Kogo zobaczę na Spring Breaku

Kogo zobaczę na Spring Breaku 20.04.2016 — Skomentuj

106 wykonawców ma wystąpić na rozpoczynającym się jutro festiwalu Spring Break. Z tego tylko – choć w kontekście poprzednich edycji imprezy może „aż” – trzynastu przyjedzie z zagranicy bliższej (wschodzące łotewskie gwiazdy Carnival Youth) lub dalszej (ktoś tam ze Stanów). Ilu uda się zobaczyć?

Kilka miesięcy temu przysłuchiwałem się dyskusji o showcase’ach, w której uczestniczyła Magda Jensen, turmenedżerka Brodki czy opiekunka Pauli & Karola. W 15 minut wyłożyła plan działań, jakie jakie każdy wykonawca powinien podjąć przed takim branżowym zlotem, żeby odczuć jakikolwiek efekt po. Od uruchamiania znajomości po rozdawanie ulotek.

Żałuję, że tego miniwykładu nie nagrałem, bo coraz wyraźniej widać, że takiej podstawowej wiedzy naszym zespołom brakuje. A przede wszystkim brakuje ludzi, którzy mogliby ich w takich działaniach wyręczyć. Uświadamianie sobie tej luki wynika zapewne z faktu, że artyści sprofesjonalizowali się nam w innych aspektach. I mają już produkty na światowym poziomie, lecz nie potrafią ich światu sprzedać. Owocują też wreszcie sponsorowane kontakty z zagranicą i przyglądanie się, jak to robią inni.

A jak to robią inni?

Drobny, ale znamienny przykład z mojej działki: przed festiwalem MENT Lublana przez cały tydzień dostawałem maile od menedżerów i zespołów z zaproszeniami na ich występy i linkami do najbardziej korzystnych youtube’ów. Z niektórymi nawet pomailowałem, potem masa pocztowa mnie przerosła. Ale kilka z kilkudziesięciu samochwał przekonało mnie do wybrania się na ich koncert, który w przeciwnym razie bym zupełnie przegapił lub niesprawiedliwie zbagatelizował.

Ilu wykonawców przed Spring Breakiem przejrzało gotowca, jakim jest lista delegatów? Jeśli mnie Gmail nie myli, osobiście otrzymałem dwa listy. Od menedżerki zespołu Bibobit oraz agencji Follow The Step, „która jest odpowiedzialna za takich artystów, jak KVBA, New Rome czy Jakub Kusior„. Żadnego z tych wykonawców dotąd nie znałem, więc tym chętniej sprawdziłem linki.

Milczenie reszty wynikać może z nieświadomości lub przekonania, że prawdziwa sztuka sprzeda się sama. Tylko dlaczego w takim razie w ogóle ciągać ową sztukę na bazar, bo tym właśnie są festiwale showcase’owe? Jeszcze pożałuję tego apelu, ale naprawdę: piszcie!

Fine.


Kultura z algorytmu

Kultura z algorytmu 16.04.2016 — 4 komentarzy

Nie tylko o Netfliksie i serialu „House of Cards”, wyreżyserowanym niejako przez big data, rozmawiałem z analitykiem firmy, która Netfliksa w tych niebywałych rachunkach wspiera.

Tekst okazał się jednym z tych, które pisze się bez większego przekonania, czy mają większy sens. Bo przecież wszyscy wszystko to wiemy. A potem przychodzą maile o treści: Wstrząsające.

Co ciekawe, tę przerażającą niektórych inwigilację inni wymieniają wśród głównych powodów, dla których pokochali Netfliksa. Że uch rozpoznaje, że wie, gdzie przerwali oglądanie.

Obstawiam więc, że odważne prognozy z końca artykułu nie tylko staną się rzeczywistością szybciej, niż byśmy sądzili, ale też że uznamy te usprawnienia za naturalne – tak jak wszystkie dotychczasowe.

Fine.


Wschód niezachu

Wschód niezachu 08.04.2016 — Skomentuj

Kilka dni temu jedna moich ulubionych młodych artystek koreańskich ogłosiła hucznie swoją pierwszą trasę europejską. Rozpiska: Warsaw, Poznan, London. Przy czym ten ostatni jeszcze nie do końca potwierdzony.

Trudno pochwalić menedżera artystki za takie osiągnięcie – bo z naszej perspektywy wygląda to raczej na żart – i powinniśmy raczej przypisać te wydarzenia stronie polskiej. Ale z Korei taka trasa wygląda inaczej. Kiedyś nasz koreański korespondent pochwalił mi się, że właśnie wraz z grupą przyjaciół spędził parę godzin na wystawie polskiej sztuki w Seulu. (Pisałem o jej chińskiej edycji). Na pytanie, co im strzeliło do głowy, odparł: bo my tu w Korei bardzo lubimy Europę Północną!

Z perspektywy azjatyckiej jesteśmy zachodem albo północą – tak czy inaczej budzimy ciekawość, kojarzymy się z jakością i nowocześnią. I to warto wykorzystywać w działaniach importowych, bo Azjaci przyjadą do nas bez poczucia, że robią łaskę. I tak naprawdę chodzi im tylko o to, by odbić się z Warszawy do Paryża.

Ale korzystne skojarzenia przede wszystkim sprzyjają działaniom eksportowym, co potwierdził chociażby odzew na polskich jazzmanów w Chinach. Po zeszłorocznej trasie Pink Freud i Jazzpospolitej na ten rok szykowana jest jeszcze większa jazzująca wyprawa. Na festiwalu Strawberry w Szanghaju i Pekinie – lokalnym odpowiedniku Glastonbury – wystąpią Tides from Nebula. I będą tam traktowani zupełnie inaczej niż na festiwalach zachodnioeuropejskich czy przereklamowanym SXSW.

*

Tymczasem niezach – jak to określił ostatnio Bartek Chaciński na wzór niezalu – będzie miał w Polsce fantastyczny rok. Przed chwilą Off Festival ogłosił swoich najważniejszych tegorocznych artystów (choć może jeszcze o tym nie wie). Czyli japońskie goat – piąte miejsce z naszego lokalnego Best of 2015 – koreańskie Jambinai, egipskie Islam Chipsy, znakomitą norweską Jenny Hval, nigeryjskiego saksofonistę Orlando Juliusa wraz z The Heliocentrics i ghańskiego Aka Kak.

Gdyby nie te ostatnie katowickie ogłoszenia, miłośników niezachu należałoby wysłać przede wszystkim do Białegostoku na Halfway Festival. Dwa niebywałe rarytasy: islandzki Mammút, których podejrzewam o jeszcze bardziej wyraziste koncerty niż to, co prezentują w studiu, oraz Eivør z Wysp Owczych, która właśnie zgarnęła lokalne nagrody fonograficzne. Poza tym z Norwegii przyjedzie Ane Brun. Będzie izraelsko-londyńskie Acollective. Białoruskie Intelligency. Estońskie Odd Hugo. I w tym fantastycznym kontekście dopiero na końcu chce się wymienić Destroyera i Wilco. Właśnie takich proporcji życzyłbym wszystkim festiwalom.

To tylko dwa mocne akcenty festiwalowe. A przecież coraz trudniej nadążyć za pojedynczymi koncertami – nawet tylko niezachowymi, nawet tylko w stolicy. Wczoraj w Progresji grali Rodrigo y Gabriela. Za chwilę to samo miejsce nawiedzi Kiasmos, czyli nowy projekt Ólafura Arnaldsa. Pod koniec miesiąca wpadnie szwajcarska Tunezyjka Soraya Ksontini. A w maju powrócą Konono n°1. Potem wspomniana Neon Bunny, a w czerwcu eksperymentujący chilijski Föllakzoid…

Mam świadomość, że moja zakładka koncertowa jest coraz bardziej dziurawa. I tylko mnie to cieszy.

*

Oczywiście największym tegorocznym świętem niezachu będzie poznański Spring Break, ale o nim napiszę jeszcze oddzielnie.

I oczywiście jestem przekonany, że o żadnym niezachu nie będzie mowy. Bo za jakiś czas to będzie po prostu „muzyka”, a wprowadzimy raczej etykietkę „zach” dla muzyków z pewnej niewielkiej anglosaskiej enklawy. Kilku krajów, dla których kiedyś zapomnieliśmy o kilkudziesięciu innych. Na szczęście właśnie sobie o nich przypominamy, a one o nas.

Fine.



Scena beehype na Off Festivalu

Scena beehype na Off Festivalu 01.04.2016 — 5 komentarzy

Rozmowy trwały całe dwa lata, pierwotnie umownym warunkiem było przekroczenie 10 tysięcy lajków na fejsie, ale dostaliśmy rabat. Drugiego i trzeciego dnia Off Festivalu już oficjalnie zapraszam przed scenę beehype, ulokowaną ustronnie za eksperymentalną.

Na 99% mamy potwierdzonych następujących wykonawców:

Do tej piętnastki ktoś może jeszcze dołączyć, a ktoś z niej ubyć. Ostateczny program powinien mieć jednak kształt bliski powyższemu i z podobnymi proporcjami geograficznymi (za rok obiecujemy więcej Afryki).

Przy okazji wielkie podziękowanie dla sympatyków bihajpa, którzy pomagali w kontaktach i negocjacjach, a także dla instytucji wspierających: EEA Grants, Beirut and BeyondCool JapanKorean Wave oraz Hivos International.

Fine.

 


Drugi debiut Julii

Drugi debiut Julii 26.03.2016 — 5 komentarzy

Tematem drugiego numeru Gazety Magnetofonowej nie powinno być DIY, ale polskie dziewczyny. Zrób-to-sam zdominowały spore wywiady – według kolejności występowania – z Justyną z Domowych Melodii, Julią Marcell, Marią Peszek, Rebeką, Anią Dąbrowską i Brodką.

I fajnie. Bo początek roku zapowiadał się dziewczęco i z tygodnia na tydzień takim właśnie okazuje. Mamy już za sobą parę mocnych premier, a tej wiosny jeszcze chociażby Xxanaxx z jednej strony, Soniamiki z drugiej, Reni Jusis z trzeciej, i najciekawsze zapewne debiuty sceniczne na Spring Breaku.

A propos debiutów:

Graliśmy kiedyś w Tallinie. Organizatorzy skupili się na promowaniu muzyki ze wschodu, lokalnych rynków, co uważam za wspaniały pomysł. Kompletnie nikogo nie znałam, wybieranie koncertów było jak ruletka.

W ulotce z line-upem przy niektórych nazwach znajdowały się takie małe gwiazdeczki, sugerujące, że warto zainteresować się tymi występami. Ogromny przekrój muzyczny, każdy z tych zespołów był naprawdę dobry, interesujący, śpiewali głównie po angielsku. Można wybrać na ślepo i zawsze trafisz na coś fajnego, to niesamowite.

I to też dało mi poczucie, że warto wspierać i promować lokalne sceny wśród lokalnej publiczności. Przy takim nawale propozycji z każdej strony, dostępnych na kliknięcie myszki, przy tej masie zespołów ze wszystkich stron świata, walczących o twoją uwagę, najbardziej interesuje mnie właśnie muzyka, która powstaje w Polsce.

To z wywiadu Anny Nicz z Julią Marcell dla „Gazety Magnetofonowej” właśnie. Fragment ten niby nie dotyczy samej płyty. Ale mnie pomógł zrozumieć przyczyny świetności „Proxy”, a konkretnie muzyczną niepolskość tej pierwszego polskiego wyczynu Julii.

Gdy rodzimy artyści, którzy śpiewają przeważnie po angielsku – automatycznie muzykę bardzo anglosaską – decydują się zrobić wyjątek i skorzystać z polszczyzny, zazwyczaj od razu polską staje się również ich muzyka. Język wydaje się tak narzucać muzyce, że inspiracje londyńskie magicznie odmieniają się w dziedzictwo polskiego songwritingu czy postodołowego punku.

I tak też było w przypadku Julii, gdy na poprzedniej płycie zaśpiewała swój pierwszy polski kawałek. Wraz z tekstem od razu zmieniło się wszystko: charakter, melodie, akcenty, brzmienie, a przede wszystkim sam wokal Julii. Inny język = inna artystka.

Z „Proxy” jest inaczej. W większości utworów można by podmienić słowa z lokalnych i aktualnych na angielskie i ogólnikowe, a pozostałyby tymi samymi utworami. Refrenowe „Zmie-ni-łeś-mi-us-trój” mogłoby być pjharveyowym „Oh-Eng-land-oh-Eng-land” albo coldplayowym „I’ll-love-you-to-mor-row”. A gdyby wokale zastąpić wokalizami, nie odgadłbym, czy to twór krajowy czy zachodni. Zresztą krótki refren „Andrew”, który mógłby być i Maleńczukowym, i Waitsowym, sama Julia w końcu wyśpiewuje na „a”, by potem oddać go smykom.

Przy fascynacji eskalacją polskiej sceny muzycznej i rosnącym jej bogactwem w tych ostatnich latach wciąż miałem poczucie, że muzycznie funkcjonują na niej dwa równoległe światy: śpiewających po polsku i śpiewających po angielsku. I nie chodzi o konkretne osoby, bo wielu z nich – od Rycerzyków po Dawida Podsiadło – bywa tu i tam. I ma jakby dwa odrębne repertuary.

„Proxy” zachwyca syntezą zachodnich inspiracji, wieloletnich doświadczeń Julii oraz jej przyzwyczajeń wykonawczych z neofickim, dziecięcym wręcz zachwytem mową ojczystą. Jest syntezą, na jaką czekałem chyba od „Lake & Flames”. Czyli gdy nasi zaczęli z coraz większą częstotliwością pokazywać, że potrafią tworzyć zachodnie piosenki na zachodnim poziomie – dziś już nikogo to nie dziwi.

Z każdą kolejną światowo brzmiącą premierą narastało jednak pytanie, czy przy okazji muszą zatracać się w oceanie genealogicznie anonimowych wykonawców i gubić pochodzenie, które przestaje być mankamentem, a staje się – patrz ostatnie zdanie z wypowiedzi Julii, patrz sukces Spring Breaku – atutem.

I choć „Proxy” nie jest zapewne pierwszym udanym przykładem polsko-anglosaskiej fuzji, wydaje mi się być pierwszym tak zauważalnym i kompletnym przykładem tego, jak nasi wykonawcy mogą światowe inspiracje i ambicje łączyć z polską genezą, a nie porzucać jedne dla drugich. I stąd ten „debiut”, którym wydaje mi się czwarta płyta Julii Marcell dla niej i dla sceny.

Fine.


W drzewach

W drzewach 20.03.2016 — Jeden komentarz

Drzewo z okładki „Spirit of Eden” powstało w 1973 roku. Czekało przez kilkanaście lat na wyjątkowo krótkie spotkanie swego stwórcy z menedżerem grupy Talk Talk. „Fruit Tree”, bo tak obraz zatytułował malarz, w dwójnasób symbolizował życie poprzez jego symboliczne i faktyczne ostoje: głębinę morską i gąszcz gałęzi.

Wspomnianego menedżera Talk Talk z miejsca zachwyciła zbieżność nastrojów i tematyki obrazu z materiałem, który zarejestrowali właśnie jego podopieczni. Pokazał dzieło zespołowi, ci podzielili zachwyt, temat okładki „Spirit of Eden” był zamknięty.

Z „Laughing Stock” było zupełnie inaczej, może poza równie istotną rolą menedżera.

*

Keith Aspden zwerbował malarza, grafika i swego wieloletniego kumpla Jamesa Marsha do pracy z Talk Talk u samego początku działalności grupy. Zabawne, że współpraca ta miała przynajmniej trzykrotnie przekroczyć kalendarzowo żywot samego zespołu. Grafik okazał się poniekąd najtrwalszym członkiem Talk Talk.

Kwestie wizualne grupa od początku chętnie cedowała na menedżera i jego utalentowanego kolegę. Zadowolona była także wytwórnia, że tak drażliwy problem ma z głowy. Co ciekawe, na początku swoje wizje Marsh wykuwał na zamówienie, bo Talk Talk bardzo świadomie kreowało wizualny klimat wokół swojej muzyki. Gdy kariera przyspieszyła, coraz częściej sięgali do archiwum Marsha, bo na kreowanie brakowało czasu.

Ale na początku lat 90., po dekadzie w pędzie, grafik z menedżerem znów się na chwilę zadumali, podobnie zresztą jak sam zespół.

*

Okładka „Laughing Stock” zrodziła się we wzorcowej burzy mózgów, do której każda strona dorzuciła bliski jej element.

Zaczął Marsh. Po przesłuchaniu części nowego materiału Talk Talk uznał, że temat natury pozostaje aktualny. Tyle że metafora z mglistego życia i jego ostoi powinna przesunąć się ku konkretnej ekologii. Zaproponował więc menedżerowi ptaki.

Kumpel i pracodawca niezmiernie uradował się tą sugestią. Bo ptakami się prywatnie pasjonował, szczególnie rzadkimi gatunkami. To Aspden zauważył, że ekologia plus ptaki równa się gatunki zagrożone.

Wkrótce podrzucił koledze album z wykazem ginących uskrzydlonych. Szczęśliwy, że zaoszczędził godziny researchu, bo mówimy jeszcze o czasach przed internetem, Marsh szybko skompilował ptaka z ptaków:

after flood boxset

I do dziś ocenia jako błąd to, że powyższy obraz nie trafił ostatecznie na okładkę „Laughing Stock”, lecz jedynie do boksu „After the Flood”.

Zawinił Mark Hollis. Początkowo zaakceptował pomysł ptaka z ptaków, później zażyczył sobie jednak drzewnej kontynuacji w dyskografii. Marsh przeorganizował więc ptasią ferajnę, osadzając ją na gałęziach.

Pierwowzór otwiera niniejszy wpis, końcowy rezultat znamy. Nawet się wam nie przyznam, ile lat zajęło mi zauważenie, w jakie kształty owe ptaki poukładał.

*

Marsh robił w życiu mnóstwo ciekawych rzeczy. Od logo dla Air Canada po 25 fontów. Dobrze widzieć, że tak długotrwała i doniosła relacja raczej przysłużyła się jego karierze niż ją pożarła, że miał życie po Talk Talk. A jednocześnie nie czuł potrzeby demonstracyjnego odcinania się od pnia, wspierał ich także pośmiertnie.

Z dwóch drzew Talk Talk sam grafik wyżej ceni to starsze. Ze względów osobistych, bo uznaje je za moment przejścia z artystycznej młodości w dojrzałość. I z powodów praktycznych, bo to właśnie reprodukcji „Fruit Tree” wciąż sprzedaje najwięcej. „I to chyba wiele mówi o tym, co fani TT lubią” – mówił w jednym z wywiadów.

*

Co przypomina mi o pewnym utalentowanym duecie, który przez całą swoją karierę wykazywał silne inspiracje Talk Talk, ale jak nikt inny potrafił je przetworzyć w coś bardzo własnego i nowego.

Zespół ten zaczął karierę od koweru, którym zachwycił brytyjskie media i wschodzącą niezależną wytwórnię One Little Indian. Zwrócił także uwagę pewnego menedżera, który po intensywnej dekadzie właśnie tracił zatrudnienie. Dogadali się, pracowali razem do połowy lat 90.

Menedżerem tym był oczywiście Keith Aspden, a kolejny singiel jego nowych podopiecznych nazywał się „Days in the Trees”.

*

Wiosna w 2009, 2010, 2011,20122013, 2014, 2015.

Fine.


Sceny niedopieszczone

Sceny niedopieszczone 13.03.2016 — 8 komentarzy

Lada moment wiosna, a my wciąż babrzemy się w ubiegłym roku. Trochę to absurdalne, ale co począć, skoro tyle muzyki, że życia brak. A ten nasz przegląd to i tak wąski wycinek krajobrazu. Spotkałem w Lublanie tureckiego promotora-wydawcę, weterana rynku nie tylko miejscowego, który z ciekawością obejrzał to nasze tureckie Top 40. Przy co czwartym laureacie rzucał: „O, pracowałem z nim!”. Reszty nie słyszał. Dopisałby drugą czterdziestkę.

*

Poza walorami muzycznymi te końcoworoczne maratony bihajpowe dostarczają mi frajdy innego jeszcze rodzaju, jaką jest obserwowanie reakcji lokalsów. A reagują bardzo różnie. Są przyzwyczajeni do posłuchu Szwedzi. Są trochę izolowani Francuzi, ale superlatywy z zagranicy ruszają ich niespecjalnie. Inaczej niż takich Japończyków. Mimo potężnej i samowystarczalnej sceny jakże cieszy ich każda wzmianka o lokalnej muzyce publikowana na łamach nieobrazkowych.

Wspomniana Turcja, Izrael czy nawet skandalicznie bogata muzycznie Brazylia – tylko wybiórczo obserwowana przez hiszpańskojęzyczne otoczenie – też zwykły doceniać zagraniczną uwagę, ale bez przesadnej ekscytacji. Prędzej z lekkim zdziwieniem. Z prawdziwym niedowierzaniem reagują kraje, które nazwałbym niedopieszczonymi. Czują się niedocenione, bo (słusznie) wydaje im się, że na uwagę zasługują, ale jej nie otrzymują. I te oczywiście lubię najbardziej.

*

Gdy opublikowaliśmy podsumowanie tajwańskie, prawie padł nam serwer. W statystykach okresu podsumowań obok potęg w rodzaju Japonii, Brazylii, Niemiec czy Korei Południowej wyraźnie zaznaczyła się Ukraina. I znacznie mniejsze kraje bałtyckie, Europa Środkowa czy Gruzja. A także Azja Południowo-Wschodnia, niektóre kraje Bliskiego Wschodu i ta część Afryki, której jeszcze nie zglobalizowali menedżerowie francuscy czy anglosascy.

I nie chodzi tylko o wielkie podsumowania, czasem wystarczy wzmianka. Jak umieszczenie piosenki mongolskiej wśród 149 innych, generujące setki lajków na profilu zespołu. (To skądinąd mój osobisty przebój 2015 roku). Albo spóźnione opisanie macedońskiego hitu eksportowego.

Wiele z tych scen zawsze kryło w sobie wielkie bogactwo, chociażby ze względu na położenie na skrzyżowaniu kultur. Inne nadrobiły w ostatnich latach. Przykład Islandii pokazał im, że nie liczba mieszkańców decyduje o jakości sceny. Podczas gdy nasz indyjski korespondent z trudem zebrał dziesięć piosenek, Łotwa wynotowała 20 solidnych albumów. Doskonale zdają sobie sprawę z tego, co mają do zaoferowania. I gdy świat wreszcie zauważy: Alleluja!

*

A gdzie w tym wszystkim Polska? Odnoszę wrażenie, że gdzieś w połowie drogi pomiędzy niedopieszczeniem małych a skandynawsko-francuskim przekonaniem, że się (odpowiednio) zasłużenie należy i że co oni tam wiedzą o tym, co u nas naprawdę dobre.

Na statystyki bihajpowe trudno się powoływać, bo zaburza je geneza serwisu. Przez nią rodzime kliki wciąż dzielnie konkurują z większymi tego świata. Ale zwróćmy uwagę na to, jak zareagowaliśmy na wysyp polskich akcentów w zagranicznych podsumowaniach 2015 roku. Jeszcze dziesięć, pięć, trzy lata temu ekstatycznie reagowaliśmy na każdą wzmiankę o polskim wykonawcy czy festiwalu. Na swój sposób cieszył nawet fatalny debiut Off Festivalu w NME i radosna relacja Pitchforka z Katowic. Ej no, przynajmniej nas zauważyli.

W rekordowym grudniu po raz pierwszy spotkałem się z marudzeniem. Legendarny Sasha Frere-Jones wynosi pod niebiosa Trupę Trupa? Przecież on zawsze miał zrypany gust. Cztery polskie płyty w zestawieniu The Quietus? Wiadomo, tam pracuje Polak, a nasze festiwale fundują im darmowe wakacje. Mgła i Riverside? Tanie chwyty pod niszową publiczkę.

To naturalne, że nas zauważają, i nawet przyjemne. Ale lepiej niech posłuchają Adama Struga.

***

A propos niedopieszczenia. Stały Szary Czytelnik słusznie mi zwrócił uwagę, że zaniedbuję bloga, choć niepotrzebnie. W ciągu pięciu skandalicznych tygodni od ostatniego wpisu nie było wieczoru, gdy nie chciałem przysiąść i napisać chociażby o powyższym. Ale właśnie nie było wieczoru.

I chodzi nie tyle o samego bihajpa, bo mimo czasochłonności jest on również wielką inspiracją do rozmyślań, gadania i pisania. Ale faktycznie, ostatnio w samym tylko serwisie spotkały się dwa duże przedsięwzięcia. Od września do stycznia intensywnie pracowaliśmy nad nową wersją strony, a raczej dwiema wersjami – mobilną i stacjonarną. (BTW: Jeśli ktoś szuka świetnych i niedrogich deweloperów – proszę o kontakt). A z nowym rokiem ruszył nasz best-ofowy maraton. Każdy kraj to przynajmniej kilka godzin pracy, czasem kilka dni. A to tylko hobby.

W „Polityce” od paru miesięcy pracuję nad czymś zupełnie nowym (i superowym!). Jak dawniej staram też regularnie pisać. Co miesiąc recenzuję dla „Zwierciadła”. Co kwartał nagram coś dla „Gazety Magnetofonowej” (w drugim numerze wywiad z Polakami z Australii i rozmowa o znakach muzyki). W nowym semestrze ruszą studia menedżerskie.

Strategie blogowe czy szerzej publicystyczne dzielą się dla mnie na dwa rodzaje: zajmować się tym, co interesuje czytelników albo zajmować się tym, co interesuje ciebie i spróbować zainteresować tym czytelników. Jako miłośnik tej drugiej opcji zapraszam więc do miejsc, w których jestem, gdy mnie nie ma tutaj. Jestem tam, gdzie według mnie jest teraz życie.

Ale i ja postaram się poprawić, żeby nie była taka ziemia niczyja.

Fine.

 


Gdybym organizował festiwal muzyczny

Gdybym organizował festiwal muzyczny 07.02.2016 — 11 komentarzy

Zgodnie z oczekiwaniami MENT Festival w słoweńskiej stolicy Lublanie okazał się lokalnym bihajpem. W stosunku do regionalnych talentów zjawiska anglosaskie – czy nawet francuskie i włoskie – były wyjątkiem, pewną egzotyką. A nie na odwrót, jak to zwykle bywa na festiwalach chociażby w Polsce.

W rezultacie żadnego koncertu nie żałuję. Nawet te słabsze były jakoś ciekawe. Ale dobre i świetne należały do większości, co znów nie zdarza się nigdy na festiwalach anglopolskich. Łatwo to wytłumaczyć: do Słowenii zjechały (potencjalnie) największe talenty lokalnych scen, bo  1-2 reprezentantów każdego z krajów – Austria, Białoruś, Bośnia i Herzegowina, Chorwacja, Dania, Estonia, Finlandia, Francja, Litwa, Luksemburg, Łotwa, Macedonia, Polska, Serbia, Słowacja, Słowenia, USA, Węgry, Wielka Brytania, Włochy – wybierano pewnie z 20-30 kandydatów. A reprezentację gospodarczy z setek.

Każdy kolejny z trzech festiwalowych dni stopniowo zagęszczał koncerty i piątkowej nocy komuna Metelkova zmuszała do wybierania nawet z czterech jednoczesnych koncertów. Więc do pięciu poniższych artystów, których po słoweńskich doświadczeniach bez wahania zaprosiłbym na festiwal, posiadłszy zdolność bilokacji zapewne dopisałbym drugie tyle.

5. Bebè na volè (Chorwacja)

bebe na vole

Gdy ktoś mnie pyta, jakiej muzyki słucham, odpowiadam, że nie słucham bluesa. W Lublanie z rosnącym zdumieniem słuchałem jednoosobowej bluesowej orkiestry pewnego chorwackiego brodacza, a razem ze mną fani noise’u, elektroniki i disco.

Charyzma i humor nieprawdopodobne, takiż kunszt, a nade wszystko umiejętność wykorzystania przewagi grania samemu ze sobą. Bo nawet najlepiej zgrane trio wokalno-gitarowo-perkusyjne nie będzie w stanie tak manipulować pulsem muzyki, rozciągać i ścieśniać ćwierćnuty, zaskakiwać publiczność w co drugim takcie.

Wymarzony bluesman na niebluesowy festiwal.

♪♫ Posłuchaj: „Why can’t you feel?

4. Super Besse (Białoruś)

super besse

Zaczynali grać przed garstką oddanych, a gdy tuż przed zakończeniem koncertu usiłowałem wydostać się spod sceny i przenieść budzącą się sąsiednią, z trudem przebiłem sie nie tylko przez dwukrotność pojemności klubu, ale jedyną na całym festiwalu kolejkę ludzi przed wejściem, którzy nie zdołali dostać wejściówki.

Bez wątpienia zżynają z legend postpunku i Davida Bowiego – w muzyce, w strojach, w zachowaniach. Bez wątpienia sporo kalkulacji w pozach nawiedzonego wokalisty/gitarzysty, zdystansowanego ironicznego klawiszowca i wyluzowanego basisty w hawajskiej koszuli. Bez wątpienia grają w kółko tę samą piosenkę. Nie szkodzi, a może nawet pomaga.

To znów nie moja bajka, ale intensywność występu, umiejętne balansowanie na granicy śmieszności i muzycznej, i scenicznej, no i sam język wystarczyły, by jarać się z resztą przepełnionej sali. Na otwartym polskim festiwalu natychmiast ściągnęliby ludzi spod sąsiednich scen, a może nawet odciągnęli od gastronomii.

♪♫ Posłuchaj: „Holod

3. Bernays Propaganda (Macedonia)

Bernays Propaganda

Największy sukces eksportowy znowu nie tak małej sceny macedońskiej z całego postpunkowego revivalu wyróżnia na pewno wokalistka Kristina Gorovska, podobnie jak jej towarzysze znacznie ostrzejsza na scenie niż w studiu.

Był to jeden z tych koncertów, które wydobywają z mocno osłuchanej i zużytej już muzyki coś świeżego. Przez stosowany język, melodie, bałkańską emocjonalność wykonawców. Ale też klimatyczne animacje historyczne, okołoradzieckie i jeszcze jakieś inne.

Zjednoczyli publiczność wszelkich upodobań, powinni się sprawdzić i u nas jako zrazu ciekawostka, z upływem taktów kapela na światowym poziomie, ale o lokalnym smaku.

♪♫ Posłuchaj: „Laži me, laži me

2. Pridjevi (Chorwacja)

Pridjevi

MENT zaprosił mnie do udziału w „ślepym odsłuchu” sześciu utworów, gdy bez znajomości wykonawcy czy nawet kraju pochodzenia mieliśmy wypowiadać się na temat zaprezentowanego utworu. Po odsłuchaniu jednego zupełnie szczerze powiedziałem, że to chyba moja ulubiona rzecz, jaką słyszałem w tym roku. I że może warto zaproponować się Quentinowi Tarantino.

Powiedziałem też coś bardzo głupiego, mianowicie że ze względu na język pewnie nie będą mieć wielkich szans na zachodzie. Ale niech języka nie zmieniają! Tymczasem potem okazało, chorwackie Pridjevi robi już małą karierę w Stanach.

Na żywo są bardziej Doorsowi niż Tarantinowi, fenomenalnie łączą psychodeliczny amerykański rock z Tuaregami i kambodżańską atmosferą. Koncertowy superpewniak.

♪♫ Posłuchaj koniecznie: „Ako je

1. Maarja Nuut (Estonia)

Maarja Nuut

Doświadczenie tak dalece wykraczające poza słowo „koncert”, że po zakończeniu poszedłem jej podziękować za „doświadczenie”. Skądinąd nie pamiętam, kiedy ostatnio czekałem po występie z poczuciem, że artyście zwyczajnie muszę się pokłonić, bo zajdzie niesprawiedliwość.

Maarja Nuut czasem więcej opowiada (stare estońskie bajania) niż śpiewa (stare estońskie melodie na nowo). I raczej zapętla swoje skrzypce, niż na nich gra. A w jej spektaklu tyleż dźwięków i słów, co ciszy i milczenia. Mimo tego, a może właśnie dlatego, przez godzinę siedzieliśmy wgapieni w jej niepozorną sylwetkę, szczególnie gdy przez długie minuty wirowała na drewnianym podeście, wybijając obcasem rytm.

Zobowiązałem się kupić 50 wejściówek na spektakl, jeśli ktoś zaprosi ją do Warszawy. I rozdać wszystkim znajomym i bliskim, bo każdy z nich przynajmniej raz w życiu powinien magii Maarji doświadczyć. Koniecznie w teatrze lub czymś w ten deseń. Za niewygórowane ceny biletów z góry dziękuję.

♪♫ Posłuchaj: „Hobusemäng

*

Wypada też wspomnieć o Cosovel oraz Fismollu. Oba bandy z Polski znakomicie odnalazły się na scenach słoweńskich, każdy na swój własny sposób.

Efektowna wizualnie i intensywna muzycznie, Cosovel jak ta syrena zdawała się obezwładniać wszystkich, którzy choć na sekundę zajrzeli do klubu. Zostawali do końca. A potem ją zaczepiali. Z kilkudziesięciu koncertów MENT na pewno był to jeden z tych, którego nawet sceptycy nie zapomną.

Fismoll odwrotnie: stopniowo zdobywał zaufanie swoją czteroakordową emocjonalnością, z piosenki na piosenkę wypełniając zupełnie sporą salę Kina Šiška aż do ścisku. Robi bardzo proste rzeczy, ale robi je bardzo dobrze. Może tylko sposób obsługi przerw warto byłoby podpatrzyć u Cosovel, bo lepiej powstrzymać ludzi od rozgadywania się, niż za każdym razem walczyć od nowa o uwagę.

A sam MENT w wielu elementach stanowiłby cenną inspirację dla festiwali nie tylko w naszej części Europy. Na przykład wizualną spójnością – patrz oświetlenie sceniczne korespondujące z zielono-niebiesko-czerwoną kolorystyką festiwalu. Albo umiejętnością wkomponowania festiwalu w miejsca miasta, czyli wspomniane Kino Šiška i postsquat Metelkova.

Gdybym więc organizował festiwal muzyczny, pewnie zamiast wiele główkować poprosiłbym MENT o franczyzę i zrobił całościowe kopiuj-wklej. Najchętniej od razu z Lublany starym miastem i widokiem na Tatry.

Slovenia