Gdybym organizował festiwal muzyczny

Gdybym organizował festiwal muzyczny 07.02.2016 — 2 komentarzy

Zgodnie z oczekiwaniami MENT Festival w słoweńskiej stolicy Lublanie okazał się lokalnym bihajpem. W stosunku do regionalnych talentów zjawiska anglosaskie – czy nawet francuskie i włoskie – były wyjątkiem, pewną egzotyką. A nie na odwrót, jak to zwykle bywa na festiwalach chociażby w Polsce.

W rezultacie żadnego koncertu nie żałuję. Nawet te słabsze były jakoś ciekawe. Ale dobre i świetne należały do większości, co znów nie zdarza się nigdy na festiwalach anglopolskich. Łatwo to wytłumaczyć: do Słowenii zjechały (potencjalnie) największe talenty lokalnych scen, bo  1-2 reprezentantów każdego z krajów – Austria, Białoruś, Bośnia i Herzegowina, Chorwacja, Dania, Estonia, Finlandia, Francja, Litwa, Luksemburg, Łotwa, Macedonia, Polska, Serbia, Słowacja, Słowenia, USA, Węgry, Wielka Brytania, Włochy – wybierano pewnie z 20-30 kandydatów. A reprezentację gospodarczy z setek.

Każdy kolejny z trzech festiwalowych dni stopniowo zagęszczał koncerty i piątkowej nocy komuna Metelkova zmuszała do wybierania nawet z czterech jednoczesnych koncertów. Więc do pięciu poniższych artystów, których po słoweńskich doświadczeniach bez wahania zaprosiłbym na festiwal, posiadłszy zdolność bilokacji zapewne dopisałbym drugie tyle.

5. Bebè na volè (Chorwacja)

bebe na vole

Gdy ktoś mnie pyta, jakiej muzyki słucham, odpowiadam, że nie słucham bluesa. W Lublanie z rosnącym zdumieniem słuchałem jednoosobowej bluesowej orkiestry pewnego chorwackiego brodacza, a razem ze mną fani noise’u, elektroniki i disco.

Charyzma i humor nieprawdopodobne, takiż kunszt, a nade wszystko umiejętność wykorzystania przewagi grania samemu ze sobą. Bo nawet najlepiej zgrane trio wokalno-gitarowo-perkusyjne nie będzie w stanie tak manipulować pulsem muzyki, rozciągać i ścieśniać ćwierćnuty, zaskakiwać publiczność w co drugim takcie.

Wymarzony bluesman na niebluesowy festiwal.

♪♫ Posłuchaj: „Why can’t you feel?

4. Super Besse (Białoruś)

super besse

Zaczynali grać przed garstką oddanych, a gdy tuż przed zakończeniem koncertu usiłowałem wydostać się spod sceny i przenieść budzącą się sąsiednią, z trudem przebiłem sie nie tylko przez dwukrotność pojemności klubu, ale jedyną na całym festiwalu kolejkę ludzi przed wejściem, którzy nie zdołali dostać wejściówki.

Bez wątpienia zżynają z legend postpunku i Davida Bowiego – w muzyce, w strojach, w zachowaniach. Bez wątpienia sporo kalkulacji w pozach nawiedzonego wokalisty/gitarzysty, zdystansowanego ironicznego klawiszowca i wyluzowanego basisty w hawajskiej koszuli. Bez wątpienia grają w kółko tę samą piosenkę. Nie szkodzi, a może nawet pomaga.

To znów nie moja bajka, ale intensywność występu, umiejętne balansowanie na granicy śmieszności i muzycznej, i scenicznej, no i sam język wystarczyły, by jarać się z resztą przepełnionej sali. Na otwartym polskim festiwalu natychmiast ściągnęliby ludzi spod sąsiednich scen, a może nawet odciągnęli od gastronomii.

♪♫ Posłuchaj: „Holod

3. Bernays Propaganda (Macedonia)

Bernays Propaganda

Największy sukces eksportowy znowu nie tak małej sceny macedońskiej z całego postpunkowego revivalu wyróżnia na pewno wokalistka Kristina Gorovska, podobnie jak jej towarzysze znacznie ostrzejsza na scenie niż w studiu.

Był to jeden z tych koncertów, które wydobywają z mocno osłuchanej i zużytej już muzyki coś świeżego. Przez stosowany język, melodie, bałkańską emocjonalność wykonawców. Ale też klimatyczne animacje historyczne, okołoradzieckie i jeszcze jakieś inne.

Zjednoczyli publiczność wszelkich upodobań, powinni się sprawdzić i u nas jako zrazu ciekawostka, z upływem taktów kapela na światowym poziomie, ale o lokalnym smaku.

♪♫ Posłuchaj: „Laži me, laži me

2. Pridjevi (Chorwacja)

Pridjevi

MENT zaprosił mnie do udziału w „ślepym odsłuchu” sześciu utworów, gdy bez znajomości wykonawcy czy nawet kraju pochodzenia mieliśmy wypowiadać się na temat zaprezentowanego utworu. Po odsłuchaniu jednego zupełnie szczerze powiedziałem, że to chyba moja ulubiona rzecz, jaką słyszałem w tym roku. I że może warto zaproponować się Quentinowi Tarantino.

Powiedziałem też coś bardzo głupiego, mianowicie że ze względu na język pewnie nie będą mieć wielkich szans na zachodzie. Ale niech języka nie zmieniają! Tymczasem potem okazało, chorwackie Pridjevi robi już małą karierę w Stanach.

Na żywo są bardziej Doorsowi niż Tarantinowi, fenomenalnie łączą psychodeliczny amerykański rock z Tuaregami i kambodżańską atmosferą. Koncertowy superpewniak.

♪♫ Posłuchaj koniecznie: „Ako je

1. Maarja Nuut (Estonia)

Maarja Nuut

Doświadczenie tak dalece wykraczające poza słowo „koncert”, że po zakończeniu poszedłem jej podziękować za „doświadczenie”. Skądinąd nie pamiętam, kiedy ostatnio czekałem po występie z poczuciem, że artyście zwyczajnie muszę się pokłonić, bo zajdzie niesprawiedliwość.

Maarja Nuut czasem więcej opowiada (stare estońskie bajania) niż śpiewa (stare estońskie melodie na nowo). I raczej zapętla swoje skrzypce, niż na nich gra. A w jej spektaklu tyleż dźwięków i słów, co ciszy i milczenia. Mimo tego, a może właśnie dlatego, przez godzinę siedzieliśmy wgapieni w jej niepozorną sylwetkę, szczególnie gdy przez długie minuty wirowała na drewnianym podeście, wybijając obcasem rytm.

Zobowiązałem się kupić 50 wejściówek na spektakl, jeśli ktoś zaprosi ją do Warszawy. I rozdać wszystkim znajomym i bliskim, bo każdy z nich przynajmniej raz w życiu powinien magii Maarji doświadczyć. Koniecznie w teatrze lub czymś w ten deseń. Za niewygórowane ceny biletów z góry dziękuję.

♪♫ Posłuchaj: „Hobusemäng

*

Wypada też wspomnieć o Cosovel oraz Fismollu. Oba bandy z Polski znakomicie odnalazły się na scenach słoweńskich, każdy na swój własny sposób.

Efektowna wizualnie i intensywna muzycznie, Cosovel jak ta syrena zdawała się obezwładniać wszystkich, którzy choć na sekundę zajrzeli do klubu. Zostawali do końca. A potem ją zaczepiali. Z kilkudziesięciu koncertów MENT na pewno był to jeden z tych, którego nawet sceptycy nie zapomną.

Fismoll odwrotnie: stopniowo zdobywał zaufanie swoją czteroakordową emocjonalnością, z piosenki na piosenkę wypełniając zupełnie sporą salę Kina Šiška aż do ścisku. Robi bardzo proste rzeczy, ale robi je bardzo dobrze. Może tylko sposób obsługi przerw warto byłoby podpatrzyć u Cosovel, bo lepiej powstrzymać ludzi od rozgadywania się, niż za każdym razem walczyć od nowa o uwagę.

A sam MENT w wielu elementach stanowiłby cenną inspirację dla festiwali nie tylko w naszej części Europy. Na przykład wizualną spójnością – patrz oświetlenie sceniczne korespondujące z zielono-niebiesko-czerwoną kolorystyką festiwalu. Albo umiejętnością wkomponowania festiwalu w miejsca miasta, czyli wspomniane Kino Šiška i postsquat Metelkova.

Gdybym więc organizował festiwal muzyczny, pewnie zamiast wiele główkować poprosiłbym MENT o franczyzę i zrobił całościowe kopiuj-wklej. Najchętniej od razu z Lublany starym miastem i widokiem na Tatry.

Slovenia

 

 


30 Polskich płyt z 2015 roku

30 Polskich płyt z 2015 roku 21.01.2016 — 7 komentarzy

Wybranych przez 22 polskich krytyków.

Podobnie jak przed rokiem, sama lista nominowanych imponująca:

Adam Gołebiewski – Pool North
Adam Strug – Mysz
Adam Strug & Kwadrofonik – Requiem Ludowe
Agyness B. Marry – Agyness B. Marry
Alameda 5 – Duch Tornada
Ampacity – Supeluminal
Angela Gaber Trio – Dobre Duchy
Antigama – The Insolent
Artur Maćkowiak – If it’s no real
Artykuły Rolne – Artykuły Rolne
Bokka – Don’t Kiss And Tell
BonSoul – Lepiej nie pytać
Bouchons d’Oreiles / Warsaw Improviser Orchestra
Bye Bye Butterfly – Do Come By
Calm The Fire – Doomed From The Start
Catz ‚N Dogz – Basic Colour Theory
Ciemnogrody – Planetarna moc
Chloe Martini – Private Joy
Chłopcy kontra Basia – O
Chuchujesz x Oer – 21nadobe
Cosovel – Cosovel
Daniel Drumz – Untold Stories
Dawid Podsiadło – Annoyance And Disappointment
Dog Whistle – Dog Whistle
Dominik Strycharski, Rafał Mazur – Myriad Duo
donGURALesko – Magnum Ignotum: Preludium
Drivealone – Lifewrecker
Echoes Of Yul – The Healing
Extra Lungs – Extra Lungs EP
Fertile Hump – EP
Fischerle – Playmate
Fismoll – Box of Feathers
FQQL – Black Market Goods
Galus – Flowers Eat Animals
Graal – Czarne 13
Happy Pills – Happy Pills EP
Heroiny – Ahh-Ohh
High Definition Quartet – Bukoliki
High Fall – ^
Igor Boxx – Delirium
Igor Spolski & The Dudes – Wakacje z Hindusami
Infernal War – Axiom
InFidelis – Projekt Kolberg
Iron Noir – Renversé
Jacek Sienkiewicz – Drifting
JAAA! – Remik
Jerz Igor – Zimą
Jesień – O
John Lake – Strange Gods
Kamil Szuszkiewicz – Robot Czarek
Kamil Szuszkiewicz – Istina, Wounded Knife
Kamp! – Orneta
Kapela Brodów – Muzikaim
Kapela Maliszów – Mazurki Niepojęte
Kapela ze Wsi Warszawa – Święto słońca
Kapital – Chaos to Chaos
Karpaty Magiczne – Biotop
Kartky – Shadowplay
Kaseciarz – Gay Acid
Kaz Bałagane – Lot 022
Ketha – #!%16.7 EP
kIRk – III
Kobiety – Podarte sukienki
Kolega Doriana – Kolega Doriana
Kortez – Bumerang
Kosel – Rename EP
Kościey – T.W.B. Era
Król – Wij
Księżyc – Rabbit Eclipse
Kuba Knap – Ludzie mówią różne rzeczy
Kuba Szuszkiewicz – Istina
Kucz & Klake – Kucz & Klake
Lao Che – Dzieciom
Lautari – Vol. 67
Legendarny Afrojax – Przecież ostrzegałem
Leski – Splot
Lomi Lomi – Heroizm woli
Lutto Lento – Mondo Hehe
Maciek Sienkiewicz – F
Maja Kleszcz – Eremita
Maki i Chłopaki – Tańcz
Malerai / Uchihashi / Maya R – Utsuroi
Max Loderbauer & Jacek Sienkiewicz – Ridges
Melisa – Dla Melizy
Mgła – Exercises in Futility
Michał Wolski – The Root
Micromelancolie – Low Cakes
Mirt – Vanishing Land
Nagrobki – Stan prac
Natalia Kukulska – Ósmy plan
Noël Akchoté & Mikrokolektyw – Noël Akchoté & Mikrokolektyw
HV/Noon – Versions
Obama International – Live in Mińsk Mazowiecki
Ola Bilińska – Berjozkele
Oly. – Home
O.S.T.R. – Podróż zwana życiem
Organizm – Plaża Babel
Oxford Drama – In Awe
Pablopavo / Iwanek / Praczas – Wir
Paper Cuts – Divorce material
Patrick The Pan – …niczym jak liśćmi
Popsysze – Popsute
Ptaki – Przelot
Pure Phase Ensemble 4 – Live at SpaceFest!
Raphael Rogiński – Plays John Coltrane and Langston Hughes African mystic music
Rasmentalism – Wyszli coś zjeść
Rimbaud – Rimbaud
Robert Piotrowicz & Lukas Jiricka – Samoobrona
Royal Headache – High
RSS B0YS – HDDN
Rycerzyki – Rycerzyki
Rysy – Traveler
Shofar – Gold of Małkinia
Sokół / Hades / Sampler Orchestra – Różewicz – Interpretacje
Searching For Calm – Right To Be Forgotten
Selvy – Compass EP
Sierść – Sierść Sierść Sierść
Sister Wood – Language Barriers
Slalom – Wunderkamera
Sławek Jaskułke – Sea
Smolik & Kev Fox – Smolik & Kev Fox
Stara Rzeka – Zamknęły się oczy ziemi
Studio Nagrań Pal Communications – Mikroorganizmy
Syny – Orient
Szatt – Bloom
Szur Łez – Patera EP
Ścianka – Niezwyciężony
T’ien Lai – RHTM
Taco Hemingway – Umowa o dzieło
Tede – Vanillahajs
Test Prints – Hell For Beginners
The And – Everyting Must Go
The Dumplings – Sea You Later
The Feral Trees – The Feral Trees
The Freuders – 7/7
The Phantom – LP2
The Spouds – Fear Is The New Self-Awareness
Trupa Trupa – Headache
Turnip Farm – Chase Chagrin Away
Ukryte Zalety Systemu – Ukryte Zalety Systemu
Ur Jorge – Przejścia
V/A – Albo Inaczej
V/A – Kaleidofon
Vołosi – Nomadism
Weedpecker – II
Wilhelm Bras – Visionaries & Vagabonds
Wojciech Bąkowski – Telegaz
Women for Hire – Time to Waste
Wójciński & Jahna – Night Talks
Wovoka – Sevastopolis
Wsie – Wsie
Yac – Mantas EP
Zbigniew Wodecki Mitch&Mitch – 1976: Space Odyssey
Ziporyn / Zimpel / Riley / Zemler – Green Light
Złota Jesień – Girl Nothing

Fine.


150 utworów z 2015 roku

150 utworów z 2015 roku 02.01.2016 — Skomentuj

Kiedyś w ramach końcoworocznych remanentów – proszę zajrzeć do działu podsumowań w menu – produkowałem tu tysiące słów. Teraz wolę podzielić się jednym linkiem.

Kryją się za nim jednak tysiące utworów pochodzących z ponad stu krajów świata, które przesłuchiwało i przebierało przez rok prawie sto osób. i nawet chcieliśmy ograniczyć tę playlistę do zgrabniejszych 99 czy 111 utworów, ale zwyczajnie się nie dało. A słuchając w ostatnich dniach tych 10 godzin dźwięków odczuwałem fizyczną wręcz przyjemność z takiej kondensacji muzycznego piękna.

A wkrótce zainaugurujemy podsumowania dla poszczególnych krajów i regionów, tak jak przed rokiem. Polska też już się wybiera.

Na zdjęciu dzieciaki z czarującego teledysku podarowanego nam na sam koniec roku przez Steso z Wysp Owczych.

Fine.


Teraz Wietnam + Koncerty 2016

Teraz Wietnam + Koncerty 2016 21.12.2015 — 2 komentarzy

Warszawskiemu minifestiwalowi muzycznemu Radio Azja związanym z filmowym festiwalem Pięć Smaków zawdzięczam nieprawdopodobny koncert najdzikszego japońskiego wiolonczelisty (Hiromichi Sakamoto), barwnych nowobuddystów (Be-being) i koreańskich imprezowiczów (UhUhBoo Project). Wszystkie były przeżyciami swoistymi.

I pewnie nie inaczej będzie z duetem Nguyen Le & Ngo Hong Quang, który już jutro wystąpi w stołecznej Hydrozagadce. Zespołu zbyt dobrze nie znam, ale właśnie po to są tego rodzaju festiwale – patrz Skrzyżowanie Kultury, Ethno Port czy Brave – że coś rzeczywiście odkryć, a nie odgrzać. Poza tym pewnie to dla wielu z nas pierwsza i być może ostatnia szansa w życiu, by spotkać muzyków z tego wciąż odległego kraju.

Z pierwszych przecieków wynika, że w przyszłym roku oferta Radia Azja może się poszerzyć (trzymam kciuki). A tymczasem najważniejszy, a zarazem najgorzej umiejscowiony koncert 2016 roku już oficjalnie ogłoszono: 28 marca, czyli w Wielki Poniedziałek, w gdańskim Teatrze Szekspirowskim zagrają japońskie dziewczyny z Tricot. Od lat odwiedzały Słowację, czekaliśmy i czekaliśmy, a tu taki termin. Ale i tak trzeba.

Na drugie wydarzenie roku zapowiada mi się białostocki Halfway Festival, bo po kilku ciekawych ogłoszeniach dodali spektakularne – przyjazd zjawiskowej islandzkiej grupy Mammút, z którą miałem nawet okazję krótko rozmawiać, wcześniej się zachwyciwszy. Więcej wstępnych przyszłorocznych zapowiedzi scenicznych znajdziecie w zakładce koncertowej. Jak zawsze zapraszam do uzupełnień.

Na zdjęciu Nguyen Le, foto: Alain Hervier

Fine.


Szorstka mowa

Szorstka mowa 12.12.2015 — Skomentuj

Kilka dni temu opublikowaliśmy na bihajpie przepiękną piosenkę urugwajskiego artysty o pseudonimie Simön, który powinien przypaść do gusty nie tylko fanom romantycznych porywów Radiohead.

Walory muzyczne u Simöna dopełnia lingwistyczny. Jak tłumaczy nasz korespondent w Montevideo, artysta żongluje zwrotkami hiszpańskimi i portugalskimi, bo język macierzysty uważa za zbyt suchy, szorstki, by wyrazić pewne emocje. I to jest rzecz dla mnie ciekawa z trzech przynajmniej powodów.

Po pierwsze, dziwi samo uznanie hiszpańskiego za języki niesprzyjający songwritingowi. Ale może to skrzywiona perspektywa użytkownika jednej z najbardziej karkołomnych mów świata – poza niemieckim chyba wszystkie inne języki wydają się miękkie.

Przypomina mi się wyznanie pewnej włoskiej śpiewaczki operowej, którą anglojęzyczne teksty – jakoby twarde – niebywale męczyły. Tylko włoski uznawała za dość samogłoskowy, by uwolnić możliwości krtani. Ewentualnie japoński.

Po drugie, ucieczka od wad mowy własnej prowadzi zazwyczaj ku angielszczyźnie. Czy Polak zirytowany twardościami polszczyzny nie przerzuca się na czeski albo szwedzki, lecz właśnie na angielski. Z rozmaitych powodów: znajomość, wychowanie, wielki świat. Podobnie postępują chociażby Meksykanie. Ale z Montevideo, jak widać, bliżej do Rio niż NYC.

Po trzecie wreszcie, zająłem się przyczynami przerzucania się z języka ojczystego na obcy – akurat w przypadku artystów z Polski – w pierwszym numerze „Gazety Magnetofonowej”. Pomogły mi w tym Julia Marcell i Gosia Zielińska z krakowskich Rycerzyków, obie zaznajomione z obiema mowami.

Piszę w czasie przeszłym, bo pieniądze już zebrane, tekst napisany, strony prawdopodobnie już się drukują. W debiucie „Magnetofonowej” spisałem jeszcze wyznania Oli Kobak, czyli utalentowanej Polki z RPA, córki nie byle muzyka. I napisałem parę słów o nowej płycie Kapeli ze wsi Warszawa.

A gdzie w ogóle „Gazetę” kupić? Pewnie najlepiej zdążyć na crowdfunding – czynny jeszcze przez pięć dni. Im wyższa suma zbiórki, tym większe wrażenie zrobi chociażby na reklamodawcach, a i gazeta sama wyląduje w skrzynce najpewniej przed świętami.

Fine.


Dzieci wychodzą z sieci

Dzieci wychodzą z sieci 05.12.2015 — Skomentuj

Z używaniem terminu „pokolenie” trzeba coraz bardziej uważać, ale mimo to wspólnie z Olą Żelazińską spróbowaliśmy wyjaśnić, dlaczego iPokolenie olewa lajki.

Wkrótce po napisaniu tekstu trafiłem na tekst New York Timesa o fejkowych kontach na Instagramie, czyli finstagramach. Młodzi mają „publiczne” profile, gdzie cała szkoła i pół rodziny oglądają ich w wersji udoskonalonej i ocenzurowanej. A oprócz tego prowadzą owe finstagramy z kilkoma, kilkunastoma bliskimi przyjaciółmi, gdzie wrzucają żenujące selfie bez makijażu albo bezsensowne foto śniadania.

Ciekawe, jak długo jeszcze te drugie konta będzie się nazywało „fejkowymi”.

 

Fine.


30 utworów z listopada

30 utworów z listopada 30.11.2015 — Skomentuj

A nawet trochę więcej, bo zasoby Soundclouda oraz Spotify potrafią się mocno różnić.

Na Spotify niespodziewanie zaczęli trafiać na przykład Chińczycy, w czym skądinąd możemy mieć pewien udział – wcześniej namówiliśmy ich na Bandcampa. Ile to człowiek może w tych czasach zdziałać jednym mailem.

Fine.


Rock Bokki

Rock Bokki 27.11.2015 — Jeden komentarz

Koncert Bokki jeszcze wyraźniej niż nowa płyta zademonstrował, czym różni się materiał pisany w studiu przy laptopie od tego dojrzewającego na trasie pomiędzy próbami, koncertami i dojazdami do nie swoich łóżek. Jako że występ w Stodole zaczęli od rzeczy nowych, by dopiero później zapowiedzieć powrót do przeszłości, jednoznacznie dał się odczuć przeskok pomiędzy sceną a klubem, akordami a loopami, energią strun a syntezatorowym transem.

W obu makrorejonach stylistycznych odnajdują się równie dobrze, ale ciągnie ich wyraźnie ku rockowi, co pokazało niebywałe wykonanie znanego już z poprzednich koncertów „What a Day”. Pewnie słusznie pominiętego na albumie „Don’t Kiss And Tell” (trafił tylko na wydanie specjalne), bo w studiu nie robi specjalnego wrażenia. Ale występ Bokki dziś bez niego trudno sobie wyobrazić. Bo to zdecydowanie najbardziej ekscytujący element programu, mimo że fajnie zabrzmiało zarówno przearażowane, odpopowione „Town of Strangers”, jak i electrokower „There Is A Light That Never Goes Out”. Przy okazji dostaliśmy dowód na to, że zamaskowani członkowie Bokki nie tylko sporo słuchają, ale i niejedno w życiu grali. Nie da się tak dociążyć brzmienia na zawołanie.

Cokolwiek zabawnie wypadło zagrane zaraz potem (na bis) singlowe „Let It”, cukierek skradziony Lykke Li, przy którym wszyscy sparowani w Stodole zgodnie wzięli się w objęcia i poczęli bujać. Zaryzykuję hipotezę, że sam zespół niezbyt się w tym bujaniu odnajduje, skoro tym największym przebojem z nowej płyty koncertu nie zakończył, lecz szybko zatarł wspomnienie (z) hukiem. Jeśli ich odwrót od Skandynawii okaże się trwałym trendem, pewnie trudniej będzie przebić się na Listę Przebojów Trójki, ale współczesnymi listami przebojów są plakaty festiwali muzycznych. A na tych Bokka bywa coraz częściej.

sister wood - stodola

Bokkę supportowało poszerzone do kwartetu angielsko-polskie trio Sister Wood. Normalnie spędziłbym cały koncert na wsłuchiwaniu się we wzorcowe solowe i w duecie wokale sióstr Wood, ale przeszkadzał mi swoim bębnieniem Łukasz Moskal. Grupa gra bez gitarzysty, środek aranżu pozostaje więc pusty. I można by się spodziewać, że lukę tę wypełnią klawisze (siostra Sarah) lub skrzypce (siostra Rachel). Tymczasem pierwszy instrumentalny plan i rolę generatora smaczków przejął perkusista – i super.

Niezalowe kapele rzadko stać na tak profesjonalnych, a co dopiero tak kreatywnych perkusistów. Już samo bębnienie czyni zatem Sister Wood ciekawym zjawiskiem w tej coraz mniej ciekawej przestrzeni muzycznej, jakkolwiek walorów mają więcej. Chociażby sympatia do pauz i grania ciszą. I limitowanie euforii, mimo że refreny mogliby rozdmuchać nie mniej niż Bokka. No i oczywiście te wokale.

Fine.


Gazeta Magnetofonowa

Gazeta Magnetofonowa 17.11.2015 — 10 komentarzy

Nie pamiętam, kiedy Jarek Szubrycht po raz pierwszy wspomniał o swoim wielkim marzeniu, czyli pomyśle stworzenia papierowej gazety muzycznej. Kiedy on sam po raz pierwszy o tym pomyślał? Pewnie sam tego nie pamięta. Ale wydaje się, że warto było zaczekać do teraz. Nie tylko dlatego, że w ciągu 7 godzin można dostać od internautów 7 tysięcy złotych.

*

W ubiegłym tygodniu serwis Porcys opublikował swoje zestawienie 100 najlepszych polskich singli XX wieku. Jeszcze parę lat temu wstrząsnęłaby całą blogosferą, byłaby wszechstronnie komentowana, wyśmiana, pojawiłyby się liczne kontrpropozycje. Na pewno byśmy się jarali. Tak jak w przypadku konkurencyjnego Screenagers, może pojawiłyby się nawet artykuły w poważnej prasie.

Tamta lista doczekała się kilkuset szerów i ponad tysiąca lajków. Nowa Porcysowa na fejsbuku serwisu ma na ten moment jeden szer.

pitchfork google trends

Gdy przyglądam się słabnącej pozycji najważniejszych polskich i światowych serwisów muzycznych, gdy spotykam kolejne osoby – także na konferencjach muzycznych! – którym muszę wyjaśniać, czym jest Pitchfork, czuję potrzebę przepisania artykułu sprzed lat o upadku prasy muzycznej. Zamieniając „prasy muzycznej” na „portali muzycznych”. No i blogów. Z kilkudziesięciu, które linkowałem w prawej szpalcie poprzedniego szablonu Ziemi Niczyjej, ostało się może pięć.

Przyczyn schyłku pewnie jest wiele. Z jednej strony przyszła jeszcze nowsza nowoczesność. Agregatory ocen i fejsbukowe „się wie” – co się ogląda, co czyta, czego słucha – dają nam ogólne pojęcie o ważnych premierach bez zasięgania opinii u ekspertów. Tym bardziej że sami eksperci wsłuchują się dziś w głos ludu (np. liczniki YouTube) i adekwatnie reagują. Kiedyś wyznaczali, a przynajmniej wyprzedzali trendy.

Z drugiej strony warto przypomnieć sobie praprzyczynę mediów muzycznych: gospodarkę niedoboru. Recenzenci doradzali, na co wydać comiesięczne kieszonkowe. Dziś mogę przesłuchać wszystko. Kilkoma skipami sprawdzić, czemu warto poświęcić więcej czasu. Prościej i szybciej niż przedzierać się przez sterty recenzji, których nadprodukcja bywa równie uciążliwa, co zalew dzieł kultury.

*

Wydaje mi się – bo trudno ogarnąć całokształt rzeczy – że szeroko rozumiana „prasa muzyczna” wchodzi w kolejną fazę. Kilkadziesiąt lat temu powstała głównie po to, by informować, kto i co wydaje, kiedy i gdzie gra, o czym się mówi. No i służyła za doradę zakupowego.

Kilkanaście lat temu zaczęła się era portali. Przemądrzali młodzi zbierali się w paczki i zakładali tysiące lokalnych pitchforków. Nie chodziło o byle „warto kupić” („warto ściągnąć”), ale o nawracanie na własną narrację okołomuzyczną. Ocenianie zjawisk bieżących, przewartościowywanie przeszłości, przewidywanie czy nawet kształtowanie przyszłości. Do swej misji blogosfera podchodziła jeszcze poważniej, niż wcześniej „profesjonalni” papierowi krytycy.

Teraz obserwujemy odwilż. Nowe inicjatywy internetowe są nadzwyczaj wyluzowane, raczej podrzucają info niż opiniują – chyba że w granicach „gorąco polecam”. Niektórym młodym nie chce się nawet zakładać strony internetowej czy bloga. Wystarczy profil na fejsie, playlisty na Soundcloudzie, kanał na Spotify.

Nie są dziennikarzami ery papierowej (przede wszystkim szerzenie informacji). Nie są krytykami ery blogosfery (ferowanie wyroków). Są po nowemu rozumianymi kuratorami. Bez zadęcia, w jakim tonęliśmy u szczytu popularności pitchforków globalnych i lokalnych. Ale i bez tamtych aspiracji, przekładających się na jakość dawnych publikacji.

*

Jakie w tym miejsce dla „Gazety Magnetofonowej”? To się dopiero okaże, ale gdy dodać opisywany od wielu lat boom winylowy oraz drugie życie druku i pomnożyć sumę przez niebywałą płodność młodej polskiej sceny – to wynikiem oczywistym wydaje się właśnie stworzenie oldskulowej papierowej gazety poświęconej muzyce polskiej.

Przy czym może się okazać, że spełnia ona potrzebę innej frakcji muzycznego krwiobiegu niż poprzednie wcielenia mediów muzycznych. Te dawne papierowe służyły przede wszystkim czytelnikom. Te cyfrowe przede wszystkim samozwańczym krytykom, którzy szukali ujścia dla swoich fascynacji i ambicji. Ta „magnetofonowa” – może najpierw samym artystom, by poczuli się przez chwilę jak ich idole sprzed lat i mogli spojrzeć na siebie w kontekście całej lokalnej sceny?

Na razie jak nikt inny zachęcają do datków.

Fine.