Shugo Tokumaru – Port Entropy

06.09.2010 | Skomentuj

.

Shugo Tokumaru – Port Entropy (P-Vine)

Shugo Tokumaru to japoński Sufjan Stevens. Czempion tamtejszego indie-pieśniarstwa małego kalibru, indywidualista rozkochany w lekkich melodiach, zagęszczonym wysokoherzowym instrumentarium (dzwonki, cymbałki, fleciki, dzbanki, banjo, etc.), w cwałującej pokojowej perkusji, rysunkowych okładkach i naiwnych animacjach – ot, szczerozłote wieczne dziecię.

W istocie premiera czwartego albumu Tokumaru zeszła się z jego trzydziestymi urodzinami. Poprzednie „Exit” z 2007 roku w Japonii uznawane jest za szczytowy produkcyjno-songwriterski wyczyn ostatniej dekady. Przysłużył się temu spory sukces komercyjny (wszystkie koncerty wyprzedaje), zainteresowanie mainstreamowych mediów (Tokumaru współpracuje z NHK, japońskim odpowiednikiem BBC), przebicie się z ambitnym longplayem do świadomości pokolenia tracków i wreszcie udana trasa po Europie.

A to wszystko w sytuacji, gdy wśród jego rodaków zainteresowanie indie – także zagranicznym – topnieje, gdy jen na dobre odwrócił się od ambicji muzycznych, które w latach 90. po prostu się opłacały. Dla sukcesu eksportowego Tokumaru nie musiał z kolei porzucać ojczystego języka. Jeśli męczy was debata pt. „Po polsku czy po angielsku?”, to pocieszę was: w Japonii analogiczna dyskusja toczy się od lat 60. Na razie doszli do tego, że śpiewanie w obcym języku nie jest „mniej szczere” niż wierność mowie ojczystej, czego i nam życzę.

Nie opuszczając sypialni, epickim „Exit” Tokumaru wyznaczał młodym pieśniarzom nowe standardy kompozycji i brzmienia, łączył chwytliwe z ambitnym, pogodne z melancholijnym. Gdy nastolatki pląsały przy „Parachutes”, studenci pisali dysertacje godne laurek wystawianych Radiohead. Płytą „Port Entropy” Tokumaru wraca do portu, że leniwie zasugeruję się tytułem. Melodie ubiera oszczędnie, unika ostentacyjnych emocji i rozbuchanych refrenów, porzuca monumentalizm i wielki koncept na rzecz detalu i zwykłości. Tak jakby po „Illinois” Sufjan miał nagrać coś w stylu „Seven Swans”, tyle że na lepszy mikrofon. Zresztą – kto wie?

Linki:
Shugo Tokumaru – Lahaha (z albumu „Port Entropy”)
Shugo Tokumaru – Parachute (z albumu „Exit”)
Oficjalna wizytówka „Port Entropy” (obraz i dźwięk)
MySpace.com/shugotokumaru

Przy okazji:
Moja antyrelacja z Tokio

Podobno nie ma już indie

19.07.2010 | Skomentuj

Kumka Olik – Podobno nie ma już Francji
Pavement – Quarantine the Past
Herbie Hancock – The Imagine Project
Zbigniew Seifert Quartet – Nora

Fine.

How I Got Over Thank Me Later

30.06.2010 | 2 odpowiedzi

Drake – Thank Me Later (Cash Money)

The Roots – How I Got Over (Def Jam)

Dziewiąty album grupy, która jest starsza niż część czytelników tego bloga i szeroko dyskutowany debiut rówieśnika owej ekipy, rozchodzący się w ilościach porównywalnych tylko z początkiem dekady – ewentualnie przedwigilijnymi wyczynami Susan Boyle. To nie z przekory zestawiam ze sobą weteranów hip-hopu z 23-letnim bożyszczem sezonu – po prostu ich płyty równocześnie wpadły mi w ręce.

Na Drake’a – młodego, z wyobraźnią i gwarancją sukcesu po ubiegłorocznym mixtapie – stawiałem przy pierwszym zetknięciu. Po trzecim przesłuchaniu „Thank Me Later” zmęczyłem się głównym bohaterem (nawet oddani Drake’owi przyznają, że nie jest ani dobrym wokalistą, ani wybitnym raperem). Po piątym – sztuczną produkcją 40 i Kanyego Westa (choć dla niektórych brzmi ona „klasycznie”). Po siódmym – nawet gośćmi. Jay-Z, Lil’ Wayne, T.I., Nicki Minaj, Young Jeezy, The-Dream wyglądają obok siebie imponująco, ale cokolwiek istotnego wnosi tylko ten ostatni – mianowicie ładny falset, przy którym nie trzeba było klikać. Teksty mnie nie ubogaciły, a w partiach dotyczących uciążliwości sławy i kobiet – zażenowały.

Dla odmiany „How I Got Over” The Roots – zachowawczy rytm, podparty pianinem, akustycznymi samplami lub klawiszem sprzed epoki – z przesłuchania na przesłuchanie brzmi szlachetniej. Groove w hierarchii filadelfijczyków stoi ponad soundem, a śpiewane refreny mimo radiowej chwytliwości pozostają refrenami hip-hopowymi (Drake woli wskakiwać w r&b i boysbandowy pop). Lata doświadczeń przekładają się na mistrzowskie prowadzenie słuchacza przez cały album – a nie odzyskiwanie jego uwagi punktowymi hookami.

Zalatuje skansenem? Tylko na ekranie, bo szacunek dla korzeni nie odebrał The Roots ani odwagi (weźmy bezkompromisowe, pozbawione wzmacniaczy smaku „Web 20/20″), ani świeżości, ani orientacji w świecie, czego dowodzi wizyta Joanny Newsom, symboliczna obecność wariatów z Dirty Projectors i całej czwórki z Monsters of Folk. A całość przykryta parasolem tej ciągle zapominanej prawdy, że (szczególnie) w hip-hopie równie ważna, jak dźwięki, jest przestrzeń między nimi.

(Czy mnie się zdaje, czy w ostatnich miesiącach obok elektroniki to hip-hop z przyległościami wciąga najbardziej? Bo jeszcze Freeway & Jake-One, Ty, Akala, na krótszą metę Die Antwoord i Dan le Sac vs Scroobious Pip, a ostatnio mroczny Giggs i długo wyczekiwane Reflection Eternal).


Fine.

Wiązka elektroniczna

16.06.2010 | 3 odpowiedzi

Pan Sonic – Gravitoni (Blast First Petite)

Kto przegapił oszczędny komunikat pod koniec ubiegłego roku i tak wyczułby to podczas słuchania „Gravitoni” (synteza tego, co fiński duet wydawał przez ostatnie 15 lat), czytania (ostatni utwór nosi tytuł „Pan Finale”) i oglądania (pogodna okładka): Ilpo Väisänen i Mika Vainio postanowili się rozstać.

„Katodivaihe” z 2007 roku mieniło się pomysłami, a przy okazji nadwyrężało słuch ekstremalnymi częstotliwościami. „Gravitoni” brzmieniową wyrazistość opiera na metodach już sprawdzonych, jak podkręcony do granic bas albo rozszczepiony stereofonicznie elektroniczny przester z lekkim przesunięciem czasowym – efekt „wow” gwarantowany.

Trudno utrzymać równowagę, gdy słuch przyzwyczai się już do tego produkcyjnego blichtru. Bo kompozycyjnie „Gravitoni” to zamęczane ostatnio przez wszystkie warstwy muzycznej populacji proste kopiuj/wklej, od którego zdolni elektroniczni – patrz Flying Lotus, że nie wspomnę o Autechre, które wie to od kilkunastu lat – muszą uciec, w przeciwnym wypadku zje ich indie-amatorka z laptopami.

Swoje requiem Vainio i Väisänen otwierają znakomitym „Voltos Bolt„. Ale potem napięcie już tylko opada – ciekawe „Wanyugo”, poprawne „Fermi”, i tak dalej. Przy pierwszym tąpnięciu „Hades” serce staje z wrażenia; po pięciu minutach tętno zwalnia z innego powodu. Gdybym przesłuchał płytę raz i odpowiednio głośno, to pogratulowałbym im puenty kariery. Po tygodniach obcowania z „Gravitoni” nie dziwię się, że płycie nie towarzyszy pożegnalna trasa koncertowa.

Pan Sonic nie ma chyba fanowskiego betonu, więc odważę się powiedzieć: dobrze się stało, że panowie się rozejdą i skupią się na własnych projektach. Szczególnie hiperaktywny Mika Vainio, który jako solista jeszcze nie zawiódł.

Frank Bretschneider – EXP (Raster-Noton)

Powierzenie słuchawkom (Koss Porta Pro coraz mniej kosztuje – od ośmiu lat niezmiennie polecam) nowej płyty niemieckiego badacza szumów i trzasków byłoby największym przeżyciem audialnym ostatniego tygodnia, gdyby nie jakże trafnie zatytułowane „Oh” (patrz niżej).

Muzycznie staruszek Bretschneider nie bawi się w w melodie, budowanie napięcia, urozmaicanie struktury kompozycji i temu podobne fanaberie mas, których i tak nie przepuściłyby filtry Raster-Noton. Skupia się wyłącznie na rytmie i jego manifestacjach, aczkolwiek z parkietem rzecz też nie ma nic wspólnego (inaczej niż choćby na „Rhythm” sprzed trzech lat). Bretschneider przypomina mi w tym snd, kolegów z (własnej poniekąd) wytwórni.

I podobnie jak to było w przypadku ubiegłorocznego „Atavism” snd, radykalizm Bretschneidera dziwnie uspokaja, zdejmując z uszu obowiązek śledzenia kilku wątków jednocześnie. Minimalistyczny elektroniczny pływ, a do tego jakże szlachetny.

Oval – Oh EP (Thrill Jockey)

Stuprocentowo elektroniczna, stuprocentowo akustyczna? – Markus Popp wynurzył się po dziesięciu latach i znów trzeba będzie wymyślać dla niego nowe terminy. To ledwie 25-minutowa EP-ka zapowiadająca podwójny album „O”, a już wiadomo, że Oval budzi się z hibernacji z nowymi umiejętnościami i (znów) oryginalnym pomysłem na muzykę.

Te ptaki z okładki już gościły już na tym blogu. To wskazówka: Popp rzępoli na gitarze w dosyć losowy sposób, podobnie przypadkowo nagrane (zaprogramowane?) wydają się bębny oraz niezobowiązujące, ale wprowadzające dyskretną harmonię wstawki syntezatorów. Niemiec tnie to i z powrotem zlepia, osiągając kontrolowany nieporządek: pozornie wyrwana z rytmu, chaotyczna mieszanka, w istocie piękny w swoim umiarze i skupieniu dialog pojedynczych dźwięków. Tylko otwierające „Hey” przypomina kompletny utwór, reszta to jedno-dwuminutowe próbki.

Zamiast nadrabiać stracony czas i ścigać z zastępami laptopowców, Oval brzmieniowo cofa się do prostej akustyki,  jako kompozytor Popp wybiera intuicję i improwizację. Na przekór dostępnym ułatwieniom, podobno specjalnie korzystał ze starego peceta i archaicznego oprogramowania, tak by technologia nie odciągała go od „żywej” muzyki. Co usłyszymy na longplayu? Nie sposób przewidzieć i to właśnie napawa mnie nadzieją.

Manual  – Drowned In Light (Make Mine Music)

Jonasa Munka też straciłem z oczu na dziesięć lat, ale z własnej winy. „Until Tomorrow” w 2001 roku brzmiało niezwykle świeżo, otwarło mnie na cały katalog Morr Music i sam sobie nie potrafię wytłumaczyć, czemu przegapiłem późniejsze premiery Manual. I w tym momencie to ja muszę zapytać: czy Munkiem coś niedobrego stało się teraz, czy z płyty na płytę dryfował ku muzyce tła?

Najwięcej, na co Munka stać, to podrabianie M83: konkretnie myślę tu o „Afterimages„, które o kilka tygodni wyprzedzało cały album i mimo niedzisiejszego, dusznego klimatu przychylnie nastawiało do „Drowned in Light”. Dalej mamy już nijaki chill-out, chwilami („Phainomenon”) zahaczający o muzykę relaksacyjną typu new age. Albo próby wskrzeszania brzmienia 4AD bez zadbania o materiał, który by do niego przystawał. Jakby autor zapomniał, że jeśli słuchacz ma przy jego muzyce odpocząć, to wcześniej on powinien się nieco natrudzić.

Oneohtrix Point Never – Returnal (Editions Mego)

Ubiegłoroczne „Rifts” na szczyty podziemnych podsumowań wyniosła różnorodność – w końcu zbierało materiał, który Daniel Lopatin tworzył przez lata i to jeszcze na etapie szukania siebie. Najwyraźniej odnalazł, bo wyłączając hałaśliwe intro i żegnającą słuchacza gmatwaninę rytmów „Returnal” jest bodaj najbardziej jednolitą brzmieniowo płytą, z jaką spotkałem się w tym roku.

Ciepłe syntezatorowe tła, harmonizer jako główny efekt, kolorystycznie przyjazny kosmos jak z soundtracków Vangelisa i umiłowanie oczywistej sztuczności jak w klasycznych płytach Tangerine Dream przy jednoczesnym zachowaniu ogólnej ciepłoty brzmienia. „Rifts” było długie (dwie płyty) i trochę męczyło skokami stylistycznymi, ale dzięki niemu za jednym zamachem zwiedzaliśmy pół galaktyki. „Returnal” zatrzymuje nas na jednej planecie  – przyjaznej człowiekowi, ale od jakiegoś czasu doskonale ludzkości znanej.

***

Powinna się tutaj pojawić jeszcze wzmianka o „Splazsh” Actress, obsadzona pięcioma drzewkami i kilkoma entuzjastycznymi zdaniami, ale zużyłem je w tekście do lipcowej „Machiny”. Rzecz dla mnie lepsza niż (świetne przecież) „Hazyville”, choć dyskusja na ten temat zapewne wybuchnie tuż po tym, jak zgaśnie spór o wyższość/niższość „Cosmogrammy” nad „Los Angeles”. Dla mnie sprawa w obu przypadkach jest jasna, ale może znów chodzi o (jak najbardziej legalny) syndrom pierwszeństwa.

Fine.

Hołdując przesadzie: The Irrepressibles i These New Puritans

12.05.2010 | 3 odpowiedzi

The Irrepressibles – Mirror Mirror (V2)

Skojarzeń nie sposób uniknąć: takie samo wibrato, te same operowe zapędy, a dramatyzm jeszcze większy. Jeśli te trzy elementy irytowały cię u Antony’ego, The Irrepressibles omijaj szerokim łukiem. Bo Londyńczycy – jest ich dziesięcioro, a przewodzi Jamie niejaki McDermot – idą znacznie dalej w teatralność, w musical, w żart i patos jednocześnie. A wszystko to, jak w tytule, dawkują z podwójną przesadą.

Czy ryzykować? No pewnie. McDermot ma ogromny talent wokalny, ale przede wszystkim jest wykształconym kompozytorem. To naprawdę miła odmiana zobaczyć, jak ktoś pisząc popowe piosenki (z gatunku: barok), tak dobrze czuje zasady współpracy kompozycji z aranżacją, pierwszego planu z drugim; tak świadomie dawkuje napięcie i potrafi wstrzemięźliwie je rozładowywać; tak umiejętnie konstruuje melodyjne dialogi wokalu z orkiestrą. A mając w zanadrzu tercet smyczkowy, flet, obój, klarnet, fortepian i dziewięciu wokalistów, McDermot ma aż nadto środków, by te swoje rozbuchane wizje przełożyć na dźwięki.

These New Puritans – Hidden (Angular/Domino)

Jeśli Jamie McDermot jest radykalnym krewnym Antony’ego, to These New Puritans zdają się konkurować rozmachem z dokonaniami Sparks z minionej dekady. Piszę o nich w sąsiedztwie The Irrepresibles, bo tak samo balansują na granicy kiczu i na pewno częściej stąpają po jej niewłaściwej stronie.

„Hidden” to esencja muzycznej megalomanii i w wielu momentach jest nieznośnie pretensjonalna. Ale dostarcza tak potężnych wrażeń dźwiękowych, że też nie sposób spokojnie usiedzieć. Ilekroć miałem w ostatnim czasie dostęp do dobrego audio, wybór płyty dokonywał się niejako automatycznie – jedyną konkurencję brzmieniową stanowił nowy Flying Lotus. These New Puritans są wyjątkowi: robią rzeczy zbyt niepoważne dla poważnych kompozytorów, a zarazem pozostają poza horyzontem większości ekip około-rockowych. Jeśli wcześniej powoływali się na Wu-Tang Clan i Aphex Twina, to teraz dorzucili jeszcze Steve’a Reicha i muzykę filmową (taką od Howarda Shore’a). Do nagrań zwerbowali orkiestrę z Czech, japońskich bębniarzy i chór dziecięcy.

Nie wiem, skąd wzięli na to pieniądze, nie wiem, dlaczego poszli w takim kierunku, skoro Wyspiarze są ostatnio zapatrzeni w rachityczne The xx. Ale jeśli tylko jest szansa, że uwagę złaknionych symfonicznego rozmachu, tęskniących skrycie za „Atom Heart Mother” Brytyjczyków odwrócą od Muse – jestem z nimi.

***

Natknąłem się na dwie ciekawe, świeżo brzmiące płyty hip-hopowe pochodzenia wyspiarskiego: Ty ze znakomitym „Special Kind Of Fool” (melodyjnie i radośnie) oraz Akala z mrocznym „DoubleThink” (mniej chwytliwe, bardziej nowoczesne). Może powinienem asekuracyjnie napisać „rapowane” zamiast „hip-hopowe”, ale  Brytyjczycy sami się gubią.

Pełnometrażowy debiut wydał wreszcie najbardziej przesterowany wokalnie duet świata – nowojorskie Sleigh Bells. Kto w ubiegłym roku obserwował MySpace, najlepsze utwory już zna, ale reszta trzyma poziom. Do posłuchania w całości na stronie NPR.

Jest też nowy album (ECM-owskiego) Food z gościnnym udziałem Fennesza i Molvaera. Rzecz taka, jak sugeruje tytuł: „Quiet Inlet”. Miłośnikom tradycji latynoskiej gorąco (a jakże) mogę uczciwie polecić „Leva-me aos fados” Any Moury, ale bardziej zachwyciła mnie płyta Lila Downs Y La Misteriosa – „En Paris (Live A Fip)”, nagrana dla Radio France pierwsza koncertówka amerykańsko-meksykańskiej diwy.

Jeśli wulkany pozwolą, to do końca maja nie będzie się tu zbyt wiele działo, więc korzystajcie z linków po prawej. I chodźcie na koncerty.


Fine.

Eluvium – Similes

04.05.2010 | 2 odpowiedzi

Eluvium – Similes (Temporary Residence Limited)

Trudno jeździć po własnych faworytach, a do tego zawsze uważałem Matta Coopera za jednego z tych łebskich, świadomych muzyków, którzy nie popełniają głupstw (no, Joannę Newsom trochę przeceniłem). Stąd ocenę „Similes” wstrzymywałem przez ponad dwa miesiące – i to byłby mój rekord.

Konfrontację z nią na starcie zdominowały dla mnie dwa głupstwa: wprowadzenie wokalu (decyzja, która pogrążyła niejednego amatora prostej instrumentalistyki) oraz rezygnacja z głównego atutu Eluvium: cokolwiek banalnych, neoklasycznych arpeggio pianina, które stanowiły o hipnotyzującym działaniu muzyki Coopera. A jakby tego było mało, zamiast romantyzmu – nastrój zgoła gotycki.

Dzisiaj widzę w tych decyzjach raczej odwagę niż głupotę. Amerykanin po trzech i pół względnie podobnych albumach opuszcza bezpieczny teren, skacze w nieznane i niemodne. Wchodzi na wyższy poziom emocjonalności, obnażając bezsilność wokalną – bo człowiekiem mikrofonu nie jest i raczej nie będzie. Partie śpiewane musiał sklejać z kilku ścieżek, a i tak chowa je w tle. Ale alternatywa – kopia fenomenalnej „Copii” – nie miałaby żadnego sensu.

„Similes” sens ma choćby w tym, że kompozycyjnie i brzmieniowo posuwa Coopera o kilka kroków – czy naprzód, to się okaże. Na razie wyszła mu jedna śliczna piosenka („The Motion Makes Me Last„, ciekawie zremiksowana przez Four Tet), parę niezłych songów oraz garść przyzwoitych ambientów. Kończy błyskotliwym, jedenastominutowym „Cease to Know„, które po wygaśnięciu wokalu przeobraża się w deszcz spadających dźwięków. No i jeśli to ma jeszcze jakieś znaczenie – piękna okładka.

Fine.

Nie tylko Warp (Alva Noto, Kouhei Matsunaga, Mika Vainio)

29.04.2010 | 1 odpowiedź

Kouhei Matsunaga – Self VA. (Important)

Pierwszy samodzielny longplay Japończyka od dziesięciu lat, wydany równolegle z pracą zbiorową, o której piszę niżej, to aż 23 utwory / 74 minuty muzyki streszczające kilka różnych epok elektronicznych dekady. Ileż rozgałęzień przybyło w tym czasie muzyce generowanej, skoro solista jest w stanie ogarnąć tak szerokie jej spektrum?

A są tu: minimalistyczna elektronika, kliki i glitche ubrane w zachowawczy dubstepowy bit, czasem przy udziale całkiem żywych raperów.  Są laboratoryjne eksperymenty na próbkach dźwięku. Jest prostota 4/4, ale i również zupełna arytmia. Od kilkusekundowych miniaturek po dziewięciominutową epopeję „3″. Obok, hm, normalnych utworów – wykręcanie pojedynczych sampli. Dwie minuty spadających kropli w „7″ to najłagodniejsze z tych ćwiczeń, a ekstremum byłoby „2m&3x30s (with Lights People)”. Na czym polega udział Lights People  – nie mam pojęcia, może chodzi o dialog w tle – ale to zdecydowanie jeden z bardziej poruszających utworów, jakie słyszałem w tym roku. Mała próbka (unikać w biurze):

Nawet ceniąc wszystkie zebrane tu stylistyki, gimnastykowanie nastroju cominutowymi zmianami – od easy listeningu po elektroniczny hardcore – jest niebagatelnym wyzwaniem dla naturalnej potrzeby jako-takiej stabilności emocjonalnej. Główna więc zaleta albumu: wrażeń moc, to zarazem jego główna wada: absolutny brak spójności. Grupa docelowa: fani Pana Sonica zabaw z częstotliwościami oraz środkowych łamańców Autechre (co sugerowałoby pokrewne nazewnictwo). Zakładając przeskakiwanie utworów – pewnie co odważniejsi dubstepowcy. No i zawsze można podzielić ten album na dwie półgodzinne płyty: „Chill” i „Out”.

Mika Vainio, Kouhei Matsunaga, Sean Booth – 3. Telepathics Meh In-Sect Connection (Important)

Skład-marzenie, spotkanie na szczycie, elektroniczna Liga Mistrzów, Japonia-Finlandia-Anglia razem. Jak tu się nie ekscytować, kiedy na jednym krążku spotykają się Kouhei Matsunaga, Mika Vainio – połówka projektu Pan Sonic, znany także jako Ø, którego „Oleva” z 2008 roku wciąż nie przestaje mnie zachwycać – oraz Sean Booth, połowa cokolwiek ostatnio zagubionego, ale wciąż przecież legendarnego Autechre. I jak to z supergrupami bywa: lipa.

„3. Telepathics Meh In-Sect Connection” to trzy utwory zarejestrowane 11 czerwca 2008 roku na żywo w trzech różnych konfiguracjach personalnych. Sami twórcy najwyraźniej czuli, że poszli w ekstremum, bo reklamują płytę hasłami w rodzaju „eksploracja ciszy”. Pierwszy kwadrans, czyli spotkanie Kouheiego z Vainio, to raczej eksploracja szmerów, do których doklejono akustyczne rzępolenia czegoś starannie nienastrojonego. Ostatecznie najciekawsze są elektryczne trzaski symulujące winyl.

Drugi, ledwie sześciominutowy utwór – wspólne dzieło całej trójki – to sklejka dźwiękowych strzępów utwierdzona w szumie mikrofonowym. Byłoby trudno wytrwać, gdyby nie szybujące ku ultradźwiękom wyczyny Miki Vainio (zgaduję, ale to musi być on), które każdego psa wykończą na miejscu. Wreszcie ostatni kwadrans, Moihei + Booth, nieco bardziej muzykopodobny (dzwoneczki), absurdalny (odgłosy kuchenne?), ale i przez to najbardziej znośny.

W swoim gatunku rzecz znakomita, ale co to za gatunek?

Alva Noto – For 2 (Line)

(Wreszcie jako-taka okładka  – w Line/12k mają jakiś gust).

Jeśli uważnie śledzisz poczynania Alva Noto – niewiele znajdziesz tu nowego. Jeśli nie znasz człowieka, ale pseudonim zawsze wydawał ci się w porzo i lubisz ambient – zacznij od tej płyty.

Carsten Nicolai, współzałożyciel wytwórni Raster-Noton, po raz drugi składa hołd swoim idolom kreatywności – wśród nich reżyser Andriej Tarkowski, nowojorski kompozytor Phill Niblock czy niemiecki poeta Heiner Muller – dedykując każdemu z nich utwór. Bezpośrednich aluzji muzycznych Noto unika – może i dobrze, bo przy pierwszym „Garment” dopisano… „for a garment” – ale są wyjątki. W „t3″ dedykowanym Dieterowi Ramsowi, legendarnemu projektantowi firmy Braun, rozpisuje rytm na głosy: syczenie, pisk, basowy pomruk, glitche – pełen wachlarz przemysłowych brzmień w służbie jednemu pulsowi. Z kolei „Anthem Berlin” z dopiskiem „for the Kingdom Of Elgaland-Vargaland” Niemiec otwiera samplem werbla marszowego.

Do radykalizmu ubiegłorocznego „Xerox vol. 2″ Noto nawet się nie zbliża. Tym razem manifestuje swoje romantyczne oblicze, potęgę wyobraźni muzycznej i mistrzostwo w dobieraniu zupełnie prostych motywów rytmicznych i melodycznych (podsłuchanych u minimalistów) do zaawansowanej inżynierii brzmienia. A że utwory powstawały w latach 2003-2008, każdy stanowi swoistą przygodę muzyczną. Zdarzają się nawet zupełnie akustyczne (nawet jeśli samplowane) fragmenty, jak „Argonaut – Version„. Rozkosznie chwytliwa to i nieoczywista mieszanka. A połączenia takie zdarzają się nieczęsto.

Fine.

Mika Vainio, Kouhei Matsunaga, Sean Booth – 2010 – 3. Telepathics Meh In-Sect Connection

Warp (kolekcja wiosna 2010)

20.04.2010 | 4 odpowiedzi

Autechre – Oversteps (Warp)

Tom Jenkinson, czyli Squarepusher, w styczniu świętował swoje trzydzieste piąte urodziny, Aphexowi w przyszłym roku stuknie czterdziestka, a Rob Brown i Sean Booth obracają razem pokrętłami już prawie ćwierć wieku. Święta trójca wytwórni Warp niezauważenie staje się starszyzną stajni i całego gatunku.

Co godne uznania, wszyscy oni dobrowolnie wycofują się z elektronicznego wyścigu zbrojeń. Squarepusher wykonał dwa skoki w bok: w kolorowy beat-pop i w manualne akrobacje, które wyczynia na swojej sześciostrunowej basówce, a w tym żaden młodzik nie stanowi dla niego konkurencji (jako że mało który kiedykolwiek trzymał w rękach żywy instrument). Aphex Twin pasjami niszczy to, co przez długie lata misternie konstruował – destrukcja i dekonstrukcja.

Co najbardziej uparci w tym towarzystwie Brown i Booth  sygnalizowali postrzępionym „Quaristice”, to na „Oversteps” rozwijają w wielowymiarową ambientową retrospekcję. Wracając – zależnie od perspektywy słuchacza – do początków Ae albo korzeni elektroniki w ogóle. Za mało efektowną powierzchownością ich jubileuszowa dziesiąta płyta kryje głębszy zamysł brzmieniowy i rytmiczny, niż to się zrazu wydaje. Rzadko jednak owocuje to takimi znakomitościami jak „Ilanders”, a niektóre dłużyzny byłyby niegodne nawet naśladowców naśladowców Autechre.

Od połowy lat 90. czekałem na powrót do „Amberu”. Teraz wiem, że muzycy nie powinni spełniać marzeń fanów.

(Machina, marzec 2010)

Flying Lotus – Cosmogramma (Warp)

„Jest to po prostu dwadzieścia wierszy, jeden zwykły, jeden pompatyczny, jeden urokliwy, jeden nudny, jeden wzruszający, jeden nabożny, jeden dziecinny, jeden bardzo niedobry, jeden byczy, jeden zakłopotany, jeden niedozwolony, jeden niepojęty, jeden odrażający, jeden czarujący, jeden stateczny, jeden wielki, jeden solidny, jeden bezwartościowy, jeden biedny, jeden niewypowiedziany i jeden, którego nie może być, bo jest tylko dwadzieścia osobnych wierszy… Jedno zaś jest pewne: poeta, który je ułożył, nadal płacze, schylony nad książką; słońce świeci nad nim; a mój śmiech to wiatr, który gwałtownie i zimno czochra mu włosy”.

Robert Walser, O pewnym poecie (przeł. Małgorzata Łukasiewicz)

A co do okładki…

Gonjasufi – A Sufi & A Killer (Warp)

Kapitalna produkcja (pierwsze przesłuchanie), rasowe brzmienie (drugie przesłuchanie), jeno muzyka nieco szablonowa (kolejne).

Pełny rysopis pióra Jarka w nowym „Przekroju” i u Bartka.

Fine.

Półtorej pieśniarki

19.04.2010 | 2 odpowiedzi

Laura Marling – I Speak Because I Can (Virgin)

Ile ten głos może mieć – trzydzieści, czterdzieści lat? Gdybym wcześniej nie znał Laury Marling, to przy otwierającym „Devil’s Spoke” celowałbym w te okolice, w środek kariery zaprawionej w bojach pieśniarki. I wcale się nie dziwię, że ledwie dwudziestoletnią Marling tak szybko obwołano liderką brytyjskiego ruchu neofolkowego, skoro brzmi i komponuje jak weteranka. „Obiecująca” nastolatka z debiutanckiego „Alas I Cannot Swim” już na drugiej płycie zaczęła spełniać owe obietnice.

Poza dojrzałym wykonawstwem Marling dojrzale myśli też o pisaniu. Umiejętnie równoważy inspiracje klasykami: Nickiem Drakiem czy Dylanem (oszczędne melodie, pozorna niedbałość, „bliski” wokal) z ewidentną fascynacją nową akustyczną Ameryką: Billem Callahanem czy Willem Oldhamem (a „Darkness Descends” ma coś z klimatu… The Coral). Albo kameralne donovanowe mruczanki z hymnicznymi wyskokami. A mimo tej różnorodności – wielki krok do przodu w stosunku do monotonnego debiutu – dziewczyna ciągle mieści się w nowofolkowej konwencji.

Marling na pewno schlebia to, że o „I Speak Because I Can” mówi się jako o dziele dojrzałej artystki, ale dla mnie to dopiero przegląd narzędzi, sprawdzian wyobraźni, próbowanie dróg – a którą wybierze? Pewnie na każdej się odnajdzie. Zazwyczaj wierna umiarowi rzadko to pokazuje, ale stać ją na melodie bardzo obfite i chwytliwe. Potrafi budować harmonie, których nie powstydziliby się wychowani na gospel brodacze zza Oceanu. Umie dramatycznie unieść w refrenie i wtedy z wyłazi z niej dorosła kobieta. A najważniejsze, że widać w tym konsekwencję i kontrolę, a to dobrze rokuje na przyszłość. O talencie nie ma nawet co dyskutować.

Baby Dee – A Book of Songs for Anne Marie (Drag City)

Baby Dee miał(a) wszelkie predyspozycje, by zostać drugim Antonym – albo nawet pierwszym, bo to rocznik ’53. Ten sam płaczliwy głos, ta sama maniera, podobny styl komponowania i traktowania klawiatury fortepianu. Ta sama nowojorska komuna, ci sami znajomi – z Davidem Tibetem na czele, a swego czasu Baby Dee był(a) nawet jednym z Johnsonów. No i jak sugerują te nawiasy, urodzili się z tą samą ambiwalencją płciową. A do tego Baby Dee gra na harfie i potrafi zwracać na siebie uwagę nie mniej skutecznie, niż Antony.

A jednak czegoś zabrakło. I to naprawdę zastanawiające, że „techniczna” zbieżność muzyki Baby Dee i Antony’ego nijak nie przekłada się na wrażenia, nie ma tego samego bagażu emocji,  a kompozycja niestety tej luki nie wypełnia. Może to ów magiczny czynnik nazywany talentem. Baby Dee w miły, na swój oryginalny sposób, ale niewiarygodnie przynudza! Wiem, niektórzy swego czasu mówili tak o Antonym, ale większość wnet zmieniła zdanie.

Skąd w takim razie stosunkowo pozytywna ocena? Ano, to zasługa osobliwego klimatu płyty i dwóch absolutnie pięknych piosenek – „Love’s Small Song” oraz „As a Seal on On Your Heart”, ustawionych tutaj z wielkim sprytem, bo jako otwarcie i zamknięcie albumu. Tyle że tę pierwszą znamy już od paru dobrych lat i jej obecność tutaj zdaje się potwierdzać, że z tym talentem coś jest nie tak.

Fine.

Andrew Thomas – Between Buildings And Trees

17.04.2010 | 3 odpowiedzi

Andrew Thomas – Between Buildings And Trees (Kompakt)

Nie wiem czy istnieje jeszcze coś takiego jak typowy rock, typowy hip-hop albo typowy metal. Ale typowy ambient na pewno. Eno-pochodny, stosunkowo melodyjny, bazujący na syntetycznych plamach dźwiękowych oraz klawiszowych przypływach i odpływach, regulujących natężenie jednego i tego samego nastroju – rzecz jasna umiarkowanego. Ani dark, ani black, ani industrialny, ani organiczny, ani zerkający w stronę neoklasyki. Ambient par excellence: „As ignorable as it is interesting”.

Gdyby więc zebrać kilkanaście klasycznych wydawnictw tego niby-gatunku z ostatnich trzech dekad z dwoma latami, a następnie zmiksować je razem – bądź też wyciągnąć średnią – rezultat musiałby przypominać muzykę Andrew Thomasa. Kompakt sam to zresztą świadomie określa terminem  „Ambient Pop” (jeszcze lepsze byłoby „Pop Ambient”), wydając co roku zatytułowaną w ten sposób składankę. A na niej już od dobrych kilku lat Nowozelandczyk stale gości. (Sklep Amazon też ma taką kategorię, ale mieszczą się tam przedziwne rzeczy).

W modny i chyba wyeksploatowany już schemat wpisuje się także metoda Thomasa, który łączy pojedyncze dźwięki fortepianu ze ścinkami starych kaset i czterośladów, by później ubrać je w okazałe syntezatorowe akordy. Brzmi to miękko, organicznie, czasem podniośle, toteż skutecznie koi cywilizacyjne bóle. Ale głębsza eksploracja nie sensu: my to wszystko już znamy. Zagadką pozostaje dla mnie jedynie okładka stylizowana na wydawnictwa ECM. Chwyt marketingowy? Ukłon Kolonii w kierunku Monachium? Tak czy inaczej, podobno przedstawia nowozelandzką tęczę.

► Posłuchaj.

Fine.