O prasie muzycznej (odc. 43)

29.08.2014 3 odpowiedzi

nme cover

Pomyliłem się. Dwa i pół roku temu obstawiałem, że gdy sprzedaż legendarnego pisma New Musical Express spadnie poniżej 20 tysięcy egzemplarzy – czyli czerwonej linii w żywocie równie zasłużonego Melody Makera – tytuł zniknie. Tymczasem ostatnie dane mówią o 14 tysiącach grzbietów, plus tysiącu w sprzedaży cyfrowej. A papierowe NME wciąż trwa.

Jak długo jeszcze? Zainteresowanie nim spada w tempie 20-30 proc. rocznie. Podobnie jest z prestiżowym Q. I tylko nieco lepiej z Mojo oraz Uncutem, którym co roku ubywa co dziesiąty czytelnik. O czym przypomniał mi o tym wpis Bartosza Nowickiego, nawiązujący z kolei do marcowej dyskusji toczącej się tutaj.

Jeśli nigdzie nie dojrzycie u mnie żalu za takim stanem rzeczy, to nie dlatego, że nigdy nie przestawałem w empikach przy półce z prasą muzyczną polską i zagraniczną. Wynika to raczej ze świadomości, że dziś bym wcale nie przestawał – nawet gdyby półki te wypełniały najmocniejsze tytuły z przeszłości, w kondycji równie dobrej, jak przed laty.

Ówczesna formuła pisania o muzyce spełniła swoją rolę, ale zużyła się. Teksty legend krajowych i światowych – wówczas bezcenne i równie ekscytujące, co muzyka, o której opowiadały – czytane dzisiaj zazwyczaj nudzą. Potwierdza to stosunkowo skutecznie broniące się przed upływem lat „The Wire”. Już kilka lat temu odechciało mi się je czytać, choć dopiero rok temu zdałem sobie z tego sprawę. Z ulgą. Za to nie potrafiłbym zliczyć, ile świetnych tekstów o muzyce przeczytałem w ciągu ostatniej dekady w internecie.

Idealizowanie przeszłości wynika według mnie nie tylko z faktu, że tak po prostu jesteśmy skonstruowani: płyty, filmy, książki, miejsca, ludzie poznawani w latach nastoletnio-studenckich mają tendencję do pozostawania na zawsze tymi najlepszymi. W przypadku słuchacza/czytelnika z naszego kawałka świata dochodzi jeszcze kwestia apetytu. Zaspokajanie głębokiego głodu rodzi satysfakcję niezależnie od tego, czym się go zaspokaja. Bartosz pisze:

Mam wrażenie, że w tamtym okresie doszło do totalnej synergii między autorami, którzy bez pomocy internetu dogłębnie, przystępnie i z pasją prezentowali swoją wiedzę na temat awangardy muzycznej i kontrkultury a czytelnikami, którzy obdarzyli swoich wybrańców pełnym zaufaniem, co do ich wiedzy i estetycznych wyborów.

(…)

Swoimi autentycznymi i bezkompromisowymi sądami wywoływali niejedną kulturową i muzyczną dyskusję. Nazwiska ich były sygnaturą fachowości i erudycji dziennikarskiej, i nie bez przyczyny stały się ikonami inspirującymi całe kolejne pokolenie krytyków. Magazyny zaś w dużej mierze kupowane były właśnie ze względu na skład redakcyjny.

Przypomina mi się onetowy wywiad z Rafałem Księżykiem. Wspomina tam, że „w owych czasach świetności w redakcji paliło się jointy. Czas spędzało się bardzo miło, non stop słuchało się dużo muzyki i nie było problemem przyjść wcześniej do pracy po to, żeby do popołudnia mieć przesłuchanych dziesięć płyt i kilka zrecenzowanych”.

W tej arkadyjskiej atmosferze mógł faktycznie objawiać się jakiś geniusz, który pozwalał do południa przesłuchać 10 płyt i połowę z nich kompetentnie zrecenzować. Nie wiem. Mnie porządna recenzja zabiera dzień pisania poprzedzony kilkoma słuchania. Obstawiam jednak, że owe teksty nie były ani lepsze, ani gorsze merytorycznie – choć pewnie efektowniejsze stylistycznie – od powstających dziś. Ekscytowały nas bardziej przez ów głód muzyki i publicystyki. Tak jak zdzierało się taśmy, których dziś byśmy nawet nie przeskipowali, tak też pożerało się teksty o artystach i płytach, których nie dało się znaleźć w prasie internetowej. Bo jej jeszcze nie było.

We wczesnej podstawówce poza półką z kasetami magnetofonowymi miałem klaser, w którym kolekcjonowałem folie zdarte – a raczej zdjęte z chirurgiczną ostrożnością – z pudełek kaset czystych. Miałem też kolekcję zużytych baterii duracell. Jeśli dzisiaj za tamtymi utraconymi emocjami jakoś tęsknimy, to warto pamiętać, że wywoływała je tyleż sama muzyka/krytyka, co kontekst, w którym je chłonęliśmy. Nie oznacza to, że nie kibicuję papierowej rezurekcji. Kibicuję każdej nowej inicjatywie papierowej. Dokładnie tak samo, jak kibicowałbym internetowej.

Fine.

Ćwierć cyfry

26.08.2014 Skomentuj

Muzyka cyfrowa w PL: Pierwsze półroczne 2014

Polski digital pnie się. Według opublikowanych właśnie szacunków ZPAV, w pierwszym półroczu tego roku muzyka cyfrowo wygenerowała 1/4 wartości polskiego rynku muzycznego i wydaje się rosnąć w godnym tempie – tym bardziej że analogowi wciąż jako-tako udaje się przyciągać muzycznych materialistów. Dzięki czemu cały rynek trzyma poziom.

Przy tym według ZPAV-u sektor fizyczny najwięcej zawdzięcza płytom jazzowym, o ile za takie można uznać dzieła w rodzaju dziesięciopłytowej składanki „European Jazz”, zaledwie podwójne, za to w trzynastej już odsłonie „Smooth Jazz Cafe” Marka Niedźwiedzkiego, no i nieuniknioną „Night in Calisia” Włodka Pawlika.

Jeśli chodzi o cyfrę, to zgodnie z przewidywaniami doświadczamy boomu streamingowego. Co było mniej oczywiste, niektórzy Polacy chcą jednak płacić. Zainteresowanie tzw. subskrypcjami – czyli głównie Deezerem, Spotify czy WiMP-em – w ciągu roku wzrosło o 61,30% i dobiło relatywnie rozsądnych kwot, szczególnie w połączeniu ze streamingiem darmowym finansowanym reklamami:

Polski rynek muzyczny 2014

Co sądzić o tej cyfrowej ćwiartce? Żałośnie wypadamy na pewno w porównaniu z sąsiadami z północy, bo w Szwecji czy Norwegii obrót niematerialny dobił 70% wartości runku. A warto pamiętać, że punktem wyjścia do tych rekordów było skrajne piractwo, a więc przynajmniej punkt wyjścia mamy podobny.

Poza różnicą zamożności winny naszej ślamazarności może być wspomniany konserwatyzm. Gdyby sprzedaż płyt runęła, sama matematyka przyznałaby cyfrze większy udział, a dodatkowo bardziej zmobilizowałoby to przemysł do promowania streamingu. W obecnej sytuacji wciąż bardziej opłaca im się zatrzymać klienta przy kompakcie.

Na tle całego świata też wyglądamy na zacofanych, bo globalna średnia cyfrowa wynosi według IFPI 39%. Warto jednak pamiętać, że to nie tylko zasługa Skandynawów, Amerykanów czy Koreańczyków, ale także specyficznych Indii (60%) czy nawet Chin (ponad 80%, których nawet IFPI nie traktuje jednak do końca poważnie). Gdy porównać się z podobnej wielkości krajami europejskimi, wypadniemy w środku stawki: za Holendrami czy Hiszpanami, za to przed Niemcami i pobliżu Francji.

*

Na koniec dorzucam listę najlepiej sprzedających się albumów rodzimych. Pozwoliłem sobie podkreślić czarujące kombo w połowie stawki.

TOP 30 albumy polskie OLiS (I półrocze 2014)

1 O.S.T.R. & Marco Polo – Kartagina
2 Dawid Podsiadło – Comfort And Happiness
3 Włodek Pawlik – Night In Calisia
4 Luxtorpeda – A Morał Tej Historii Mógłby Być Taki, Mimo Że Cukrowe, To Jednak Buraki
5 Bednarek- Jestem …
6 Eldo – Chi
7 Tede – #KURT_ROLSON
8 Sylwia Grzeszczak – Komponując Siebie
9 Chada – Syn Bogdana
10 Kult – Mtv Unplugged Kult
11 Dawid Kwiatkowski – „9893″ Akustycznie
12 Perfect – Dadadam
13 Paluch – Lepszego Życia Diler
14 Dżem – Złota Kolekcja (ZŁOTY Paw / Kim Jestem – Jestem Sobie)
15 Artur Rojek – Składam Się Z Ciągłych Powtórzeń
16 Perfect – Perfect (2013)
17 Ten Typ Mes – Trzeba Było Zostać Dresiarzem
18 Behemoth – Satanist
19 Illusion – Opowieści
20 Sokół I Marysia Starosta – Czarna Biała Magia
21 Piersi – Piersi I Przyjaciele 2
22 Kaen – Piątek 13-Go
23 Dawid Kwiatkowski – „9893″
24 Adam Strug, Stanisław Soyka – Strug.Leśmian.Soyka
25 Bednarek – Przystanek Woodstock 2013
26 Bezczel – Słowo Honoru
27 Grzegorz Hyży & Tabb – Z Całych Sił
28 Mela Koteluk – Spadochron
29 Rasmentalism – Za Młodzi Na Heroda
30 Pięć Dwa – N.E.O.

.

Fine.

Czy wypada wciąż reklamować na blogu własne teksty?

16.08.2014 6 odpowiedzi

netykieta
.

Muzyka złych ludzi

12.08.2014 Skomentuj

candace allen

Wielu gigantów czarnej muzyki odebrało przecież staranne wykształcenie z teorii muzyki – najlepszym tego przykładem Miles Davis, w końcu studiował w słynnej Juilliard School.

Ale mimo umiejętności nie wpuszczano ich do profesjonalnych orkiestr. Dlatego przenosili to swoje akademickie doświadczenie do muzyki popularnej, windując ją na niespotykane wcześniej poziomy. Stąd bogactwo i złożoność jazzu, ale również popu z lat 60. czy 70.

W tej chwili podobny proces obserwujemy w Wenezueli, gdzie absolwenci młodzieżowych orkiestr z sieci El Sistema zakładają dziesiątki zespołów rockowych i grają muzykę, jakiej ten kraj nigdy przedtem nie słyszał.

O otwieraniu filharmonii rozmawiałem z Candace Allen, która mimo rozstania z dyrygentem Simonem Rattlem wciąż słucha.

.

Fine.

M/I

05.08.2014 Skomentuj

Gdyby ktoś wciąż miał ochotę poczytać o (dobrej) muzyce z (ładnego) papieru, można sobie tę przyjemność zafundować.

.

Fine.

Skaranie w Caracas

28.07.2014 Skomentuj

bracia golcowie

Trzy lata temu jedni umartwiali się, inni cieszyli z nowelizacji ustawy radiowej, która podniosła obowiązkowy udział muzyki polskiej w (dziennym) czasie antenowym. Jako że dla nowych przepisów liczył się język, w ich świetle polskimi nie byli ani Chopin i Górecki, ani Stańko i Masecki, ani Paula i Karol.

Długotrwałego wpływu tych regulacji na rodzimą scenę muzyczną jeszcze nie znamy. Ale że taki wpływ może być, pokazuje przykład Wenezueli. Tam podobna, choć jeszcze bardziej kontrowersyjna ustawa radykalnie zdeformowała atmosferę eteru.

Mówi Miguel Angel Salguero, nasz bihajpowy korespondent w Caracas i naczelny serwisu Las Reseñas de la Nonna:

W 2004 roku Zgromadzenie Narodowe przyjęło ustawę o nazwie Ley de Responsabilidad Social de la Radio y Televisión (Prawo społecznej odpowiedzialności radia i telewizji). Reguluje ona ilość czasu, jaką stacje radiowe muszą zarezerwować dla muzyki lokalnej. Czyli takiej, która może wykazać się przynajmniej 70-procentowym udziałem wenezuelskiego personelu, wykonawców, kapitału oraz wartości kulturowych.

Wyobrażasz sobie, jak trudno coś takiego zmierzyć? Które wartości kulturowe są wenezuelskie? Kto o tym decyduje?

By zagwarantować sobie miejsce w czasie radiowym, zespoły zaczęły więc inkorporować elementy tutejszego folku, o którego lokalności trudno dyskutować. Rozgłośnie były zadowolone, bo miały pewność, że spełniają wymogi ustawodawcy. I tak zaczął się wenezuelski NEOFOLKLOR. Rodzaj fusion, którym ludzie parają się nie dlatego, że wydaje im się to sensownym pomysłem, ale ponieważ muszą. Śmierdzi to okrutnie.

Przypomniał mi sie szczyt popularności braci Golców i ucieszyłem, że nasz ustawodawca poprzestał na języku. A przecież bracia Golcowie ewidentnie wierzą w sens swojego fusion. A potem uświadomiłem sobie, że muszę mieć wtyki w polityce. Przecież wspólnie z Marcinem Maseckim zaczynali karierę w instrumentalnej jazzowej grupie Alchemik, ale zawczasu zmienili front.

.

Fine.

Teledysk

26.07.2014 Skomentuj

Pianoboy
.

Czego uczą Czesi

23.07.2014 1 odpowiedź

colours of ostrava
(fot. Jaroslav Holaň / Colours of Ostrava)

Koledzy z Francji, Hiszpanii czy Holandii nie mogli wyjść ze zdumienia, że na dużym festiwalu mogą kupić równie duże niechrzczone piwo za równowartość nieco ponad 1 euro. U nas – stwierdził Hiszpan – zapłaciłbyś 6 euro. A przecież kwestia piwna – dodał Francuz – przekłada się bezpośrednio na atmosferę festiwalu. Dobre i tanie piwo gwarantuje dobrą i długą zabawę. W przeciwnym razie ludzie w złych humorach i z pustymi kieszeniami zwijają się z pola tuż po północy.

Kwestia piwna to tylko jeden z powodów, dla których na największy w Czechach festiwal Colours of Ostrava miało ściągnąć w tym roku rekordowe 40 tys. osób. W tym jakieś 2-3 tys. z Polski. Bo jeśli mieszka się na Śląsku, to po co jechać cały dzień na dwukrotnie droższego Open’era, gdy w godzinę ląduje się w Ostrawie? Atuty imprezy są przy tym w dużej mierze pozamuzyczne - nie wydaje mi się, żeby Robert Plant, The National czy ZAZ byli aż tak atrakcyjnymi headlinerami, o MGMT nie wspominając.

Sceneria. Na stronie Polityki mamy małą fotogalerię. Kluczenie pomiędzy murami, rurami, przęsłami dawnego ostrawskiego konglomeratu węglowego, którego widok cieszył towarzyszy przyjeżdżających z bratnich krajów komunistycznych, to przygoda sama w sobie. Szczególnie goście z zachodu byli wniebowzięci. Może szkoda, że w Nowej Hucie tylko sporadycznie rozbrzmiewają koncerty Sacrum Profanum? Właściciel ten sam.

Sceny. Industrialne instalacje gwarantują i klimat, i dźwięk. Bo hamują fale dźwiękowe. Dzięki temu 15 scen festiwalu – z czego może 10 koncertowych – organizatorzy umieścili stosunkowo blisko siebie bez ryzyka zagłuszania. Są też szalenie zróżnicowane. Od głównej, pod którą na koncercie ZAZ szalało chyba 20 tys. osób znających na pamięć francuskie teksty (!), po zamknięty filharmoniczny amfiteatr z ograniczoną pojemnością. Ulokowane tam występy Ólafura Arnaldsa czy Jamiego Woona transmitowano jednak na telebimie ustawionym obok budynku wraz z wygodnymi krzesełkami. Pora relaksu.

Miasto. Górnicza Ostrawa ma piękną starówkę kilkakrotnie większą, niż obarczone nieco podobnym losem Katowice. Do tego ma wulkan. Czyli wielką hałdę, która cały czas (się) grzeje i gwarantuje widok na pół regionu. Starówkę od pola festiwalowego dzieli kilka przystanków albo 20/30-minutowy spacer. A jako że bliskość działa w obie strony…

Przystępność. Lokalsi przychodzą całymi rodzinami. Także tacy, którym nigdy by do głowy nie przyszło – albo nie mogliby sobie pozwolić – na jakiś festiwal wyjechać. Nigdzie też nie widziałem tylu osób na wózkach inwalidzkich i o kulach. A zatem teren odpowiednio dla nich przygotowano, na czele z dedykowanymi platformami przy głównych scenach i odpowiednimi oznaczeniami na temat tras, które na wózku pokonać trudno.

Piwo. Jako się rzekło, cena/jakość nie do pobicia. Dochodzi do tego jednak swoboda poruszania się z trunkami, bo Czesi oszczędzili sobie stref piwnych z uciążliwymi, korkującymi się bramkami, gdy ochrona po zmroku usiłuje analizować zawartość kubków. Co w takim razie z jakością trawników pod scenami? Proste: do piwa (37 koron) trzeba dopłacić kaucję (50 koron) za kubek. W rezultacie przez cały wieczór nosi się jedno i to samo naczynie. Pełne w ręce, puste przypięty do paska. I grzecznie zwraca przy wyjściu.
.

Muzycznie żałuję kilku przegapionych kapel z Czech i Słowacji. Jednakże – skąd my to znamy – miejscowi często grali absurdalnie wcześnie. Choć trzeba sąsiadom oddać, że wydzielili sobie Czech Stage i ta grała przeważnie od popołudnia do północy. A w przeddzień inauguracji festiwalu zorganizowali showcase lokalnych wykonawców, które wygrało oczywiście DVA.

Z importu najbardziej podobali mi się John Grant, Mø i przede wszystkim Emiliana Torrini, na którą też najbardziej liczyłem. Co cenne, pozwoliła sobie na zupełnie intymne show, mimo że występowała na jednej z dwóch głównych scen, a te wolą dosadnych. Przyznała zresztą pod koniec, że dla tak dużej publiczności jeszcze nie koncertowała i dlatego przez cały występ „srała w gacie”.

.

Fine.

Punkt widzenia

22.07.2014 Skomentuj

Serwis MTV Iggy opublikował kilka dni temu krótką relację z Open’era. Najwięcej mówi się o entuzjazmie polskiej publiczności, występują pierogi (a raczej „pergoi”), nie występuje komunizm. Autorka narzeka na umiejscowienie w programie lokalnych wykonawców, dla których ponoć przyjechała – choć ostatecznie rzuca tylko sześcioma nazwami w jednym zdaniu.

Moją uwagę przyciągnął fragment, w którym spekuluje się (być może słusznie) na temat przyczyn owej polskiej euforii. Bo nam się wydawało, że mamy festiwalowy przesyt, a tymczasem…

The country tends to be a secondary tour market — and only hosts a small number of festivals a year.
.

Traktowaniu miejscowych kapel przyglądałem się właśnie na festiwalu Colours of Ostrava tuż przy granicy polsko-czeskiej, o którym może w oddzielnym wpisie.

.

Fine.

Warushawa

15.07.2014 3 odpowiedzi

warszawa

Właśnie odkryłem, że Japończycy mają wytwórnię o swojskiej nazwie. I to, jak się wydaje, całkiem prężną. Nie żebym się łudził, że inspirację zaczerpnęli z mapy, bo to raczej zasługa Davida Bowiego i/lub Joy Division.

.

Fine.