RSS

Tom Waits – Bad As Me

19.12.2011 | 4 odpowiedzi

Tom Waits - Bad As Me (Anti)

 

Plan był prosty: „Wejść. Wyjść. Żadnych ceregieli”. Posiadacz najbardziej zachrypniętego głosu na zachód od flamenco nawet nie próbuje udawać, że nad swoim nowym dziełem pracował aż siedem lat – bo tyle czasu upłynęło, odkąd Tom Waits wydał swój poprzedni album studyjne. „Bad As Me” to dzieło zwięzłe, dosadne i szalenie charyzmatyczne. Niezależnie od tego, czy snuje właśnie nad fortepianem smętną balladę, piekli się przy akompaniamencie dęciaków, cytuje starą szkocką melodię albo próbuje śpiewać falsetem – Waits jest w życiowej formie.

62-letniego pieśniarza tradycyjnie dopingowała i wydatnie wspierała żona Kathleen Brennan. To ona postanowiła, że na płytę trafi 12 krótkich, trzyminutowych piosenek – choć ostatecznie jest ich o jedną więcej i trwają dokładnie 44 minuty i 44 sekundy. To Kathleen wymusiła na mężu, by niektóre ze swoich partii wokalnych dopracował, bo dla Waitsa śpiewanie do mikrofonu niczym nie różni się od nucenia pod nosem w samochodzie. To żona wreszcie podsunęła mu pomysł – „Kochasz jego muzykę, on kocha twoją i obaj mieszkanie w Nowym Jorku, więc co stoi na przeszkodzie?” – by oprócz kilkunastu innych muzyków zaprosić do studia także Keitha Richardsa. Legendarny gitarzysta The Rolling Stones miał przytargać na nagrania „około 600 gitar”. Zagrał ostatecznie w czterech utworach, a w rzewnym „Last Leaf” nawet zaśpiewał w duecie z gospodarzem o efektach starzenia.

Stonesom Waits dedykuje ponadto utwór „Satisfied”. W tej płomiennej odpowiedzi na wielki przebój „Satisfaction” zwraca się wprost do Micka Jaggera i Richardsa, dosłownie wypluwając z siebie litanię człowieka już usatysfakcjonowanego lub satysfakcji bliskiego. Jak przystało na człowieka, który właśnie nagrywa swoją siedemnastą płytę – i jedną z najlepszych.

gościnnie „Bluszcz”

.

Fine.

Kate Bush – 50 Words for Snow

19.12.2011 | 1 odpowiedź

Kate Bush – 50 Words for Snow (Fish People)

 

I grzeje, i ziębi

To był dobry rok dla weteranów. Wspaniałe płyty wyśpiewali nam 70-letni Paul Simon i niewiele młodszy Tom Waits. Debiutująca kilka lat po nim Björk pod przykrywką futurystycznych gadżetów ukryła jedne z lepszych melodii w swoim dorobku. Ale tuż przed zamknięciem rocznych podsumowań prosto na podia wskakuje Kate Bush.

W towarzyszących jej nowej płycie zimowych porównaniach nie chodzi jedynie o mroźną okładkę, poszukiwania yeti w singlowym „Wild Man” czy zapowiadaną w tytule recytację pięćdziesięciu różnych określeń śniegu, z których część – jak „spangladasha” – wymyśliła sama artystka. Zatrudnienie własnego syna Alberta w roli śnieżynki, opowieść o namiętnym bałwanie, którego libido rozgrzało tak bardzo, że skończył w kałuży, albo historia psa o imieniu Płatek Śniegu – to również zaledwie pokrywa muzycznego lodowca, jakim jest „50 Words for Snow”.

Na wydanym przed sześciu laty dwupłytowym „Aerial” Bush pomieściła kilka stylistyk, kilkanaście instrumentów – od akordeonu przez didgeridoo po śpiew ptaków – oraz 23 utwory. Na zawartość „50 Words for Snow” składa się raptem siedem piosenek w wykonaniu czterech do pięciu osób. Fortepian i wokal na pierwszym planie, w tle nagminnie próżnujące bębny, miękki bas, sporadycznie gitara, klawisze i smyczki. Tylko tyle Bush potrzebowała, by nagrać najpiękniejszy album w swojej karierze.

Minimalizm objął także kompozycję. Otwierające „Snowflake” to w zasadzie jeden motyw pianina zapętlony na dziesięć minut. Pozostałe utwory też dałoby się streścić w paru taktach. Gdy więc w ten ascetyczny krajobraz wkracza czuły szept Bush, to słuchającemu każdorazowo grozi powtórzenie losu bałwana. Bodaj całą dostępną sobie paletę wokalną artystka prezentuje w zjawiskowym, trwającym blisko kwadrans „Misty”. Krzykiem w „Snowed in at Wheeler Street” wyznaje Eltonowi Johnowi, że czekała na niego całą wieczność (z wzajemnością). I znów sam jej głos wystarcza do tego, by lodowcowy krajobraz rysowany ascetycznymi aranżacjami ocieplić i wypełnić – powiedzmy to głośno – miłością.

„Przekrój”

.

Fine.

Oneohtrix Point Never – Replica

18.12.2011 | Skomentuj

Oneohtrix Point Never – Replica (Software/Mexican Summer)

 

Najbardziej przereklamowana płyta 2011 roku

W kopiowanie i wklejanie strzępów telewizyjnych spotów z lat 80. trzeba uwierzyć. Materiał genetyczny swojej nowej płyty Daniel Lopatin przekuł bowiem w kompozycje na tyle spójne i „poważne”, by zasłużyć na skojarzenia ze słynną magazynową odkrywką DJ Shadowa sprzed półtorej dekady.

„Replica” dzieli swoje 40 minut pomiędzy wytrawny, ciepło zabarwiony ambient a plądrofoniczne łamańce na czele ze znakomitym „Sleep Dealer”. W tych drugich ujawnia się nowa pasja producenta z Brooklynu: tropienie melodii w zwykłych ludzkich konwersacjach. Cały longplay niejako streszcza się w schizofrenicznym „Nassau”, które samo w sobie rozdarte jest pomiędzy gębową kotłowaniną („odgłosy satysfakcji po wypiciu jakiegoś napoju”) a stoickim pulsem dwóch akordów. Co zaskakujące, ta jawnie retrospektywna płyta, której geneza sięga jeszcze „Come Out” Steve’a Reicha, w całym dorobku Lopatina wydaje się tą najmniej retro.

„Machina”

.

Fine.

Paweł Mykietyn – Pasja wg św. Marka

11.12.2011 | 2 odpowiedzi

Paweł Mykietyn – Pasja wg św. Marka (NiNA)

 

Pisał ją na prymitywnym syntezatorze Casio, który sprawił sobie jeszcze w latach 90. Już na scenie posłużył się śpiewającym po hebrajsku chórem, nieskrępowanym sopranem Urszuli Kryger (w roli Chrystusa) i suchymi recytacjami Macieja Stuhra (Piłat). Sonorystyczne ukłucia smyczków zestawił z miękkim zawodzeniem saksofonów (orkiestra kameralna Aukso pod kierownictwem Marka Mosia), hardrockowe gitary ze szmerem cykad, przepiękne fragmenty tonalne z dwuznacznym postękiwaniem. A jakby tego było mało, odwrócił też bieg Chrystusowej męki: rozpoczyna od samotności na krzyżu, a kończy w tłumie wyczekującym pocałunku Judasza.

Zaprezentowana trzy lata temu na festiwalu Wratislavia Cantans „Pasja wg św. Marka” to dzieło kluczowe dla polskiej muzyki partyturowej ostatniej dekady, ale także dla samego Mykietyna. W niej skumulowały się studia mikrotonowe i postmodernistyczne ciągoty kompozytora. Wraz z nią rozpoczęła się również jego fascynacja wielkimi formami muzycznymi – potem była jeszcze symfonia „Vivo XXX” oraz tegoroczna „III Symfonia na alt i orkiestrę”. Półtorej godziny muzyki niewygodnej, ale koniecznej.

„Przekrój”

.

Fine.

Ben Frost & Daníel Bjarnason – Sólaris

10.12.2011 | Skomentuj

Ben Frost & Daníel Bjarnason – Sólaris
(Bedroom Community)

 

Islandzka ścieżka dźwiękowa do rosyjskiego filmu nakręconego na podstawie polskiej książki

Kuratorskie zapędy festiwalu Unsound obrodziły w 2010 roku alternatywną ścieżką dźwiękową do „Solaris” Andrieja Tarkowskiego. Misji naprawiania przeszłości podjęła się para Islandczyków: Daníel Bjarnason (rodowity) oraz Ben Frost (udawany). „U Tarkowskiego słychać typowe muzyczne science fiction – tłumaczył mi swoje rozczarowanie oryginałem Frost. – Mnie interesuje kosmos wewnętrzny, a nie próżnia wokół”.

Orkiestrową partyturę duet montował drogą wspólnej improwizacji połączonej z kontemplowaniem wyciszonego „Solaris”. Wykonała ją – także na potrzeby niniejszej płyty – Sinfonietta Cracovia. Materiał okazuje się wystarczająco autonomiczny dla nośnika. A zarazem nie wykracza poza granice filharmonicznego ambientu nakrapianego elektroniką i miękkimi dysonansami. W kontekście niedawnego debiutu Bjarnasona rzecz bardzo zachowawcza, ale dla Frosta być może początek ciekawszej części kariery.

„Machina”

.

Fine.

Keith Jarret – Rio

02.12.2011 | Skomentuj

Keith Jarrett „Rio” (ECM)

 

Słodki, radosny, ciepły Keith Jarrett wraca do życia i słonecznej Brazylii

W poprzednim odcinku po 30 latach małżeństwa Keitha Jarretta rzuciła żona. W akcie zemsty pianista rozważał rozstanie z muzyką – po 40 latach w związku – a cały dramat dokumentował zalany łzami trzypłytowy album „Testament”. Jego tytuł proroczym się nie okazał, bo oto po dwóch latach ukazuje się słoneczne „Rio”. Jarret wraca do radości z grania, a także do Brazylii, której nie odwiedzał przez całe dwie dekady.

Słodki, radosny, ciepły, energetyczny – tak zarejestrowany w kwietniu koncert wspomina sam winowajca. Piętnaście krótkich (5-7 minut), w pełni improwizowanych utworów zahacza o jazz, swing, blues, klasykę, pozór popu i latino. Durową muzykę dopełniają dzikie owacje brazylijskiej publiczności – jakże miła odmiana po entuzjazmie w wydaniu europejskim. W efekcie „Rio” wypada uznać za najbardziej optymistyczny rozdział w solowym dorobku Jarretta. Skąd to wszystko? Proste: podobno inspiruje go już nowa muza.

„Machina”

.

Fine.

Wilco – The Whole Love & Coldplay – Mylo Xyloto

17.11.2011 | 1 odpowiedź

Wilco „The Whole Love”, Epitaph

 

Coldplay „Mylo Xyloto”, EMI

 

Wilco dorasta. Coldplay tylko rośnie

Swoistą cezurą pokoleniową wśród melomanów staje się fakt pamiętania bądź niepamiętania czasów, gdy Coldplay pisało dobre piosenki. Podobnie rzecz ma się w przypadku Wilco: wystarczy „dobre” zamienić na „cokolwiek wnoszące do muzyki”. Obie grupy inaugurowały ubiegłą dekadę płytami kluczowymi odpowiednio dla akustycznego popu i alternatywy, by następnie obrać Potem obrały azymut na muzykę dużą – masywnie brzmiącą i w masy wycelowaną – w przypadku Coldplay oraz muzykę dojrzałą, ale zarazem stateczną, bezpieczną i często nudną, jaką od kilku lat produkują Amerykanie.

Przesadzone okazały się obiecujące zapowiedzi Jeffa Tweedy’ego, jakoby nowa płyta Wilco „The Whole Love” miała odstraszyć wielu sympatyków grupy. Pionierski duch sekstetu objawia się tylko w otwierającym „Art of Almost”. Później muzycy rozsiadają się wygodnie w stylistyce, którą anglosascy krytycy zwykli określać mianem „dad rock”: eleganckie melodie, klasyczne riffy i proste harmonie w anturażu na przemian akustycznym i elektrycznym. Po trzeciej takiej płycie wyraźnie widać, że Tweediemu wygodnie z tym, co ma.

Głód wielkości wciąż pogłębia się za to u Chrisa Martina. Nie wystarczyły hymniczne zaśpiewy, ściany syntezatorów i bombastyczna produkcja coraz bardziej skłóconego wewnętrznie Briana Eno. Ego piątego w dorobku Coldplay albumu „Mylo Xyloto” nadyma gościnna wizyta Rihanny oraz przypowieść o tytułowych Mylo i Xyloto, którzy trafiają do jednego gangu, by odkryć w nim smak miłości, a przy okazji wynieść Coldplay na sam szczyt Billboardu. (Znamienne: Wyspiarze zastąpili na nim swoją rodaczkę Adele). Chwytliwe melodie? Bez liku. Nośne refreny? Nie mniej, niż tych irytujących. Słuchać? Jak to ze stadionową muzyką bywa: najlepiej na stadionie.

„Przekrój”

.

Fine.

Laura & Lisa

15.11.2011 | Skomentuj

Laura Marling – A Creature I Don’t Know (Virgin)

 

Lisa Hannigan – Passenger (Hoop)

 

Nadzieja młodego brytyjskiego folku – mówią o Laurze Marling jej rodacy. Dojrzałego głosu, odpowiednich inspiracji – bardziej Donovan i Nick Drake niż Bob Dylan – i charyzmy 21-letniej pieśniarki dopełnia swoboda sceniczna, płodność oraz uniwersalna tematyka tekstów, bo inspiracje Marling czerpie raczej z bajek, baśni i kryminałów niż własnej codzienności. Czy skrywa za nimi samą siebie? O to samo nasi rodzice pytaliby Donovana czy Drake’a, gdyby dorastali na zachód od Muru Berlińskiego.

Tutaj jednak kończą się porównania z herosami wyspiarskiego songwritingu. Głosowi Marling wciąż bowiem nie dostają jej piosenki. Ubiegłoroczne „I Speak Because I Can” było nierówne, lecz przynajmniej chwilami ocierało się o fenomen. Trzeci album Angielki prezentuje poziom równy, tyle że niewysoki. Wrażenie to potęguje stare jak country instrumentarium (odchylenia aranżacyjne nie wykraczają poza banjo czy trąbkę) i jednorodny strój gitary Marling (dla zainteresowanych: DGDGBD).

Młodsza o rok i jeden album studyjny Lisa Hannigan dysponuje też skromniejszym talentem wykonawczym. Gdy jednak przychodzi do układania nut, była chórzystka Damiena Rice’a wykazuje się znacznie większą intuicją. Słodycz melodii i głosu Irlandki podkreślają smyczki, nośne refreny i atmosfera niezobowiązującego kameralnego muzykowania. Bez wielkich ambicji, ale też bez patosu. Co ciekawe, atuty Hannigan dostrzegli także Brytyjczycy, którzy dwa lata temu nominowali ją do nagrody Mercury za debiutancką płytę „Sea Sew”. Może czas zmienić adresatkę owej nadziei?

„Przekrój”

.

Fine.

Brazylia

11.11.2011 | 3 odpowiedzi

Z Brazylii dotarły do mnie w tym roku dwie świetne płyty: klasyczne pieśniarsko „Toque Dela” wywodzącego się z Los Hermanos (ha!) i pięknego Rio pieśniarza Marcelo Camelo oraz nielosowo eklektyczne „Nó na Orelha” niejakiego Criolo z São Paulo. Criolo przez 20 lat rapował, by w końcu zaśpiewać. Parę zdań ode mnie, a muzyka od niego - link do płyty pod klipem.

.

Fine.

Polska niepodległa

05.11.2011 | 1 odpowiedź

.
Modom, stylom, ni oczekiwaniom rynkowym

„Praca z samplerem przypomina mi malowanie obrazów: spekulacje barwne, szlifowanie kształtów, mozolne budowanie kompozycji poprzez niekończące się dodawanie, eliminowanie i «przesuwanie» pojawiających się form” – mówił mi Michał Jacaszek kilka miesięcy temu, zapowiadając niejako swoją najbardziej malowniczą płytę. Prapremierę „Glimmer” w krakowskiej synagodze Tempel (na finał festiwalu Unsound) zestawiono z dziełami H. M. Góreckiego i Arvo Pärta. Ryzykowne? Piekielnie, lecz dzięki temu gdański producent pokazał, że bliżej mu do kameralistyki niż elektroniki. Na „Glimmer” Jacaszkowych spekulacji ambientowych dopełniają żywe partie klarnetu basowego, klawesynu oraz metalofonu, czyli indonezyjskiego pierwowzoru wibrafonu.

Pogranicza stylów zagospodarowuje także Michał Zygmunt, mimo że jest człowiekiem jednego instrumentu – gitary akustycznej. Na jego trzeciej płycie „Muzyki” istotnie mamy do czynienia z muzyką w liczbie mnogiej. Folklor polski wrocławianin łączy z flamenco, amerykańskim bluesem, country i łagodnym jazzem. W „Wesolaka” wplótł reggae. Dyskretnie asystuje mu szwajcarski perkusista Roli Mossimann, odpowiadający także za miks oraz drobne manipulacje studyjne (niespodziewany futuryzm w „Na Kujawach pięknie grają”). Tematy autorskie Zygmunt przeplata ludowymi, a staropolskiego nastroju dopełniają akordeonowe przerywniki Zdzisława Jamborskiego i czarno-białe fotografie, w które Zygmunt swoje „Muzyki” opakował.

Z tradycji ukraińskiej z kolei niezmiennie czerpie lwowsko-poznańsko-krakowskie trio DagaDana. A także z wszystkiego, co mieści się pomiędzy poezją śpiewaną, wokalistyką jazzową oraz klasyką i znajduje w zasięgu pianina elektrycznego, kontrabasu, laptopa, pary głosów żeńskich i sporadycznie męskiego. Drugie w dorobku DagaDany „Dlaczego nie” ucieszy tych, dla których surowa słowiańszczyzna jest zbyt… surowa. Podparta programowanym bitem, klawiszami i egzotycznymi dygresjami, ociera się wprawdzie miejscami o kicz, ale zyskuje na przystępności i przebojowości.

Pomysłu na siebie szuka dopiero wrocławski duet Sinusoidal. Za aranże – elektroniczne, zapatrzone w klasyczny trip-hop i down tempo – odpowiada didżej i producent Michał Siwak. Za wokale – zazwyczaj błądzą rozkosznie w wysokich rejestrach – Adrianna Strycz znana posiadaczom telewizorów z programu X-Factor. Na debiutanckim „Out of the Wall” więcej z muzyki czerpią niż do niej wnoszą, ale płyta powinna przypaść do gustu fanom Lamb, Anji Garbarek lub czeskiego Ecstasy of Saint Theresa. A otwierającemu „Hope” czy chwytliwemu „Free” wieszczę karierę na playlistach klubowych chill-out roomów.

Jeśli eklektyzm ma być dominującym gatunkiem XXI wieku, to Polska ma już godnego reprezentanta. Wokalistka Asja i gitarzysta Karol Czajkowski, którzy stanowią trzon stołecznego kwartetu Neurasja, swoje horyzonty muzyczne poszerzają od lat w etno-jazzowej grupie Alamut. Na „Neurasji” z niespotykaną gracją zestawiają polszczyznę (język) i słowiańskość (melodie) wokalu z muzyką świata: rockiem („Idę”), bluesem („Korale”) czy reggae („Jestem Zelig”), choć najpiękniej Asja brzmi a capella (otwierające „Małymi krokami”). Nieskazitelne brzmienie płyty i mądre aranżacje, które swobodnie lawirują pomiędzy akustycznym a elektrycznym, to osobne atuty tego dojrzałego debiutu.

Ze stylistycznej karuzeli bezpiecznie sprowadzi nas Coldair, poboczny projekt Tobiasza Bilińskiego z grupy z Kyst, czyli anglosaskie pieśniarstwo w mało polskim wydaniu. Biliński utrzymuje, że wciąż czuje się „jak dziecko w piaskownicy songwritingu”. Drugie w jego w solowym dorobku „Far South” od ubiegłorocznego „Persephone” oddziela jednak jakościowa przepaść – chociaż płytę miał zarejestrować w pokoju współlokatorki Aliny. Klamrą dwóch dłuższych kompozycji Biliński zamknął pół tuzina zwartych piosenek. Wszechobecnym gitarom towarzyszy tylko wokal i pogłos, a okazyjnie trąbka i perkusja, którą Biliński osobiście obsłużył. Dla niego to podobno psychoanalityczna rozprawa z burzliwym rokiem. Dla nas – zasłużone pół godziny jednoznaczności.
.

Coldair „Far South”, Antena Krzyku
DagaDana „Dlaczego Nie”, Agora
Jacaszek „Glimmer”, Gusstaff
Michał Zygmunt „Muzyki”, Port Bankok
Neurasja „Neurasja”, Unzipped Fly
Sinusoidal „Out of the Wall”, Luna

„Przekrój”

.

Fine.