30 najlepszych płyt z Japonii

30 najlepszych płyt z Japonii 25.06.2016 — Skomentuj

Dawno temu, kiedy zaczynałem interesować się muzyką japońską, przeszukiwałem sieć w nadziei na znalezienie listy najważniejszych płyt w historii tej sceny, od jakich roi się na Zachodzie. Ale trafiałem tylko na zestawienia, które przygotowali krytycy anglosascy. A chciałem poznać opinię ekspertów japońskich.

Dzisiaj sobie myślę, że ten brak, że ta chęć skonsultowania się z lokalsami, mogła dać zaczątek ideai bihajpa. Symboliczną więc jest dla mnie nasza dzisiejsza publikacja. Rezultat kilku miesięcy pracy, dziesiątek konsultacji, setek poprawek – ale w końcu jest.

Mamy nadzieję, że tylko pierwszy z serii tego rodzaju przewodników. I że Polska będzie jednym z następnych.

*

Dwa lata doświadczeń bihajpowych spróbuję streścić w 20 minutach podczas drugiej edycji IndieTalks. Czyli co-kwartalnego spotkania osób zaangażowanych czy choć zainteresowanych polską sceną muzyczną, którego celem jest wymiana doświadczeń, a przede wszystkim kontaktów – żebyśmy byli jak Islandia.

Co ciekawe/znamienne, inicjatywa integracji przyszła z imigracji.

Spotkanie odbędzie się we wtorek 5 lipca w Pardon To Tu. We własnej pogadance spróbuję wymienić najważniejsze „odkrycia” okołobihajpowe: od muzycznych przez kulturowe po ludzkie. Licząc na to, że każdy znajdzie coś przydatnego dla siebie. A później z przyjemnością posłucham panelowej dyskusji o komunikowaniu siebie i – wymienię kontaktami.

Owari


Korzenie Magnetofonowej

Korzenie Magnetofonowej 17.06.2016 — Skomentuj

Trzeci numer „Gazety Magnetofonowej” poświęcony jest – że skrócę informację prasową do esencji – słowiańskości, Bogu, ziołom, romskiemu dziedzictwu, piłce, muzyce żydowskiej, śląskim szlagrom i warszawskim Combom oraz Orkiestrom, muzyce polskich emigrantów i muzyce Zygmunta Starego.

Streszczam notkę, bo numeru jeszcze w rękach nie trzymałem, ale już dla samej okładki (znów) chcę. Chcę także dlatego, że do korzennego tematu okładkowego ręki nie przyłożyłem. Z radością więc, po prostu, poczytam.

Ode mnie w numerze dwa drobiazgi: o debiucie Bovskiej i Karoliny Cichej wypadzie do Pakistanu. I oczywiście stała rubryka Sami Swoi oddawana Polakom poza Polską. Tym razem o młodym francuskim szansoniście o wdzięcznym nazwisku Stankiewicz.

gazeta magnetofonowa icon


Szansa na rykoszet, czyli raz jeszcze o Brodce

Szansa na rykoszet, czyli raz jeszcze o Brodce 04.06.2016 — Skomentuj

Torwar wypełnił się dziś po brzegi z okazji japońskiego minifestiwalu Matsuri, co sugerowałoby, że swój nowy teledysk Brodka słusznie oddała Japończykowi. Powinien się Polakom spodobać. Komu jeszcze?

Mnie się podoba nie tylko ze względu na wiadome sympatie. Oglądanie ludzi wybitnych w robieniu (zaryzykuję) czegokolwiek wciąga. A Atsushi Takenouchi ma mimikę mistrzowską. Plus przyjemnie prosty pomysł i takaż jego realizacja, podobno własną ręką Brodki. I finał fajny, choć przewidywalny.

Jest też umiarkowanie przemyślane mieszanie trzech kultur – do polskiego lasu zaprasza się aktora japońskiego tańcoteatru Butoh, by z ilustrować latynoskie obłaskawianie Świętej Śmierci. Ale raz: takie czasy. Dwa: ta karkołomna kombinacja harmonizuje z latynoskim podejściem do chrześcijaństwa i japońskim do (pop)kultury.

Przede wszystkim jednak mam wrażenie, że wylazła z Brodki autentyczna fascynacja talentem Takenouchiego i Japonią w ogóle. W ekspresowym Q&A towarzyszącym premierze teledysku przyznaje się do inspiracji Japonią i pragnienia powrotu (i tu się rozumiemy). Tak jak okładka „Clashes”, widać po tym całkiem odważnym teledysku, że ją Japonia kręci i jakoś ją rozumie. Po japońsku każe widzowi czekać i czekać – a potem zasłania puentę.

Te japońskie akcenty „Clashes” przemawiają do mnie bardziej, niż mity o roku w Nowym Jorku i zaczarowanej gitarze Devendry Banharta. Bo coraz wyraźniej widać, że premiera tej nowej płyty ma jakby dwa oblicza. Jednym jest marzenie o podboju świata i związany z nim cały program działań promocyjnych. Drugim zwyczajna chęć tworzenia i dzielenia się osobistymi fascynacjami.

*

Z podbojem świata ciągle do końca nie wiadomo. Niby pisały o „Clashes” m.in. „Clash”, „Fader”, „Line of the Best Fit”, „Pop Justice” i parę innych. Ale każdy z nich codziennie ogłasza wielkie odkrycia, generując kilkaset, w porywach kilka tysięcy odsłon na Youtube. (Kolega zwrócił mi uwagę, że gdy jaraliśmy się postami o Brodce na jakichś blogach, o Wacławie Zimplu pisał New York Times).

Jeśli „Horses” nazbierało prawie półtora miliona kliknięć, to dzięki fejsbukowi samej Brodki i jedynce na Trójkowej liście przebojów. Premierę nowego klipu ugościło u siebie szacowne „The Independent” i jest to pewien sukces. Ale głównie prestiżowy. Obstawiam, że z dotychczasowych 90 tys. odsłon jakieś 90 proc. pochodzi z ojczyzny. A więc podobnie, jak z występami Brodki z tym materiałem: szacun, bez ekscytacji.

*

A może nie szkodzi? Z każdym rokiem, z każdym miesiącem sam ten sposób myślenia – musimy dostać stempel od brytyjskich delegatów i krytyków, aby wyruszyć w wielki świat – wydaje mi się coraz bardziej niedzisiejszy. I zwyczajnie głupi. Pomyślmy ekonomicznie: chcielibyśmy zacząć eksportować polski produkt. Czy zaczynamy od rynku najbardziej nasyconego, atakowanego przez konkurencję z całego świata? Czy szukamy raczej rynków wygłodzonych? Takich, gdzie Polska budzi ciekawość?

To prawda, że przez jakieś sto lat dwie centrale – Londyn i Nowy Jork – decydowały o tym, czego będzie słuchać reszta świata. I bez ich akceptu szans na zaistnienie nie było nawet u najbliższych sąsiadów. Zdarzało się, że i we własnym kraju doceniali cię dopiero po Zachodzie. Ale te czasy mijają. I zdarza się, że Polacy ściągają Koreańczyków czy Islandczyków na ich pierwsze koncerty na europejskim kontynencie. Czemu nie miałoby to zadziałać w drugą stronę?

*

Na szczęście fortuna lubi chodzić własnymi drogami. Największym sukcesem medialnym Brodki w całej tej międzynarodowej eskapadzie mnie osobiście wydaje się ta oto wzmianka, o której doniósł nasz bihajpowy korespondent w Japonii:

brodka fudge japonia clashes

Uwagę popularnego magazynu modowego z Tokio zwróciło oczywiście kimono Brodki z okładki „Clashes” oraz fotek okolicznościowych. Dzięki temu detalowi Brodka wraz ze swoją płytą dostała w owym piśmie całą stronę.

I mam wrażenie, że w tych ciekawych czasach – gdy dziennikarze słuchają słuchaczy raczej niż na odwrót – od tego rodzaju niereżyserowanych wzmianek rozpoczynają się kariery. A nie od umawianych przez wpływową wytwórnię zdawkowych Q&A w upadającej prasie. Mam więc cichą nadzieję, że podobnym rykoszetem odbije się „Santa Muerte”. Jeśli nie w Japonii, to może w Meksyku?

Na wspomnianym pikniku japońskim na Torwarze zaprezentowała się Polska Grupa (Teatru) Nō Ryokurankai. I mimo że tak kameralna i niedzisiejsza sztuka kłóci się z hałaśliwymi warunkami hali sportowo-targowej, spektakl przyjęto z entuzjazmem. Pomysł na następny teledysk? Nō!

Owari



Brodka jak Björk?

Brodka jak Björk? 23.05.2016 — Skomentuj

By nie zwariować od nadmiaru możliwości, na starcie postanowiłem zupełnie zignorować brytyjskich i amerykańskich wykonawców na tegorocznym The Great Escape. I skoncentrować się na reszcie świata i w jej kontekście występach Polaków.

O tych ostatnich piszę w dłuższym tekście z ryzykowną Björk w tytule.

*

Oficjalnie jechałem dla naszych, a tak naprawdę dla urodzonej w RPA, zamieszkałej w Niemczech dziewczyny, która zaczynała od grania na ulicach europejskich stolic i tę szkołę doskonale widać było na koncercie w Brighton. Nagłośnienie trzykrotnie jej nawalało, ale problemy obracała w żart, tylko zyskując sympatię publiczności. A po odzyskaniu fonii z tą samą lekkością pokrzykiwała na ostatnie rzędy, by ucichli, bo „właśnie obnaża głębię swej duszy”.

O ile po Alice Phoebe Lou spodziewałem się pięknego występu, choć pewnie nie aż tak, a Songhoy Blues gwarantowali nadmiar radości – skądinąd zagrali przed największym i najbardziej roztańczonym tłumem, jaki widziałem na tym festiwalu – o tyle zaskoczyła mnie swym magnetyzmem norweska EERA. Skrzyżowanie charyzmy PJ Harvey z precyzją Radiohead, mocnego wokalu z ciągłym główkowaniem nad gryfem = jestem fanem.

*

Wspólnymi siłami na the Great Escape walczyli o uwagę Litwini i Łotysze. Alina Orlova w kościele przypominała trochę Gabę Kulkę za tym swoim nieprzewidywalnym fortepianem. Świetnie wypadł młody duet Howling Owl, zdrowo porąbany, efektowny wizualnie, a do tego perkusista obsługuje jednocześnie bębny i klawisze. Odkryta przez nas niedawno Alise Joste zagrała przyjemny akustyczny set.

*

Jednak widziałem Amerykanów.

Fine.


iNowa Tradycja

iNowa Tradycja 18.05.2016 — Skomentuj

Na początku był iPhone. Mistrz indyjskiej muzyki klasycznej wykonywanej na inkrustowanej lap slide guitar zbudowanej według jego własnego projektu pożyczył od swego uturbanowanego tablisty smartfon i zapodał newage’owy tamburowy/sitarowy (?) loop. Uroczysty finał tegorocznej Nowej Tradycji nie zapowiadał się zbyt dobrze.

Ale loop szybko schował się w tle. Debashish Bhattacharya senne plumkanie zaczął stopniowo rozkręcać aż do manualnej akrobatyki – oj było co podziwiać z drugiego rzędu. A towarzyszący mu Gurdain Rayatt okazał się bębniarskim wymiataczem i scenicznym wrażliwcem, bo swemu mistrzowi czytał z metalowych naparstków. Było hipnotycznie, bywało ekscytująco.

Wcześniej na scenę Lutosławskiego wstępowali tegoroczni zwycięzcy Nowej Tradycji. Najbardziej urzekł mnie duet Maniucha i Ksawery – niezwykły miks ludowego śpiewu i avantowej półimprowizacji – a najbardziej ucieszyła nagroda specjalna Złote Gęśle dla Wojciecha Zaziąbło z zespołu Tryptyk. Bo grupa to z Tylmanowej, rzut kamieniem z moich rodzinnych Pienin.

*

Z okazji kolejnej Nowej Tradycji w „Polityce” ukazała się rozmowa z Simonem Broughtonem, uroczym człowiekiem i szefem worldmusikowej wyroczni „Songlines”, od której wspomniany Debashish otrzymał niedawno regionalną nagrodę.

Broughton jest też pewnie największym znawcą polskiej muzyki korzeni poza Polską. A pewnie i w kraju wielu konkurentów nie ma. Ma za to przewagę stażu. Nasze tradycje zaczął zgłębiać już na początku lat 90., gdy przeprowadził się do Krakowa.

A wtedy, jak mówi, „Polaków lokalna muzyka tradycyjna nie obchodziła”:

Polacy przez długi czas czuli się zakłopotani wyczynami niektórych wykonawców niby związanych z muzyką ludową. Czy to ze względu na „efekt Śląska”, czy to przez przekonanie, że polska muzyka tradycyjna jest zbyt prymitywna, by cokolwiek osiągnąć na szczeblu światowym.

I rzeczywiście nie ma co liczyć na sukcesy porównywalne z gwiazdami muzyki kubańskiej, brazylijskiej czy afrykańskiej. Już sam tropikalny nastrój muzyki z południa kojarzy się ze słońcem, przyjemnie spędzonym czasem.

A z czym kojarzy się polska muzyka?

Z intensywnością. Pewnym… udręczeniem. Na pewno nie obiecuje chwili relaksu, ale raczej refleksji. Ma w sobie ogromny ładunek emocjonalny. Osobiście mam problem z muzyką brazylijską, bo wydaje mi się nijaka.

Polskich wykonawców ten problem nie dotyczy. Bywają wymagający, początkowo nawet trudni do słuchania. Ale ten wysiłek się zwraca. To znana zasada: jeśli zainwestujesz w muzykę więcej uwagi, ona ci się za to odwdzięczy.

Cały wywiad tutaj.

Fine.


Pozycja dominująca

Pozycja dominująca 12.05.2016 — 2 komentarzy

„Wywołaliśmy pożar tym wywiadem” – napisał mi nasz grecki korespondent po publikacji tego niewinnego wywiadu. Poszło o zdanie, w którym artysta tłumaczył powód zmiany wytwórni z lokalnej (Inner Ear) na globalną (The Native Sound):

In Greece, when we refer to Greek record labels we basically mean Inner-Ear, which functions as an umbrella to most of the indie sound. I think that the way they work is quite amateurish compared to labels abroad, and it was a big mistake to sign with them when I started.

Podobno przez cała resztę dnia artysta i jego ekswytwórnia przerzucali się argumentami, a prywatnie może i zniewagami. A dyskusji uważnie przysłuchiwały się szeregi słuchaczy, a przede wszystkim muzyków. Bo w greckim niezalu Inner Ear to niemal monopolista, wybór tyleż oczywisty dla młodych wykonawców, co poniekąd jedyny.

*

Przypomniała mi ta sytuacja prezentację rodzimych dystrybutorów kontentu cyfrowego, którzy opowiadali o sobie w ramach konferencji towarzyszącej niedawnemu festiwalowi Spring Break. Jeden z nich – nie pamiętam czy, przedstawiciel Independent Digital czy e-Muzyki – wspomniał, że jego firma współpracuje z szeregiem niezależnych oficyn krajowych, których liczba przekracza bodaj dwieście. A może nawet 250?

Przypomniał mi się także ciekawy artykuł Kaśki Paluch o wytwórniach U Know Me Records oraz Lado ABC, które niedługo spotkają się na jednej scenie. Z jej rozmów z bohaterami rodzimej alternatywy dało się odczuć, jak szeroka zrobiła się ta nasza scena, skoro dwie tak prominentne instytucje spotykają się dopiero teraz. W mniejszym świecie muzycy i wydawcy z tych wytwórni kolaborowaliby permanentnie. A po drugie: dzięki takiemu rozproszeniu same wytwórnie miewają charakter nie mniej wyrazisty niż wykonawcy, których reprezentują.

Ma pewne zalety monolit w stylu greckim, a do pewnego stopnia także słowackim (Slnko Records), czeskim (Indie Scope), czy w głębokim niezalu nawet francuskim (La Souterraine). Z perspektywy wewnętrznej chodzi o siłę przebicia, takie instytucje odgrywającą rolę fonograficznego Off Festivalu. Dla słuchaczy zagranicznych czy leniwych miejscowych to z kolei wygoda. Wystarczy śledzić jeden label i ogarnia się większość lokalnego niezalu. Dzięki kanałowi Inner Ear często dowiaduję się o greckich nowinkach przed tamtejszymi pitchforkami.

A w Polsce? Gdybyście chcieli mnie pytać, kto, z kim, kiedy i co wydaje – z góry się poddaję.

*

A propos pozycji dominującej, Bartek Chaciński dokonał czynu niegodnego i po latach niemal codziennego publikowania wpisów na Polifonii w ramach jubileuszu bloga publikował dziś wcale niekrótkie wpisy co godzinę.

Dziennikarsko podziwiam, koleżeńsko gratuluję, czytelniczo dziękuję. Dla współblogerów wszelako – litości.

*

A propos sporów i Bartka, który przed laty zamówił u mnie artykuł o pisanym języku mówionym, wygląda na to, że tydzień temu wspiąłem się na szczyt kariery publicystycznej.

Przy czym featuring na maturze z polskiego z tym właśnie tekstem o tyle bawi, że owa publikacja została pierwotnie oprotestowana przez pewnego wrażliwego językowo czytelnika. Skarżył się on redakcji, pisownia oryginalna, następująco:

Z satysfakcją przeczytałem „NIEZBĘDNIK o języku”.Udany numer,w moim przekonaniu,ale trafiła się Wam niezła wtopa w artykule Mariusza Hermy „Pisany język mówiony” – autor (chyba nie językoznawca jednak),kończąc swój tekst używa sformułowania – cytuję – „…bo wszak nie o nośnik,lecz o treść SIĘ ROZCHODZI (podkr. moje-RS).” Zgroza,i to właśnie w numerze o języku,jego prawidłach,etc.Nie będę przywoływał znanego pytania „co się rozchodzi?” bo wszyscy chyba znają na nie odpowiedź…Z poważaniem,

Zdecydowanie nie językoznawca. Dobrze, że chociaż matura zdana.

Fine.



Kogo zobaczę na Spring Breaku

Kogo zobaczę na Spring Breaku 20.04.2016 — Skomentuj

106 wykonawców ma wystąpić na rozpoczynającym się jutro festiwalu Spring Break. Z tego tylko – choć w kontekście poprzednich edycji imprezy może „aż” – trzynastu przyjedzie z zagranicy bliższej (wschodzące łotewskie gwiazdy Carnival Youth) lub dalszej (ktoś tam ze Stanów). Ilu uda się zobaczyć?

Kilka miesięcy temu przysłuchiwałem się dyskusji o showcase’ach, w której uczestniczyła Magda Jensen, turmenedżerka Brodki czy opiekunka Pauli & Karola. W 15 minut wyłożyła plan działań, jakie jakie każdy wykonawca powinien podjąć przed takim branżowym zlotem, żeby odczuć jakikolwiek efekt po. Od uruchamiania znajomości po rozdawanie ulotek.

Żałuję, że tego miniwykładu nie nagrałem, bo coraz wyraźniej widać, że takiej podstawowej wiedzy naszym zespołom brakuje. A przede wszystkim brakuje ludzi, którzy mogliby ich w takich działaniach wyręczyć. Uświadamianie sobie tej luki wynika zapewne z faktu, że artyści sprofesjonalizowali się nam w innych aspektach. I mają już produkty na światowym poziomie, lecz nie potrafią ich światu sprzedać. Owocują też wreszcie sponsorowane kontakty z zagranicą i przyglądanie się, jak to robią inni.

A jak to robią inni?

Drobny, ale znamienny przykład z mojej działki: przed festiwalem MENT Lublana przez cały tydzień dostawałem maile od menedżerów i zespołów z zaproszeniami na ich występy i linkami do najbardziej korzystnych youtube’ów. Z niektórymi nawet pomailowałem, potem masa pocztowa mnie przerosła. Ale kilka z kilkudziesięciu samochwał przekonało mnie do wybrania się na ich koncert, który w przeciwnym razie bym zupełnie przegapił lub niesprawiedliwie zbagatelizował.

Ilu wykonawców przed Spring Breakiem przejrzało gotowca, jakim jest lista delegatów? Jeśli mnie Gmail nie myli, osobiście otrzymałem dwa listy. Od menedżerki zespołu Bibobit oraz agencji Follow The Step, „która jest odpowiedzialna za takich artystów, jak KVBA, New Rome czy Jakub Kusior„. Żadnego z tych wykonawców dotąd nie znałem, więc tym chętniej sprawdziłem linki.

Milczenie reszty wynikać może z nieświadomości lub przekonania, że prawdziwa sztuka sprzeda się sama. Tylko dlaczego w takim razie w ogóle ciągać ową sztukę na bazar, bo tym właśnie są festiwale showcase’owe? Jeszcze pożałuję tego apelu, ale naprawdę: piszcie!

Fine.


Kultura z algorytmu

Kultura z algorytmu 16.04.2016 — 4 komentarzy

Nie tylko o Netfliksie i serialu „House of Cards”, wyreżyserowanym niejako przez big data, rozmawiałem z analitykiem firmy, która Netfliksa w tych niebywałych rachunkach wspiera.

Tekst okazał się jednym z tych, które pisze się bez większego przekonania, czy mają większy sens. Bo przecież wszyscy wszystko to wiemy. A potem przychodzą maile o treści: Wstrząsające.

Co ciekawe, tę przerażającą niektórych inwigilację inni wymieniają wśród głównych powodów, dla których pokochali Netfliksa. Że uch rozpoznaje, że wie, gdzie przerwali oglądanie.

Obstawiam więc, że odważne prognozy z końca artykułu nie tylko staną się rzeczywistością szybciej, niż byśmy sądzili, ale też że uznamy te usprawnienia za naturalne – tak jak wszystkie dotychczasowe.

Fine.