RSS

Podpowiedzi 2011

16.01.2012 | 6 odpowiedzi

Etykietki i kolejność o tyle, o ile.

W ramach podsumowania 2011 także:
• Wątki zebrane
• Nagłówki roku
• Momenty były
• 11 płyt z Japonii
• Koncerty
• Wy

Pieśniarki:

Kate Bush – 50 Words for Snow (Fish People)
Salyu x Salyu – S(o)un(d)beams (Toy’s Factory)
PJ Harvey – Let England Shake (Island)
Julia Marcell – June (Haldern Pop/Mystic)
Metá Metá – Metá Metá (Desmonta)
Björk – Biophilia (Universal)
Anna Calvi – Anna Calvi (Domino)
Feist – Metals (Universal)
tUnE-yArDs – w h o k i l l (4AD)
Lisa Hannigan – Passenger (ATO)
Nosowska – 8 (Supersam)

Pieśniarze:

Bon Iver – Bon Iver, Bon Iver (4AD)
James Blake – James Blake (Atlas)
Marcelo Camelo – Toque Dela (Universal)
Fleet Foxes – Helplessness Blues (Sub Pop)
Passo Torto – Passo Torto (YB Music)
Paul Simon – So Beautiful or So What (Universal)
Tom Waits – Bad As Me (Anti)
Panda Bear – Tomboy (Paw Tracks)
Twilite – Quiet Giant (iSound)
Cass McCombs – Wit’s End (Domino)
Kurt Vile – Smoke Ring for My Halo (Matador)

Indie / Rock:

Destroyer – Kaputt (Merge)
Gang Gang Dance – Eye Contact (4AD)
M83 – Hurry Up We’re Dreaming (Mute)
Wild Beasts – Smother (Domino)
Neurasja – Neurasja (Unzipped Fly)
Other Lives – Tamer Animals (TBD)
The Black Keys – El Camino (Nonesuch)
The Joy Formidable – The Big Roar (Atlantic)
Metronomy – The English Riviera (Because)
Violens – Nine Songs 2011 (Self-released)
Radiohead – The King of Limbs (XL)

Hip-hop / Rap:

Kendrick Lamar – Section.80 (Top Dawg Entertainment)
CunninLynguists – Oneirology (QN5)
Shabazz Palaces – Black Up (Sub Pop)
ShinSight Trio – Moonlight Sunrise (Teichiku)
DJ Quik – The Book of David (Mad Science)
Malcolm & Martin – Life Doesn’t Frighten Me (Soulspazm)
Clams Casino – Instrumentals (Type)
Big K.R.I.T. – ReturnOf4eva (Self-released)
J-Live – S.P.T.A. (Said Person of That Ability) (Triple Threat)
Blu & Exile – Give Me My Flowers While I Can Smell Them (Self-released)
The Roots – Undun (Def Jam)

R&B / Pop:

LeeSsang – AsuRa BalBalTa (Loen Ent)
Criolo – Nó na Orelha (Tratore)
The Weeknd – House of Balloons (Self-released)
Jamie Woon – Mirrorwriting (Polydor)
Wildcookie – Cookie Dough (Tru Thoughts)
Katy B – On A Mission (Rinse)
SBTRKT – SBTRKT (Young Turks)
The Internet – Purple Naked Ladies (Odd Future)
Meshell Ndegeocello – Weather (Naïve)
Frank Ocean – Nostalgia, Ultra. (Self-released)
Nikkiya – Speakher (Self-released)

Elektronika:

Nicolas Jaar – Space Is Only Noise (Circus Company)
Modeselektor – Monkeytown (Monkeytown)
Robag Wruhme – Thora Vukk (Pampa)
Machinedrum – Room(s) (Planet Mu)
Lucy – Wordplay For Working Bees (Stroboscopic Artefacts)
Himuro Yoshiteru – 7th Shapeshifting (Bedroom Research)
DJ Rashad – Just a Taste (Ghettophiles)
Roll the Dice – In Dust (Leaf)
BNJMN – Plastic World (Rush Hour)
Sandwell District – Sandwell District (SD)
Zomby – Dedication (4AD)

Ambient:

Desolate – The Invisible Insurrection (Faux Pas)
Deaf Center – Owl Splinters (Type)
Oneohtrix Point Never – Replica (Software)
Tim Hecker – Ravedeath 1972 (Kranky)
Jacaszek – Glimmer (Gusstaff)
Blanck Mass – Blanck Mass (Rock Action)
Julianna Barwick – The Magic Place (Asthmatic Kitty)
Nils Frahm – Felt (Erased Tapes)
Alva Noto + Ryuichi Sakamoto – Summvs (Raster-Noton)
Nicholas Szczepanik – Please Stop Loving Me (Streamline)
Toshimaru Nakamura – Maruto (Erstwhile)

Jazz:

Ambrose Akinmusire – When The Heart Emerges Glistening (Blue Note)
Matthew Halsall – On the Go (Goodwana)
Vijay Iyer with Prasanna & Nitin Mitta – Tirtha (ACT)
Profesjonalizm – Chopin Chopin Chopin (LadoABC)
Craig Taborn – Avenging Angel (ECM)
Iiro Rantala – Lost Heroes (ACT)
Amir ElSaffar – Inana (Pi)
Keith Jarrett – Rio (ECM)
Avishai Cohen – Seven Seas (Blue Note)
Starlicker – Double Demon (Delmark)
Wojtek Mazolewski Quintet – Smells Like Tape Spirit (Mystic)

Avant / Free:

Matana Roberts – Coin Coin Chapter One: Gens de couleur libres (Constellation)
Peter Evans Quintet – Ghosts (More Is More)
The Necks – Mindset (RēR)
Kieran Hebden, Steve Reid, Mats Gustafsson – Live at the South Bank (Smalltown Superjazzz)
Hera – Where My Complete Beloved Is (Multikulti)
Johnston / Shelton / Mezzacappa / Nordeson – Cylinder (Clean Feed)
Darius Jones Trio – Big Gurl (Smell My Dream)
David S. Ware – Planetary Unknown (Aum Fidelity)
Undivided – Moves Between Clouds (Multikulti)
Fire! with Jim O’Rourke – Unreleased? (Rune Grammofon)
RED Trio & John Butcher – Empire (NoBusiness)

Abstrakcje:

Anne-James Chaton – Événements 09 (Raster-Noton)
Bruno Duplant, Paulo Chagas & David Sait – Late Winter / Early Spring (Audio-Tong)
Chris Watson – El Tren Fantasma (Touch)
Colin Stetson – New History Warfare Vol.2: Judges (Constellation)
Cut Hands – Afro Noise I (Very Friendly)
Dale Cooper Quartet and the Dictaphones – Métamanoir (Denovali)
Drums Off Chaos & Jens-Uwe Beyer – S/T (Magazine)
Jonas Kocher – Solo (Insubordinations)
Master Musicians Of Bukkake – Totem 3 (Important)
The Caretaker – An Empty Bliss Beyond this World (HAFT)
Tiziana Bertoncini, Thomas Lehn – Horsky Park (Another Timbre)
Ursula Bogner – Sonne = Blackbox (Faitiche)

World:

Kiran Ahluwalia – Aam Zameen (Common Ground) 
Tamikrest – Toumastin
 (Glitterhouse)
Sidi Touré & Friends – Sahel Folk (Thrill Jockey)
Aurelio Martinez – Laru Beya (Sub Pop/Next Ambiance)
Bombino – Agadez (Cumbancha)
Majid Bekkas – Mabrouk (Bee Jazz/Abeille)
Blitz the Ambassador – Native Sun (Jakarta)
Anoushka Shankar – Traveller (Deutsche Grammophon)
Terakaft – Aratan n Azawad (World Village)
Fatoumata Diawara – Fatou (World Circuit)
Le Trio Joubran – AsFâr (World Village)

Partytury:

Paweł Mykietyn – Pasja wg św. Marka (NInA)
Donnacha Dennehy – Grá Agus Bás (Nonesuch)
David Lang – This Was Written by Hand (Cantaloupe)
Nico Muhly – Seeing is Believing (Decca)
Toshio Hosokawa – Landscapes (ECM New Series)
Philip Glass – The Concerto Project Vol. IV (Orange Mountain)
Now Ensemble – Awake (New Amsterdam)
Kronos Quartet, Kimmo Pohjonen, Samuli Kosminen – Uniko (Ondine)
Meredith Monk – Songs of Ascension (ECM New Series)
Steve Reich – WTC 9/11 (Nonesuch)

J Mascis – 2011 – Several Shades Of Why (Sub Pop)

.

Fine.

2011: Muzyka współczesna

14.01.2012 | Skomentuj

Dziesiątka bez przydługiego wstępu.
Podium: Paweł, Donnacha, David.

.

Fine.

2011: Momenty były

13.01.2012 | 3 odpowiedzi

Tekstów, refrenów, riffów, groove’ów, pokazów wirtuozerii, mocarnej produkcji albo ulotnych nastrojów – różne rzeczy ludzie lubią w muzyce najbardziej. Dosyć wcześnie odkryłem, że mnie najszczególniej kręcą momenty. Sekundowe często drobiazgi, które pozwalają się z piosenką – a nawet całą płytą – zaprzyjaźnić.

W późnej podstawówce, gdy White Town zdążyli już wszystkich zirytować  niemiłosiernie w radiu eksploatowanym „Your Woman”,  ja za każdym razem cieszyłem się perspektywą piknięcia. Tak jak przewija się filmy czy seriale do ulubionych scen, tak w 22-minutowym „Supper’s Ready” Genesis wciskałem ►► aż do Gabrielowego „A flower?”, w „Black or White” Michaela Jacksona do finału raperskiego featuringu, a „L’enfant” Vangelisa – jeden z moich pierwszych oficjalnie ulubionych kawałków – wciąż cofałem do wejścia fortepianu.

O trąbce w „The Glorious Land” PJ Harvey, która zbiegła mi się czasowo i tematycznie z przedwiośniem arabskim, pisałem już gościnnie na łamach Screenagers. W 2011 roku przewijałem również do:

odwiedzin pianina w „New Begining (Tidal Darkness)” Deaf Center po trzyminutowym dronie
• kluczenia w harmonii Salyu w „Muse_Ic” (1:04-30, kumulacja 1:17-22)
przejścia z „lulla” w „bye” w „Lulla/Bye” Matany Roberts
• zestawienia wścieklizny Kendricka Lamara z freejazzową rozwałką w „Ab-Soul’s Outro”
glissów wokalnych Anny Prior z Metronomy w „Everything Goes My Way”
• pierwszego podniesienia głosu mamuśki Kate Bush w „Snowed in at Wheeler Street”
• miękkiej a dosadnej prośby Anny Wise w „Darkness” Cunninlynguists
wejścia basu w powietrze Jamiego Woona (wiem, singiel z 2010, ale… mam nowe głośniki)
…i normalnej gitary na finiszu „The King of Limbs” Radiohead po 35 minutach loopów
schromatyzowania Tinariwen przez Kiran Ahliwalię w „Mustt Mustt” (2:46)
zmądrychwstania Julii Marcel

 

.

Fine.

2011: Wątki zebrane

05.01.2012 | 10 odpowiedzi

Trzęsienia polityczne w kilkunastu krajach arabskich, ekonomiczne w kilku europejskich oraz trzy faktyczne w Japonii. Okupacja Wall Street i innych przybytków kapitalizmu. Studenckie minirewolty w Chile, Izralu i pierwsze od lat niepokoje w Moskwie. Skandale korupcyjne w Indiach i Brazylii, rachunkowy w Olympusie, medialny u Murdocha. Amerykańskie unieszkodlienie Osamy, a następnie 24 zaprzyjaźnionych żołnierzy pakistańskich. Libijskie Kaddafiego. Norweskie sześćdziesięciu dziewięciu nastoletnich przeważnie wrogów Europy. Meksykańskie pięćdziesięciu dwóch wrogów prochów (niewłaściwej dystrybucji). Syryjskie kilkudziesięciu własnych obywateli każdego dnia. Ostateczne Kim Dzong Ila i faktyczne Fidela Castro. Nieoczekiwana odwilż w Myanmarze i mistrzowska zbiórka Ai Wei Weia. Dzielenie Sudanu. Groźby Iranu. 7 miliardów nas, choć już bez Vaclava Havla.

Gdybym kończył stosunki międzynarodowe w 2011 roku, pozostałbym w zawodzie. Onieśmielona doniosłością nagłówków z pierwszych stron gazet, które kwalifikują rok 2011 do miana najważniejszego przynajmniej od upadku ZSRR, muzyka oszczędziła nam poważniejszych ekscesów. Nie było żadnej gatunkowej rewolucji ani jednoznacznego revivalu. Nie było wielkiego skoku technologicznego ani sprzedażowego zeskoku – przeciwnie, słupki się ustabilizowały. Nie było nawet chillwave’u ani dubstepu lub choćby Kanyego. Skoro największe debaty obracały się wokół Jamesa Blake’a, urwisa Taylera, Lany del Ray, trollgaze’u czy Babyonce, skoro o Björk rozmawiano głównie z przyczyn technicznych, o Adele z finansowych, o Radiohead z przyzwyczajenia, to rok 2011 w muzyce – inaczej niż w polityce, ekonomii czy naturze – wypada ogłosić niedoniosłym.

Brak wątku głównego odświeżył pytania o koniec muzyki i jeszcze więcej niż zazwyczaj ujawniło się słuchaczy, dla których rok miniony był najgorszym lub najnudniejszym ever. Akcja tymczasem wcale nie utknęła w miejscu, lecz toczyła się na innych poziomach niż zwykle. Bo gdy przyjrzeć się wątkom pobocznym, okaże się, że był to:

• Rok kobiet, w którym dziewczęta opanowały wszystkie pięć miejsc w Top5 oraz osiem w Top10 listy Billboardu i pomogły przemysłowi muzycznemu podnieść się z kolan. Kobiety tak różne, jak Susan Boyle, Taylor Swift i Adele (frakcja ~) oraz Katy Perry, Nicki Minaj, Rihanna i Lady Gaga (frakcja !). Najwięcej na świecie – zresztą od 2004 roku – sprzedała Adele. Najszybciej na świecie sprzedawała Lady Gaga. Najczęściej na świecie klikano w Rebekkę Black. Gwiazdą Glastonbury, rockowej wizytówki Europy, była Beyoncé, a laureatką nagrody Mercury i większości nieamerykańskich podsumowań płytowych PJ Harvey. Każdy z ważniejszych gatunków miał swoją bohaterkę – podczas gdy bohatera niekoniecznie – w tym takie kolebki męstwa jak hip-hop (Nicki Minaj w Stanach, Azealia Banks na Wyspach, Kreayshawn w podstawówkach), jazz (13 lutego 2011 Esperanza Spalding dociera do milionów fanów Justina Biebera, stając się tym samym najsłynniejszą improwizatorką po Milesie), dubstep (Katy B) czy muzyka syntezatorowa.

Gdy wszystko to zliczyć, przestają dziwić głosy, że po męskiej dekadzie (1, 2) muzyka popularna przechodzi właśnie zabieg zmiany płci. Są jednak i tacy, którzy ów fenomen feminizmu tłumaczą pewnym prostym detalem: otóż w internecie – a internet powoli zaczyna nam rządzić mainstreamem – w dziewczęta klika się chętniej niż w chłopców.

• Rok mixtape’u, w którym za darmo w sieci, z własnej woli, lądowali zwycięzcy hiphopowych podsumowań roku, by ewentualnie później zdecydować się na legalizację. Big K.R.I.T., Danny Brown, Kendrick Lamar (w zamyśle), Clams Casino, G-Side, Elzhi, Main Attrakionz, Has-Lo, XV, Lil B, Freddie Gibbs czy A$AP Rocky, ale także Frank Ocean czy The Weeknd zaryzykowali free i ewidentnie im się opłaciło. Osobnym kuriozum pozostaje – czysto marketingowy – zwyczaj opatrywania mixtape’ów naklejką Parental Advisory (12345Frank Ocean), skoro parentsi owych okładek nigdy na oczy nie zobaczą.

• Rok chmur, w którym o władzę pośród obłoków bili się giganci wirtualu: Amazon (Cloud), Google (Music) oraz iTunes (Match). Po udanym starcie w Stanach podpartym entuzjastyczną publicystyką, mariażem z Facebookiem oraz 2,5 miliona płacących klientów wojnę wygrywa jednak Spotify. – Ten rok będziemy kiedyś wspominać jako początek końca modelu posiadania muzyki – stwierdził wiceszef Warnera. Właściwy początek końca nastąpił wprawdzie w 2005 roku, gdy wystartowało YouTube, ale i to wypada uznać za zasługę minionego roku: streaming jako jedyną dostępną opcję zaakceptowali wreszcie majorsi.

Zbiegło się to z dwoma ciekawymi wydarzeniami. Pierwszym było wspomniane już sprzedażowe odbicie od dna, które niektórzy uznali za bezpośredni efekt zmiany atmosfery wokół streamingu. (A przecież winowajcą równie dobrze może być jeden refren). Drugim przejęcie EMI przez Universal, które też miało podłoże raczej tantiemowe niż płytowe. Beatlesów będzie się streamować i za sto lat – szczególnie jeśli lobby przemysłowomuzyczne nadal będzie ustalać długość obowiązywania praw autorskich.

Dziwolągiem okazał się proponowany przez Amazon oraz iTunes chmurzasty model „skrytek”, który pod względem finansowym funkcjonuje jak radio. Za każde odtworzenie utworu płacone są tantiemy, mimo że odtwarzający kupił już wcześniej utwór – a zatem odtworzenie ze „skrytki” niczym nie różni się od puszczenia utworu z dysku czy płyty. Z tym drobnym wyjątkiem, że egzemplarz pliku w chmurze umieścił administrator, a nie użytkownik. Na tym jednym przykładzie widać, że do racjonalnego poukładania spraw daleka jeszcze droga. Wszystko to pozostaje oczywiście poza (niekombinowanym) zasięgiem Polaków. Za to wreszcie mamy iTunes. Wspaniale, ktoś skorzystał?

• Rok muzyki cyfrowej, w którym sprzedaż albumów niematerialnych w USA skoczyła o 20 procent i tym samym przegoniła nośniki fizyczne, generując 50,3% całego ruchu nagraniami.

Co do singli, to Adele i LMFAO niezależnie od siebie pokonali próg 5 milionów płatnych ściągnięć. Nawet poszukiwacze darmowego okazali się nawracać, jak pokazują m.in. statystyki Bandcamp:

Just this morning someone paid $10 for an album after Googling “lelia broussard torrent.” A bit later, a fan plunked down $17 after searching for “murder by death, skeletons in the closet, mediafire”.

Then a fan made a $12 purchase after clicking a link on music torrent tracker What.CD. Then someone spent $10 after following a link on The Pirate Bay, next to the plea “They sell their album as a download on their website. You can even choose your format (mp3, ogg, flac, etc). Cmon, support this awesome band!” 

40% of the time, fans pay more than the asking price for name-your-price albums.

Z drugiej strony szósty rok z rzędu rozkręcał się winyl – tym razem spuchnął o kilkanaście procent.

• Rok zlewania się indie z mainstreamem, w którym pełnometrażowe wydawnictwa Bon Iver i Fleet Foxes rozchodziły się w nakładach porównywalnych z longplayem LMFAO, w którym Arcade Fire odebrało Grammy Eminemowi, Lady Gadze i Katy Perry, a przy okazji 15. urodzin Pitchfork dołączył do grona „najbardziej uznanych mediów muzycznych” na świecie. Końcoworoczne podsumowania gazet i magazynów oraz serwisów niezależnych nigdy chyba nie wykazywały tylu zbieżności. Bon Iver, Fleet Foxes, James Blake i M83 – to czołówka Pitchforka, czy zestawienie ulubionych płyt symbolizującego muzyczne ciepełko NPR? Adele i Tyler, the Creator – to muzyczne przeciwieństwa czy znajomki z jednej wytwórni? Mainstream miał zanikać, a puchnie.

• Rok DIY PR. Wartość artystyczna Rebekki Black czy Kreayshawn nie budzi może wielkich nadziei co do przyszłości popu, ale co innego fakt, że obie dziewczęta przybywszy znikąd potrafiły zawalczyć o uwagę młodocianych konsumentów z przysłowiową rihanną, której przeboje kosztują 78000 dolarów za produkcję i kilkanaście razy tyle za promocję. „Friday” kliknięto już około 300 milionów razy. Promowane przez największą wytwórnię świata „We Found Love” o połowę mniej – na poziomie także oddolnego „Gucci Gucci”.

• Rok brytyjski, w którym amerykański Billboard na przemian okupowali Adele, Coldplay, Susan Boyle czy Mumford & Sons. (Dzięki nim 2011 był także rokiem new boring). Z drugiej strony Wyspiarze odnieśli największą w historii porażkę na własnym boisku: w czerwcu na brytyjskiej liście sprzedaży rodzimych wykonawców należało szukać poza pierwszą dziesiątką.

• Rok kanadyjski:

Styczeń – Destroyer, Braids
Luty – Colin Stetson, Tim Hecker, Young Galaxy, Seeds + Arcade Fire
Marzec – The Weeknd, Julia Kent, Egyptrixx, Mother Mother, Manic Attracts, Classified
Kwiecień – Sea Oleena, Little Scream, Timber Timbre
Maj – Afrika Hitech, Austra, Chad VanGaalen, Amon Tobin (z zamieszkania)
Czerwiec – Fucked Up, Junior Boys
Lipiec – pamiętam tylko deszcz
Sierpień – Azari & III, Sun Wizard, The Weeknd, Dog Day
Wrzesień – Pack A.D., Dan Mangan
Październik – Feist, Sandro Perri, Bruce Peninsula, Cholera
Listopad – Drake, Bry Webb, Blackout Beach
Święta – Michael Bublé

No i wrócił Anvil.

• Dobry rok dla starych ludzi. Spisali się Paul Simon (54 lata po scenicznym debiucie), Tom Waits (39), Kate Bush (36) i Björk (34!). Dochodzi do tego wyczekiwane od dekad oficjalne otwarcie archiwum The Beach Boys. No i Bob Dylan na 70. urodziny sprawił sobie wymarzony prezent w postaci występu w Chinach – choć może potem go pożałował

• Rok zombie, w którym reaktywacje ścigały się z premierami płytowymi – od The Stone Roses i Pulp po Afghan Whigs i Black Sabbath, od Siekiery przez P.O.L.O.V.I.R.U.S.-a na Offie po Lenny Valentino na trasie. Najwięcej na scenach zarobiła popularna w latach 80. grupa U2. (2 miliony 387 tysięcy 535 biletów po średniej cenie 97, 15 dolarów = 231,9 mln $). Drugie miejsce podium zajęło reaktywowane Take That z Robbiem Williamsem, który podobno znów ich zostawił, więc jest szansa na kolejny reunion. Trzecia Taylor Swift tylko o jeden milion wyprzedziła Rogera Watersa przypominającego niezapomniane („The Wall”). Plus reedycje, reedycje, überreedycje.

A w Polsce? Gdyby z zestawienia 20 najchętniej kupowanych płyt w roku 2011 usunąć składanki, remake’i, wydawnictwa pośmiertne, koncertowe, coverowe, świąteczne i serialowe – innymi słowy gdyby oddzielić muzykę od szumu marketingowego, muzealnictwa i pasożytnictwa – ostałoby się pozycji zaledwie osiem:

1. Adele – 21
4. Kazik Na Żywo – Bar La Curva / Plamy na słońcu
6. Rihanna – Talk That Talk
8. Zakopower – Boso
10. Gienek Loska Band – Hazardzista
15. Anna Maria Jopek – Sobremesa
16. Maryla Rodowicz – Buty 2
20. Coldplay – Mylo Xyloto

• Rok Polish Rocka. Po części za sprawą Nerwowych Wakacji oraz Muzyki Końca Lata, a po części zainspirowanej nimi debaty o starej polskiej muzyce (Borys, KubaPiotrek, Filip, Bartek). Dyskusja była fascynująca, ale przy okazji ujawniła smutną prawdę o małości naszego światka muzycznego. Z jednej strony tak marginalna kwestia, obejmująca niema wyłącznie „najbardziej osłuchanych i żądnych wrażeń recenzentów w Polsce”, okazała się być tematem roku w polskiej krytyce. Z drugiej cała ta sieciowa zawierucha podparta syntetyczną publikacją w mainstreamowej telewizji (TVN) i prasie („Polityka”) nijak nie przełożyła się na gospodarkę materialną. Wypada zaryzykować pytanie, czy tak mało nas, którzy potrafią docenić, czy to złe media, które nie chcą promować, czy może jednak scena wciąż pozostaje nie dość atrakcyjna dla mas, a my pismacy ulegamy muzycznemu patriotyzmowi i chwalimy ponad miarę.

• Rok od rocka dalszego odwrotu. Szczególnie mainstreamowego, choć do indie- również coraz częściej dopisuje się -pop albo -electronic, a coraz rzadziej -rock. W swojej kolebce gatunek nie wyprodukował w minionym roku ani jednego ważnego albumu, a najpopularniejszy rockowy singiel sezonu usłyszało około 12 milionów Amerykanów, czyli 3,8% populacji. W Stanach orientowane na gitary rozgłośnie masowo przekształcają się w radia mówione. Żeby przetrwać, potrzebowałyby nowych Springsteenów i Cobainów, a dostają co najwyżej Foster the People. Do emisji średnio nadawała się w tym roku nawet oferta (hard)rockowych radiowych pewniaków w rodzaju Red Hot Chili Peppers, R.E.M. czy Metalliki. Ci pierwsi ponieśli komercyjną porażkę, ci trzeci artystyczną, a ci drudzy odkryli, że nie mają już sensu. Wcześniej to samo zaobserwowało The White Stripes. Są oczywiście tacy, którzy wokół rocka potrafią skumulować rzesze, ale to przykłady nie napawające nadzieją co do jutra: U2 (debiut 1976), Bon Jovi (1983) czy 30 Seconds to Mars (notabene wciąż koncertują z materiałem wydanym w 2009 roku). Nawet Bono przyznaje, że jest nie na czasie.

• Rok metalu, w którym o ekstremalnej czerni pisały najważniejsze anglosaskie tytuły: „New Yorker”, „Los Angeles Times” czy „Guardian” za sprawą Liturgy,  Krallice, Wolves in the Throne Room i spółki. W Polsce zaś wszyscy za sprawą antychrysta.

• Rok dubstepu. Zastanawiałem się swego czasu, jak potoczą się losy dubstepu i chillwave’u, rówieśników zrodzonych w zupełnie innych okolicznościach. I już wiemy, że szansę na przedłużenie gatunku ma chowany po staremu dubstep. Bas rozsiał się po całej muzyce: od popu (Britney!) i obrzeży R&B (SBTRKT, Woon, Blake i pochodne) aż po hip-hop (Kanye-Jay), metal (Korn) i poważkę. Tymczasem Chaz postanowił postawić na najzwyklejsze instrumenty, debiut Ernesta brzmi jak Air, a jeśli polaroidowe brzmienie jakoś rozpowszechniło się po rejonach niehipnagogicznych, to przecież nie jest ono wymysłem chillwave’u, lecz zapożyczeniem z lat 90. J Dilla czy Boards of Canada, co kto lubił.

• Rok kruchych facetów, w którym w ramiona słuchaczy wypłakiwali się m.in. Drake, The Weeknd, Frank Ocean, James Blake i Justin Vernon. Przy okazji zaczęło się  mówić o specyficznej odmianie R&B – PBR&B - skierowanej do białej indie-młodzieżówki, która muzyki czarnej raczej nie zwykła słuchać. Cała ta zawierucha zirytowała oczywiście prawdziwych fanów.

• Rok rave, w którym amerykańskie masy z dwudziestoletnim opóźnieniem odkryły europejską taneczną elektronikę. Na trzydniowym festiwalu Electric Daisy Carnival w Los Angeles bujało się 230 tysięcy osób. Po 150 tysięcy biletów opchnęły objazdowy Identity Festival oraz Ultra Music Festival (kanał Ultra Records na YouTube zbliża się do półtora miliarda wizyt), a DJ Tiësto dał w Kalifornii największy jednoosobowy show w dziejach USA (26 tysięcy tańczących pod jednym dachem). Eksperci wciąż nie są w stanie ustalić, czy boom na rave wynika z europeizacji popu i hip-hopu, które wprowadziły chłodną niemiecką elektronikę na szczyt Billboardu, czy może to gwiazdy zwęszyły trend i błyskawicznie zareagowały. Tak czy inaczej Ameryka ewidentnie leczy kryzysową deprechę parkietową euforią.

• Rok saksofonu. DestroyerM83. PJ Harvey. Bon IverFleet Foxes. Iron & Wine. Tune-Yards. A niech to, nawet Katy Perry i Lady Gaga. I wszystko przez Colina Stetsona.

• Rok melodii. Od 15 milionów płyt Adele po nieoczekiwany boom na Bon Iver, PJ Harvey, Fleet Foxes czy Jamesa Blake’a okupujących listy krytyków i grywających na największych festiwalach – kusi hipoteza, że pochyliła się nam ku końcowi także dekada produkcji, w której nadejście refrenu rozpoznawało się po przekształceniach brzmieniowych a nie harmonicznych. Czyżby istotnie pukały gitarowe – nie w sensie brzmienia, lecz podejścia do instytucji piosenki – lata 90.?

• Rok „kolaboracji”. Szczególnie licznych w elektronice i okolicach: Ricardo Villalobos + Max Lodebauer, Pinch + Shackleton, Fennesz + Sakamoto, Noto + Sakamoto, O’Rourke + Ambarchi, kwartet Vladislava Delaya, Kierana Hebdena… Ale Tinariwen też nie co dzień spotyka się z TV on the Radio w jednym namiocie.

• Rok K-popu, w którym koreańskie girlsbandu po podboju Japonii zamierzyły się w końcu na Chiny, a rykoszetem oberwało się także Zachodowi. Żeby tak jeszcze zahaczyły o sąsiada z północy.

• Rok wspólnego słuchania, w którym technologia robiąca z nas od dekad słuchaczami coraz bardziej samotnymi, postanowiła się poprawić. Zaczęło się od boomu na wirtualne listening roomy (Turntable, Outloud, Wahwah), potem Facebook zintegrował się ze Spotify, dzięki czemu wszyscy – czasem wbrew ich woli – zostali didżejami. Wreszcie pojawiła się funkcja „Listen with”. Jeszcze posłuchamy?

• Rok piosenki politycznej. I nie chodzi mi ani o PJ Harvey, ani o Occupy Wall Street. Temu drugiemu nie tylko zabrakło wsparcia muzycznego godnego amerykańskiej tradycji, ale zaszła ponadto próba wykorzystania. Myślę o lokalnych fenomenach w rodzaju „Zenga Zenga” (izraelski dziennikarz pomimo pochodzenia i wizualnej pikanterii dzieła staje się autorem hymnu arabskiej wiosny), „Beygairat Brigade” pakistańskiej grupy Aalu Anday (skumulowana kpina z betonu politycznego, religijnego, propagandy i wojska) czy pierwszego girlsbandu Myanmaru („We try our best to be hot, but not too sexy”). No i Youssou N’Dour postanowił zostać prezydentem.

• Rok retromanii, w którym za sprawą Simona Reynoldsa najczęściej dyskutowano o przeszłości we współczesności. (Polskie księgarnie doczekały się tymczasem tłumaczeń zbioru „Kultura dźwięku” i znakomitej książki „Reszta jest hałasem” Alexa Rossa). „Retromanię” czytało się dobrze, ale jako całość rozczarowała. Po świetnej syntezie stanu obecnego w pierwszych rozdziałach – wciąż jednak tylko syntezie – Reynolds zakopał się w kilku lokalnych zjawiskach w rodzaju Northern Soulu, które nie były ani reprezentatywne, ani specjalnie rozpowszechnione. Wszystko to by udowodnić, że retromania zaczęła się już w latach 60., tak jakby nie słyszał o neoromantyzmie albo neoklasyce. Jadnak dla samego dojścia do punk rocka mniej wydeptaną drogą warto po książkę sięgnąć.

Zdaniem niektórych rok 2011 był zresztą początkiem końca retromanii. W co osobiście nie wierzę, bo przeszłość dominuje na szczytach (retro-soul i cały ten dance) i trzęsie podziemiem (od aplauzu dla The Caretaker po fascynację jakoby najbardziej poszukujących umysłów Jamesem Ferraro). Efektowne, futurystyczne z pozoru wynalazki w rodzaju „Glass Swords” Rustie na poziomie myśli muzycznej i finezji – a nie produkcyjnych gadżetów – wydają mi się krokiem wstecz. A bardzo liczyłem na to, że szczególnie elektronika po „Cosmogrammie” utopi się wolnej od brzmieniowych i kompozycyjnych schematów magmie, z której wyłonią się nowe kształty. Być może fermentacja wciąż trwa. Oby więc rok 2012 w muzyce był taki, jakim jego poprzednik był wszędzie indziej.

.

Fine.

2011: Koncerty

31.12.2011 | 7 odpowiedzi

Sufjan Stevens wzruszał, Tinariwen czarowali, a koncertowe podium zamyka awaryjny koncert Finka z instrumentalnym minimum i repertuarowym maksimum. W rekordowym dla mnie sezonie festiwalowym (osiem!) najświetniejszym okazał się jeszcze letni wrześniowy tydzień spędzony w Krakowie na Sacrum Profanum. Największą porażkę poniosłem przed bramkami Eryki Badu, dla której olałem Off Festival. Ale co poradzić, gdy akredytacja nie dociera, kasa biletowa przyjmuje tylko gotówkę, a najbliższy bankomat jest zbyt daleko? Słucha się zza płotu.

Poniżej pełna lista przegapień z roku 2011:

Zobacz resztę wpisu →

2011: Popisali się

28.12.2011 | 5 odpowiedzi

Prosiłem o autoreklamę.

Łukasz Warna-Wiesławski dopadł w Krakowie LA Vampires
Bartek Chaciński w tym samym mieście Aphex Twina
Marceli Szpak
 wspomina dekadę Skinnera
Paweł Franczak słucha ciał pierwszego Minimum-Maksimum
Dorota Płuchator zgłębia masę trzeciego Asymmetry Festival
Piotr Nowak spuszcza powietrze z Oxbow
Kamil Dachnij podsumowuje Rodzinę Soprano
Michał Fundowicz odnajduje męstwo u Billa Orcutta
Sebastian Gabryel racjonalizuje Noto + Sakamoto
Daniel Barnaś rokuje witch-rockowi Implodes
Stachu Bręczewski w poczekalni duma o czasie
Jakub Knera wybucha śmiechem z Jamesem Leylandem Kirbym
Maciek Kaczmarski
 fabularyzuje Dale Cooper Quartet & The Dictaphones
Łukasz Halicki przyznaje się do fanowania Psychocukrowi
Michał Wieczorek
na OFF Festivalu zderza Afrykę z Ameryką
Piotr Kowalczyk przesłuchuje chór The Langley Schools Music Project
Sebastian Niemczyk
umiejscawia Bon Iver, Bon Iver
…o której to płycie pisze także Maciek Lisiecki 
Bartosz Sadulski wiele wyznaje Lykke Li
Dawrweszte męczy nałóg
Jakub Popielecki sprawdza, czy magia wycieka z Hollywood
Paweł Sajewicz
 chatuje z Chazem Bundickiem
Karol Kućmierz
 lekko irytuje się Gusem Van Santem
Marka J. Sawickiego prawdziwe rozmaitości
Jan Błaszczak wyciąga dolary z Mortona Subotnicka
Filip Szałasek studzi hype na Nerwowe Wakacje
Marcin Gładysiewicz stawia na podium Milesa (ale nie Davisa)
Jacek
 żegna R.E.M. i epokę legend
Łukasz Konatowicz komple(men)tuje The Car is on Fire
Piotr Lewandowski
przyłapuje Thurstona Moore’a po Sonic Youth
A Guide to My Music przeładowuje The Twilight Singers
Mateusz Dobrowolski
gada z R.U.T.Ą. (1, 2)

.

Fine.

2011: Nagłówki roku

24.12.2011 | 4 odpowiedzi





2011: Wejścia z Google

22.12.2011 | 6 odpowiedzi

30. o czym mówi przysłowie śliczna, ale niczyja
29. znała karate
28. składanka na wieczory we dwoje szara okładka
27. michał szpak na kolejnej okładce… bardziej męski niż zwykle
26. jak sie pisze mariusz
25. mam chawtowaną didżejowom
24. ziemia cziczyja
23. ziemia za 1000 lat optymiści
22. ziemia stary dawno temu
21. prawy miesien peji

20. zdjęcie z balonem zamiast twarzy
19. mariusz semik hipnotyzer
18. piractwo lozkowe
17. nie chce juz niczyjej rady, niczyjej, niczyjej , rozumiesz
16. zabija nas to co najbardziej kochamy tatuaż
15. porownanie malej a duzej kukulskiej
14. bejsbol lata 50
13. w jaki sposób wyciągnąć dłoń do współczesnej dziewczynki z zapałkami?
12. instrumenty jako źródło dźwięku
11. ołów w firankach

10. czy ma ktoś odpowiedzi na sprawdzian z geografii puls ziemi 2 ameryka grupa a
9. uloz trzy zdania z litera h
8. przejechal traktor, przedawkowal narkotyki
7. wąchanie pupy
6. wymyśl nową postać,taką jak robin hood lub zorro i opowiedz jedną z jej przygód
5. xx wiek w muzyce
4. mariusz herma dzieci się ze mnie śmieją
3. życie po 90
2. co najbardziej ogłupia
1. pisk w spłuczce

0. ułóż zdanie z wyrażeniem nie podskoczywszy

.

Fine.

Najlepsze z 2007

11.09.2011 | 4 odpowiedzi

iedy w sieci zaczęto rozdawać „In Rainbows”, z pokładu Sojuza TMA-11 krągłość ziemskiego globu podziwiał pierwszy w historii Malezyjczyk, a w pewnym domu zakonnym na Wisłą zbuntowane betanki przegrywały zapasy z komornikiem i 40 policjantami. Pierwszego od pięciu lat szampana Martin Schmitt otwierał przy srebrzystej ścieżce dźwiękowej LCD Soundsystem, a w rytmie „Strawberry Jam” do dymisji podawali się jednocześnie premierzy Rosji i Japonii, dożywocia wysłuchiwał zaś były premier Filipin, bo budżetu domowego nie zwykł odróżniać od państwowego. Gdy NATO pochłaniało pięć kolejnych krajów w tym Ukrainę i Gruzję, Niedźwiedź pocieszał się ponoć płytami Blonde Redhead i Laury Veirs.

Dzień premiery „Kali” Mai był zarazem „najtragiczniejszym dniem w dziejach żeglugi na wodach Krainy Wielkich Jezior Mazurskich”, bo 12 stopni w skali Beauforta zabrało dokładnie 12 osób. Jako że wyciekła przed czasem, „Kala”  być może towarzyszyła także „incydentowi” w Nangar Khel. Ponure „Untrue” pobrzmiewało w tle relacji z fińskiego miasteczka Tuusula, gdzie pewien 18-latek zastrzelił siedmiu współlicealistów (bo mu „nie pasowali”), dyrektorkę, a potem dziewiątą osobę – bo sam sobie także nie pasował. Trudno za to odgadnąć, czy na kampusie w amerykańskim Blacksburgu koreański stypendysta Cho Seung-hui zabijał 33 osoby w tym również siebie przy nowym longplayu Annihilatora, „Fear of a Blank Planet” Porcupine Tree czy przy „Dominatorze” W.A.S.P. Wszystkie pasują.

Dwa dni później w Polsce i na Ukrainie świętowano przyznanie Euro2012. Czy nikt nie zauważył złowróżebnego zbiegu z premierą „Favourite Worst Nightmare” Arctic Monkeys? Pod koniec roku znów strzelały korki, bo otwierały się przed nami granice Schengen, a szczyt OLiS-u jak co gwiazdkę opanowali Różni Wykonawcy z nieśmiertelnym „The Best Christmas Album… Ever!”. Pobili nawet pewien kwartet z Katowic, który serca rodaków podbił melodią złożoną z czterech nut, w tym dwóch zdublowanych.

A propos „Untrue”: Pitchfork wyżej od niego wycenił między innymi „Ga Ga Ga Ga Ga” Spoon i „Hissing Fauna” Of Montreal. W podsumowaniu Pazz and Jop było jeszcze weselej. Ale przecież nie jestem lepszy, bo…

Gdzie „Person Pitch”?!
Gdzie „Neon Bible”?!
Gdzie „Boxer”?!
Gdzie For Emma, Forever Ago”?!

W pięciu tysiącach innych podsumowań. Uzupełnienia spoza tychże mile widziane.
.


.

Robert Glasper – In My Element
(Blue Note)

Niech żyje jazz

„Robert Glasper is swinging, intelligent, and melodic”. „Robert Glasper is walking proof that art is forever the great (small-d) democrat”. „Robert Glasper is a piano-man for all seasons”. „Robert Glasper is reshaping the lexicon of jazz”. „Robert Glasper is one of the ringleaders, that is currently guiding jazz into new realms”. „Robert Glasper is a savvy improviser well-versed in, but not constrained by jazz”. „If you don’t know who Robert Glasper is you better check yourself”.

Ludzie mają mnóstwo pomysłów na to, kim „Robert Glasper is”.

Robert Glasper obok Vijaya Iyera jest na pewno najciekawszym nieawangardowym pianistą jazzowym ubiegłej dekady. Szczególnie gdy oprócz śmiałych działań muzycznych – wspomnijmy tylko improwizacje z hiphopowcami, o których to hiphopowcach notabene wspaniale opowiada - uwzględnimy również ich zasięg. W dorobku Glaspera „In My Element” jest pozycją jak dotąd najlepszą i podiumową dla fortepianowych triów lat dwutysięcznych. Sypnęło mocnymi tezami, wypadałoby je teraz uzasadnić. Spoko: Radiohead, J Dilla, i sam Glasper.
.

Shugo Tokumaru – Exit
(P-Vine)

J-dekady

Zwykło się przy nazwisku Sufjana Stevensa i tytule „Illinoise” wyliczać, ile to instrumentów Amerykanin obsługuje. Kilkanaście? Ponad 20? Tak czy inaczej imponujące. Premierze „Exit”, którym Shugo Tokumaru w wieku 27 lat dopisał się do pocztu arcysensejów japońskiego songwritingu, towarzyszyła liczba sto. 100.

Tokumaru nie opuścił przy tym własnej sypialni. Epickim w zamyśle, kameralnym w realizacji i cokolwiek zdziecinniałym albumem – dzwonki, cymbałki, perkusyjne patataj, teksty spisywane ze snów, rysunkowe okładki i naiwnie animowane teledyski – wciąż bardziej chłopak niż chłop wystawił całemu pokoleniu młodocianych skośnookich pieśniopisarzy nowe ISO w zakresie jakości kompozycji i brzmienia. I w końcu dotarł nawet do Bytomia.
.

Eluvium – Copia
(Temporary Residence)

Ambienti

Zarżnąłem ją na amen, a potem i tak wracałem. Gdy już nie byłem w stanie słuchać, zacząłem grać – od „Prelude for Time Feelers” czy „Radio Ballet” można zresztą zaczynać pianinowe nauki. I po tym wszystkim, i pomimo tego wszystkiego, do „Copii” wciąż mnie ciągnęło i po czterech latach ciągnie nadal.

Nie pożałowałem nigdy wypchnięcia „Copii” na jedynkę w głosowaniu na najlepsze płyty 2007 roku według załogi „Przekroju”, bo dzięki temu osamotnionemu głosowi Eluvium zaistniało w publikowanej dziesiątce (ostatnie miejsce też rzuca się w oczy!). Co do zawartości, to dzieli się ona na syntezatorowe ambienty, fortepianowe plumkania oraz posępne fragmenty w rodzaju „Ostinato”, które jednoznacznie kojarzą się z „Mulholland Drive” – konkretnie ze sceną w limuzynie. Tyle że Matthew Copper pobił Angelo Badalamentiego na jego własnym terenie, zalewając nas klawiszami gęstszymi niż skrzypce Badalamentiego. Pewnie to jedna z bardziej oczywistych płyt ambientowych świata, ale i jedna z piękniejszych.
.

The Field – From Here We Go Sublime
(Kompakt)

4/4

„Bardzo sensowna transowa elektronika w kierunku minimal techno” - zagajałem Radka Łukasiewicza, gdy prócz wypełniania Pustek organizował jeszcze dział recenzji w „Machinie”. Skutecznie: The Field dostało na papierze bodaj czwórkę, chociaż dwa tygodnie później bez wahania przybiłbym piątkę.

Radek dał się przekonać, bo internetowa zrazu zajawka ze Szwecji utrzymywała się wówczas na szczycie Metacritic z 90 punktami. Chłodziła serca tak repetycyjnych nałogowców jak i niedzielnych bywalców silniej zrytmizowanych blogów. Wnet Axel Willner był już klasykiem chłodnego 4/4 dla sporej części pokolenia, a ponadto jednym z arcymistrzów transu dla mnie. Przy „From Here We Go Sublime” powstała spora część mojej majowej magisterki i około jedna trzecia późniejszych tekstów pisanych po ciemku.

.

Burial – Untrue
(Hyperdub)

Bas Anonim


.

Radiohead – In Rainbows
(XL)

Chwyt songwritingowy

Nagadaliśmy się przy tej premierze. O empetrójkach, piractwie, psuciu rynku, naprawianiu rynku, a na pewno upadku przemysłu muzycznego as we know it. A teraz można na spokojnie stwierdzić, że z „15 Step”, „Nude”, „Weird Fished/Arpeggi”, „All I Need”, „Faust Arp” oraz porównywalnym z prawie wszystkim w dyskografii zespołu „Reckonerem” to najlepszy songwriterski materiał Radiohead po wyłączeniu Napstera („Amnesiac” jeszcze się na Napstera załapał; zresztą „Amnesiac” był to materiał zasadniczo brzmieniowy).

Świetność „Reckonera” zrozumiałem dopiero po przełożeniu go na akustyka – nigdy przedtem nie zmieniałem tak chwytów. Przy pianinie doceniłem z kolei banalne z pozoru „Videotape”. I tak stopniowo chłopcy uświadamiali mi, że z gitar, bębnów i klawiszy wycisnęli tyle nowoczesności, ile dało się jej w owym czasie wycisnąć z generalnie tradycyjnego instrumentarium. To że w 2011 roku postanowili je porzucić – być może już na dobre – wydaje się oczywistością w kontekście wyczerpania tematu na „In Rainbows”.
.

CunninLynguists – Dirty Acres
(Bad Taste)

Z drogi

Niewielu amerykańskich hiphopowców ośmieliłbym się nazwać sympatycznymi. Stacjonująca w niemodnym Kentucky ekipa CunninLynguists wypuszcza jednak bodaj najsympatyczniejsze rapowane produkcje po bardziej synkopowanej stronie Atlantyku. Nie tracąc przy tym nic a nic z powagi. Przeciwnie: poprzestając, że tak powiem, na powadze przyrodzonej, CunninLynguists eliminują główną ułomność kolegów niegdyś z podwórek, dzisiaj raczej z limuzyn – czyli pozorowane g.

Optymalnym połączeniem wszystkich ich talentów – raperskiego wdzięku, klimatycznych podkładówtransponowanych refrenów i tekstów do słuchania więcej niż raz – było „Death is Silent”. I to od oblanego kosmicznymi klawiszami, rozpływającego się w uszach solowego debiutu Kno z ubiegłego roku najlepiej rozpocząć porachunki z familią. Odrobinę się panowie zagniewali na tegorocznym „Oneirology”, ale bez gubienia meritum. Przy obu tych płytach „Dirty Acres” oraz „A Piece of Strange” z 2005 roku mogą wydawać się nieco powściągliwe, ale to typowi starsi bracia, którzy przecierali drogę. Jakże – znów nierapowe określenie – malowniczą.
.

M.I.A. – Kala
(XL)

Signum temporis

Gdybym miał wskazać muzyczny symbol pierwszej dekady XXI wieku, padłoby na „Paper Planes”. Wyciągnięta z pobocza na środek drogi, bywalczyni radia, kina i komórek, począwszy od osobowości autorki a na wystrzałach kończąc, ta wybitnie wyrazista parapiosenka streszczała zawiłości ery patogennych kapitalizmów, dwulicowości Zachodu oraz sposobów radzenia sobie z poczuciem krzywdy przez tych gorzej umiejscowionych: od Sri Lanki po płonący Paryż. W sposób przejaskrawiony, kiczowaty i banalizujący faktyczne problemy, ale i to pasuje do ubiegłego dziesięciolecia.

Z „Kali” przerostem brzmienia nad kompozycją, produkcji nad songwritingiem, „WOW” nad „łał” stanowi ona także rysopis dekady w nie retrospektywnym mainstreamie. Z kolei skrajnie rozstrzelone reakcje na Maję zgrabnie obrysowały kształt krytyki 2.0. Takiej, która pozwoliła się wyprzedzić słuchaczowi, która wydzieliła recenzowanie artysty z recenzowania muzyki, dla której sceptycyzm nie usprawiedliwiał milczenia – potem podobnie było z Kanyem – bo przecież kliki. Rzadko słucham Kali”, ale zapomnieć o niej nie sposób, takoż o niej nie napisać.
.

Animal Collective – Strawberry Jam
(Domino)

Podróże kształcą

Za zespół dekady Animal Collective mój gust w żaden sposób uznać nie potrafi, podobnie jak wykonawcą dekady nie uzna raczej Ariela Pinka. Trzeba jednak Animalom przyznać, że faktyczna dżemowatość „Strawberry Jam” stanowiła nową jakość.  A o takową coraz rzadziej, jak dowodził ostatnio na 430 stronach niejaki Simon Reynolds, dla którego zdaje się Animale i Ariel wykonawcami dekady są. Gdyby ktoś nie znał anegdoty o stworzeniu, to przytaczam, bo zabawna i oceniając po rezultacie – prawdziwa:

It was actually an idea that I had, sitting on an airplane, getting my tray of food. There’s a little packet of strawberry jam on it– this was, like, a year, year and a half ago. The sun was coming in through the airplane window, and I just looked at it and said, „Man, it’d be really sweet if we could get the music from the album to sound like what this looks like”.
.

Fink – Distance and Time
(Ninja Tune)

Ten tembr

Fin Greenall dziwnie stroi gitarę. Nie da się tak po prostu zagrać „If Only” i nawet przejrzenie wideobootlegów i ściągnięcie tabulatur pomaga tylko o tyle, o ile. A oprócz niecodziennego stroju Fink bardzo zindywidualizował też bicie. W każdym razie pozorna zwykłość tych jego smętnych, akustycznych miniatur to wielkie oszustwo.

Poza tym drobiazgiem brytyjski eksdidżej wydaje się najszczerszym pieśniarzem na Ziemi. Wybitnie szczere w tym półgodzinnym z hakiem, 9-częściowym zestawie wydaje się wspomniane „If Only”, prawdopodobnie moja piosenka roku owego. Sam Fink zarzeka się w niej:

I ain’t got the bullshit, and I ain’t got the lies

Pod tutejszą recenzją wydanego w 2009 roku „Sort of Revolution” Marceli napisał: „Najfajniejsze są te nudne płyty, co się je znienacka przesłuchuje 20 razy”.

Inni tymczasem…

Śpiewają:

Beirut – The Flying Club Cup (Melodie roku)
Jill Scott – The Real Thing (Words And Sounds Vol.3) (Z klasą)
Joss Stone – Introducing Joss Stone (>Mind, Body & Soul)
Julia Marcell – Storm EP (U progu sławy)
Laura Veirs – Saltbreakers (Lawirantka)
LCD Soundsystem – Sound of Silver (Prawy Murphy)
Linda Thompson – Versatile Heart (Prawie country, a gościnnie Antony)
PJ Harvey – White Chalk (Choć było i będzie lepiej)
Robert Wyatt – Comicopera (Jeszcze mógł)
Shiina Ringo & Saitō Neko – Heisei Fuzoku (Made again; lepiej)

Gadają:

Blu & Exile – Below the Heavens (Słoneczna Kalifonia)
Dälek – Abandoned Language (Niemłodzi gniewni)
Doomtree – False Hopes (Funk-hop)
Epik High – Remapping the Human Soul (Korearap)
Kanye West – Graduation (Dobrze mówił)
Łona i Webber – Absurd i nonsens (Słów moc)
Shad – The Old Prince („My life is like a magazine / Got so many issues”)
Sole And The Skyrider Band – Sole And The Skyrider Band (Poetycko)
Y Society – Travel At Your Own Pace (Arcymówca)

Rzępolą:

The Acorn – Glory Hope Mountain (Choćby dla „Lullaby”)
The Bird and the Bee – The Bird and the Bee (Indie pop w Blue Note)
Blackfield – Blackfield II (Poprock par excellence)
The Budos Band – II („So retro it hurts”)
Caribou – Andorra (Floydując)
Dirty Projectors – Rise Above (Antycover)
Menomena – Friend and Foe (Inteligentna Muzyka Rockowa)
Neurosis – Given to the Rising (Łojenie z czuciem)
Om – Pilgrimage (Kult przesteru)
Porcupine Tree – Fear of a Blank Planet (Przestronne wnętrze)
Pram – The Moving Frontier (Brytyjski kosmopolityzm)
Thief – Sunchild (Gdyby TCIOF i Junip połączyli siły)
Tokyo Jihen – Variety (Outsourcing wewnątrzzespołowy)
Yeasayer – All Hour Cymbals („Wait for the Summer”! „2080”!)

Lepią:

Boxcutter – Glyphic (Chłodno)
Caspa & Rusko – Fabriclive.37 (Livestep)
Efdemin – Efdemin (Cały Berlin)
Kashiwa Daisuke – Program Music I (Cut’n'poważka)
Mala – Lean Forward / Learn (Pouczający singiel)
N-Type - Dubstep Allstars Vol. 5 (Śmietanka u szczytu)
Nujabes – Hydeout Productions 2nd Collection (Świętej pamięci)
Pantha du Prince – This Bliss (>Black Noise)
Senking – List (Graue musik)
Studio – Yearbook 1 (Na miękko)

Plumkają:

Aloof Proof – Piano Text (Pianbient)
Alva Noto – Xerrox Vol. I (Meloszum)
Aube – Imagery Resonance (Witch-ambient na wysokościach)
Deepchord Presents: Echospace – The Coldest Season (I nań antidotum)
Emeralds – Allegory Of Allergies (Spowalniacz czasu)
Murcof – Cosmos (Z całym majestatem)
Stars Of The Lid – …And Their Refinement Of The Decline (Ambient ambientów)
White Rainbow – Prism of Eternal Now (Various plumkanie)
William Basinski – El Camino Real (166 x 18 sekund = ∞)
Yellow Swans – At All Ends (Czarny szum)

Ściemniają:

Brötzmann, Nilssen-Love, Gustafsson – The Fat Is Gone (Schudniesz)
Burning Star Core – Operator Dead… Post Abandoned (Ład utracony)
Derek Bailey – Standards (Free piękne)
Keith Jarrett Trio – My Foolish Heart – Live at Montreux (Prawie bez stękania)
The Thing + Ken Vandermark – Immediate Sound (Humor dęty na dwie trąby)
Two Bands and a Legend - Two Bands and a Legend (Obłąkańcy 2007)

Ściemniają, że ściemniają:

Esbjörn Svensson Trio – Live in Hamburg (Z fenomenalną wersją „Goldwrap”)
Maria Schneider – Sky Blue (Kameralny big band)
The Nostalgia 77 Octet - Weapons Of Jazz Destruction (Londyńska liryka)
Portico Quartet – Knee-Deep in the North Sea (Nowa przewidywalność)
Stefano Battaglia – Re: Pasolini (Mediolańska liryka)
Terence Blanchard – A Tale Of Gods Will (Trójkowo-filmowo)
Tord Gustavsen Trio – Being There (Skansynawska liryka)

Czytają:

Ha-Yang Kim – Ama (Między Seulem, Brooklynem, GY!BE i Supersilent)
James Blackshaw – The Cloud of Unknowing (Arpeggia na 12 strunach)
Jonny Greenwood – There Will Be Blood (Szaro, buro)
Kronos Quartet – Górecki String Quartet No 3 …Songs Are Sung (Choć <RSQ)
Ludovico Einaudi – Divenire (Nie tylko dla fanów wczesnego Tiersena)
Osvaldo Golijov – Oceana (Plum!)
Peter Broderick – Docile (Piano for Dummies)
Sérgio & Odair Assad – Jardim Abandonado (Brazylijscy bracia w strunach)
The Claudia Quintet – For (Jazz partyturowy)

Odchyły lokalne:

Andy Palacio & The Garifuna Collective –  Wátina (Karaibski spleen)
Antibalas – Security (Afrobeat z Brooklynu)
Bassekou Kouyate & Ngoni Ba – Segu Blue (Zlot ngoni)
Boris with Merzbow – Rock Dream (Koszmar)
Daphne Oram – Oramics (The BBC Radiophonic Workshop)
Group Inerane – Guitars from Agadez (Music of Niger) (Tru Niger)
Kemialliset Ystävät – Kemialliset Ystävät (Fiński cyrk)
Kiiiiiii – Al & Bum (Dwie piszczące japońskie dziewczęta)
Mercan Dede – 800 (Neoturcja)
Psio Crew – Szumi Jawor Soundsystem (Gooralski beatbox)
Tinariwen - Aman Iman (Wydmy Sahelu itp. itd., plus dykcja)
Trebunie Tutki + Voo Voo-Nutki – Tischner (Majowe śpiewanie)
Vieux Farka Touré – Vieux Farka Touré (Tatysynek)

.

Fine.

Ojej (5+6)

08.09.2011 | 5 odpowiedzi

Z okazji śmierci Amy Winehouse Radio Zet uruchomiło internetowy kanał Klub27. W radiowych zajawkach jest mowa o „statystycznym nieprawdopodobieństwie” (że akurat 27 lat). Wszystko inne pomijając, przypominam:

(1) Tupac Shakur, died at age 25.
(2) Notorious B.I.G., age 24.
(3) Bradley Nowell (Sublime), 28.
(4) Keith Moon, 32.
(5) Bob Marley, 36.
(6) Mozart, 35.
(7) Hillel Slovak (Red Hot Chili Peppers), 26.
(8) Selena, 23.
(9) Karen Carpenter, 32.
(10) Aaliyah, 22.
(11) Lisa „Left Eye” Lopes, 30.
(12) Dimebag Darrell, 38.
(13) Randy Rhoads, 25.
(14) Layne Staley (Alice In Chains), 34.
(15) Jeff Buckley, 30.
(16) Sid Vicious, 21.
(17) Big Pun, 28.
(18) Ritchie Valens, 17.
(19) Buddy Holly, 23.
(20) John Lennon, 40.
(21) Stevie Ray Vaughan, 36.
(22) Cliff Burton (Metallica), 24.
(23) Otis Redding, 26.
(24) Duane Allman, 24.
(25) John Bonham, 32.
(26) Jim Croce, 30.
(27) Elvis Presley, 42

*

I jeszcze taka okładka, wytwórnia 4AD, rocznik 1980, pod nią podobno nieźle:
.

.

Fine.