystów posiadają lub szykują poszczególne serwisy streamingowe. Ich druga generacja ma być zresztą zespolona z okołomuzycznym biznesem koncertowo-gadżetowym.

W Stanach handel używanymi mp3 okazał się jednak nielegalny, chyba że sprzedamy pliki… razem z dyskiem. Rozwija się za to giełda tantiemowa i zarobkowe kowerowanie na YouTube. Według dwóch nowych badań płytom piractwo nie szkodzi. Gdy Google startuje z własnym streamingiem, Spotify dowodzi, że wcale nie kanibalizuje sprzedaży CD, a Shazam chwali się generowaniem 300 mln dolarów rocznie w ściągniętych mp3 (7% globalnego rynku!). Hypebot zaproponował zerwać z indie w pierwotnym znaczeniu tego terminu, a MySpace znów nawaliło, czas więc pochować je na cmentarzysku startupów muzycznych. Nowe Idzie od Morza nakręciło branżowe dyskusje o organizowaniu koncertów i wydawaniu płyt.

Zaskakująco precyzyjną mapę muzyki wygenerował anonimowy algorytm. Naukowcy dowiedli w sposób obiektywny, że trudnej muzyki trzeba się uczyć, żeby móc ją docenić. A słuchać w ogóle warto, bo znowu poprawia osiągi fizyczne, czerpana synchronicznie przez całą drużynę poprawia skuteczność piłkarzy, zaś wykonywana na żywo służy wcześniakom. O wychowywaniu dzieci pośród dźwięków Jarek Szubrych rozmawiał z Asi Miną. Przed koncertem można przejrzeć akademicką analizę mosh pitów, a na sam występ zabrać odrobinę acetylocysteiny, bo podobno ratuje słuch nawet w sytuacjach skrajnych.

Słuchacze radiowej Dwójki wybrali najlepsze polskie płyty jazzowe, Guardian pięć najlepszych dokumentów hiphopowych, a Beatport tyle samo house’owych. Spin wytypował 40 filmowych ścieżek dźwiękowych, które jakoby zmieniły alternatywę. Factmag sugeruje 15 najlepszych płyt techno, których raczej nie znamy (komentujący oczywiście znają), a wokalista Mazes 10 przykazań, których powinna dotrzymać każda szanująca się indiekapela. Dosyć zabawnie wygląda lista 19 niepotrzebnie spisanych tekstów.

Zakończyła się nowomuzyczna seria H∆SHTAG$ Red Bull Music Academy. Na pociechę – interesujący TED o pomyłkach w jazzie oraz fantastyczna animowana historia muzyki. Flying Lotus nagrał muzykę do krótkometrażówki o Afro-Amerykanach z rodeo, Imogen Heap zagrała tańcem, a na OtwARTej Scenie wystąpili już m.in. Tres.B, Soniamiki, Skubas i Drekoty. Sunn O))) wystawili dyskografię na Bandcampie, tam też do posłuchania album mamy Nicka Drake’a z lat 50. (ależ podobni!). Do posłuchania także mix wszystkich sampli z „Madvillainy” oraz yeah zebrane Jamesa Hetfielda.

Perkusista Black Keys przeżył poważne twitterowe zderzenie z mafią Justina Biebera, która podobno jest modelowym neoplemieniem. (A właśnie, fascynująco śledzić Twitter z kosmosu). Vampire Weekend oberwało się za spalenie starego Saaba (wkurzyli tym poprzedniego właściciela), a w Wielkiej Brytanii karzą odebraniem prawa jazdy za prowadzenie pod wpływem drum’n'bassu. Chubby Checker pozwał noszącą jego imię aplikację do mierzenia długości chubby’ego. Prawie zadławiłem też przy kozim remake’u Taylor Swift.

Skonstruowano drone przeznaczony do dostarczania piwa uczestnikom festiwali oraz słuchawki, które odgadują nastrój i dobierają odpowiednią muzykę. Ktoś kolekcjonuje nieudane promofoty didżejek – jest też tumblr ze smutnymi didżejami – a ktoś inny przedstawia współczesne piosenki jako siedmiocalowe retrosingle, przyłapuje koty na wzmacniaczach, gwiazdy rocka wkleja w „Gwiezdne Wojny” albo gwiazdy komiksów do słynnych okładek. Na koniec polecam zaś najpierw rozmowę, a potem ewentualnie artykuł o człowieku, który kolekcjonuje tylko i wyłącznie pierwsze tłoczenia „Białego Albumu”.

Calvin rodem z Hitchcocka.

.

Fine.

Atmospheric Black Metal

11.05.2013 | 8 odpowiedzi

Historia lubi się powtarzać. Hejterzy metalu i wyznawcy MBV już dzielnie minusują. ale póki co dzielnie się trzymają. Dokonanie o tyle większe, że debiutanci.

Progenie Terrestre Pura

.

Szumy twórcze

09.05.2013 | Skomentuj

coffitivity

Według naszych badań określony poziom hałasu, czyli w praktyce biurowej gwar rozmów, bardzo korzystnie wpływa na kreatywność. W otoczeniu zbyt cichym umysłowi brakuje stymulacji. W zanadto głośnym rozproszenia okazują się zbyt mocne. Wykres relacji pomiędzy poziomem hałasu a kreatywnością ma więc kształt litery U i swoje maksimum osiąga przy około 70 decybelach. 

Pozytywne działanie hałasu polega na tym, że niejako wytrąca nas z równowagi i dzięki temu pozwala wyjść poza tradycyjne myślenie. Otwiera drzwi dla nowych pomysłów.

Tak pouczał mnie Ravi Mehta z Uniwersytetu Illinois, gdy swego czasu pracowałem nad tekstem o muzyce w pracy. (Jeśli wyświetli się tylko fragment tekstu, proszę odświeżyć lub otworzyć w innej przeglądarce – i ewentualnie znów odświeżyć. Technologia tak ma). Mehta gorąco więc zachęcał, by podczas wykonywania zadań wymagających kreatywności zrezygnować z cichości własnego pokoju na rzecz kawiarni albo chociaż czytelni. Ciekawe, czy wie już o istnieniu Coffitivity.

.

Fine.

Cantar en polaco

07.05.2013 | 19 odpowiedzi

Jan Pawel - Conejillo De Indias

Serwis We Are From Poland przyglądał się ostatnio artystom związanym z Polską luźno. Chciałbym dorzucić radosne znalezisko z listy najlepszych płyt 2011 roku wydanych w… Wenezueli. Więcej informacji o postaci kryjącej się za powyższą okładką udzielił mi w języku angielskim Club Fonograma:

Jan Pawel (Juan Pablo po polsku) to projekt urodzonego w Maracaibo Juana Pablo Oczkowskiego, singer-songwritera wychowanego w rodzinie muzyków, którzy wyemigrowali z Polski do Wenezueli w połowie lat 70.

Dorastając w umuzykalnionej rodzinie, Jan Pawel naturalnie grawitował ku muzyce jako własnej formie ekspresji. W początkowych latach eksperymentował z noisem i elektroniką w ramach projektu Los Os Brokolis. Później jego twórczość przybrała na szczerości i intymności, zwracając się ku folkowej prostocie w duchu A Hawk and a Hacksaw.
.

Próbowałem nawiązać z Janem Pawłem kontakt, ale na razie się nie udało, linkuję więc tylko jego Bandcampa oraz nagranie solo.

*

Na łamach wspomnianego WAFP Marceli przeprowadził również śledztwo językowe. Dotyczy ono uwagi, jaką recenzenci poświęcają tekstom piosenek w zależności od mowy, którą obrał wokalista. W wyrywkowym wymiarze ankiety wychodzi jednoznaczne, że liryki angielskie zwykliśmy po prostu ignorować. I pewnie szersze badanie obserwacje te by potwierdziło. Tylko czy artyście rzeczywiście musi zależeć na zainteresowaniu recenzenta – i słuchacza – tekstami? Czy to nie jest wolny artystyczny wybór raczej niż uniwersalna dyrektywa?

Bo mam wrażenie, że jakiejś połowie wykonawców młodszego pokolenia – i ta połowa stawia zwykle na język obcy – słowa służą głównie lub wyłącznie jako nośnik dźwięku. Widać nie marzą o głoszeniu światu przemyśleń werbalnych albo zwyczajnie nie mają ręki do pióra. Grać i śpiewać jednak chcą i często potrafią. Niezwracanie uwagi na literacką treść piosenek będzie w tym wypadku wręcz pożądane. Tekstów Sigur Rós, poza przeklejaną automatycznie wzmianką o elfach, też krytycy analizować nie zwykli. Zespołowi to w żaden sposób nie zaszkodziło.

Za językiem polskim stoi oczywiście mnóstwo innych, mniej wyszukanych argumentów, od pragmatycznych (radio woli i/, bo ustawa promuje) po patriotyczne, od warsztatowych (jakość liryków i nieszczęsny akcent) po komunikacyjne (pod sceną jednak sami rodacy). Mimo że sam stoję w tej dyskusji pośrodku, dorzuciłbym tym razem dwa akcenty propolskie, strategiczny i muzyczny:
.

1. Przeklikując rekomendacje Music Alliance Pact zauważyłem, że gdy sprawdzam dźwięki z co bardziej egzotycznych krajów – Japonia, Korea, Meksyk, Chile czy Islandia – i po dwóch taktach słyszę słowa angielskie, robię natychmiastowe stop. Przecież po to klikam Japonię, by usłyszeć Japonię. MAP traktuję jako comiesięczne święto muzyki nieanglosaskiej. A przynajmniej próbuję traktować, bo w rzeczywistości 60-80% propozycji udaje niestety Jankesa (już Grek byłby lepszy). I jeśli z tych czterdziestu kawałków uda mi się wyłowić choćby jedną świeżość – nawet jajcarską - to jest radość.

Ulegając pokusie rozciągania doświadczeń własnych na świat cały, pozwalam sobie podejrzewać, że gdy przedstawiciela pozostałych dwustu krajów globu najdzie ochota na muzykę polską, środkowoeuropejską, muzykę z końca świata, to anglosaska swojskość usłyszanych dźwięków rozczaruje go w dokładnie tym samym stopniu, co mnie Ameryka u Azjatów. Reklama „brzmi jak nie z Polski” działa tylko w Polsce. W naszych niezwykłych czasach wyswobadzających się z kontroli konglomeratów, bariera językowa może się okazać wcale nie barierą, lecz wrotami. Dla większości świata pozostajemy krajem nieco egzotycznym i warto byłoby ten element wykorzystać.
.

2. Jak cierpliwie uczy nas cała historia muzyki, a szczególnie gwałtownie wykładał tę prawdę ostatni wiek muzyki popularnej, najciekawsze rzeczy dzieją się na spawach. Tam, gdzie elementy niedopasowane – z odległych kultur lub chociaż odległych dzielnic – zmuszane są do współpracy. „Począwszy Chopina (wschodnia potańcówka kontra zachodni bal), Bartóka (kocioł bałkańsko-węgiersko-słowacko-turecki) i Strawińskiego (Rosja, Francja, Kalifornia i niechęć do fortepianu jako instrumentu melodycznego) przez blues i jazz (Afryka spotyka Europę na terenie USA), a kończąc na rock’n’rollu (Elvis był Murzynem) i hip-hopie (czarna ulica w białym mieście z karaibskiej inspiracji)” – że pozwolę sobie na autocytat.

Polscy artyści zwykli tłumaczyć, że wychowywali się na muzyce zachodniej i chcą grać muzykę zachodnią, do której polski język nie przystaje. I w porządku. Tyle że owo nieszczęsne nieprzystawanie mogłoby okazać się źródłem płodnego napięcia, którego redukowanie zwykło się kończyć poczęciem. Jeśli nie nowych stylów muzycznych, to przynajmniej lokalnych smakołyków: od litanii powyżej po bigbit, tropicalię, J-rock i K-pop. Wielogatunkowy bagaż muzyczny XX i początku XXI wieku w zderzeniu ze szczególną, dla niektórych na pewno kłopotliwą rytmiką, melodyką i brzmieniem polszczyzny, mógłby stać się źródłem czegoś unikatowego. Bardzo naszego, a zarazem zewnętrznie atrakcyjnego. Albo chociaż jednorazowego rekordu na YouTube.

.

Fine.

Mniej, więcej

03.05.2013 | 5 odpowiedzi

Ciekawostka z wczorajszego panelu konwentu Asymmetry poświęconego festiwalom: wysłanniczka ukraińskiego ArtPole, na którym przed rokiem reprezentowali nas Mitch & Mitch i Vołosi, z pewną nieśmiałością opowiadała o sukcesie swojej imprezy. W szczytowym momencie przyciągała ona około 50 tysięcy osób (jeśli dobrze zrozumiałem). Na owym szczycie festiwal jednak długo się nie ostał. Zszedł z niego… dobrowolnie. Organizatorzy postanowili go przenieść znad Odessy do malutkiej, trudno dostępnej wioski. Tyleż ze względów koncepcyjnych, co dla zwyczajnego odsiania publiczności przypadkowej. W rezultacie na ArtPole przybywa obecnie dziesięciokrotnie mniej widzów. Za to można ich nazwać pełnoprawnymi uczestnikami, bo i oni pokazują się na scenie.

O rosyjskim festiwalu Avant Art dosyć niewiele powiedział Maxim Silva Vega, scharakteryzował za to pokrótce tamtejszy rynek muzyczny. Podzielił go na dwa wielkie nurty. Z jednej strony masywny rosyjski ruch popowy, pewnie taki jak w każdym innym kraju postkomunistycznym. Z drugiej weterani złotej ery rocka, która rozpoczęła się w połowie lat 80. razem z pierestrojką, a zakończyła wraz z upadkiem reżimu. Co zresztą było spełnieniem głównego postulatu przedstawicieli nurtu. Czołowe rosyjskie media pozostają jednak zafiksowane na owych starych bohaterach. I oczekują od nich iskier sprzed dwóch dekad, podczas gdy tamci są już – jak to ujął Maxim – „quite quiet”. Dosyć cisi. I tak niewiele dając, blokują miejsce swoim następcom, w dużej mierze wychowanym na ich twórczości.

Tyle gadania, bo jeśli chodzi o granie: biegnę na końcówkę The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble, a po nich Shining i Astronautalis!

.

Fine.

Styczeń 2/2

01.05.2013 | 1 odpowiedź

The Joy Formidable - Wolf's LawThe Joy Formidable – Wolf’s Law (Canvasback)

O bez mała dekadę spóźniło się radosne walijskie trio ze swymi równie pogodnymi, choć obficie przesterowanymi riffami. A mieliby potencjał pogodzić indiepopowców (tych z podpowiedzi AllMusic) z umiarkowanymi progresistami (Amplifier i okolice) tak ze względu na dwojaki rodowód, jak i podwójną gwarancję: minimalnej chwytliwości i (dążenia do) inwencji.

„Wolf’s Law” wydaje się wprawdzie najsłabszą pozycją w ich niedługiej dyskografii, ale wciąż potrafią ucieszyć kilkoma zagraniami dużego, średniego i małego kalibru. Do tych pierwszych zaliczyłbym zwyczaj zstępowania w otchłanie patosu przy gromach wspomnianych przesterów, z których na wyżyny wydobywa ich młodzieńczy głos Ritzy Bryan. Takie zestawienia zwykło się kojarzyć dosyć źle, bo z gotykiem. Tu dają radę. Dobrem średnim jest jedna z najśliczniejszych miniatur akustycznych sezonu, czyli „Silent Treatment”. A wśród małych taki chociażby drobiazg, jak reklamowana już tutaj aluzja do wydarzeń współczesnych.

I tak ofiarowując „Wolf’s Law” którąś już z kolei ponadprogramową godzinę dochodzę do wniosku, że może jednak wcale się nie spóźnili. W powodzi podobnie brzmiącej młodzieży z Trójkowego Ekspresu przemknęliby niezauważeni. A tak przypominają, że ówczesne własne i cudze fascynacje nie były tak zupełnie bezpodstawne.

*

Toro y Moi - Anything in ReturnToro y Moi – Anything in Return (Carpark)

Krótki jak się okazuje żywot chillwave’u powinien Chaza Bundkicka utwierdzać w przekonaniu co do słuszności decyzji o rychłej dezercji i poszukaniu dla siebie miejsca jeszcze bardziej własnego. Pytanie, jaki nowa lokalizacja ma potencjał i na ile potrafi się ten potencjał wykorzystać. Wychodzi na to, że z płyty na płytę z oboma parametrami u Bundicka coraz gorzej.

Trójka to prawie alternatywy, prawie taneczny prawie pop dla słuchaczy przybiórkowych. Okolica tłumna, więc o świeżość trudno. A i sam Bundick okazuje się w tej dziedzinie niemal bezradny, proponując miałkie kompozycje w aranżach niezdecydowanych pomiędzy skromną lecz elegancką domówką a radiową dosadnością zwielokrotnianych tematów. Na moje ucho tylko raz ociera się o coś treściwego („Cake”) i ostatecznie najlepiej wychodzi mu grzanie się w cieple własnych początków („So Many Details”). Co prowadzi wprost do życzenia, o które nigdy bym się nie posądził. Czyli żeby tak dla odmiany Chaz popodgryzał nieco swój własny ogon.

*

Pantha Du Prince & The Bell Laboratory - Elements of LightPantha Du Prince & The Bell Laboratory – Elements of Light
(Rough Trade)

Przesunięcie pór roku przez trzy miesiące nadawało właściwy kontekst przepastnym echom Hendrika Webera, zwiększając jego szanse na powrót wraz z początkiem kolejnej zimy – i zarazem sezonu podsumowań. Elektronicznej płyty roku z „Elements of Light” jednak nie będzie przynajmniej z dwóch powodów.

Powód jakościowy: berlińczyk występuje tutaj w wydaniu zautomatyzowanym i relatywnie sztampowym. Pozostaje producentem z wyższej półki, ale zbyt blisko rutynowego rzemiosła. Weźmy 17-minutowe „Spectral Spit”, serce albumu. Skazana na jednostajne tempo suita kilkakrotnie usiłuje wyrwać się europejskiemu chłodowi, skacząc chociażby w klimaty parakaraibskie. (Patrz niespodziewane wejście marimbopodobnego tematu w ósmej minucie). Ostatecznie jednak przegrywa z tętnem edytora. Monotonia rytmu tak skutecznie ustawia psychikę w zadanym rytmie, że następujące po niej pięciominutowe dzwonienie w „Quantum” i tak okazuje się zbyt krótkie, by zatrzeć pamieć o wcześniejszym maratonie. Co oczywiście niektórzy uznać mogą za największą zaletę utworu i całej płyty.

Powodów rodzajowy wiąże się z zagranicznym towarzystwem Webera. „Elements of Light” kojarzy się z wysokogórskimi halami jeszcze intensywniej niż ostatnia solówka producenta, bo oprócz bazy brzmień wspiera go tutaj norweski duet bębniąco-dzwoniący The Bell Laboratory. Duet akustyczny. Przeważnie nieelektroniczny. Co zresztą czyni płytę przyjemnie niedookreśloną i żywą, jak gdyby na przekór jej minimalistycznemu – tak stylistycznie jak i pod względem prawdopodobnego nakładu pracy – charakterowi. Mimo tego rodzaju urozmaiceń: album ledwie miły, fajerwerków bez.

*

FaltyDL - HardcourageFaltyDL – Hardcourage (Ninja Tune)

Ze styczniowych odsłuchów „Hardcourage” nie zapamiętałem nic. Po powtórce ulżyło mi: to nie skleroza. Na trzeciej płycie Drew Lustmana dążenie do różnorodności stylistycznej i brzmieniowej miast bogactwem barw zaowocowało rozmyciem w bezkształtny, nieokreślonego koloru kleks. Co bystrzejsi przewidzieliby już po obejrzeniu okładki.

Londyńskie inspiracje nowojorskiego producenta sygnalizuje tym razem zaledwie kilka fragmentów. Niezłe „Straight & Arrow, słabe „Kenny Rolls One”, od biedy „For Karme” i chilloutowe „Korben Dallas” - tyle mniej więcej znajdą dla siebie sympatycy synkop. FaltyDL wyraźnie przekierował swoją uwagę nieco na południe, ku Berlinowi. Tyle że dla miłośników ambientowej flanki techno „Hardcourage” może służyć co najwyżej za przerywnik pomiędzy materiałami faktycznie ciężkimi i odważnymi.

W całej tej bezbarwnej papce jakąkolwiek wyrazistością pochwalić się może paradoksalnie utwór najbardziej niejednoznaczny: przyjemnie polirytmiczne i zgoła nieeuropejskie pomimo majestatycznych chórów „Reassimilate”. Poza nim zaczątek czegoś ocierającego się o klasę Actress czy Flying Lotusa skrywa tajemnicze i jakże trafnie zatytułowane„Finally Some Shit/The Rain Stopped”. Niestety, autor zapomniał dograć leady.

*

Nosaj Thing - HomeNosaj Thing – Home (Innovative Leisure)

Niektórzy podpisują jego muzykę terminem ambient pop. Sam chętnie odwróciłbym kolejność słów i zaproponował pop ambient. Trzy czwarte nowego albumu Jasona Chunga to przystępne elektroniczne człapanie w aurze niezachwianej emocjonalnej równowagi. Bezpieczne jak „Safe”, zdystansowane jak „Distance”, swojskie jak tytułowe „Home”. Relaks, choć wbrew nazwie wytwórni niezbyt innowacyjny.

Z roli idealnego soundtracku do gry komputerowej o pilotowaniu wahadłowca w czasie rzeczywistym wyrywa się prześliczne „Eclipse/Blue” z wokalnym udziałem Kazu Makino, czyli mocny singiel oparty na radiowej melodii i dopracowany nawet w trzecioplanowych duperelach. A także zamykający całość instrumental „Light #3”. Gdzie indziej ani melodii, ani dupereli – także w „Try” z udziałem Toro - niestety nie staje. Co zrzuciłbym na karb zbyt wyluzowanego podejścia do funkcji, jaką muzyka pełnić ma w praktyce. Jeśli faktycznie w niczym nie przeszkadzać, wówczas pełen sukces.

Steven Wilson - The Raven That Refused to SingSteven Wilson – The Raven That Refused to Sing (And Other Stories) (Kscope)

.

 

Fine.