Wyspy Owcze

Wyspy Owcze

Czuję się zaszczycony, gdy przed resztą świata mogę odkryć tak utalentowanych wykonawców jak Konni Kass z Wysp Owczych. A co dopiero wymienić z nią parę maili.

Najbardziej chciałbym ją usłyszeć śpiewającą po farersku, ale – niestety! – na debiucie wszystko będzie po angielsku. Ale „Sounds” to i tak jedna z piękniejszych+ciekawszych piosenek, jakie w tym roku słyszałem.

 

fine4


Polskie teledyski na eksport: Motion Pikczer

Polskie teledyski na eksport: Motion Pikczer

Z winy serwisu beehype obejrzałem w ostatnich latach kilka tysięcy teledysków z całego świata. I co jakiś czas wpadały mi w oko polskie nazwiska czy też polsko brzmiące nazwy studiów filmowych. Stąd też wziął się pomysł na artykuł o polskich twórcach zagranicznych teledysków oraz rozmowa z Michałem Marczakiem o jego klipie dla Marka Pritcharda z udziałem Thoma Yorke.

Podczas gdy Marczak dopiero zadebiutował w świecie teledysków, jedną z osób o polsko brzmiącym nazwisku, jakie najczęściej spotykałem podczas takich eskapad za granicę, był Michał Liszcz. Pod szyldem grupy filmowej Motion Pikczer nakręcił już blisko dwadzieścia zagranicznych teledysków. Dlatego wydało się naturalnym, by to z nim o eksportowych współpracach dłużej porozmawiać.

Poniżej rozmowa z reżyserem, a wcześniej mały wybór naszych eksportowych klipów – można uzupełniać:

*

Jak wygląda wasze obecne teledyskowe portfolio?

Michał Liszcz, Motion Pikczer: W ciągu pięciu lat funkcjonowania Motion Piczker nakręciliśmy 18 teledysków dla różnych wykonawców. Przy czym pierwsze dwa lata to na dobrą sprawę zbieranie chętnych artystów, żeby wyrobić sobie markę i stworzyć portfolio. Wtedy powstało około pięć teledysków. Ostatnie lata są zdecydowanie bardziej owocne. W tej chwili mamy zaklepane kolejne dwie realizacje muzyczne.

Skąd wzięło się u was to eksportowe nastawienie?

Budując swoje portfolio, zaczynaliśmy od razu za granicą. Polscy wykonawcy czy raczej agencje często są nieufne. Jeśli proponuje się im coś za darmo, z dobroci serca – zapala się czerwona lampka. „Czego do cholery od nas chcecie!?”. A początkujący twórca klipów największy problem ma właśnie z artystami. Konkretnie ich brakiem. Dziś mamy już pewną markę i polscy twórcy zgłaszają się do nas tabunami. Czasem w ciągu tygodnia dostajemy kilkanaście zapytań o same teledyski. Bardzo nam to schlebia, bo to znaczy, że praca nie poszła w las.

W praktyce jak wyglądały kontakty z zagranicznymi wykonawcami?

Głównie była to współpraca na odległość. Muzyk przesyłał utwór, my tworzyliśmy scenariusz. Po zaakceptowaniu wizji, zbieraliśmy ekipę i znajomych aktorów i kręciliśmy. W Polsce. Bo trzeba sobie powiedzieć, że dla zagranicznych artystów widoki z Polski są tak egzotyczne i niesamowite, jak dla nas widoki planów w USA czy Japonii.

Jak długo taki teledysk zazwyczaj powstaje?

Mając utwór, w ciągu około tygodnia tworzymy scenariusz i dogadujemy szczegóły dotyczące aktorów, lokacji. Czas nagrywania to najczęściej jeden, dwa dni zdjęciowe. Postprodukcja i montaż zajmują 10-15 dni roboczych. W sumie wychodzi więc około 20 dni. Obecnie nie podejmujemy się produkcji więcej niż 2-3 teledysków miesięcznie, głównie ze względu na szacunek do artystów. Każdemu trzeba poświęcić sporo czasu i serca. Motion Pikczer zajmuje się na równi produkcją teledysków i spotów reklamowych. Więc decyzję o współpracy z muzykami podejmujemy świadomie. Nie wyobrażam sobie robienia tego na pół gwizdka.

A budżet takiego teledysku?

To chyba najbardziej zróżnicowana kwestia. Rozrzut jest olbrzymi. Robiliśmy teledyski o łącznym budżecie od pięciu do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Znając budżet, już podczas kreowania scenariusza wiemy, na co możemy sobie pozwolić, a gdzie nie możemy przegiąć. Bo wycena naszej pracy zależy od naszego zaangażowania w projekt, liczby dni zdjęciowych, gaży aktorów, wynajmu lokacji. Oczywiście nie kierujemy się tylko cyferkami. Wiele technik czy pomysłów da się stworzyć własnymi środkami.

Motion Pikczer_klipy7

Z jakimi oczekiwaniami zgłaszają się do was muzycy?

Tak naprawdę nie ma standardowych życzeń. To jest najbardziej pociągające w tej branży. Muzycy są świadomi, jakie teledyski ma ich „konkurencja”. Każdego ciągnie do odważnych i nowatorskich pomysłów. Nie zawsze ma to sens, bo ile filmów rocznie robi się o miłości?

A nie jest tak, że wszyscy liczą na swoje „Gangnam Style” i „Happy”?

Wizja takiego zasięgu jest kusząca. Umówmy się jednak, że taki viral to łut szczęścia. Często kampanie, które od samego początku nastawione są na zasięg globalny, wykręcają kilkadziesiąt wyświetleń na YouTube. Oczywiście jeżeli wszystkie czynniki są sprzyjające – znana gwiazda, świeży pomysł, humor – to łatwiej o taki łut. Tak było chociażby z naszym teledyskiem dla Sea Oleeny i dla dziewczyn z Lor. Wiedzieliśmy, że materiał jest świetny. Ale wszystko wyszło głęboko z serca i z chęci pomocy młodym artystkom. Dla nas to doskonała odskocznia od biznesowego aspektu Motion Pikczer. A tu nagle taka sytuacja!

Znacie się z innymi polskimi twórcami teledysków? Jaka jest atmosfera w branży?

Raczej nikt ze sobą nie rozmawia, nie wymienia się uwagami. Jedni kręcą disco polo, drudzy komercyjny pop, inni idą w alternatywę. Każdy trzyma swoje know-how głęboko w głowach. Tak jak gdyby nie dało się 99% tych informacji znaleźć na YouTube. My staramy się uświadamiać naszych klientów i ludzi zainteresowanych teledyskami, jak to wygląda od kuchni. Dlatego prowadzimy bloga i wrzucamy wiele treści do mediów społecznościowych.

A konkurencja ze strony amatorów – gdy klip można w zasadzie nakręcić smartfonem? Czy granica pomiędzy amatorami i profesjonalistami się rozmyła, czy paradoksalnie – przeciwnie?

Wszystko zależy od charakteru zespołu i jego wizerunku. Amatorskie nagrywanie mini filmików zza kulis podczas koncertów? To ma wielki urok. I to jest moja ulubiona część YouTube. W internecie znajdzie się miejsce dla wszystkich. Sam jednak wiem, jak wiele wizerunkowo potrafi zrobić profesjonalnie zrealizowany teledysk. Dla wielu muzyków, z którymi pracowaliśmy, była to trampolina na wyższy poziom.

Jak na myślenie o teledyskach w ogóle wpłynął YouTube?

To wszystko bardzo szybko się zmienia. Trzeba się trochę poddać nurtowi, mniej trzymać się zasad jak kiedyś. Dziś często wykorzystujemy właśnie elementy amatorskiego YouTube, by wyrazić autentyczność. Każdy ma dostęp do kamery. Chociażby w swoim smartfonie. I mnie to cieszy. A ludzie się tego boją. Konkurencja czuje, że nie będzie pracy, bo każdy zrobi to sam. Nieprawda, wideo to po prostu kolejny sposób komunikowania.

Motion Pikczer_klipy5

Co myślisz o nowych trendach – teledyskach 360 stopni czy ekspansji dronów?

Jestem za! Osobiście jestem gadżeciarzem, dlatego tak bardzo lubię produkcję filmów. Sporo tutaj fajnego elektronicznego sprzętu. Nie zapominajmy, że to tylko inne medium. Czy będzie to dron, klip w 360, czy rozszerzona rzeczywistość – najważniejsze są emocje i historia. Pamiętasz telewizory 3D? Nawet ich posiadacze często nie pamiętają, gdzie w menu mają taką opcję. Wiele z tych technik na pewno odejdzie za parę lat.

A sama rola teledysku?

Myślę, że to nie zmieniło się od samego początku. Chodzi o promocję artysty. Nawet jeśli ktoś robi artystyczny, czarno-biały, jednoujęciowy klip z widokami z Islandii. Chodzi o zaciekawienie odbiorcy. Bodźcie wizualne dobrze zespolone z muzyką potrafią zatrzymać ludzi przynajmniej na parę sekund. A te kilka sekund wystarczy, żeby zalajkować fanpage, zasubskrybować kanał i być z artystą za pan brat. Tak jak dzisiejsze firmy doskonale rozumieją rolę wideo w budowaniu marki, tak twórcy szukają ekip, które stworzą klip, za którym przyjdą fani. Naszą rozpoznawalną cechą jest mieszanie technik używanych w teledyskach w filmach reklamowych i na odwrót. Spot reklamowy dużego przedsiębiorstwa w kolorystyce vintage z lekkim ziarnem? Jak najbardziej! Nowoczesny klip w czystej, korporacyjnej kolorystyce? To kolejny miks.

Spośród wszystkich teledysków Motion Pikczer, z których jesteś najbardziej zadowolony?

Paradoksalnie z każdego najnowszego. Jako perfekcjonista staram się wykonać robotę najlepiej, jak w danej chwili potrafię. Wiadomo, że są momenty, które można by poprawić, zmienić. Ważne, żeby iść do przodu, ścigać się z samym sobą. Tylko wtedy w perspektywie roku możesz powiedzieć sobie szczerze: „Tak, w tym roku zrobiliśmy lepsze filmy niż w ubiegłym”. Na pewno każdy w naszej ekipie ma jakiś ulubiony klip. Ale myślę, że od samej jakości teledysku ważniejsze są emocje, które towarzyszą jego tworzeniu.

A jakiemu artyście bez najmniejszego zawahania zgodzilibyście się nakręcić teledysk?

Radiohead, Sigur Rós i na pewno komuś w stylu Beyoncé czy Rihanna (śmiech). Ważne, by nie ograniczać się do jednego podwórka.

 

fine4


Jak Thom Yorke wylądował w Górach Izerskich

Jak Thom Yorke wylądował w Górach Izerskich

A dokładnie w kamieniołomie „Stanisław”. Stało się to za sprawą Michała Marczaka i jego nowego teledysku dla Marka Pritcharda, w którym oglądamy obolałe oblicze wokalisty Radiohead:

Chciałem połączyć futuryzm twarzy bohatera z vintage’owym charakterem jego ubioru. Tak jakby jakiś kosmita wszedł w Google, wstukał frazę „Człowiek z gór”, otrzymał zbiór przeróżnych referencji i w trochę przypadkowy sposób spróbował je wszystkie na siebie nałożyć.

Przegadaliśmy z reżyserem godzinę na temat „Beautiful People” i jego współpracy z Radiohead przy okazji 30-sekundowych „winietek” promujących nową grupę zespołu.

Sama premiera „Beautiful People”, pierwotnie na festiwalu Sundance Next, była pretekstem do większego artykułu o polskich reżyserach zagranicznych teledysków. Zaraz wracam do tego tematu.

Fine.



Nowe studia muzyczne + kilka pytań o beehype

Nowe studia muzyczne + kilka pytań o beehype

Menedżer artysty na rynku muzyki – tak brzmi tytuł nowych studiów podyplomowych, które wymyślił i zorganizował Krzysztof Halicz z Instytutu Adama Mickiewicza. W konstruktywnym rozczarowaniu tym, że mamy już mnóstwo znakomitych muzyków, ale wciąż niewielu menedżerów muzycznych, którzy tę falę talentów potrafiliby poprowadzić w wielki świat.

Studia ruszają już tej jesieni w Szkole Głównej Handlowej i będę miał w nich swój drobny udział w postaci zajęć o tym, jak obecnie wygląda rynek muzyczny i jak do tego doszliśmy. Sytuacja dla mnie o tyle szczególna, że wracam na własną uczelnię, którą kończyłem magisterką dotyczącą właśnie muzyki, choć w aspekcie mało rynkowym.

*

Rola nowych mediów w promowaniu muzyki i kreowaniu wizerunku artysty – tak brzmi temat pracy magisterskiej, którą na Uniwersytecie Jagiellońskim kończy Karina Malec. Poznaliśmy się w Krakowie podczas zeszłorocznej konferencji Tak Brzmi Miasto (którą i w tym roku chciałbym odwiedzić).

W związku z pracą magisterską opowiedziałem Karinie trochę o serwisie beehype i za jej zgodą pozwalam sobie odpowiedzi na jej pytania przedrukować poniżej, bo może kogoś jeszcze zainteresują. A gdyby ktoś chciał Karinie pomóc przy pracy lub podobnie jak ja ciekaw jest rezultatów – przekażę namiary.

*

Skąd pomysł na założenie portalu promującego muzykę niszową z tak – wydawać by się mogło – mało rozwiniętych muzycznie zakątków świata?

Z dwóch potrzeb: osobistej i – jak mi się słusznie wydawało – światowej. Osobistej, bo w pewnym momencie odkryłem, że najbardziej cieszy mnie odkrywanie nie znanych nikomu poza macierzystym krajem artystów z Korei Południowej, Chile czy Czech. To znacznie ciekawsze niż pisanie tysięcznej recenzji brytyjskiego czy amerykańskiego artysty, o którym wszyscy wszystko już napisali. Nawet jeśli to sami Radiohead czy sam Kendrick Lamar.

W parze z tą osobistą potrzebą szło przekonanie, że takie świeżego powiewu potrzebuje także sama branża muzyczna, że o tych fantastycznych wykonawcach powinni także usłyszeć mniej dociekliwi słuchacze. Gdy układamy podsumowania roku, złożone są w większości z wykonawców anglosaskich. I pojawia się w nich kilka, może kilkanaście znakomitych płyt. Ale za nimi – dziesiątki przeciętnych, żeby dobić do obowiązkowej pięćdziesiątki czy setki. Co by było, gdyby zamiast co roku poznawać po sto płyt z 2-3 krajów – poznawalibyśmy po 2-3 najlepsze płyty ze stu krajów?

Zwróćmy uwagę na niebywały boom, jakiego doświadczamy od kilku lat na polskiej scenie muzycznej. Sam festiwal Spring Break pokazuje, że można by się ograniczyć do słuchania rodzimych artystów, a i tak nie wystarczyłoby czasu. Jako dziennikarz ledwie nadążam za kolejnymi nowymi talentami (po prawdzie: wcale nie nadążam, ale bardzo mnie to cieszy). Teraz pomyślmy, że podobny boom przeżywają w tej chwili Chiny, Filipiny, Peru, Turcja, Kenia, wszystkie trzy kraje Bałtyckie i tuziny innych scen. I dzięki internetowi od scen tych dzieli nas teraz zaledwie kilka kliknięć. No, bez beehype’a kilkadziesiąt.

Jak wygląda zainteresowanie portalem beehype? Patrząc na statystyki, z jakich części świata macie najwięcej wejść? Jak w tym zestawieniu wypada Polska?

W pierwszej połowie tego roku odwiedzili nas słuchacze ze 180 krajów. Samą czołówkę statystyk podzieliłbym na dwie grupy: kraje duże oraz te, które nazywam niedopieszczonymi:

dfssvcwe

Frakcja dużych to przede wszystkim USA, Niemcy czy Francja – a także Japonia i Brazylia. Pierwsze trzy poza wielkością charakteryzuje duża imigracja. I gdy piszemy np. o artyście tureckim czy irańskim, to zaraz na stronie pojawiają się goście z Niemiec. Do tego dochodzi jeszcze jeden element: VPN. Użytkownicy z krajów, w których internet się cenzuruje i np. serwis YouTube jest zablokowany, często obchodzą takie blokady właśnie przy pomocy VPN. I wtedy pojawiają się w naszych statystykach jako osoby z któregoś z dużych państw.

Druga wielka grupa odwiedzających beehype pochodzi z krajów średnich lub nawet małych, które mają fenomenalnie rozwiniętą scenę muzyczna, wciąż jednak niedostrzeganą za granicą. Czują pewien niedosyt uwagi – i mają w tym zupełną rację. Gdy piszemy o artyście z takiego kraju, spotykamy się z radosnym odzewem zarówno ze strony fanów, jak i samych muzyków. We własnym kraju mogą być już wielce cenionymi postaciami sceny alternatywnej (bo zazwyczaj o niej piszemy). Ale nie zostali jeszcze docenieni przez wielki świat. Często jesteśmy pierwszym „międzynarodowym” serwisem, który o nich pisze. Źródłem takiego entuzjazmu jest chociażby Tajwan, który w naszych statystykach zajmuje aż trzecie miejsce i wyprzedza wielokrotnie większą Japonię. A także Turcja, Ukraina, Słowenia i Słowacja, Tajlandia i Filipiny, kraje bałtyckie…

Mimo że reszta nas powoli dogania, Polacy wciąż zajmują u nas pierwsze miejsce w statystykach. Wynika to z polskiej genezy serwisu, który od początku cieszył się u nas dużym zainteresowaniem – a także wsparciem moich koleżanek i kolegów po fachu (dziękuję!). I jesteśmy też stosunkowo dużym i stosunkowo ciekawym muzyki krajem. A także jednym z tych, który wciąż czeka na należyte docenienie.

W jaki sposób znajdujecie artystów, którzy promowani są na portalu?

Podstawowym źródłem muzyki są rekomendacje korespondentów, jest nas już prawie stu. Ostatnio nasz brazylijski korespondent przysłał listę około 20 nowych utworów i teledysków, które koniecznie musimy sprawdzić. Wybraliśmy do publikacji cztery najlepsze.

Codziennie dostajemy również 10-20 wiadomości od czytelników, wytwórni i samych artystów, którzy dzielą się swoją muzyką. Podłączyliśmy się też do tysięcy lokalnych kanałów w serwisach streamingowych czy mediach społecznościowych. I dzięki temu mamy ogląd z lotu ptaka na to, co dzieje na lokalnych scenach, potrafimy wychwycić ważne premiery.

Jak wygląda wpływ promocji artysty na serwisie beehype na późniejszy rozwój kariery? Mógłbyś podać jakieś przykłady historii, które pokazują, że dany artysta został dostrzeżony na szerszą skalę właśnie dzięki beehype?

Bezpośredniego wpływu naszych publikacji na kariery muzyków bym nie przeceniał. Ale serwis śledzi wielu promotorów, organizatorów festiwali, ludzi z wytwórni muzycznych i po prostu innych dziennikarzy. Widzimy to na Facebooku, Twitterze, Soundcloudzie.

asfsddfsg

I coraz częściej trafiamy na playlisty czy publikacje, dla których inspiracją czy wręcz jednoznacznym źródłem jest beehype. Odkryliśmy ostatnio serwis z “muzyką ze świata”, który przy co drugim znalezisku cytuje beehype.

Działa więc efekt kół na wodzie. I od czasu do czasu dostajemy informację, że ktoś zabookował koncert artysty, bo odkrył go w naszym serwisie. Na przykład jesienią ma zagrać u nas znakomita łotewska songwriterka Alise Joste (właśnie wypuściła nowy teledysk), bo pewien nie-do-końca-polski promotor usłyszał ją w serwisie beehype (a nie np. na festiwalu The Great Escape). Podobne sygnały dopływają do nas m.in. z Japonii czy Belgii.

I spodziewamy się ich coraz więcej, bo dla organizatorów festiwali jesteśmy wymarzonym narzędziem do szukania nowych talentów. Jeśli mają ochotę zaprosić kogoś np. z Azji Południowo-Wschodniej, mogą otworzyć naszą mapę i już czeka na nich kilkudziesięciu artystów z regionu, zazwyczaj młodych, ale już wyrobionych i jakoś docenionych lokalnie. No i “zweryfikowanych” przez nasze międzynarodowe grono.

Mam nadzieję, że dzięki takim kanałom artystów “bihajpowych” pozna wiele osób, które o naszej stronie nie słyszały i może nigdy nie usłyszą.

Sporo portali muzycznych, z których na co dzień czerpie się wiedzę muzyczną, to przedsięwzięcia non-profit. Dlaczego promowanie muzyki niekomercyjnej to zazwyczaj pasja, a nie sposób na życie? Jak wygląda to w przypadku beehype?

Przynajmniej z trzech powodów beehype skazany jest na podejście non-profit. Po pierwsze, nie wyobrażamy sobie bannerów na stronie, zbyt wiele energii włożyliśmy w jej estetykę i za bardzo nie lubimy reklam w internecie. Stały sponsor? To nieco lepszy pomysł. Ale działamy globalnie, mamy rozproszoną publiczność, trudno byłoby znaleźć reklamodawców, którzy chcą jednocześnie dotrzeć do słuchaczy na Tajwanie, w Polsce i Ghanie. Po trzecie, każdego zarobionego dolara musielibyśmy podzielić na sto – pomiędzy wszystkich korespondentów serwisu. Wiele by z tego nie zostało.

Działanie non-profit sprawia też, że nie musimy przejmować się statystykami i możemy prezentować artystów, którzy nawet we własnym kraju znani są kilkuset osobom, głównie rodzinie. A w sam serwis angażują się ludzie, którzy zajmują się muzyką dla idei. Gdy rozmowy o współpracy z kimś urywają się przy pytaniu o wynagrodzenie, to odczuwam ulgę, bo wolę pracować z pasjonatami. Wielu z nich uważam dziś zresztą za swoich przyjaciół i mamy wielką radość gdy uda nam się spotkać na jakimś festiwalu. W Lublanie było nas aż czterech.

Jak oceniłbyś polski rynek muzyczny? Z twojej perspektywy dzielą nas jeszcze lata świetlne od np. Europy Zachodniej czy nie jest aż tak źle?

Muzycznie nie powinniśmy czuć żadnych kompleksów. Polacy grają na światowym poziomie. (To stwierdzenie przestaje wręcz być komplementem). Opieram to przekonanie nie tylko na własnych odczuciach, ale także na informacjach zwrotnych, jakie dostaję od korespondentów beehype’a z innych krajów – gdy wysyłam ich kolejne polskie premiery i proszę o opinie.

Polacy zazwyczaj świetnie są też przyjmowani na zagranicznych festiwalach showcase’owych. Gorzej u nas na pewno z wszystkim tym, co muzykę otacza. Ludzie zajmujący się eksportem polskiej muzyki narzekają np. na brak dobrych menedżerów, ale może wkrótce się to zmieni.

Na zdjęciu Alise Joste

Fine.


Off Beat

Off Beat

W piątek ucieszyła bardzo Brodka. W sobotę frakcja nieanglosaska. A niedziela była dziwna.

Off Festival kojarzył się dotąd z amerykańskimi gitarami. Tymczasem o ile sobotę można było spędzić na Skrzyżowaniu Kultur, o tyle niedzielę – na Nowej Muzyce. Często równolegle odbywały się dwa koncerty około-elektroniczne i rockiści nie mieli gdzie się podziać. Kero Kero Bonito czy Heroiny? Pantha du Prince czy Powell? Kiasmos czy Basiński?

Festiwal w ogóle zdominowała w tym roku Scena Electronic Beats, po części przez czarną serię odwołanych koncertów, które miały się odbyć na Scenę Głównej. Ale w pokrewnych bitach często pulsowała także Scena Eksperymentalna, w poprzednich latach kojarzona z garażowymi i akustycznymi.

Zwrot ku elektronice jest wyraźny, niejasna dla mnie jest tylko przyczyna. Czy ten przechył wziął się z myślenia o muzyce (takie czasy)? O publiczności (takie oczekiwania)? O pieniądzach (taki sponsor)? O konkurencji (także miejscowej)? Czy może gust zmienił się samemu Rojkowi?

off festival 2016 headliners

Ze zdumiewającego festiwalu nieszczęść podczas tegorocznego Offa można paradoksalnie wyciągnąć kilka pozytywnych wniosków i przemyśleń na przyszłość – bo wierzmy, że mimo katastrofy i malejących środków Rojek nie odpuści. A główna obserwacja jest taka, że słuchacze ufają Offowi i Off może spokojnie zaufać słuchaczom. Znacznie bardziej, niż się Rojkowi wydawało.

Problemem tegorocznej edycji nie był wcale brak wydrapanych powyżej wykonawców. Na poziom festiwalu specjalnie by nie wpłynęli. Problemem było samo ich odwoływanie. Skompromitowało festiwal, zepsuło atmosferę, budziło dezorientację. Gdyby jednak trzy pierwsze rzędy powyższej ulotki wydrapać jeszcze przed festiwalem, a w ich miejsce wpisać kilka innych Goatów, Jambinajów, Juliusów, Islamów i Kiasmosów? Uff!

Pewnie sprzeda się trochę mniej biletów, ale i pieniędzy się zaoszczędzi. Poza tym od lat mówi się o tym, że publiczność przyjeżdża na Offa, a nie na konkretnych wykonawców. I w tym roku była okazja tę tezę zweryfikować. Bo nawet w optymistycznym kształcie tegoroczny program nie zachwycał. A na polu festiwalowym i tak był tłum, były też kolejki do bramek, toalet i godniejszych jadłodajni. Zapewne ludzi ściągają przyjemne okoliczności przyrody i dobre żarcie, ale także poczucie, że „na Offie trzeba być”. 

Kiedyś trzeba było być, bo Off pomagał nadrobić zaległości i pozwalał dotknąć zachodnich indie. Po dziesięciu latach możemy chyba uznać, że lekcja zaliczona. A nieobecność niedysponowanych gwiazd z przeszłości pokazała, że Offowa publiczność (mimo wszystko) lubi organizatorów, wierzy ich gustom, daje się urabiać i nagradza wysoką jakość jeszcze wyższą frekwencją. I takim entuzjazmem, jakiego wielu przyjezdnych jeszcze nie fotografowało.

Notabene nasz japoński korespondent twierdzi, że w swej ojczyźnie Goat gra zazwyczaj dla kilkudziesięciu osób. Paru stojących pod sceną przeżyło pewnie w Katowicach koncert życia, ale na scenie może też.

Fine.


Obfita sobota na Offie

Obfita sobota na Offie

Wielu zapamięta tegoroczny Off z koncertów, które się nie odbyły. Począwszy od The Kills, przez GZA, po Zomby i mającego zastąpić tego przedostatniego Wileya.

Tyle że dzięki temu chociażby koreańskie Jambinai zasłużenie stało się gwiazdą sobotniego wieczoru Off Festivalu. Na głównej scenie ich mix post-rocka, etno i kulminacji głośniejszych frakcji wybrzmiał pięknie i potężnie, ludzie sami się schodzili. A chwalącemu ich potem Arturowi Rojkowi chciałbym przypomnieć, że początkowo ustawiono ich w programie na środek nocy. ¯\_(ツ)_/¯

Wcześniej największy chyba aplauz festiwalu zebrali Japończycy z Goat. Znałem ich m.in. z bihajpowego podsumowania, ale słuchanie nagrań a oglądanie na żywo, to jak słuchanie wykładu z matematyki wyższej a bycie jedną ze zmiennych. Stereotypowo azjatycka precyzja wykonania była, ale była też wirująca czupryna perkusisty i fantastyczne skąpstwo w dawkowaniu wybuchów.

Imponującą imprezę urządził ze swoimi dwoma bębniarzami egipski Islam Chipsy, w związku z czym po występie planowanym dostał bonusowy na scenie głównej (w miejsce Wileya). Wcześniej konkurował z nim o podrygi publiczności Janusz Prusinowski i jeśli przegrał, to tylko dlatego, że realizatorzy zapomnieli włączyć subwoofer.

I wreszcie 70-letni ciałem, 30-letni duchem Orlando Julius z zespołem The Heliocentrics. Zagrał chyba najfajniejszy koncert afrobeatowy, jakiego byłem świadkiem. Kończąc dla mnie jeden z najlepszych dni Offowych, w jakich przez te lata uczestniczyłem. A może to było Skrzyżowanie Kultur?

Foto z sieci.

Fine.


Brodka na Offie

Brodka na Offie

Wcale mi nie będzie przykro, jeśli okaże się, a zapewne tak będzie, że najlepszy koncert tegorocznego Off Festivalu jest już za nami i że po trzech latach znów odpowiada za niego artysta z Polski.

Grała, brzmiała, śpiewała i wyglądała nieporównywalnie lepiej niż na mniejszych scenach wiosną. Oczywiście, wielkość zespołu, sceny i publiczności robi swoje. Ale trzeba też umieć z nich skorzystać. Brodka umie.

Przyłapałem się na myśli: Co by było, gdyby materiał z „Clashes” nie stał na wysokim poziomie, ale tak jego jego wykonanie – wybitnym? Może następnym razem.

Foto z sieci.

 

Fine.


35 utworów z lipca

35 utworów z lipca

Gorąco polecam.

Fine.


Jak się (nie) komunikować z dziennikarzami

Jak się (nie) komunikować z dziennikarzami

Dwa razy przysłuchiwałem się ostatnio dyskusjom, w których radzono młodym muzykom, jak uderzać do starych dziennikarzy. Podczas konferencji Spring Break mówili o tym przedstawiciele „Gazety Magnetofonowej”. A na ostatnim Indie Talks zacne grono mieszane.

Podstawowe rady dotyczące maili powtarzały się na obu spotkaniach:

  • Informacje. Te podstawowe – „kto?” i „co?”, a dla mnie osobiście najciekawsze obecnie „skąd?”  – wypada zawrzeć w pierwszych kilku zdaniach. I do tych kilku zdań najlepiej się ograniczyć, a po więcej odesłać na stronę. Na widok opowieści liczącej parę tysięcy znaków i to bez podziału na akapity kursor sam wędruje do kosza.
  • Muzyka. Wielu woli słuchać, niż czytać i warto od razu podać kilka linków do słuchania bez ściągania. Mój ulubiony format załącznika muzycznego: nasz ostatni singiel [link do Soundclouda], nasz ostatni teledysk [link do YouTube], nasz ostatni album [link do Bandcampa].
  • Załączniki. Żadnych załączników! Materiały dodatkowe umieszczamy na Dropboksie lub w innej chmurze, bo nawet Gmail ma limit. Ta święta zasada niestety łamana jest nawet przez rzekomych profesjonalistów, którzy wysyłają PDF-y po pół mega i foty na parę. Choć ostatnio – bez proszenia – dostałem „zdjęcie do publikacji” ważące 18MB. Poza irytacją oznacza to, że zamiast maila zarchiwizować, od razu go kasuję. I nawet gdybym potem chciał do danej kapeli wrócić…
  • Estetyka maila. Najbardziej liczy się czytelność i nie mam nic przeciwko poczciwemu mailowi bez HTML-a. Ale na pewnym poziomie profesjonalizacji pewnie warto zadbać o zgrabny template. Byle z umiarem. Symboliczna fotka na otwarcie, bo oko lubi się na czymś zawiesić. Duży komunikat główny: Nowa płyta / teledysk / trasa. Kilka zdań rozwinięcia. Linki. Dane kontaktowe. Pozdro.
  • Personalizacja. Nieobowiązkowa, ale polecana. Już samo „Cześć Mariusz / hello beehype” dodaje 10 pkt. do sympatii. Zwykle na tym kończy się pisanie do mnie, a zaczyna pisanie do całej blogosfery. Więc jeśli nadawca faktycznie wie, do kogo pisze, to dostaje 100 pkt. Wszystkie wiadomości skanuję, takie czytam. Na wszystkie staram się odpowiadać, na takie – odpisuję. Muzyki słucham, nie przesłuchuję. Bo zwykle ktoś domaga się ode mnie poświecenia 5 minut jego nowemu dziełu, a sam nie zechciał poświęcić 5 sekund na sprawdzenie, czy Ziemia Niczyja to ja czy my.
  • Porównania. Byle z umiarem. Że gracie alternatywnego rocka z elementami muzyki kameralnej – w porządku. Ale niekoniecznie, że „w stylu Phila Collinsa post-Genesis skrzyżowanego z szerokimi inspiracjami od Franka Oceana, Liars, Kanyego Westa, Run the Jewels, Disclosure po Blood Orange”, jak mi napisał parę dni temu niejaki Billy Nelson z Kentucky. Linkuję, nie słuchałem.

*

I to są podstawy; i to w zasadzie wystarczy. Pozwolę sobie jednak dopisać dwie uwagi, jedną zainspirowaną świadectwem Tobiasza Bilińskiego a.k.a. Coldair wygłoszonym podczas wspomnianego IndieTalks. Drugą doświadczeniem bihajpowym.

1

Zagadnięty o drogę do sukcesu, czyli recenzji na Pitchforku, Tobiasz ujawnił niebywałą konsekwencję. Na początku kariery założył bazę danych z namiarami na dziennikarzy, z którymi się kontaktował. Kto odpowiedział, kto napisał, komu można i komu warto się w przyszłości narzucać. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu. I tak po latach zgromadził bazę danych, która dawała bazę do skoku wzwyż.

Przy okazji odkrył na sobie inną ważną rzecz. Otóż wielcy influencerzy mają swoich osobistych influencerów. Dziennikarze czytają portale. Portale czytają blogerów. Blogerzy czytają fejsbuka. I do tych na dole piramidy trzeba uderzać, jeśli myśli się o faraonach.

2

„Dać komuś palec, a weźmie całą rękę”. Słucham niemal wszystkiego, co dostaję osobiście i co przychodzi na skrzynki bihajpowe. I staram(y) się na wszystkie wiadomości odpowiadać. Ale nadawców często prowadzi to do wniosku, że skoro zareagowaliśmy, trzeba nas tym silniej przyatakować. I systematycznie sprawdzać, czy rzeczywiście posłuchaliśmy. Domagać jeśli nie publikacji, to ekskluzywnej opinii zwrotnej. Przykład tego mamy na wstępie postu.

Domyślam się, że to jakaś genialna blogowa szkoła autopromocji wmawia młodym muzykom, że list zaczepny zadziała skuteczniej, jeśli po tygodniu się przypomnimy: Hey guys, did you have a chance to listen? I po dwóch znowu. Jeśli nawet planowałem coś napisać, to właśnie mi się odechciewa. Bo my naprawdę chcemy się zajmować muzyką, a nie korespondencją. Grasz fajnie? Sami się odezwiemy.

*

Z całą tą komunikacją o dziwo najlepiej radzą sobie ci zupełnie początkujący. Bo po prostu piszą maile, jak człowiek do człowieka, a nie jak mailchimp do inboxa. Majorsi tymczasem co tydzień przypominają mi, że RIHANNA NADAL NA PIERWSZYM MIEJSCU BILLBOARDU!!! Niech spada.

Przy czym podobnie jak w przypadku reguł muzycznych, wiele z powyższych zasad można łamać – poza tą dotyczącą załączników. Czasem nawet należy. Ale świadomie i z minimalnym szacunkiem dla odbiorcy albo chociaż z humorem. Ostatnio rozbawił mnie niejaki Tim Carter z Atlanty, który napisał:

I am an indie rock musician from Atlanta, GA. My original songs sound like R.E.M. meets 60s and 70s pop-rock. I have studio quality songs here. The first 11 songs listed are the best.

I dla tego ostatniego zdania posłuchałem dwóch kawałków, aż tak bardzo nie żałuję.

 

Fine.