e-Festiwale

e-Festiwale 25.05.2015 — Skomentuj

Z badań zrealizowanych w 2014 r. dla Live Nation Entertainment w Stanach Zjednoczonych wynika, że podczas koncertów 85 proc. badanych robi zdjęcia telefonami, 68 proc. wysyła esemesy, a 57 proc. pisze o wydarzeniu na Facebooku.

Jakub Knera w tekście o koncertowym savoir-vivrze.

Fine.


Chiny, Chopin, chała

Chiny, Chopin, chała 19.05.2015 — 4 komentarzy

Jednym z dwóch najpiękniejszych i najtrudniejszych zarazem elementów języka chińskiego – tym drugim są oczywiście znaki – jest jego tonalność. Jeśli Polakom intonacja wypowiadanych zdań sygnalizuje zabarwienie przekazu, w Chinach melodia poszczególnych słów przekazuje ich znaczenie w tym samym stopniu, co składowe głoski. Myląc ton, pomylimy nauczyciela (lǎoshī) ze szczerym/naiwnym (lǎoshí), a kupowanie (mǎi) ze sprzedawaniem (mài).

Każdego niegłuchoniemego Chińczyka można zatem uznać za muzyka. Aby się skutecznie komunikować, mówiący mandaryńskim (cztery tony) lub kantońskim (sześć tonów) muszą przejść kształcenie słuchu. I w miarę precyzyjnie wysłuchiwać i wykonywać gęste przebiegi melodyczne. Ta wysysana z pierwszych słów matki muzykalność powinna przekładać się na jakość twórczości muzycznej w tym kraju. Ale się nie przekłada.

Zagadnięty o wpływ tonalności języka chińskiego na chińskie słuchanie i granie w tym kraju, pianista Yuan Sheng – wykładowca Centralnego Konserwatorium Muzycznego w Pekinie i finalista Konkursu Chopinowskiego w 1995 roku – zwrócił mi uwagę na pozycje Bacha i Chopina w jego kraju. Równo uwielbiani w Europie kompozytorzy, w Chinach są twórcami innych kalibrów. Chopin – kochana gwiazda. Bach – nudziarz.

Osłuchani słuchacze dysproporcje preferencji tłumaczą zazwyczaj tym samym powodem. Chopina łatwo zanucić. Wpada w ucho. Bachowi od chińskich słuchaczy od dekad dostaje się za to, że jakoś trudno dosłuchać się u niego melodii.

Chopin Warsaw China

Pragnienie melodii może być konsekwencją posługiwania się melodią w codziennych rozmowach. A także jednym z powodów, dlaczego za tradycyjną chińską muzyką popularną – dosyć złą – przepadają nie tylko gospodynie domowe i kierowcy ciężarówek, ale i zglobalizowana wielkomiejska młodzież. Miałem parę okazji po(d)słuchać, co zapodają sobie ze smartfonów chociażby studenci malarstwa prestiżowej ASP w Hangzhou. Tłumacząc na polski byliby to wykonawcy typu Krawczyk, Kozidrak, Fleszar. Czyli pejzaże. Kroplą deszczu pomaluję cię.

Żeby zniechęcić się do poszukiwań talentów na chińskiej scenie muzycznej nie trzeba oczywiście jechać do Chin i słuchać, co śpiewają także uliczni grajkowie. Wystarczyło zetknąć się z zasobami Xiami – czyli chińskiego Bandcampa – gdy jeszcze nie był geoblokowany. Potężny kraj, potężna gospodarka, spore tradycje i miłość do europejskiej klasyki. Przynajmniej kilkanaście tysięcy płyt rocznie. I wciąż kiepsko.

Wbrew optymizmowi niektórych na Zachodzie dosyć trudno wyłuskać coś z lokalnej sceny nie tylko outsiderom, ale także mieszkającym na miejscu – o czym przekonują mnie dostawy muzyczne od bihajpowego korespondenta w Pekinie wciąż kiepsko. Nieprzypadkowo usieciowieni Chińczycy częściej słuchają muzyki z Korei i Japonii (kolor szary) niż krajowej (kolor biały), sporą część uwagi poświęcając oczywiście anglojęzycznym:

Chinese music industry

Wyobrażacie sobie, że w polskim radiu dominuje muzyka z Estonii i Słowacji – bo to chyba takie proporcje?

To prawda, że z gustami japońskimi czy koreańskimi różnie bywa, ale to inny kaliber. W 2015 roku powinniśmy mieć w chińskich metropoliach potężne sceny niezależne, przynajmniej dorównujące mniej rozwiniętym sąsiadom, walczących czasem o przetrwanie z terroryzmem.

To Korea i Japonia powinny importować wykonawców z Chin. Tymczasem lista akceptowalnych dla zagranicznego ucha wykonawców chińskich jest listą krótką i zwykle sprowadza się do powtarzania tych samych nazw: Carsick Cars, P.K. 14, Hedgehog, Snapline. Często gdy trafia się na ciekawą kapelę z Pekinu czy Szanghaju, okazuje się eskapadą ekspatów.

*

Wspomniałem o gustach, bo to drugi podejrzany. O zbiorowym guście chińskim wiele mówi już to, co widzi się po wejściu do metra. O ile i inni Azjaci bywają pstrokaci, o tyle na młodych Chińczykach wydaje się realizować gra komputerowa w ubieranie lalki, w której udostępniono opcję losowego doboru elementów garderoby. Po wyjściu z metra przestaje się zwracać uwagę na chaos ubrań. Bo przysłania go chaos architektoniczny. Szczególnie w centralno-południowej części kraju.

W Szanghaju XIX-wieczny ceglany Nowy Jork sąsiaduje z holenderską kratą wiejską, tropikalnym slumsem, technokratycznym chińskim nowobudownictwem i wyścigiem wysokości i podświetlenia. Na jednym z wieżowców Pudongu wyświetlano… inny wieżowiec. Pomiędzy metropoliami widuje się zaś miasteczka zabudowane absurdalnymi pseudozameczkami: z kolumnami przed wrotami, wieżyczkami z solarami, zielonkawymi biurowcowymi szkłami bardziej dzielącymi niż łączącymi górę z dołem.

Może więc kwestia gustu. I może podświadomie zdając sobie z niego sprawę, Chińczycy tak bardzo pielęgnują tradycję. Jeśli europejskiemu studentowi muzyki czy malarstwa od pierwszych zajęć wpaja się, że powinien odnaleźć własny styl, a ostatecznym celem kopiowania mistrzów jest późniejsze im zaprzeczenie – to mistrzostwo w wydaniu chińskim jest tychże mistrzów perfekcyjne naśladowanie. Mało twórcze, ale przy niedostatkach gustu: pewne.

*

O innej przeszkodzie pisze w ostatnim numerze „Economist”. Za postępem muzycznym praktycznie zawsze kryje się jakiś rodzaj rebelii, a te w Państwie Środka nie są mile widziane. Wszelkie wydarzenia o charakterze rockandrollowym ryzykują, że zostaną odwołane w ostatniej chwili bez podania sensownego powodu. Tegoroczną edycję odbywającego się w Pekinie od 2002 roku 330 Metal Festival policja przerwała już po kilku godzinach. Oficjalny powód: „względy bezpieczeństwa”.

Ostatnio anulowano też trasę koncertową Makoto Kawabaty z Acid Mothers Temple. Tym razem zadecydowały „akcenty pornograficzne i okultystyczne”. A japoński Boris mógł zagrać tylko w Szanghaju. Dla innych miast był „zbyt rewolucyjny”. Brytyjskiej kapeli punkowej The Boys zaszkodził z kolei „brak przyzwoitości”. Wreszcie w kwietniu „odłożono” na później dwa największe festiwale rockowe: Strawberry oraz Midi. Tym razem winiąc złą organizację. Wyobraźmy sobie, że Bruksela jednoczesne odwołuje Glastonbury i Roskilde.

China Paiting May 1st Workers Day

W niektórych przypadkach kwestie bezpieczeństwa mogły rzeczywiście mieć znaczenie – co przyznaje „Economist”. Ale chińscy politycy ewidentnie zaciskają kontrolę nad kulturą. Kilka miesięcy temu urzędujący prezydent Xi Jinping oświadczył wprost, że artyści powinni „ucieleśniać wartości socjalistyczne” i dbać o to, by “oddychać wspólnie z ludem”.

Poczułem to osobiście, przechadzając się 1 maja ulicą Nanshan, najśliczniejszą w ślicznym Hangzhou, rozciągniętą wzdłuż malowniczego jeziora. Podczas gdy pobliski Szanghaj na Święto Pracy przystrojono czerwonymi flagami – nie tylko drogi, także na biurowce, szczególnie te z nazwami koreańskich czy zachodnich marek – to kurortowe miasto zajęte było obsługiwaniem tysięcy turystów, którzy zwalili się z okazji długiego weekendu.

W tym kontekście zabawnie wyglądał wyświetlany na elewacji uczelnianej galerii minidokument o powstaniu szczególnego dzieła: portretu, a raczej serii wielkich portretów 60 modelowych chińskich robotników. Dzieło przez pół roku przygotowywał na Święto Pracy kolektyw artystów-profesorów z najważniejszych akademii w kraju. Oczywiście na zlecenie państwa. Co myśleli o tym wędrujący między uczelnią a akademikiem kształcący się malarze? Co o analogicznych przedsięwzięciach muzycznych czy filmowych myślą młodzi grający i kręcący?

Na pewno przyda się im zły przykład z zewnątrz. Kilka dni później oglądałem „Wycinkę” Krystiana Lupy w pekińskim Century Theatre. Po spektaklu szef festiwalu, który gościł spektakl, przyznał, że gdyby znał lepiej treść sztuki, to by Lupy nie zaprosił. Bo temat niekoniecznie wiodący – relacji między urzędnikami i artystami – chińska publiczność uznała za centralny. A najmocniejsze fragmenty monologu nagradzała natychmiastowym aplauzem. Po raz pierwszy dotarło do mnie, jak istotny był każdy taki przeciek dla młodych polskich twórców za PRL-u.

Vampire Weekend China Eastern

Krótka wizyta w Pekinie zbiegła mi się z kilkoma innymi wydarzeniami polskimi, które pokrótce opisałem na stronie „Polityki”. Tymczasem inny promyk nadziei dojrzałem już w drodze powrotnej. Linie China Southern zaoferowały mi zestaw muzyczny, składający się z kilku kategorii: muzyka mandaryńska, muzyka azjatycka, muzyka filmowa, muzyka poważna oraz „nowe wydawnictwa”.

W tej ostatniej kategorii dominowały składankowe, nie tak nowe, po części świąteczne przeboje – co tam, i w Pekinie widywało się w drzwiach hoteli i restauracji grudniowych Mikołajów. Poziom propozycji konkurował jakością z zawartością katalogu z muzyką lokalną. Ale oto obok Marii Carey i Barbary Streisand objawił się zespół, który wydaje się reprezentować dokładnie to, czego chińskiej sztuce najbardziej brakuje: niezal.

Icon-China

 




Oly.

Oly. 27.04.2015 — 3 komentarzy

Od początku istnienia bihajpa nie mieliśmy jeszcze takiego odzewu na piosenkę z Polski – a może i skądkolwiek – jak na pierwszy singiel Oly.

Od Argentyny przez Brazylię po Kolumbię, od Grecji, Bułgarii i Chorwacji po Belgię, dostaliśmy jednoznacznie entuzjastyczny odzew, ta ostatnia prosiła nawet o mp3 na potrzeby jakiejś kompilacji. Czego się oczywiście nie spodziewaliśmy.

I może to odpowiedź, jak uczynić polską scenę równie eksportową, jak islandzka. Zamiast ich naśladować, lepiej się z nimi sprzymierzyć.

Fine.


Kendrick, rozstania

Kendrick, rozstania 25.04.2015 — 7 komentarzy

Przestawanie bycia fanem jest równie ciekawe, jak stawanie się nim. Kiedyś bezwolne uleganie czarowi artysty, teraz zmuszanie się do uwagi. Kiedyś odruchowe wsłuchiwanie się w dźwięki i wczytywanie w teksty, teraz z poczucia obowiązku. Kiedyś tropienie prasowych komplementów i fanowskich analiz, teraz dezorientacja publicystycznym amokiem. Jak na imprezie u ex. Nagle wszyscy wydają się z nią bardziej skumplowani i lepiej wiedzą, co u niej słychać.

„To Pimp a Butterfly” jest płytą spektakularną, o której być może będzie się pisać jeszcze za 50 lat. Jeszcze bardziej niż przy poprzednich płytach można, należy spędzić z nią kilka wieczorów z wzrokiem wlepionym w RapGenius. Wypada ją kilkakrotnie przesłuchać w ciemnościach, aby docenić tryliard produkcyjnych smaczków, aluzji do dziedzictwa muzyk wszelakich, wejść w flow. Nie chciało mi się.

Kendricka pogląd na rasę poznałem w pierwszych minutach jego pierwszej płyty. Muzyczną wyobraźnią i klimatem zachwycił już na dwójce. Zmienił mu się za to tembr głosu. Jak to bywa z ex: nagle wydaje się obcy. Czułem się swojsko w vanie, przed Białym Domem nie widzę dla siebie miejsca. Gdy więc za 50 lat będzie się wciąż dyskutowało o doniosłości „To Pimp a Butterfly”, będę pewnie dalej słuchał „good kid, m.A.A.d. city”, a z pamięci recytował „Section.80″.

Ale leci „Mortal Man” i myślę, że może się jeszcze zejdziemy. Pa!

Fine.


Polish Music Export

Polish Music Export 21.04.2015 — Skomentuj

Na festiwalu Primavera Sound w Hiszpanii będą nas w tym roku reprezentować Rebeka, Zamilska, Stara Rzeka i Thaw – różnorodne grono. Na brytyjskim The Great Escape będzie już bardziej piosenkowo: Julia Marcell, Fismoll, Olivier Heim i Sonar Soul.

W jednym i drugim przypadku wyboru dokonali organizatorzy imprez, między innymi po tym, co zobaczyli na Off Festivalu. Wprawdzie Instytut Adama Mickiewicza – ekipa Don’t Panic, We Are From Poland opowiadała dziś trochę o swoim siedmioletnim już programie eksportowym – posiada listę około 200 rekomendowanych zespołów. Ale ostateczne decyzje należą, i słusznie, do importerów.

Równie słuszna wydaje się geograficzne przesunięcie zainteresowań IAM-u. Kiedyś celowano w topowe imprezy w rodzaju teksańskiego South By Southwest. Tyle że koszty były ogromne, a efekty mizerne. Pisałem już o tym w relacji z targów Co Jest Grane: zespół przygotowywał się miesiącami do podróży, podatnik wykosztował, a nam miejscu nasza gwiazda ginęła wśród tysięcy równie obiecujących zespołów z całego świata. „Występ na SXSW” przydawał się głównie do promocji w kraju.

Teraz w centrum uwagi znajdują się rynki sąsiednie. Przede wszystkim Niemcy, ale też kraje ościenne, ogólnie pasmo od Skandynawii przez kraje bałtyckie, Grupę Wyszehradzką aż po Bałkany. I znów słusznie, bo polscy wykonawcy mają większe szanse na zaistnienie na Tallin Music Week (w marcu zagrali tam Bizzmo, Jazzpospolita, Julia Marcell, MNSL, Night Marks Electric Trio, Sunnata), czeskich Kolorach Ostrawy (latem zagrają Marika, The Dumplings, Bokka) czy słowackiej Pohodzie (na razie Polaków nie odnotowałem).

Raz, bo mniejsza konkurencja. Dwa, bo zachodni organizatorzy, publiczność, artyści patrzą na nas z góry, ewentualnie traktują jako coś egzotycznego. Z sąsiadami można rozwijać współpracę na warunkach partnerskich. Trzy – zaryzykuję na podstawie doświadczeń festiwalowych i bihajpowych – pewne podobieństwo gustów muzycznych. No i koszty. Lepiej chyba wysłać pięć zespołów za granicę niż jeden za ocean, bo nawet statystycznie zwiększa to szanse na sukces.

A czym jest taki sukces? Spytałem o to załogę Don’t Panic, odpowiedź można streścić tym obrazkiem:

Rebeka koncerty

Czyli plakatem zakończonej niedawno trasy po Niemczech i Wielkiej Brytanii naszego reprezentatywnego duetu Rebeka. Jeśli następnym razem artysta organizuje sobie zagraniczne koncerty na własną rękę, to znaczy, że udało się (go „wypchnąć”). A dzięki wcześniejszej wizycie na Łotwie Rebeka otarła się też podobno o kontrakt skandynawski.

*

Pojutrze w Poznaniu rozpoczyna się festiwal Spring Break. Z setką wykonawców – to poniekąd polska muzyka w pigułce. I miejsce, do którego z roku na rok ściągać będzie zapewne coraz więcej zagranicznych selekcjonerów (krajowi też szukają tam uzupełnień do swoich line-upów).

Świetnie, że powstała taka showcase’owa impreza, równolegle należałoby jednak zadbać o lepszą ekspozycję Polaków na „zwykłych” festiwalach. Jeśli granie na Offie decyduje o szansach na Primaverę, jeśli dobry set na Nowej Muzyce otwiera drzwi zachodnich klubów, to może nasi wykonawcy nie powinni tam grać w spiekocie letniego popołudnia przed garstką najdzielniejszych fanów?

Oczywiście trudno oczekiwać od organizatorów, że pozwolą im konkurować z gwiazdami programu. Więc może po prostu oddzielna scena lokalna? Czech Stage w opisywanej tu kiedyś Ostrawie to wspaniały wynalazek. Kiedyś taką segregację narodową potraktowalibyśmy jako wypchnięcie poza margines, ale czasy się zmieniły: wielu obcokrajowców przyjeżdża do Polski, by słuchać Polski. Szczególnie ci przybywający służbowo. Pozwólmy im pracować w ludzkich warunkach.

*

Z innych optymistycznych wieści eksportowych: KEXP weszło we współpracę z Otwartą Sceną i ma oferować Off-owe występy naszych zdolnych. A na krótką trasę po Chinach w maju wyrusza Justyna Steczkowska. Na którymś z frontów musi się udać.

Fine.

 


Po Konkursie Polskich Krytyków Muzycznych

Po Konkursie Polskich Krytyków Muzycznych 11.04.2015 — 2 komentarzy

Wyniki ogłoszono wczoraj. Uzasadniać mi je trudno, bo z moich faworytów na liście zwycięzców pojawił się tylko jeden. Oczywiście zwraca uwagę to, że wszystkie wyróżnione teksty dotyczą muzyki partyturowej – na pocieszenie niepoważnym pojawiła się nagroda specjalna Piotra Metza.

Skład jury zadecydował zapewne o takim rezultacie. Ale stojąc gdzieś pośrodku (z ilościowym przechyłem ku „rozrywce”), wypada mi przyznać, że kandydaci okołopartyturowi wyróżniali się nie tylko wiedzą muzyczną/muzykologiczną, ale również warsztatem pisarskim. Niektórym z autorów to raczej ja powinienem podsuwać własne teksty do oceny.

Z dziedziną tą jest jednak taki problem, że nie bardzo wiadomo, dlaczego należy czytać po raz setny o kompozytorze sprzed wieku albo o symfonii sprzed dwóch. Sam przebieg tych artykułów bywa także boleśnie przewidywalny: „Urodzony w…” – i leci biografia. Relacje z festiwali czy koncertów są co najwyżej poprawnymi relacjami. Tylko dla zainteresowanych.

Że da się inaczej, od dwudziestu lat pokazuje Alex Ross, nagrodzony za zagraniczny tekst o polskiej muzyce. Ale tutaj generalnie przewagę mają „popowcy”, pisząc o rzeczach naprawdę aktualnych, podejmując nawet zużyte tematy w nowy sposób, także częściej pokazujący siebie – choć bywa niestety, że zanadto. Marzy się naturalnie połączenie tych trzech elementów: wiedzy, warsztatu i ikry. Co się zdarza, ale jednak nieczęsto.

Generalnie wśród 110 propozycji zgłoszonych do głównej nagrody prawie nie było złych, mnóstwo było dobrych, zabrakło – dla mnie – choć jednej wybitnej. Ale nawet w serii „Best Music Writing” zdarzały się roczniki bez czegokolwiek powalającego.

Większość kandydatur pochodziła z zaledwie kilku periodyków papierowych czy netowych. Wydaje się, że to zaledwie ułamek tego, co się pisze w Polsce o muzyce. Jeśli ułamek jakkolwiek reprezentatywny, to jest znacznie lepiej, niż mógłbym przypuszczać. Wypadałoby to tylko agregować w jednym miejscu, również po to, by rozdzielone światy pismaków partyturowych, jazzowych i popowych spotykały się regularnie, a nie raz do roku w konkursowym folderze. Każdej z frakcji wyszłoby to na dobre.

Na koniec przepraszam tych, na których nie zagłosowałem, bo znamy się zbyt dobrze – choć na to zasługiwali.

Fine.


Iran

Iran 07.04.2015 — Skomentuj

Wespół ze znanym i lubianym norweskim pianistą Tordem Gustavsenem, irańska śpiewaczka Mahsa Vahdat nagrała jedną z najładniejszych dotychczas „piosenek” tego roku. Jak nam powiedziała, wymyśliła ją we Wrocławiu.

Ostatnio głośno było też o irańskiej dziewczynie, która odważyła się zaśpiewać publicznie. Mahsa odniosła się i do kwestii tego absurdalnego zakazu.

Fine.